Frausuchen - blogerka


Apel do czubków 2017-09-24 12:00

            Wczoraj w gazecie dla gorszego sortu i podłych lewaków przeczytałam o zadymie w sieci sklepów dla biedaków. Uczestnikami owej zadymy byli pracownicy wspomnianego sklepu. O co poszło? O maskotki za punkty, które zdobywa się robiąc zakupy. Faceci zwędzili ileś tam naklejek oznaczających punkty, a gdy sprawa ujrzała światło dzienne, nie potrafili wyjaśnić, jaki użytek chcieli zrobić ze swoją zdobyczy. W wyniku śledztwa wyszło na jaw, że sprawa ta ma drugie dno. A mianowicie chodzi o dyskryminację niektórych pracowników (np. przebywających na zwolnieniu lekarskim albo urlopie macierzyńskim) mających małe dzieci marzące o posiadaniu maskotki ze sklepu dla biedaków. Że to niesprawiedliwe, gdy dzieci te muszą patrzeć jak inne dzieci mają jakiegoś pluszowego kalafiora czy borówkę, a one nie. I to straszny wstyd i hańba nie posiadać warzywka czy owocka-pluszaczka. Zrobiła się z tego niezła jazda i wypłynęły przy okazji śmierdzące dyskryminacyjne kwestie.


            Czytałam ten artykuł. Czytałam i czytałam. Pomyślałam sobie, że może pomyliłam czasopisma i jakimś trafem kupiłam gazetkę typu „Wspaniałe chwile” albo „Fuckt” czy coś takiego, ale nie – to był mój stary, dobry, lewacki tygodnik. Nie mogłam uwierzyć, że komuś przyszło do głowy zajmowanie się takimi pierdołami. I że ludzie w ogóle mogą przeżywać takie tragedie jak znalezienie się w grupie wykluczonych z możliwości posiadania maskotki. Aż się ciśnie na usta znakomita i pojemna w swym znaczeniu staropolska „kurwa”! Mam radę dla pokrzywdzonych i ich dzieci – idźcie do pierwszego lepszego sklepu z zabawkami, tam znajdziecie milion o wiele ładniejszych maskotek, niewymagających robienia zakupów za kilka stów. Czy naprawdę chcecie mieć pluszaka przypominającego zmutowane genetycznie warzywo lub owoc? Poza tym co fajnego jest w noszeniu czegoś, co nosi połowa populacji zamieszkującej daną okolicę? Nie lepiej być oryginalnym i niepowtarzalnym? Za moich dziecięcych i młodzieńczych czasów o to właśnie chodziło – być kimś niepowtarzalnym. Najgorszą siarą było noszenie czegokolwiek, co nosi cała buda. Wiadomo, w czasach późnej komuny nie było łatwo o nonszalancję i oryginalność, ale każdy starał się jak mógł i nieraz wychodziły z tego świetne rzeczy.


            Patrzę na to szaleństwo konsumpcjonizmu, rodzących się idiotycznych problemów, przychylania nieba rozbestwionym bachorom, rozpychania się coraz bardziej roszczeniowych rodziców, klientów, pasażerów i innych jednostek uważających, że cały świat powinien, wręcz jest zobowiązany spełniać ich żądania i - nie wierzę. Że ludzkość jest taka małostkowa, zwyczajnie głupia i nie zasługuje na swoją pozycję na Ziemi. Dochodzę do wniosku, że wielu ludziom po prostu poprzewracało się w dupach, bo głowy niektórych już dawno wypełniła sieczka. Chce mi się krzyczeć: „Ej, czubki jedne – rozejrzyjcie się! Czy naprawdę nie dostrzegacie poważnych problemów?”. Proponuję od czasu do czasu pójść do kogoś, kto zmaga się z chorobą, niepełnosprawnością, samotnością, bólem, utratą kogoś bliskiego, biedą mimo ciężkiej pracy, kto przeżył prawdziwy koszmar i codziennie przeżywa traumę, kto został przez innego człowieka porzucony i potraktowany jak śmieć po wielu wspólnie spędzonych latach, i w końcu – porozmawiajcie z kimś, kto wie, że umiera. On wam może powie, co jest ważne, a co gówno warte.




Człowiek jest jak trawa 2017-09-11 13:14

            Wróciłam do świata żywych. Do bardzo przyziemnych spraw. Obowiązków, zadań, zleceń i poleceń. Jeszcze nie zaprzęgłam się w pełni w tryby codzienności. Jeszcze czuję się dziwnie. Jakby czasoprzestrzeń była przecięta nożem na dwie części – na to, co było jeszcze do niedawna, tam, daleko stąd i na to, co dzieje się tu i teraz. Nie potrafię płynnie przechodzić między jedną a drugą rzeczywistością. Jestem zatem jakby wyrwana z jakiegoś koszmarnego snu i nadal mam kluchę w gardle, gdy pomyślę, że to jednak nie jest sen. Mój świat zmienił szkiełka w kalejdoskopie. Zmieniła się także trajektoria moich działań. Jakże śmieszne wydają się mi różne zmartwienia na zapas.


            Moja zewnętrzna skorupa jest twarda. Tyle razy ostatnio słyszałam, że „się trzymam”. Owszem, trzymam się dzięki tej skorupie. Ale w środku czuję się chora i obolała. Nie potrafię mówić o tym, co się zdarzyło. Na pytanie, jak się mam, nie odpowiadam, bo nie wiem, co powiedzieć. Nie chcę się wdawać w głębsze rozmowy, ponieważ łzy same napływają mi do oczu, a ja nie lubię upubliczniać swojego żalu. W czasie ostatniego pożegnania (co to za określenie właściwie) stałam sztywno jak żołnierz, jedną ręką trzymałam parasol, drugą podtrzymywałam biedną M. Palce naszych dłoni były splecione aż do białości. Jestem dorosłą kobietą i dobrze wiem, co czuje druga dorosła kobieta. Nie trzeba o tym mówić, wyjaśniać. Wystarczy być i współ-czuć.


            Smutek drąży we mnie tunele. Staram się mu nie poddać bez reszty, żeby się nie zatracić. Jest ciężko. Bardzo ciężko. Jakiś etap się zamknął i trzeba żyć dalej. Jedyna, że tak się wyrażę – korzyść jest taka, że mam w sobie spokój. Jeszcze większy dystans do różnych rzeczy, ciszę, łagodność wymieszaną z twardością. Może to jest ten stan, którego dotyczy przysłowie: „Co nas nie zabije, to nas wzmocni”? Są przecież rozmaite tragedie, które wydają się nie do przejścia, a mimo wszystko ludzie zbierają się do kupy i żyją. Inaczej niż przedtem, ale jednak. Człowiek jest jak trawa – podeptany, wbity w ziemię, w końcu i tak podnosi się i trwa dalej. W pewnym sensie Pascal miał rację – jesteśmy jak źdźbło. Kruche, łamliwe, szargane przez wiatry. Ale wystarczy, że poprawi się aura. Źdźbło, którego korzonki tkwią gdzieś głęboko, wzrasta na nowo. 




Co właściwie oznacza pogodzenie się z czyjąś śmiercią? 2017-08-27 15:43

Co właściwie oznacza pogodzenie się z czyjąś śmiercią? Albo niepogodzenie się z nią? Czy można nie pogodzić się z czymś, na co nie mamy wpływu i nikt nas nie pyta o zdanie w tej kwestii? Nie wiem KOGO albo CZEGO to nie obchodzi, czy ty jeden lub drugi człowieku pogodziłeś się ze śmiercią. Śmierć po prostu przychodzi, zabiera i koniec pieśni. Nie ma trybu odwoławczego, reklamacji, księgi zażaleń. To się dzieje bez względu na twoje pogodzenie lub niepogodzenie. Więc chyba lepiej się jakoś pogodzić, bo nie ma wyjścia. Tylko co to oznacza?


Wokół mnie ubywa ludzi, którzy odegrali większą bądź mniejszą rolę w moim życiu. Niektórzy nadal są bardzo obecni w moich myślach. Często wracam do chwil, które na zawsze utknęły w pamięci i wyskakują z zakamarków jak Filip z konopi. Wczoraj na przykład czytając książkę L. Wiśniewskiego pt. „Eksplozje” (wersja „męska”) nagle namacalnie poczułam szorstki dotyk policzka mojego nieżyjącego ojca. Całowałam go w ten policzek bardzo rzadko, przy urodzinach, imieninach, świętach albo chyba ze dwa razy, gdy żegnał się ze mną na dworcu kolejowym. Zawsze te pocałunki były powściągliwe, niezgrabne, jakby zawstydzające, bo oboje mieliśmy taką skrytą czułość, z którą się nie afiszowaliśmy. I pamiętam jego dłoń, też szorstką. Ciepłą i suchą. Ściskał delikatnie moją składając życzenia z okazji dwudziestych urodzin. Potem wysunął zza pleców drugą dłoń, w której trzymał porcelanowego słonika z podwiniętą do góry trąbą. Na szczęście. Mój tata miał na sobie niezbyt gustownie dobrane ubrania – buraczkowe spodnie, ciemnozielony sweter założony na koszulę, której kołnierzyk był wyłożony na wierzch. Lubił te ciuchy, a brakiem gustu się nie przejmował. To były moje ostatnie takie urodziny. Rok później wyciągałam jego rzeczy z szafki, pakowałam do worków, by przekazać potrzebującym. Czy pogodziłam się z jego błyskawicznym zniknięciem? Nie.


Nie do końca rozumiem to sformułowanie. Pogodzić się z czymś. To tak jakby uznać, że: trudno, stało się i się nie odstanie, życie toczy się dalej, taka kolej rzeczy, widocznie tak miało być, bo Bóg tak chciał, każdego to czeka, prochem jesteś i w proch się obrócisz, i takie tam dyrdymały. A człowiek, taki bliski, taki, który bywa kochany i przykry, który nieraz zranił, choć i czasami uszczęśliwił, który pozostawił w innych okruch siebie, to coś więcej niż proch. Wiem, że ponury egzystencjalizm zakłada, iż życie ludzkie nie ma głębszego sensu, ale wszystko, czego już doświadczyłam i nadal doświadczam przeczy tej teorii. Życie wielu otaczających mnie osób ma sens, przynajmniej dla mnie, bo nie wyobrażam sobie, że mogłoby ich w mojej przeszłości, teraźniejszości i przyszłości (rozumianej jako obecność lub pamięć) zabraknąć.


Wiem też, że wszelki bunt niepoparty żadną możliwością dokonania zmiany jest irracjonalny i niszczący. Dlatego nie pozostaje mi nic jak wygrzebywać od czasu do czasu wspomnienia, przesiewać je przez sito i pielęgnować przede wszystkim te piękne, a resztę puścić w niepamięć. Czy to właśnie jest pogodzenie się z czyjąś śmiercią?




Nic się nie zmieniło 2017-08-21 21:14

 Czy marnotrawię czas siedząc w domu, czytając od rana do wieczora z przerwami na jedzenie, bez kontaktu ze światem zewnętrznym z wyłączeniem kilku rozmów telefonicznych, nie robiąc niczego, na co nie mam ochoty, a ochotę mam na niewiele? Czy takie zaszywanie się w swojej norze jest aby dobre? Czy nie doprowadzi mnie do położenia się pod aksamitną kołdrą rezygnacji? A nawet jeśli, to co z tego. Mam czasami po prostu ochotę być sama ze sobą. Zresztą dobrze mi samej. Nikt tak mnie nie zna, nie rozumie jak ja.


Dzisiaj jednak musiałam się wynurzyć. Zrobiłam nawet kilka, obiektywnie rzecz biorąc, pożytecznych rzeczy. Po pierwsze, w końcu poszłam do lekarza z powodu nieustającego bólu ręki. Wiem, że gdy zrobię badania, znowu nic nie wyjdzie. Nawet to, że mam początki reumatyzmu. A wiem, że mam, bo cała moja rodzina ma i prędzej czy później każdego dopada najpierw lekki ból na przykład w nadgarstku albo w stopie, a potem stopniowo coraz częściej ból pojawia się w innych stawach, by w końcu rozlać się wszędzie. Boli. Boleć musi.


Po drugie postanowiłam dać upust swej na poły niemieckiej naturze i nazorgować (uwielbiam to słowo!) trochę zapasów na zimę. Padło na maliny. Lubię zimą pić herbatę z malinami. Kupiłam zatem kilka pudełeczek owoców, przygotowałam słoiczki i z werwą wzięłam się za gotowanie. Z siedmiu słoiczków tylko jeden się zamknął. Tak jak ostatnio, gdy podjęłam próbę bycia prawdziwą, zorgowną gospodynią. Nie umiem robić zapraw. Nie umiem piec wyśmienitych ciast. Umiem za to dobrze gotować. Oprócz soków. Cóż, nie zanosi się na to, że kiedykolwiek będę prawdziwą, niemiecką frau z piwnicą pełną zapasów. Zresztą nie jestem zanadto zorgowna. Ostatnimi czasy pozbywam się zbędnych rzeczy. Jedyny pożytek z tego niezbyt udanego lata jest taki, że przewietrzyłam doszczętnie szafy, szafki i szafeczki. Wiem, gdzie co jest i mam wszędzie zaprowadzony ład.


Z myślą o nieszczęsnych zapasach postanowiłam uporządkować piwnicę. Chciałam przygotować godne miejsce na słoiki z naklejkami informującymi co i z kiedy znajduje się w środku. Ogarnęłam pajęczyny, wypieprzyłam jakieś stare farby, drukarkę, plastikowe doniczki, pudełka po sprzętach i inne bzdety. Umyłam też podłogę. Niedługo zacznie się sezon jesienny, a wówczas moja piwnica przeistacza się w suszarnię. Chyba lepiej suszyć pranie w czystym, niezakurzonym pomieszczeniu. Jakoś milej będzie. Nawet bez planowanych, dumnie stojących słoików z malinami. (Szlag by je trafił!) W robieniu porządków jestem bezkonkurencyjna. Dobre i to. Czyli jednak coś tam tej szwabskiej krwi płynie w moich żyłach. Ordnung i punktualność. Tak.


A poza tym mimo, że ruszyłam dupsko, aby nie dostać zakrzepicy lub odleżyn, nic się nie zmieniło. Wypełnia mnie pustka.  




Fortuno,rżyj! 2017-08-19 12:44

Kiedyś, jako dziecko, miałam taką fajną zabawkę. Był to kalejdoskop. Tandetnie wykonany, ale dostarczał wielu wrażeń. Przesuwające się wewnątrz kolorowe kawałki szkiełek tworzyły rozmaite kompozycje wzbudzające zachwyt. Prawie niemożliwe było utworzenie powtórnie dokładnie takiego samego układu. Piszę „prawie”, bo jak już wspomniałam we wcześniejszym wpisie – nie ma rzeczy niemożliwych i w stu procentach możliwych. I podtrzymuję swoje zdanie. Zwłaszcza, jeśli chce się je przełożyć na życie. Gdy już ci się wydaje, że gorzej być nie może, spotyka cię niemiłe zaskoczenie – może być gorzej. Może być dużo gorzej. A gdy leżysz i kwiczysz, myślisz, że już nic dobrego cię nie spotka – pstryk! i oto z żebraka przeistaczasz się w królewicza. Lub królewnę. Naprawdę, nie ma żadnej pewnej rzeczy oprócz śmierci. Prawdę tę zgłębiali nasi słynni przodkowie np. Jan Kochanowski czy Daniel Naborowski. Pisali o ulotności uroków świata, przemijaniu i kruchości życia. O tym, by nie przywiązywać się do rzeczy materialnych, urody, zaszczytów, bo są nic niewarte. A Fortuna może nas w każdej chwili albo kopnąć mocno w dupę, albo wywindować na szczyt. Wszystko zależy od humoru. A przypomnę, że była ona ukazywana jako kobieta. Wiadomo jak to jest z kobietami… Nie nadążysz ;)


Ostatnio mam niezbyt pomyślną karmę. Dosłownie nic nie dzieje się tak, jak to sobie zaplanowałam. Nic. Dlatego nawet boję się pomyśleć, że zrobię to czy tamto, bo zaraz może się okazać, że nic z tego. Pieprzona Fortuna patrzy na mnie i rży. Głupia krowa. A właściwie kobyła, skoro rży. Cholerna chabeta! Wcale się nie zdziwię, jak za chwilę dowiem się, że nie mam pracy, okaże się, że mój facet to gej albo w najlepszym układzie biseks, a ja (jak w brazylijskim serialu) zostałam po porodzie podmieniona w szpitalu. Tak sobie siedzę i czekam na kolejne rewelacje. Ja, która tak kocham święty spokój, ciszę ewentualnie przetykaną jazzowymi kawałkami. Ja, która uwielbiam zwiedzać, poznawać innych ludzi, smakować regionalne dania i pić schłodzone winko o zachodzie słońca. Ja – siedzę w domu i nie mam ochoty na czcze gadki. Irytują mnie debilne pseudoproblemy innych, narzekania, rozterki typu „w co się ubrać”, „czy mam cellulitis”, „boli mnie dupa”, jak z tym żyć? Śmieszą mnie hipochondrycy, malkontenci,królewny z pianki morskiej, samce alfa i – dla równowagi – samice alfa też, biurokraci i biurokratki, służbiści żyjący tylko pracą, ludzie robiący i chomikujący kasę gdzie popadnie, kobiety i mężczyźni nie mogący pogodzić się z upływem czasu i z lękiem patrzący w lustro, dostrzegając w nim symptomy starzenia. Boli ich świadomość, że to, do czego tak bardzo są przywiązani, zwyczajnie przemija. Mijają wieki, mędrcy niezmiennie powtarzają te same, znane sentencje, ludzie przyznają im rację, ale nie potrafią się przemóc i żyć według tych wytycznych. Gonią za wiatrem i  tylko niektórzy po różnych przejściach opamiętują się, i starają jak najlepiej wykorzystać czas, który im pozostał. Wielu niestety do końca nie wyciąga żadnej nauki z lekcji, jakiej udzieliło im życie.


Przyznaję, jestem bezradna. Jestem omylna, czasami głupia jak but, popełniam błędy, nieraz źle oceniam sytuację, gubię się, miotam. Ostatnio podłamałam się. Wiem, że kiedyś wstanę, otrzepię kurz po tej całej zawierusze. Nie mam innego wyjścia. Pewnie jeszcze sporo upadków przede mną. Jestem dorosła i chyba już trochę dojrzałam. Ciągle dojrzewam. Co jakiś czas pojawiają się na mojej gębie wirtualne, młodzieńcze pryszcze i próbuję wierzgać kopytkami, ale w końcu daję się losowi osiodłać. Przecież wszystko dzieje się po coś. Wierzę, że takie twarde lekcje są do czegoś potrzebne. Tak że Fortuno, rżyj ile wlezie. 




Nic budującego 2017-08-14 16:00

Ciałem wróciłam do domu. Dziwnie się czuję. Jeszcze do mnie nie dociera, że jestem w moim cichym, spokojnym, jasnym domu. Że częściowo odzyskałam swoje zwyczajne życie. Oczywiście myślami błądzę tam, daleko. Niełatwo wyrwać się z dołu i jak gdyby nigdy nic hasać beztrosko po zaułkach miasta, śmiać się do całego świata i wyciągać ręce w powitaniu do dawno niewidzianych przyjaciół. Jedyne, co nieustannie przychodzi do głowy, to chęć zapadnięcia w niebyt. Płakać mi się chce, gdy patrzę na „pamiątki” kojarzące się z tymi trudnymi przeżyciami. Mija rok od kiedy zaczęła się ta nierówna walka. Straszne jest patrzenie na chorego, który gaśnie w oczach, powoli traci resztki nadziei i dojrzewa do ostatniego pożegnania. Trudno jest po raz ostatni uścisnąć jego chłodną dłoń, pocałować zapadnięty policzek, spojrzeć w duże, smutne oczy i powstrzymać łzy, żeby nie utrudniać tej chwili.


Dobrze wiem, że już się nie zobaczymy. A przynajmniej nie za tego żywota. Czy kiedykolwiek później, tego nie wiem. Nie potrafię posklejać swoich emocji, tak jak nie umiem uporządkować historii naszej znajomości, wspólnych chwil. Ostatnie, jakie pamiętam, dotyczą walki o kolejną szansę. Nadal nie mogę się wyryczeć do woli, choć częściej zdarza mi się pochlipać chwilkę. Ale nie jest to taki płacz, który oczyszcza, po którym czuje się ulgę i po którym przychodzi moment opamiętania w żalu. Jeszcze nie czas. Bo to jeszcze nie koniec. Niby wiadomo, że lepiej będzie, gdy ta mordęga i cierpienie szybko zostaną przerwane zdecydowanym, ostatecznym cięciem. A z drugiej strony widząc wolę życia chorego, brak jego zgody na to, co i tak się stanie, człowiek stojący z boku miota się ze swoimi myślami i pragnieniami. Przez głowę przebiega szalony tabun uczuć, lęków, dręczących snów i nerwowych odruchów. Pamięć krótkotrwała szwankuje. Nawet zrobienie zakupów stanowi problem. Ile to razy kręciłam się dzisiaj po mieszkaniu, nie bardzo wiedząc, co i w jakim celu robię.


Nie napiszę niczego budującego. Żadnych afirmatywnych stwierdzeń. Z całym przekonaniem mogę za to stwierdzić, że w życiu nie ma niczego pewnego oprócz śmierci. Nie ma też rzeczy niemożliwych i w stu procentach możliwych. Snucie planów to jak usypywanie mandali z piasku. A człowiek jest bardzo małym, marnym ziarenkiem, któremu tylko się wydaje, że jest takim mądrym, niezastąpionym i jedynym w swoim rodzaju istnieniem. Ponadto uważam, że cierpienie nie uszlachetnia. I jeszcze jedno – „tyle wiemy o sobie, ile nas sprawdzono”. Obawiam się, że sytuacja mnie przerosła i nie mam powodów do dumy. Okazałam się być bardziej ułomna niż sądziłam. Kropka.




Niestoickie wyznanie 2017-07-31 15:34

Czuję się jak wydmuszka. Pusta w środku, wyzbyta wszelkich sensownych myśli, ze skorupką tak cienką i kruchą, że mogę się rozpaść na milion kawałków. Jednak nie jestem tak twarda jak myślałam. Twarda bywam w sytuacjach, nad którymi mam jakąś kontrolę, kiedy muszę rozwiązywać jakieś problemy i widzę sens podejmowanych czynności. Wtedy włączam myślenie zadaniowe. Trzeba zrobić to czy tamto, potem załatwić następne sprawy, a dopiero potem będzie czas na głębokie refleksje. Działać, działać, działać… W tym jestem znakomita. Widząc postępy, dostrzegając ich znaczenie, podbudowuję się. Kiedy jednak walę głową w mur, tracę energię i zapał, wypalam się od środka. Jestem wówczas jak Etna. Mogę wybuchnąć niespodziewanie. Długo drzemie we mnie lawa emocji, staram się panować nad sobą, na zewnątrz pokazuję twarz stoika, ale to pozory. W końcu prędzej czy później eksploduję i rozwalam wszystko dookoła. Bo jak czuję straszne, pustoszące wkurwienie, to nie mogę wytrzymać!!!


Doskonale wiem, że trudno jest zmienić coś w sobie, więc jeszcze bardziej zdaję sobie sprawę, że niemal niemożliwe jest dokonanie zmian w innych ludziach. Ale ciężko mi znieść głupotę, ślepą wiarę, wypieranie faktów, uciekanie od szczerych rozmów, oszukiwanie siebie i innych, uleganie komuś bezkrytycznie czy wywieranie na kimś presji. Jak ja dobrze znam ten stan – robisz coś z poczucia obowiązku, wdzięczności, zależności emocjonalnej, a potem w tobie coś buzuje, kłóci się, złości tak, że rozjebałbyś wszystko wokół. Chcesz się wykrzyczeć, a jednocześnie nie możesz wydobyć z siebie głosu. Chcesz się wyryczeć, ale łzy jakby leciały do środka, a nie na zewnątrz. Marzysz o zamknięciu się w swojej norze i sprawić, by cały świat się po prostu odpierdolił. Żeby sieci komórkowe się zawiesiły, żeby wszystkie środki transportu stanęły i nie mogły się zawieźć tam, dokąd nie masz najmniejszej ochoty wracać, żeby rodzina zapomniała twojego numeru telefonu i adresu. Żeby nikt i nic nie wtargnęło do nory, w której chcesz przezimować trudny czas.


Nic z tego. Musisz wziąć dupę w troki, jechać, przeżywać koszmar bez słowa skargi. Bo ty to ty, a reszta nie ma siły, jest słaba psychicznie, pracuje, ma masę obowiązków, ma dzieci, wyjeżdża, przyjeżdża, ucieka. Ale ty to co innego. Ty jesteś ze stali, jesteś racjonalistą, na ciebie zawsze można liczyć, dla ciebie nie ma rzeczy niewykonalnych i niezałatwialnych. Tylko czemu milczysz i masz twarz jak maska? Twoja mina i wymowne spojrzenie są nie do wytrzymania. Nie stać cię na uśmiech i radosne ćwierkanie o duperelach? Bądźże dorosłym, niezatapialnym, pozerem tak jak większość ludzi dookoła. How are you? Oh, thank’s, everything is OK. To nic, że przeżywasz dramat i masz wszystkiego dość. 


Jak jeszcze raz ktoś mi coś wspomni o cudach na kiju, zrobię coś niedozwolonego, przyrzekam. I wyląduję albo w psychiatryku, albo w kiciu.




Zatruty łańcuch 2017-07-25 19:49

Najtrudniejsza do zniesienia jest bezradność i niemoc. Patrzysz na czyjeś cierpienie i nie możesz zrobić kompletnie nic. Bolesne jest patrzenie na kogoś, kto próbuje resztkami sił zachować swoje człowieczeństwo, kto nie chce stać się bezwolnym warzywem, zapuszczonym, brudnym ochłapem. I robi to tak nieudolnie, że budzi zwyczajną litość i żal. Zdrowym, sprawnym, młodym ludziom wydaje się, że zawsze tacy będą. Często nie zdają sobie sprawy z tego, jak bardzo się mylą i jakie może ich spotkać gorzkie rozczarowanie. To ciało, które zostało im dane do dyspozycji, nie jest wieczne. Jest jak materiał, który zwyczajnie się zużywa. A niekiedy toczy je choroba przypominająca nieokiełznany żywioł. I nic z tym nie można zrobić. Nie zadziałają cudowne lekarstwa, modły, wiara czy płonna nadzieja.


Nie mogę zrozumieć podejścia wielu ludzi do swojego ciała. Tego obżerania się świństwami, palenia papierosów, nadużywania alkoholu, braku ruchu, a jednocześnie narzekania na nadwagę, złe samopoczucie, różne dolegliwości. Najbardziej irytujące jest zachowanie chorych, którzy po usłyszeniu diagnozy nagle radykalnie zmieniają tryb życia i prowadzą go przez jakiś czas, dopóki ich stan się nie ustabilizuje, by potem znowu wrócić do starych nawyków. Niektórzy nigdy niczego się nie nauczą. Nigdy. I obserwujący ich bliscy również. Ktoś z rodziny umiera na raka krtani, a reszta nawet nie myśli o rzuceniu palenia. Kogoś zżera od środka rak układu pokarmowego, a pozostali nie wprowadzają zmian w sposobie żywienia. Innego trafia zawał mięśnia sercowego, zaś obserwatorzy nie widzą związku przyczynowo-skutkowego między trybem życia, odżywianiem a wiążącymi się z tym konsekwencjami. Można by tu wymieniać przykłady bez końca. Nieustannie dziwi mnie to, że widok cierpiącego człowieka nie stanowi przestrogi dla otoczenia.


Bo naprawdę niełatwo patrzy się na zrakowaciałe ciało, na obrzydliwe, niegojące się rany, wystające rurki, przez które uchodzi życie, cuchnące opatrunki, wytrzeszczone oczy na wychudzonej twarzy, wystające kości obleczone papierową skórą, ból powodujący straszny grymas, zaciśnięte na pościeli pięści, białe, suche usta, wystające z nich zęby, które wydają się jakieś za duże. Patrzysz i nie wierzysz, że to ten sam człowiek, który jeszcze nie tak dawno temu śmiał się, robił głupie żarty, był silny jak tur, miał wszystko pod kontrolą. A teraz nie kontroluje nawet swojego ciała, z trudem podnosi łyżkę i pije z butelki „z dzióbkiem”, bo tak jest łatwiej. I wtedy zdajesz sobie sprawę, że jesteś tylko marnym człowiekiem, a nie aż człowiekiem. Od bydlęcia różnisz się tym, że masz rozum i niestety to jest twój pech, a nie zaleta w chwili, gdy umierasz całkowicie świadomie.


Cierpienie jest zaraźliwe. Cierpi nie tylko chory, lecz także jego rodzina. To jest jak zatruty łańcuch, od którego nie można się uwolnić.




Mój wakacyjny bagaż 2017-07-21 18:17

Moja walizka zamiast być wypełnioną letnimi rzeczami, kremami do opalania i sandałkami, stoi wypchana po brzegi kamieniami. Właściwie jest zajebana kamlotami ciężkimi jak chuj. I stoi bezczelnie, taka nowa, pachnąca świeżością, skrywająca tajemnicę o tym, że życie to jednak potrafi być nieprzewidywalne w każdej sekundzie. Znowu dźwięczy mi w głowie powiedzenie: „Chcesz rozśmieszyć Boga – powiedz mu o swoich planach”. Dotychczas snułam plany najdalej na rok do przodu. Teraz boję się pomyśleć o jutrze.


    Przyjechałam w pośpiechu i ze ściśniętym żołądkiem. Jak na złość droga była pokryta świeżą warstwą asfaltu i nie mogłam wjechać na posesję. M. przywitała mnie u znajomej na podwórku. Zostawiliśmy auto, zabraliśmy tylko to, co najpotrzebniejsze i ruszyliśmy z buta na miejsce. W domu omiotłam wzrokiem wnętrze. Widać było ślady szamotaniny, rozpaczliwych prób ogarnięcia miliona rzeczy naraz. W garnkach resztki jedzenia, rozstawiona deska do prasowania, a na niej kilka Jego koszulek, na stole totalny misz-masz. I pustka. Cisza straszna. Ciężkawa energia wisiała w powietrzu. M. załatwiała coś jeszcze na dole, a ja usiadłam ciężko. Miałam kluchę w gardle. Boże, jak dobrze, że tu przyjechałam. Żałuję, że nie wcześniej. Gdybym tylko wiedziała… Gdybym do dziś nie wiedziała, pewnie piłabym drinka na gorącej plaży, kąpałabym się w ciepłym morzu i zdzierała buty od zwiedzania. Ale potem do końca swych dni żałowałabym, że nie byłam tu, gdzie być powinnam.


   Ukrywanie prawdy nie jest dobre. Jest złe i głupie. Może niektórzy wolą jej nie znać, ale ja nie należę do tej grupy. Ja bardzo proszę, domagam się zawsze i wszędzie, nawet najbardziej bolesnej prawdy. Nie chcę być oszczędzana. Chcę mieć prawo do podjęcia decyzji, poczucia, że jestem za nią w pełni odpowiedzialna. Chcę móc dokonać wyboru, chociaż w tym przypadku był on trudny, okupiony nerwami, żalem i jakąś małą dozą pretensji. Wprawdzie późno, ale w końcu dowiedziałam się i jestem. Mam poczucie, że tak właśnie należało postąpić. Nie mam żadnych wątpliwości. Zwłaszcza, gdy ujrzałam umęczoną twarz mojej M. Ona nie musi mi nic mówić. Rozumiemy się bez słów. Już tyle razy dźwigałyśmy taki wór kamlotów, że powinnyśmy zostać okrzyknięte Mistrzyniami Świata w Podnoszeniu Ciężarów. Tytuł ten należał się nam nie raz.


   Boję się, nie będę tego ukrywać. Boję się tego, co się stanie. Tkwimy tu w napięciu i ciągłej gotowości, z telefonem przy dupie. Dobrze, że od dziś droga jest przejezdna. Nie będzie problemu z dotarciem do szpitala. Do tego strasznego miejsca, w którym rozgrywają się każdego dnia wielkie dramaty ludzi niedowierzających, że dzieje się to, co się dzieje, ludzi wierzących do końca w jakiś pieprzony cud. Wszędzie ból, zaduch, odgłosy modlitw dobiegające z radia, śmierdzący strach. Dziś myślałam, że zemdleję mimo tego, że nie należę do osób o eterycznym usposobieniu. Łeb mi rozsadza od środka. Staram się trzymać fason i myśleć racjonalnie, ale to trudne. Patrzę na tę moją walizkę i dziwię się, jak bardzo jest pojemna.




Ty to na wszystko masz czas 2017-07-12 20:22

              Ty to zawsze masz czas, co nie? Na wszystko. Na to, czego nie chce ci się teraz robić, na realizację marzeń, na to, na co masz ochotę, ale boisz się po to sięgnąć, na spotkania i rozmowy, wyjścia i zabawę. Na wszystko jest czas. Tak sobie myślisz i odsuwasz od siebie konieczność podjęcia nieraz niewygodnych kroków. Minuty i godziny przelatują ci między palcami na często bezproduktywnych czynnościach i myślach. Albo złorzeczysz na kiepski los, bo coś ci się nie udało. Marudzisz czasami i zamęczasz innych tym ględzeniem. Wypowiadasz setki, tysiące zbędnych słów, a nie potrafisz zdobyć się na odwagę i porozmawiać o tym, co istotne, co dotyka ciebie i naprawdę cię frapuje. A może zanurzasz się w snobistycznych natręctwach i toczysz dyskusje o bzdetach? Harujesz jak wół, by wznosić ten swój zamek z piasku? Udoskonalasz, zdobywasz, gromadzisz, poszerzasz zasoby, karmisz się widokiem pokaźnej sumy na koncie…


              Przychodzi taki moment, którego nie brałeś w ogóle pod uwagę. Bo takie sprawy dotyczą innych. Nie ciebie. Ty jesteś jak ten „młody bóg” z reklamy. Nawet przezornie zabezpieczasz siebie i rodzinę na w razie czego. Ale gdy przychodzi ten moment, nie dowierzasz, że jednak ta polisa będzie ci potrzebna. Oszukujesz się, łudzisz, modlisz żarliwie, choć do tej pory robiłeś to dość powierzchownie i szybko. Wiadomo – szkoda czasu. Modlisz się o cud, twoi bliscy też się modlą, odbywają jakieś pielgrzymki do sanktuariów, przywożą z nich cudowną wodę, różańce i inne rzeczy, które sprawią, że uwierzysz w lepsze jutro. Że w ogóle uwierzysz w jutro. Jeśli w pewnym momencie zwycięży w tobie rozsądek, zaczniesz porządkować swoje ziemskie sprawy. Jeśli kierujesz się emocjami do samego końca, te sprawy będą musieli załatwić za ciebie bliscy. Być może znajdziesz w sobie siłę i w końcu szczerze porozmawiasz z ludźmi, na których ci zależy. Marzysz o świętym spokoju. O tym, żeby spokój zalał całą twoją duszę. I żeby nie bolało, a śmierć żeby przyszła we śnie.


              Nigdy nie ma dobrego momentu na śmierć. Jedni uważają, że dobra jest śmierć nagła. Przynajmniej nie boli. Inni woleliby wiedzieć, że ona zbliża się krok po kroku. Jest wtedy możliwość zrobienia porządków w każdej sferze życia, pożegnania się, przygotowania, pobycia jeszcze trochę z bliskimi. Prawda jest taka, że każdy w tej chwili jest sam. Sam ze sobą i tylko Bóg raczy wiedzieć, co ten człowiek czuje i myśli. Co czuł W., kiedy wychodził z domu pokłóciwszy się wcześniej z rodziną?  Chwilę potem padł ofiarą nieszczęśliwego wypadku. Niczego nie można było cofnąć, żadnego słowa czy gestu. Co czuł P. zakładając sznur na szyję, a potem skacząc ze skrzynki? Jego mały synek będzie go rozpoznawał tylko z medalionu na nagrobku, paru fotografii  i kilku filmików nagranych telefonem przez matkę. A T., co czuł, gdy rak po pięciu latach walki, przeżarł mu tętnicę, by biedny, zagubiony T. wykrwawił się na szpitalnym łóżku? Znałam jeszcze I., która miała zaledwie 37 lat i wchodząc po schodach do swojego domu, nagle upadła. Dosłownie pękło jej serce. Czy myślała wtedy przez ułamki ostatnich sekund o swoim dziesięcioletnim synu, którego wychowywała samotnie? Myślę teraz o wielu, wielu ludziach, z którymi łączyły mnie różne relacje. A szczególnie myślę o M. Bo leży w szpitalu, nie chce z nikim rozmawiać, żeby się nie rozpłakać. W takich chwilach nie chce się z nikim gadać i słuchać głupiego pocieszania. Mam nadzieję, że on jednak zadzwoni. Niech płacze, ja też będę płakać. Nie sądziłam, że taki będzie koniec naszej zażyłości. I że to nastąpi tak szybko.


              Na pewno na wszystko mam czas? Czy na pewno dobrze przeżywam życie? Wielokrotnie zadaję sobie te pytania. Staram się najlepiej jak potrafię nie zmarnować tego daru, jakim jest życie. Ostatnio pewien bardzo młody człowiek powiedział, że motyle mają przerąbane, bo ich życie trwa tak krótko. Ludzkie życie przeważnie trwa o wiele dłużej i co z tego? 



e-szablony
  e-blogi.pl  [Załóż blog!] rssSubskrybuj blogi
[Zamknij reklamy]