Frausuchen - blogerka


Czas pożegnać wróbla 2019-11-21 17:05

 Chyba każdy boi się zmian. Takich radykalnych, które często oznaczają brak możliwości powrotu na stare śmieci lub możliwość ta jest bardzo ograniczona. Boję się. Wewnątrz mnie mieszkają dwie osobowości - ta "hej do przodu", przebojowa, gotowa do wyzwań i ta druga - lekko speszona, tchórzliwa, zachowawcza. Często mówię do siebie: "No nie bądźże taką dupą wołową i chociaż raz zrób coś mega szalonego". I już, już jestem nakręcona, już się w duchu nastrajam do bitwy wszech czasów, do walki o lepsze jutro, o wykonanie spektakularnej wolty, już przystrajam się w wojenne barwy (wszak życie to jedno wielkie pole bitewne)… i zaczynam robić krok w tył. Hola, hola, moja droga pani... A czy zastanowiłaś się, jakie to może przynieść konsekwencje? Niekoniecznie miłe, niekoniecznie takie, jakich się spodziewasz. No pomyślałaś, przemyślałaś i przeanalizowałaś na pewno wszystkie "za" i "przeciw"? Gdzie twój rozsądek? Gdzie racjonalne podejście, chłodna głowa i trzeźwość umysłu?


   I znowu staję w rozkroku, by po chwili przestawić tę nogę, którą byłam po drugiej, nieznanej stronie, z powrotem na ten znany i bezpieczny obszar. Trudno jest mi wyjść ze strefy komfortu, do którego zdążyłam się przyzwyczaić. Jest takie niemieckie powiedzenie: "Über den eigenen Schatten springen", co znaczy: "zdobyć się na coś, pokonać w sobie jakieś ograniczenia". Przeciwieństwem jest: "Lieber den Spatz in der Hand als die Taube auf dem Dach", czyli "lepszy wróbel w garści niż gołąb na dachu". No i weź tu bądź mądry, człowieku... Biję się z myślami. Choć z każdym dniem coraz mniej. Ileż można dumać i dumać.


   Najzabawniejsze jest to, że kiedyś marzyłam o tym, modliłam się o to, a teraz, kiedy staje się to realne i właściwie przypieczętowane danym słowem, obleciał mnie strach. Z drugiej strony, tak bardzo pragnę tej zmiany. Chcę, żeby pewne okoliczności, zdarzenia i decyzje, które zachodzą gdzieś poza moją świadomością, sprawiły, że ten odważny krok stanie się po prostu zwyczajną koniecznością, puzzlem pasującym do układanki mojego życia. O cóż chodzi? O przeprowadzkę na drugi koniec kraju. Przeflancowaniu się i zapuszczeniu tam korzeni. Nie będzie łatwo na tej częściowo obcej, górzystej, twardej glebie.


   Należę do narodu, który nieraz musiał  wędrować, tułać się po świecie, jednak finalnie przeważnie wracał do domu, do swojej wsi lub miasta. Polacy nie są przyzwyczajeni do zmiany miejsca zamieszkania, pracy, sposobu egzystencji. Lubią ciepełko i raczej swój własny kąt w określonym miejscu. Obce nam jest poszukiwanie pracy w zupełnie innym mieście. Zazwyczaj wolimy siedzieć tu, gdzie się urodziliśmy i wychowaliśmy niż skusić się na obce miejsce, dające dużo większe możliwości lub przynoszące coś nowego. Młodsze pokolenie uczy się bycia nomadem, lecz już nieco starsze boi się. Tak jak ja.


   Mówię sobie: "Babo, przecież ty zawsze osiągasz to, czego chcesz. Prędzej czy później realizujesz swoje plany. Nie jesteś w ciemię bita, poradzisz sobie". I postanowiłam tego się trzymać. Jeśli nie spróbuję, być może będę żałowała. W końcu życie może być fascynującą przygodą lub nudnawą wegetacją. Gdy pomyślę sobie o tym, gdzie chciałabym być za dziesięć, dwadzieścia lat, to dochodzę do wniosku, że na pewno nie w tym punkcie, w którym jestem teraz. Chciałabym kiedyś móc opowiadać wnukom swoje niezwykłe perypetie, a nie marudzić bez końca o chorobach i pluć sobie w brodę, że nie skorzystałam z tylu szans podsyłanych mi przez los. Jestem zwolennikiem teorii, że na wiele rzeczy nie mamy wpływu, ale wiele jednak od nas zależy. Zawsze jest kilka dróg przed nami. I to my decydujemy, jaki obierzemy kurs. Nie chcę być dupą wołową. Wybieram tego cholernego gołębia na dachu. Wróbla czas pożegnać.


 




Przychodzi baba do lekarza i czeka... 2019-09-24 18:59

 Padłam ofiarą okropnej grypy. Na szczęście ogólnej, że się tak wyrażę, a nie żołądkowej. Na samą myśl o żołądkowej robi mi się słabo. Żołądkową to ja akceptuję, ale wódkę i to gorzką. Grypę nie. Tak więc zmogło mnie choróbsko nagle i podstępnie. Po pracy w poniedziałek powzięłam postanowienie, że jeśli stan mojego rozkładu myśli i samopoczucia będzie się pogarszał, rano następnego dnia wybiorę się do lekarza. 


   Poszłam.


   Odebrałam w rejestracji swój numerek i udałam się w stronę korytarza, na końcu którego znajdował się gabinet. Na poczekalni oczywiście był tłum w przeważającej części złożony z ludzi starszych, siedzących w niejakim napięciu, gotowych do startu w każdej chwili. 


- Dzień dobry, kto z państwa ma numerek piąty? - zapytałam.


   Odpowiedziała mi cisza i uciekający wzrok oczekujących.


- Czyli nikt? - znowu rzuciłam pytanie. - W takim razie kto ma numerek czwarty?


- W środku jest numerek czwarty - łaskawie odparła młoda kobieta. 


- A piątego nie ma? To super, bo ja mam szósty, czyli zaraz wchodzę - rzekłam uradowana.


   Spojrzenie babć siedzących na ławeczce miało chyba na celu szybkie unicestwienie mnie. Tak mnie się przynajmniej wydawało.  Stanęłam obok drzwi gabinetu i cierpliwie czekałam, choć czułam, że zaraz padnę. Ciekło mi z nosa, z oczu płynęły łzy - wierne towarzyszki kataru i  ogólnie prezentowałam się fatalnie. Miałam to jednak głęboko... wiadomo gdzie. Skupiłam się tylko na tym, by wejść, dać się zbadać, dostać zwolnienie i doczłapać się do domu, w którym czekało na mnie rozgrzebane łóżko. Znaleźć się jak najszybciej w łóżku - to był cel zasadniczy. I gdy już, już nieomal witałam się z gąską... Przyszedł numerek piąty! W myślach ciskałam nieładnymi słowami, a nawet bardzo wulgarnymi. Tym "numerkiem" była pani w podeszłym wieku. "No to mam przesrane" - pomyślałam. Jak ja nie cierpię pań w podeszłym wieku, które czekają na wizytę u lekarza.


   Jedna taka pani drugiej pani narzekała na wszystkie choroby, które ją nękają. Tamta równie żywo licytowała się z nią. Myślałam, że mi łeb pęknie. Inna z głupim uśmiechem stwierdziła, że swoje trzeba odczekać, żeby znaleźć się oko w oko z lekarzem. Na co ja nie wytrzymałam i powiedziałam, że gdyby każdy pacjent krótko i rzeczowo przedstawił, z czym przychodzi i nie traktował wizyty jako okazji do pogaduszek, to czekanie znacznie by się skróciło. Byłam gburliwa i niemiła, bo się do cholery źle czułam, w przeciwieństwie do energicznych staruszek, odsztafirowanych jak stróż w Boże Ciało i całych gotowych na taką gratkę jak spotkanie z innymi na poczekalni oraz długa rozmowa z panią doktor, notabene też już niemłodą. Kaszlałam, kichałam, czym dodatkowo odstraszyłam towarzystwo. Przez chwilę zapanowała błoga cisza. 


   Przyszła kolejna osoba, tym razem młoda blondyna, która bardzo się zdziwiła taką chmarą ludzi na korytarzu.


- A co pani by tak chciała od razu wejść. Swoje trzeba odsiedzieć. My tu wszyscy długo czekamy - nieco złośliwie przemówiła jedna kobieta i dodała: - Ja tu siedzę od wpół do ósmej, proszę panią.


   Zerknęłam na nią, to znaczy na tę, co przed momentem przyznała się do własnej głupoty. Bo kto siedzi od wpół do ósmej i czeka, gdy wizytę ma nie prędzej niż o dziewiątej??? Gdy się rejestrowałam, otrzymałam jasny przekaz, że z moim numerkiem wejdę około dziewiątej, a ta kobieta miała wejść po mnie. Zawsze podana jest prawdopodobna godzina przyjęcia. Nie wiem, na co ona liczyła. Na co liczą wszyscy męczennicy płaszczący tyłki na poczekalniach od wczesnych godzin rannych mimo tego, że mają dalsze numerki. Że ktoś ich wpuści, że może ktoś nie przyjdzie i im się uda być przyjętym prędzej? Ja rozumiem starszych ludzi, że nie mogą dospać, że szukają kontaktu i lezą do lekarzy, żeby sobie z nimi pogadać, a przy okazji pogadać też z czekającymi. Ale w takich chwilach, kiedy ledwo trzymam się na nogach, mam ochotę skrócić ich męczarnie wynikające z samotności. I to ostatecznie.


   Moja wizyta trwała dziesięć minut. W tym czasie zostałam zbadana, lekarka przeprowadziła niezbędny wywiad, wypisała lekarstwa i dała skierowanie na badania oraz wpisała w kartotekę długość zwolnienia. Wyszłam. Współczująco zerknęłam na tę młodą blondynę. Przed nią był tabun staruszek, włącznie z tą, która siedziała od wpół do ósmej, a było już przed dziesiątą. No to pewnie odbiła sobie to długie oczekiwanie na swoją kolej...




Co ma kobieta z setką jaj? 2019-08-10 20:42

Ostatnie spotkanie na szczycie z moimi koleżankami obfitowało w wiele ważkich tematów i uwag. W trakcie naszej dysputy pojawił się pewien problem, który postanowiłam naświetlić, gdyż skłonił mnie do rozważań. Chodzi o jaja. Nie takie kurze, lecz męskie. Często słyszy się, że ktoś ma jaja lub ich nie ma. Że ten facet ma jaja albo i nie. Wiele kobiet, przejawiających zachowania przypisywane mężczyznom, określanych jest jako kobiety z jajami. Co to znaczy - mieć jaja? Oczywiście chodzi o twardość, moc, decyzyjność i niezłomność w wielu sprawach. Takiemu komuś z jajami nikt nie podskoczy i nikt go nie wykiwa. Z kolei ktoś ich pozbawiony jest skazany na drwiny, pobłażliwe traktowanie i towarzyski niebyt.


   Chciałabym się jednak skupić na kwestii językowej. Bo dlaczego o twardzielach i twardzielkach mówi się, że mają akurat jaja??? A czemu nie cycki albo jajniki? Skoro atrybutem męskości są jaja lub ewentualnie penis, dlaczego nie utarło się, że można też nosić jako "stalowy" symbol piersi, które bezwzględnie kojarzą się z kobiecością? Przecież te słynne jaja wcale nie powinny być stawiane na piedestale, gdyż są zwyczajnie... miękkie. No bo proszę się zastanowić - gdy widzimy piłkarzy ustawiających się przed rzutem karnym na meczu piłki nożnej, to cóż oni chronią oprócz swojej bramki? No? Właśnie. Jądra to chyba jednocześnie pięta Achillesa. I dlaczego akurat mężczyźni i stereotypowo pojmowana męskość oznacza twardy charakter?


   Znam wielu facetów z tak zwanymi jajami i powiem Wam, że owszem, są oni niezłymi bykami, na co dzień nie pieprzą się w tańcu, lecz gdy przychodzą kryzysowe sytuacje, często wymiękają. Wpadają w popłoch, gdy na horyzoncie widać zmierzającą ku nim katastrofę. Popełniają masę błędów, rozklejają się, nie radzą emocjonalnie. Kto ich wówczas najczęściej wspiera? Kobiety. Nie kumple, z którymi mogą co najwyżej się schlać do nieprzytomności i z którymi mogą złorzeczyć na cały świat. Tylko kobiety. One przeważnie, a mam tu na myśli kobiety z jajami, cyckami czy inną twardą częścią ciała, one siadają i odkładają na bok bzdurne narzekanie, jojczenie i własny interes. Zaczynają główkować, jak by tu zaradzić problemowi, jak uchronić rodzinę przed kataklizmem, jak przede wszystkim uratować przed nim swoje potomstwo i swojego zagubionego jak dziecko we mgle faceta.


   Kobiety, które mnie otaczają, którymi się też sama świadomie otaczam, to nie mamejowate babki bez kręgosłupa, głowy na karku i rąk gotowych do niesienia pomocy. To prawdziwe, najprawdziwsze twardzielki, które potrafią ogarnąć dom, pracę, osobiste perypetie, opiekują się schorowanymi lub leciwymi członkami rodziny, latają po lekarzach, załatwiają sprawy nie do załatwienia. Nie na darmo ukuło się ludowe powiedzenie, że gdzie diabeł nie może, tam babę pośle. Babę, nie chłopa. A prosty lud wie, co robi, tworząc takie przysłowia. W prostocie tkwi mądrość. Kiedyś usłyszałam, że mężczyzna jest głową rodziny, a kobieta szyją, która tą głową kręci. Albo, że mężczyźni rządzą światem, a mężczyznami kobiety... Coś w tym jest. I często, gdy widzę zbitego jak pies faceta, wiem, że potrzebuje pomocy i poszuka jej w końcu u kobiet. Tych słabych, bezbronnych i delikatnych. Lezie do takiej baby, do tego "puchu marnego i wietrznej istoty", bo wie, że ona go wysłucha i nie będzie upijać, a przy tym rzucać kurwami, tylko realnie pomoże.


   Kobiety dźwigają ogrom obowiązków, choć często nie słyszą za to żadnego "dziękuję". Poryczą sobie w kącie (przecież są takie emocjonalne;), obetrą łzy i idą do przodu. Mnóstwo spraw, jakimś cudem niekiedy, godzą ze sobą i nikt nie uważa, że robią coś nadzwyczajnego. A tymczasem w miarę ogarnięty facet, który potrafi pogodzić pracę i życie rodzinne, jest uznawany za herosa. Ma chłop jaja, że jedną ręką ubija interesy, a drugą buja wózek z dzieckiem. Ma jaja, że nie da sobie w kaszę nadmuchać, a i w mordę przywali, kiedy zaistnieje taka potrzeba. Ma jaja, gdy postawi się szefowi, żonie, komukolwiek, byleby się postawić. I też ma jaja, gdy zapierdala na drodze, zostawiając w tyle wszystkie cipy. A kobieta? Co ma kobieta, która też ma jaja, prawdę mówiąc setki jaj, lecz każdy ma to w części ciała nazywanej dupą? No co?




Prowadzenie pensjonatu - łatwy piniondz? 2019-07-22 10:16

   Czy łatwo prowadzić rodzinny interes polegający na wynajmowaniu kwater turystom? Wiele osób myśli, że taki nawet mały pensjonacik to świetna sprawa i łatwy pieniądz. Nic bardziej mylnego. Ostatnio rozmawiałam z koleżanką, mieszkanką Zakopanego, o tym, jak wygląda codzienność w takiej pracy. Ja z kolei, jako wieloletnia pracownica na etacie, przedstawiłam swój punkt widzenia na tego typu działalność zawodową. Oczywiście istnieją plusy i minusy każdej z tych opcji.


 


   Prowadzenie pensjonatu to nie tylko rezerwowanie pokoi, sprzątanie, przyjmowanie i kasowanie gości, po czym właściciela czeka już tylko leżaczek na tarasie i kawusia w filiżaneczce. Otóż, trzeba się też liczyć z tym, że jest się do dyspozycji gości praktycznie cały dzień. Turyści nie przestrzegają wielu ustaleń, które są spisane i przedstawione przy odbiorze pokoju. Wiele razy zakłócają spokój innym gościom i samym gospodarzom, bywają bezczelni i aroganccy, bardzo roszczeniowi i niekiedy zwyczajnie pozbawieni elementarnych zasad kultury. Niszczą sprzęty znajdujące się na wyposażeniu kuchni, pokoi i łazienek, a potem udają, że to nie ich sprawka. Pozostawiają po grillu bałagan i absolutnie nie poczuwają się do obowiązku posprzątania po sobie. Nie pilnują własnych dzieci, które wykańczają psychicznie całe otoczenie. Prowadzących dom właścicieli traktują jak służbę.


 


   Dla oddania sprawiedliwości nadmienię, iż są także wspaniali ludzie, którzy przyjeżdżają co roku w to samo miejsce, gdyż przywiązują się i do określonego pensjonatu, i do jego właścicieli. Są zawsze mile widziani i oczekiwani z otwartymi ramionami. Przy nich pracownicy pensjonatu odżywają i odzyskują wiarę w człowieka. Niestety takich ludzi jest coraz mniej. Czy to znak czasu? Zmiana pokoleniowa?


 


   Najbardziej przykre jest to, że często gość, któremu gospodarz zwróci uwagę, obsmaruje kwaterę w Internecie, oczywiście odwracając kota ogonem. Sama byłam kiedyś świadkiem, jak dwa małżeństwa, od razu po przyjeździe i wniesieniu klamotów do pokoi, przystąpiły do degustacji rozmaitych trunków. Po niespełna dwóch godzinach cała czwórka była tak pijana, że panie, nawet przy pomocy swoich równie pijanych macho, nie były w stanie wejść po schodach, by ukryć się przed oczami zszokowanych pozostałych turystów. Na kamiennych schodach potłukły się im butelki oraz słoiki z jedzeniem. Gospodyni domu podeszła do nich i dyskretnie upomniała, za co w zamian otrzymała wiązankę rynsztokowych epitetów. Nie pozostało nic innego, jak wezwać na pomoc gospodarza, który grzecznie, aczkolwiek stanowczo kazał się im pakować i natychmiast opuścić dom. Zwrócił im wszystkie pieniądze, wsiadł za kierownicę ich auta, które następnie zaparkował poza posesją i pokierował zataczające się towarzystwo za bramę. Potem na fejsie pojawiła się szkalująca właścicieli opinia. Na szczęście po oficjalnej, kulturalnej reakcji z drugiej strony, opinia została usunięta.


 


   Są jednak i pozytywne strony prowadzenia pensjonatu. Po pierwsze - właściciel jest sobie żeglarzem, sterem i okrętem. Żaden szef nie dyryguje, nie krytykuje i nie stawia dziwnych wymagań. Po drugie - otrzymuje się godziwe wynagrodzenie, o którym przeciętnie zarabiający Polak w zakładzie pracy może pomarzyć. Po trzecie - jeśli klient nie dostosowuje się do obowiązujących zasad, można mu podziękować za dotychczasowy pobyt, zwrócić kasę za resztę rezerwacji i powiedzieć: "Adios amigos". Najwyżej w necie pojawi się niekorzystna opinia. Można na nią zareagować lub olać. Sama czytam opinie o hotelach i gdy widzę absurdalne zarzuty, po prostu dochodzę do wniosku, że ludzie mają naprawdę nie po kolei w głowie. W tzw. zwyczajnej pracy pokazanie klientowi drzwi niedopuszczalne. Znam to z autopsji. Trzeba być miłym i wspierającym mimo tego, że w kieszeni nóż się otwiera, gdyż na plecach czuje się oddech szefa czy innej kontrolującej instytucji.


 


   Jeśli chodzi o gości pensjonatu, myślę, że istnieje również sposób na roszczeniowych i niereformowalnych ludzi. Trzeba tylko ustalić pewne zasady i granice. Absolutnie nie należy ze wszystkimi się spoufalać. Oczywiście nie można zachowywać się jak gbur, ale jednak powściągliwość nie zaszkodzi. Żadnego przechodzenia od razu na "ty", wspólnego organizowania imprez, otwierania drzwi o północy, bo ktoś pijany nie może sam ich otworzyć, żadnego pożyczania swoich prywatnych sprzętów, o których nie było mowy w ofercie. Z doświadczenia wiem, że stawianie granic jest konieczne, a ich brak rodzi niebezpieczeństwo, że obcy nam człowiek może nas potem zwyczajnie lekceważyć. No bo jak potraktować poważnie upomnienie od przemiłej i sympatycznej gospodyni czy jowialnego gospodarza? Kumplowskie traktowanie działa w dwie strony.


 


   Na koniec pragnę zaznaczyć, że trudno jest znaleźć pracę idealną, o ile w ogóle jest to możliwe. W każdej są wady i zalety. Wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma. Myślę jednak, że wszystkim żyłoby się o wiele lepiej i przyjemniej, gdyby ludzie tak w ogóle szanowali siebie nawzajem, niezależnie od tego, jaki wykonują zawód.




Teatr Witkacego - wniknij weń albo znikaj w tłumie na Człapówkach 2019-07-19 22:25

   Wczoraj po raz kolejny w życiu udałam się w miejsce szczególne i niesamowite - do Teatru Witkacego. Tym razem był to spektakl pt. "Człapówki - Zakopane" wg utworu Andrzeja Struga. Gdy już zajęłam miejsce gdzieś w kącie, tak, by nikt mi nie przeszkadzał, rozglądałam się dokoła. Ludzi przyszło co niemiara, panował gwar. Trochę drażniło mnie zachowanie grupki znajomych w wieku średnim, którzy rozsiedli się przy jednym ze stolików i bardzo głośno śmiali się i rozmawiali, jakby brakowało im na co dzień uwagi ze strony innych. Szybko dostawiano dodatkowe krzesła, gdyż nie wystarczyło miejsc dla wszystkich. Tuż przy scenie usadowili się muzycy - saksofonista, trębacz, akordeonista i ktoś jeszcze, lecz niestety nie mogłam go dostrzec. Czekałam cierpliwie na to, co się za chwilę wydarzy. W końcu zaczęło się.


 


   Pomiędzy widzami zaczęli przeciskać się aktorzy już od tego momentu odgrywający swoje role. Jedna z kobiet reklamowała swój pensjonat. Inna - seksowna blondynka z lampką wina w jednej ręce i butelką w drugiej, z szerokim, pijanym uśmiechem krwistoczerwonych ust - śmiała się i zataczała lekko, w końcu usiadła na chwilę jednemu mężczyźnie na kolanach, po czym wstała i poszła w kierunku sceny. Jakiś mężczyzna zagadywał, kolejny również z głupkowatym uśmiechem i nieco wyniosłą miną, ogólnie panowało zamieszanie, które dobrze kojarzę z tym miejscem. Mimowolnie uśmiechnęłam się pod nosem. No tak - "banda szaleńców" - pomyślałam bez złośliwości.


 


   Nie będę opowiadać, co było dalej. Kto jest zainteresowany, niech po prostu przy okazji pobytu w Zakopanem, pójdzie na przedstawienie. Naprawdę warto. Nie tylko na "Człapówki", choć przyznam, że forma i przesłanie te sztuki należy chyba do najłatwiejszych w odbiorze tego teatru. Sam Teatr Witkacego jest niezwykły. Mieści się w budynku dawnego ośrodka dra Chramca, u którego chętnie leczyli się między innymi gruźlicy, głównie z tzw. wyższych sfer, choć nie tylko. Teraz mieści się tu Starostwo Powiatowe i właśnie teatr. Znajduje się w nim m.in. Scena Witkacego i Scena A. Bazakbala oraz Kawiarnia Witkacy. Na elewacji sąsiadujących budynków znajdują się murale wykonane przez studentów ASP, przedstawiające między innymi znajomą "gębę" Witkiewicza. Wnętrza teatru kryją niepowtarzalny klimat. Mrok, przytłumione światło, rysunki Witkacego, zabytkowe meble. Aktorzy wchodzą między przybyłych i już grając swoje dziwaczne niekiedy role, nawiązują kontakt z widzem.


 


   Widz jest tu witany i żegnany przez aktorów. Widz jest tuż przy scenie. Jest tak blisko, że chyba już bliżej nie może być. Dla kogoś, kto przychodzi tu pierwszy raz, może to być trochę szokujące i onieśmielające, lecz stali bywalcy od początku wiedzą, co się święci i poddają się chwilami psychodelicznemu nastrojowi. Po spektaklu często odbywają się spotkania aktorów z widownią. Wczoraj nieliczna grupka pozostałych widzów została zaproszona do wspólnego stolika przez aktorów. Wszyscy siedzieli wyluzowani, choć na początku nieco skrępowani. Lecz ten wewnętrzny wstyd, to przekonanie, że aktor to niemalże półbóg, szybko znikł, gdy pojawiły się swobodne pytania jednych do drugich i odwrotnie. Aktorzy z Witkacego są normalni, choć mimo wszystko unosi się nad ich głowami aura niezwykłości. Żyją tutaj i od trzydziestu lat utrzymują teatr na powierzchni i mimo upływu lat, zmian społecznych oraz politycznych, trendów w sztuce, pozostają wierni swoim zasadom, jak to ujęła jedna z aktorek. Żadnego podlizywania się odbiorcy, ulegania jego oczekiwaniom, eventów i fotek na ściankach, lansowania się na salonach, przebierania w ciuchy jakichś projektantów. Godne podziwu w tym oszalałym i zdominowanym przez zdurniałe do reszty społeczeństwo.


 


   Czy ten teatr jest dla każdego? W toku rozmowy zostały poruszone problemy związane z dotarciem do nowego odbiorcy, ze zwerbowaniem go, gdyż w dobie Internetu, swobodnego dostępu do innym form sztuki, nie jest to proste. Aktorzy uważają, że najlepszy jest tzw. marketing szeptany. Rzeczywiście przyjdą wówczas ludzie, którzy czują, że chcą tu być, chcą wejść i przeżyć coś niespotykanego. Ktoś z widzów zaproponował, żeby wyjść na Krupówki i zachęcać bezpośrednio do wizyty w teatrze, lecz jeden spośród aktorów zapytał, czy gdyby przyszli tu ludzie z przypadku, z "łapanki", to reakcja widowni byłaby taka, jak na przykład w czasie tego spektaklu. Nie. Nie byłoby tej energii i porozumienia, tej iskry przelatującej między sceną a widownią.


 


   Ludzie przyjeżdżają do Zakopca w różnym celu. Dla jednych to wyjątkowe miejsce, które ma bogatą historię, ofertę kulturalną i które przez wiele lat było mekką artystów. Dla innych to tylko kolejne modne miasto, w którym można się napić, kupić magnes na lodówkę i inne duperele pod Gubałówką. Czołowe miejsce zatem stanowią dla nich Krupówki. Przepraszam - Człapówki ;)


 


 


 


 


 


 


 


 


 


 


 


 


 




Panta rei 2019-07-11 22:43

Wczoraj weszłam do Jego warsztatu. Ogarnęło mnie zdumienie, gdyż od kiedy pamiętam, panował tu iście artystyczny nieład. Tymczasem wszystko było poukładane jak w sklepie z narzędziami i rozmaitymi maszynami. Każde wiertło, jakieś śruby, pilniki i inne przedmioty, których przeznaczenie jest mi obce - leżały równiutko ułożone na półkach. Maszyny z dziwnymi symbolami, przyciskami, jakimiś miernikami czy czymś takim, stały grzecznie na swoich stanowiskach i czekały. Na podłodze ani ździebka jakichś opiłków metalu, poskręcanych kawałków, które zawsze kojarzyły mi się z cudacznie wygiętymi, srebrnymi makaronami. Porządek. Cisza i pustka.


   Przechadzałam się z kąta w kąt i przyglądałam się detalom - staremu kredensowi, szafkom pamiętającym zapewne wczesne lata powojenne czy stołowi z narzędziami. W piwnicy u mojej babci też stał podobny kredens. Trochę żal mi tych mebli, gdyż odpicowane byłyby dzisiaj wartościowym meblem, w którym niektórzy mogliby dostrzec duszę i dać mu drugie życie, zamiast kupować lub zamawiać u stolarza sztampowe mebelki z połyskiem cięte jak od linijki. Tu też znajdowały się takie skarby. Czekały.


   Dopadły mnie smutek i tęsknota. Oczyma duszy widziałam Go umorusanego, jak pochyla się nad maszyną i wyczynia tam jakieś dziwne czary, o których nie miałam bladego pojęcia. Wielu inteligentów, zwłaszcza tych z Bożej łaski, patrzy z góry na fachowców trudniących się pracą fizyczną. Lecz niejeden z nich łasi się do nich, gdy trzeba coś naprawić, wyremontować, wytoczyć, przepchać. Wtedy taki pan Zdzichu czy Stachu jest na wagę złota. I prawdę mówiąc, ceni się, choć dla niego jedno lub dwa puknięcia, stuknięcia, machnięcia, wywiercenia, itp. to bułka z masłem. Uważam, że pan Zdzichu ma pełne podstawy, żeby się cenić, gdyż to on wie, jak i gdzie puknąć, podczas gdy żona inteligenta patrzy na męża i wzdycha w myślach: "Chłop, a nie potrafi naprawić spłuczki od kibla ani nawet wbić prosto gwoździa...". A Zdzichu rach - ciach i zgarnia kasiorkę aż miło.


   On też potrafił dokonać małych cudów w swoim warsztacie. Ludzie z okolicy walili do niego drzwiami i oknami, gdyż nie znali lepszego od niego tokarza - ślusarza. A on spokojnie, z fajeczką w ustach przyjmował zlecenia. Czasami pytał mnie, ile ma właściwie skasować klienta, bo w zasadzie to się nie narobił. Wówczas przypominałam mu podejście przykładowego pana Zdzicha do kwestii szanowania swojej profesji. I w ten sposób, ceniąc swoje unikatowe w regionie umiejętności, popalając fajeczkę, pobierał stosowną moim skromnym zdaniem zapłatę.


   Wczoraj wszystko czekało. Na terkot, szlifowanie, furkot, buczenie. Na ożywienie tego miejsca. Na próżno. Podeszłam do jednej z maszyn. Nie zostały dokładnie sprzątnięte z niej opiłki (chyba miedzi). Takie maleńkie, złotawe drobinki. Leżą od dwóch lat nietknięte. Zapewne zdmuchnie je wiatr, gdy maszyna będzie transportowana do nowego właściciela. Na razie są i przypominają o tym, że kiedyś On je stworzył, być może na krótko przed śmiercią. Są śladem jego pracy i życia. Niedługo tu będzie pomieszczenie na narty i inny sprzęt sportowy. I już nigdy rano nie usłyszę tego terkotu, dobiegającego zza okna mojego pokoju.




Foczki, morświny i kaszaloty 2019-01-13 12:14

            Zastanawiałam się, o czym napisać. Od rana ciśnie mnie konieczność wyartykułowania swoich spostrzeżeń, które nagromadziły się przez ostatni czas. Może o tym, że w końcu odważyłam się przyznać, że osiągnęłam harmonię? Albo o foczkach i morświnach? A może o tym, że warto się zmęczyć, tak fizycznie, aż do potu cieknącego po tyłku? Hm... Foczki i morświny jednak bardziej mnie uwierają i wierzgając w mej głowie, domagają się uwagi tu i teraz. Cóż, zaczynam...


            Foczki, morświny to, jak powszechnie wiadomo, morskie zwierzątka. Foczki kojarzą się nam z tymi pięknymi, wielkimi oczami smutno jakoś patrzącymi w oko kamery. Być może dlatego, że nie są zadowolone z obecności człowieka w ich intymnym, foczym świecie, człowieka, który tak ochoczo zdziera z nich skórę (na żywca!) i robi sobie potem z nich milusie futerko. Morświnki też są całkiem milusie, tylko nieco większe. Istnieją jeszcze kaszaloty. Widziałam takiego potwora na okładce książki mojego ulubionego polskiego pisarza o imieniu Szczepan i twarzy prawdziwego twardziela. I ten kaszalot jest wielgachny, łypie groźnie okiem i tryska wodą. Przerażający! Wróćmy jednak do tego skromnego katalogu zwierzątek morskich i oceanicznych.


Otóż, ostatnio, przy obiedzie w pracy, pochwaliłam się towarzystwu, że zapisałam się na zajęcia sportowe. Tak, choć staram się uprawiać różne formy aktywności, w końcu jednak uznałam, że zorganizowane zajęcia pod okiem instruktora zmuszą mnie do systematyczności w wylewaniu z siebie litrów potu, cellulitu i innych świństw. Jeden kolega, nazwijmy go G., zdumiony stwierdził, że przecież mnie nie są potrzebne żadne sporty, bo i tak jestem szczupła. Ano jestem, nieskromnie przyznam. Może nie jestem ideałem, ale nie narzekam. Niektórzy twierdzą, że jestem nawet chudziną, ale chyba nigdy nie widzieli mnie w stroju kąpielowym, o negliżu nie wspominając. Odparłam koledze G., że tu nie chodzi o chudnięcie, lecz bycie sprawną, sprężystą i jędrną. G. spojrzał na mnie wzrokiem, który nie spodobał mi się za bardzo. Często tak na mnie się gapi, lecz na szczęście mam poczucie humoru i wszelkie próby taniego podrywu gaszę jakimiś żartami i ciętymi ripostami. Kolega G. dodał, że w tym samym czasie również ma zajęcia na sali, tylko innej. Jakaś koszykówka czy siatkówka albo inna piłka. I dodał, że widzi, jak my – kobiety – wychodzimy po naszych katorgach. Powiedział, że niektóre z nas to fajne foczki, ale inne to kaszaloty i morświny.


Ożesz kur....! Apollo się odezwał! W mojej koleżance, dotychczas przysłuchującej się rozmowie z uśmiechem, chyba się zagotowało, bo rzuciła parę ciętych słów o chamskiej kategoryzacji kobiet ze względu na wygląd. Gdy ochłonęła, ja dodałam, że wprawdzie nie uważam się za jakąś zakompleksioną, szarą myszkę, jednak też nie chciałabym być wrzucana do jakiegoś wora z napisem: „foczka” albo „morświn”, a wiadomo - to wrzucanie do wora jest uzależnione od upodobań wrzucającego. O gustach się nie dyskutuje. Mimo wszystko jednak uważam, że chamskie teksty należy bezwzględnie napiętnować. Irytuje mnie komentowanie wyglądu kobiet przez mężczyzn. Nie wiem jaka piękność byłaby w stanie spełnić ich oczekiwania. Zapominają przy tym, że każdy – KAŻDY – człowiek się starzeje, zmienia się i nawet Afrodyta, gdyby nie była grecką boginią spożywającą nektar i ambrozję, też w końcu straciłaby na uroku. Poza tym, biorąc pod uwagę wspomniane gusta, nie ma ideału i nie będzie. To, co dla jednego jest piękne, nie musi być piękne dla drugiego.


Najbardziej krzywdzące są opinie dotyczące poszczególnych elementów kobiecego ciała, które przecież ulega rozmaitym transformacjom, tak jak i męskie ciało. Tylko jest zasadnicza różnica – mężczyźni nie rodzą, nie karmią piersią, nie muszą często godzić miliona obowiązków, co w końcu odbija się niestety na wyglądzie. Mężczyźni, nie zapominajcie, że te piersi, z czasem mniej jędrne i pociągające, wykarmiły dzieci. Te brzuchy, obwisłe, pokryte bruzdami rozstępów, nosiły w sobie kilkukilogramowe dziecko. Ta pochwa, rozciągnięta i z bliznami wokół, musiała wypchnąć to dziecko na świat, byście potem mogli dumnie obwieścić wszystkim kumplom dookoła, że zostaliście ojcami i byście mogli to obficie oblać, a potem leczyć kaca przez kilka dni, podczas gdy wasza kobieta dogorywała w szpitalu. Te uda, które zyskały na objętości, z warstwą pomarszczonej skóry (to jest właśnie osławiony Pan Cellulit;), to uda tej samej kobiety, którą pokochaliście. Kobiece twarze, podobnie jak wasze, z czasem wiotczeją, pokrywają się zmarszczkami. To naturalne. Oczywiście, gdyby kobiety miały nieco więcej czasu oraz pieniędzy, mogłyby bardziej o siebie zadbać. Ale uwierzcie – po całym dniu spędzonym w galopującym tempie, zajmowaniu się domem, pracą, dziećmi, wami, wiele kobiet ma to w swojej nieidealnej dupie, jak wygląda. Moglibyście od czasu do czasu je wyręczyć, stop (!) – poczuć się współodpowiedzialni za rodzinę i obowiązki z tym związane. Z dużym prawdopodobieństwem, wasze kobiety znalazłyby siły i motywację, by popracować nad sobą, swoim wyglądem i może wreszcie byłyby damami na salonach, a kurtyzanami w sypialni.


Tymczasem chciałabym zwrócić waszą uwagę na to, że wam też wiele brakuje do ideału. Najśmieszniejsi są mężczyźni z bojlerami zamiast brzucha, małym ptaszkiem nieśmiało próbującym wyglądać spod tego bojlera, chudymi i patykowatymi nóżkami i takimi też  łapkami. Do tego fryz na zaczeskę albo na Sławomira. I tacy zazwyczaj mają najwięcej do powiedzenia na temat foczek i morświnów. Tacy myślą, że każda foczka na nich właśnie poleci i zamacha foczym ogonkiem na jego widok na plaży. Mein Gott! Sie sehen und  donnern nicht!


Takie oto myśli żądały przelania na ekran komputera. Na koniec dodam, że co złego to nie ja i nie było moim zamiarem sprawienie komuś przykrości. Chciałabym tylko zwrócić uwagę na problem i nakłonić do refleksji. Nie zachowujmy się jak celebryci i zejdźmy na Ziemię zamieszkaną przez nieidealne kobiety i nieidealnych mężczyzn, którzy jakoś mimo wszystko łączą się w nieidealne pary. Wiele z nich jest szczęśliwych. A na koniec żartobliwie dodam – nieidealni, nie martwcie się. Wszak, jak mówi przysłowie, „Każda potwora znajdzie swojego amatora” ;)


 


 




Czas teraźniejszo-przeszły 2019-01-02 09:57

   Jak szybko przechodzi się z czasu teraźniejszego w przeszły wie ten, kto kogoś lub coś stracił. Zwłaszcza kogoś. Mniej istotny jest tu fakt, czy był to ktoś szczególnie bliski czy znajomy albo po prostu ktoś, kogo znamy tylko z widzenia lub ze słyszenia. Z "jest" za chwilę wszyscy przechodzą na "był". Ot, ułamek sekundy i perspektywa się zmienia. Często ludzie dodają: "a jeszcze wczoraj go widziałem", "a jeszcze dwa dni temu z nim rozmawiałem". Taki młody, z planami na przyszłość i zamiarem odpuszczenia sobie w końcu, bo przecież tak dalej nie można, w tym pędzie szalonym donikąd. I nagle lotem błyskawicy roznosi się wieść, że już go nie ma. On był. Był taki a taki, robił to czy tamto, lubił tak czy inaczej spędzać czas, miał pasje, zostawił rodzinę. Koniec teraźniejszości dla od..eszłego. Odszedłszy przeszedł w czas przeszły. Odszedł był i już go nie ma.


   Przykro mi, gdyż ostatnio pożegnałam ostatecznie dwie osoby, a tu już następna czeka na pożegnanie. Jak to właściwie jest z tym czasem? Ciągle są z nim kłopoty. Niby kogoś nie ma, a jednak wszyscy temu zaprzeczają. Dopóki jest w pamięci, żyje. Dopóki czuje się jego bliskość, istnieje. Gdzieś tam, w bliżej nieokreślonej przestrzeni ciągle jest, trwa, a przynajmniej wielu w to wierzy, gdyż łatwiej żyć wierząc niż nie wierząc i myśląc, że śmierć ciała to śmierć całkowita. Przyznaję - mam z tym niemały kłopot - czy moja wiara nie jest aby powierzchowna, bardziej związana z tradycją i wychowaniem niż z iluminacją. Nie wiem, czy stan ten zmieni się pod wpływem czasu, lecz dotychczas dalej mi niż bliżej do głębokiej wiary. Nie potrafię temu zaradzić. Nie chcę być hipokrytką, sama siebie nie jestem w stanie oszukać. Choć w głębi serca wolałabym wierzyć, tak szczerze i bezgranicznie.


   Tymczasem, kiedy wielu ludzi świętowało odejście starego roku i powitanie nowego, umierała kolejna osoba z mojego otoczenia. Tak, widziałam ją na dwa dni przed śmiercią, Rozmawiałam może z tydzień wcześniej, rozmawiałam o niej chwilę przed tym, jak otrzymałam wiadomość, że nie żyje. A potem pojawił się szok i niedowierzanie. Telefon rozgrzał się do czerwoności, gdyż ci, którym przekazałam tę wiadomość, również niedowierzali. I zaczęło się. Milion pytań o okoliczności, o domniemane choroby, które wskazywałyby na rychłe pogorszenie stanu zdrowia, o pogrzeb itp. Potem padały standardowe stwierdzenia, że po co my pędzimy, za czym i że powinniśmy cieszyć się życiem, że praca to nie wszystko i takie tam. Oczywiście, przez moment w głowach zszokowanych zabłyśnie myśl, że trzeba zwolnić, nie zaharowywać się dla pieniędzy, które i tak w gruncie rzeczy nie cieszą, nie dążyć do gromadzenia ponad miarę i skupić się na bliskich, realizacji marzeń oraz radowaniu się drobiazgami. Ileż razy to słyszałam! Z ilu ust padały takie podniosłe deklaracje. A potem szybciutko każdy i tak wskakuje w swój przyciasny mundurek i wraca na doskonale znaną trajektorię działań.


   Ludziki drogie, przestańcie się oszukiwać. Większość z was niczego w swoim życiu nie zmieni. Ani myślenia, ani tym bardziej postępowania. Nadal żal wam będzie odmówić sobie pokusy zarzynania się dla większego domu, lepszego samochodu czy innych dóbr materialnych. Niektórzy muszą ciężko pracować, by utrzymać rodzinę, lecz znam full osób, które naprawdę mogłyby zwolnić, ale jest im szkoda tych kilku stów, tysiąca czy tysięcy, które wręcz proszą się o zgarnięcie kosztem nadgodzin, drugiego etatu czy kolejnego zlecenia. Ludzkość nigdy nie zmądrzeje w żadnej kwestii. Nigdy. Może się powtórzę, ale powiem to - ludzie to najgłupszy gatunek żyjący na Ziemi. I na dodatek najokrutniejszy, najbardziej pazerny, wiecznie niezaspokojony. Dlatego nie sądzę, że odejście kolejnego zapracowanego, przemęczonego, młodego człowieka cokolwiek zmieni w sposobie myślenia innych. Człowiek jest, a w kilka minut przechodzi do przeszłości. Był i już go nie ma. Koniec.




Co wolno wojewodzie... 2018-12-09 20:11

Czytałam ostatnio artykuł o pewnej młodej, krewkiej kobiecie będącej gorliwą fanką jednego z żołnierzy wyklętych. Została skazana prawomocnym wyrokiem na krótką karę pozbawienia wolności za napaść na policjanta. Jej brat, równie krewki, ma przebogatą kartotekę policyjną z racji swojej "patriotycznej" działalności i licznych dowodów wierności swoim poglądom. Narodowy duch jest żywy w tej rodzinie. Ów młody człowiek również był wielokrotnie pociągany do odpowiedzialności za niewybredne hasła, które potrafił bez żenady wykrzykiwać w miejscach publicznych. Uważam, że słusznie na oboje została nałożona kara. Jednocześnie naszła mnie pewna refleksja odnośnie obraźliwych słów kierowanych przez różnych ludzi w stosunku do innych ludzi. Zdałam sobie sprawę z tego, że wielu z nich nigdy nie poniosło za to odpowiedzialności mimo tego, że są to osoby publiczne, znajdujące się na świeczniku. Przypomniało mi się od razu przysłowie, które wielokrotnie słyszałam w dzieciństwie - "Co wolno wojewodzie, to nie tobie, smrodzie".


   Doskonale pamiętam także swój dziecięcy bunt. Bo jakże to??? Jeden może się brzydko zachować, bo jest dorosły, a drugi nie tylko dlatego, że jest dzieckiem? Dorosły "truje", że nie wolno palić fajek, pić alkoholu, a tymczasem sam leje w siebie alko bez krępacji i kurzy jak lokomotywa? Brat może wracać po dwudziestej drugiej, a siostra już nie??? Nieraz tegoż buntu doświadczam obecnie, gdy niby już smrodem nie jestem, a jednak nie należę też do wojewodów. Tak jak większość społeczeństwa, która jest oburzona bezczelnością reprezentantów tak zwanych wyższych sfer - takich wojewodów nad wojewodami. Mogą oni mnie nazwać gorszym sortem, lewackim ścierwem, lesbą (choć jestem hetero), lemingiem, kanalią, dzieckiem specjalnej troski itp. W ślad za tym na forach internetowych pojawiają się jeszcze gorsze inwektywy, a także ksenofobiczne, homofobiczne hasła. I co? I nic. I dalej sobie taki jeden z drugim chodzi z podniesioną głową, śmiejąc się w twarz wszystkim oponentom i gorszemu jego zdaniem sortowi.


   On może, inni nie. On może z kamienną twarzą (lub wykrzywioną w chwili wzburzenia) powiedzieć wszystko, co mu ślina na język przyniesie, a inny polityk znany z nieokrzesania, ale i z tego, że potrafi bezpośrednio wyartykułować to, co myśli spora grupa społeczeństwa - już nie. Został zresztą w sądzie pierwszej instancji zobowiązany do publicznych przeprosin tego "kamiennego". I słusznie. Nadal podtrzymuję, że nie wolno rzucać oskarżeń bez dowodów, obelg czy chamskich tekstów. Nieustannie jednak zadaję pytanie, dlaczego nie wszyscy są równi wobec prawa? Nie wspomnę już o nieprzestrzeganiu elementarnych zasad kultury w przestrzeni publicznej, zbydlęceniu i totalnym schamieniu oraz zwykłej bezczelności przeniesionej z życia prywatnego, jak mniemam, na salony, sale sejmowe, do kościołów czy urzędów.


   Najbardziej irytujące i nieskuteczne jest pouczanie innych bez dawania odpowiedniego przykładu ze swojej strony. Spróbujcie powiedzieć nastolatkowi, że alkohol czy nikotyna szkodzą zdrowiu, trzymając w ręku zapalonego papierosa lub butelkę z piwem. Zabije was śmiechem. Powiedzcie dziecku, że słowo "kurwa" czy "pedał" to słowo plugawe, fuj, brzydkie, podczas gdy chwilę wcześniej sami rzucaliście wulgaryzmami na prawo i lewo. Dzieciak pomyśli, że coś nie gra. Pojawi się wtedy pewien dysonans, bo jakże to? Mama "kurwuje", tata wyzywał tamtego pana od "pedałów", a za chwilę grożą mi karą za to samo? Niech no tylko dziecię podrośnie, z pewnością nie omieszka tego mamusi i tatusiowi wypomnieć. Tak samo rzecz się przedstawia w życiu publicznym - pokazanie, że można ubliżać, przekręcać fakty, kłamać w żywe oczy, robić szwindle, uczy, że tak można i ośmiela pozostałych. Rodzi to poważne niebezpieczeństwo, gdyż po pierwsze społeczeństwo pozbawione hamulców może przerodzić się w masę troglodytów, a po drugie takie postępowanie jest jak miecz obosieczny. Należy pamiętać, że powiedzenie: "Co wolno wojewodzie, to nie tobie, smrodzie" może zmienić adresata, gdy smród kiedyś zamieni się miejscem z wojewodą... Tylko czy ku temu powinno zmierzać społeczeństwo XXI wieku?


 




Do Elvenoora - kilka słów odniesienia... 2018-11-16 08:46

Muszę przyznać Drogi Elvenoorze, że Twoje ostatnie notki są po prostu świetne. I nie ma w tym żadnego lizusostwa. Fajnie, że podjąłeś się takiej niecodziennej pracy. Szacuneczek. No a ta notka o jeździe pociągiem do domu to istna petarda :D Sama pamiętam te czasy, kiedy jechałam pociągami jeszcze gorszymi, w których również doznawałam silnych emocji (bardzo delikatnie rzecz ujmując) i poznawałam znaczenie słów: "od zajebania". Pamiętam swoje czasy studenckie, wyjazdy z przyjaciółmi na różne zloty, w góry, gdziekolwiek, podczas których poruszaliśmy się głównie pociągami PKP. Standardem były opóźnienia. To nieprawda, że za komuny nie było opóźnień. Załapałam się na końcówkę tego sławetnego okresu i dobrze wiem jak było. Gość, który twierdził, że za komuny pociągi jeździły w miarę punktualnie, czuje chyba szczególny sentyment do tamtych czasów. Standardem był jeszcze większy syf w środku niż dzisiaj, zajebiste kolejki do kas (nie było możliwości kupienia biletu przez neta), niemiłe panie w okienkach, w wagonach kible bez grama papieru, skrawka zapyziałego mydełka i kropli wody w kranie, korytarze równie wąskie i przepełnione jak w Twoim opisie (porównanie do penisa było bezbłędne;), w poczekalniach smród, w dworcowych barach czy pseudokawiarniach strach było cokolwiek zamówić. Sama jazda niestety również pozostawiała wiele do życzenia - głośny stukot starych klekotów śnił się potem, gdy człowiek wreszcie po wyczerpującej podróży legł w jakimś milutkim łóżeczku (najlepiej swoim).


Dzisiaj, gdy od czasu do czasu również wybieram się w podróż pociągiem, z góry zakładam, że będą opóźnienia, więc zostawiam sobie spory margines czasu na ewentualne przesiadki. Kupuję coś do picia i jedzenia na wypadek różnych wypadków - np. samobójczy akt, kolizja z samochodem itp. Poza tym zawsze biorę ze sobą książkę, materiały do nauki języka niemieckiego i słuchawki, aby nie marnować czasu i w miarę możliwości go sobie umilić. Przyznam - czasem też się wkurwiam. Na przykład kiedyś miałam wyjątkowego pecha. Jechałam w delegację z pracy na Węgry. Najpierw pociąg jadący z mojego miasta do innego zatrzymał się, gdyż właśnie rzucił się pod niego jakiś desperat i niestety pociąg rozciął jego ciało na pół. Widok jego korpusu leżącego nieopodal nie należał do przyjemnych. Wszyscy podróżni myśleli, że czeka nas właśnie długa procedura - wiadomo - prokurator, pogotowie, policja itp. Konduktor latał jak kot z pęcherzem i zbierał informacje, kto, dokąd i o której musi dotrzeć. Załatwiono transport zastępczy. W związku z tym, że wzięłam pod uwagę duży margines czasowy, nie martwiłam się, że nie zdążę na mój samolot z Warszawy do Budapesztu. Spokojnie mogłam dojechać tym transportem zastępczym do kolejnego miasta i na luzie zdążyć na następny pociąg. Tak myślałam. Jednak nasz nowy środek lokomocji to był stary klekot pamiętający właśnie czasy komuny, więc jechał tak wolno, że lepiej było chyba dać podróżnym rowery, którymi szybciej dotarliby do celu. W końcu dojechaliśmy już naprawdę sporo spóźnieni. Mój nawet najbardziej pesymistyczny margines czasu tego nie przewidywał. Biegiem udałam się na właściwy peron, wsiadłam do pociągu i w stanie przedzawałowym klapnęłam na zarezerwowanym miejscu. Korytarza wąskiego jak penis chyba bym nie przeżyła. Gdy już wyrównałam oddech, usłyszałam, że ów pociąg... ma opóźnienie. I wtedy rzucałam pod nosem brzydkie słowa na "k", "ch" i inne tego typu.


Pociąg ruszył. Mknął jak strzała do naszej pięknej stolicy. Nie zdołał jednak nadrobić spóźnienia. W Wawie oczywiście wysiadłam żwawo i... rura na kolej podmiejską, która na szczęście rusza z jednego z peronów dworca PKP. "Boże" - pomyślałam - "Może jednak zdążę przed odprawą. Spraw, żeby stał się cud i żebym zdążyła". I zdarzył się kolejny cud tego pamiętnego dnia. Kolejka zatrzymała się w szczerym polu. Przyczyna niewiadoma, czas postoju nieznany. Wtedy  to już naprawdę nie przebierałam w słowach. Jak zresztą i inni pasażerowie. Zrobiło mi się gorąco, a kurwowanie bynajmniej nie studziło emocji. Po kilkunastu jakże cennych minutach kolejka ruszyła. Spocona i wściekła wbiegłam na lotnisko.  Było już po odprawie. Ubłagałam panie z obsługi, by sprawdziły, czy załapię się na mój samolot. Zadzwoniły i okazało się, że szybciutko mogą zrobić mi odprawę i lotem błyskawicy znalazłam się w samolocie. Stewardesy znacząco spojrzały na mnie. Jaki wstyd! Na lotnisku moje nazwisko pewnie było odczytywane przez głośniki z milion razy. Nigdy nie zapomnę tej podróży. Z powrotem również nie było lekko. Pieprzona kolejka podmiejska spóźniła się, w wyniku czego ja spóźniłam się na pociąg. Musiałam czekać na kolejny, który uff... w drodze wyjątku wyruszył i dotarł na miejsce punktualnie.


Takie to ci przygody mam na swoim koncie. Jest co wspominać. Te wszystkie podróże młodzieńcze z kolegami pchającymi się do pociągu przez okno, dzięki czemu mieliśmy zajęte miejsca... To siedzenie na grzejniku na korytarzu, co było i tak awansem po kilkugodzinnym staniu w tłoku... Te korowody do kibelka już w ostateczności, kiedy pęcherz naprawdę nie wytrzymywał i człowiek decydował się na karkołomne przeciskanie się między ściśniętymi i wściekłymi ludźmi... To były czasy... Także w sumie, jak o tym sobie pomyślę, to fajnie było. Mimo wszystko. Ale swoją drogą po tych męczarniach przydałoby się odszkodowanie. Więc i ja z niecierpliwością czekam na wiążącą dyrektywę unijną, która nakazuje wypłatę odszkodowania za spóźnienia i to nie tylko powyżej godziny, gdyż nieraz od kilku, kilkunastu minut może zależeć dalszy ciąg podróży. Albo i życie.



e-szablony
  e-blogi.pl  [Załóż blog!] rssSubskrybuj blogi
[Zamknij reklamy]