Frausuchen - blogerka


Co wolno wojewodzie... 2018-12-09 20:11

Czytałam ostatnio artykuł o pewnej młodej, krewkiej kobiecie będącej gorliwą fanką jednego z żołnierzy wyklętych. Została skazana prawomocnym wyrokiem na krótką karę pozbawienia wolności za napaść na policjanta. Jej brat, równie krewki, ma przebogatą kartotekę policyjną z racji swojej "patriotycznej" działalności i licznych dowodów wierności swoim poglądom. Narodowy duch jest żywy w tej rodzinie. Ów młody człowiek również był wielokrotnie pociągany do odpowiedzialności za niewybredne hasła, które potrafił bez żenady wykrzykiwać w miejscach publicznych. Uważam, że słusznie na oboje została nałożona kara. Jednocześnie naszła mnie pewna refleksja odnośnie obraźliwych słów kierowanych przez różnych ludzi w stosunku do innych ludzi. Zdałam sobie sprawę z tego, że wielu z nich nigdy nie poniosło za to odpowiedzialności mimo tego, że są to osoby publiczne, znajdujące się na świeczniku. Przypomniało mi się od razu przysłowie, które wielokrotnie słyszałam w dzieciństwie - "Co wolno wojewodzie, to nie tobie, smrodzie".


   Doskonale pamiętam także swój dziecięcy bunt. Bo jakże to??? Jeden może się brzydko zachować, bo jest dorosły, a drugi nie tylko dlatego, że jest dzieckiem? Dorosły "truje", że nie wolno palić fajek, pić alkoholu, a tymczasem sam leje w siebie alko bez krępacji i kurzy jak lokomotywa? Brat może wracać po dwudziestej drugiej, a siostra już nie??? Nieraz tegoż buntu doświadczam obecnie, gdy niby już smrodem nie jestem, a jednak nie należę też do wojewodów. Tak jak większość społeczeństwa, która jest oburzona bezczelnością reprezentantów tak zwanych wyższych sfer - takich wojewodów nad wojewodami. Mogą oni mnie nazwać gorszym sortem, lewackim ścierwem, lesbą (choć jestem hetero), lemingiem, kanalią, dzieckiem specjalnej troski itp. W ślad za tym na forach internetowych pojawiają się jeszcze gorsze inwektywy, a także ksenofobiczne, homofobiczne hasła. I co? I nic. I dalej sobie taki jeden z drugim chodzi z podniesioną głową, śmiejąc się w twarz wszystkim oponentom i gorszemu jego zdaniem sortowi.


   On może, inni nie. On może z kamienną twarzą (lub wykrzywioną w chwili wzburzenia) powiedzieć wszystko, co mu ślina na język przyniesie, a inny polityk znany z nieokrzesania, ale i z tego, że potrafi bezpośrednio wyartykułować to, co myśli spora grupa społeczeństwa - już nie. Został zresztą w sądzie pierwszej instancji zobowiązany do publicznych przeprosin tego "kamiennego". I słusznie. Nadal podtrzymuję, że nie wolno rzucać oskarżeń bez dowodów, obelg czy chamskich tekstów. Nieustannie jednak zadaję pytanie, dlaczego nie wszyscy są równi wobec prawa? Nie wspomnę już o nieprzestrzeganiu elementarnych zasad kultury w przestrzeni publicznej, zbydlęceniu i totalnym schamieniu oraz zwykłej bezczelności przeniesionej z życia prywatnego, jak mniemam, na salony, sale sejmowe, do kościołów czy urzędów.


   Najbardziej irytujące i nieskuteczne jest pouczanie innych bez dawania odpowiedniego przykładu ze swojej strony. Spróbujcie powiedzieć nastolatkowi, że alkohol czy nikotyna szkodzą zdrowiu, trzymając w ręku zapalonego papierosa lub butelkę z piwem. Zabije was śmiechem. Powiedzcie dziecku, że słowo "kurwa" czy "pedał" to słowo plugawe, fuj, brzydkie, podczas gdy chwilę wcześniej sami rzucaliście wulgaryzmami na prawo i lewo. Dzieciak pomyśli, że coś nie gra. Pojawi się wtedy pewien dysonans, bo jakże to? Mama "kurwuje", tata wyzywał tamtego pana od "pedałów", a za chwilę grożą mi karą za to samo? Niech no tylko dziecię podrośnie, z pewnością nie omieszka tego mamusi i tatusiowi wypomnieć. Tak samo rzecz się przedstawia w życiu publicznym - pokazanie, że można ubliżać, przekręcać fakty, kłamać w żywe oczy, robić szwindle, uczy, że tak można i ośmiela pozostałych. Rodzi to poważne niebezpieczeństwo, gdyż po pierwsze społeczeństwo pozbawione hamulców może przerodzić się w masę troglodytów, a po drugie takie postępowanie jest jak miecz obosieczny. Należy pamiętać, że powiedzenie: "Co wolno wojewodzie, to nie tobie, smrodzie" może zmienić adresata, gdy smród kiedyś zamieni się miejscem z wojewodą... Tylko czy ku temu powinno zmierzać społeczeństwo XXI wieku?


 




Do Elvenoora - kilka słów odniesienia... 2018-11-16 08:46

Muszę przyznać Drogi Elvenoorze, że Twoje ostatnie notki są po prostu świetne. I nie ma w tym żadnego lizusostwa. Fajnie, że podjąłeś się takiej niecodziennej pracy. Szacuneczek. No a ta notka o jeździe pociągiem do domu to istna petarda :D Sama pamiętam te czasy, kiedy jechałam pociągami jeszcze gorszymi, w których również doznawałam silnych emocji (bardzo delikatnie rzecz ujmując) i poznawałam znaczenie słów: "od zajebania". Pamiętam swoje czasy studenckie, wyjazdy z przyjaciółmi na różne zloty, w góry, gdziekolwiek, podczas których poruszaliśmy się głównie pociągami PKP. Standardem były opóźnienia. To nieprawda, że za komuny nie było opóźnień. Załapałam się na końcówkę tego sławetnego okresu i dobrze wiem jak było. Gość, który twierdził, że za komuny pociągi jeździły w miarę punktualnie, czuje chyba szczególny sentyment do tamtych czasów. Standardem był jeszcze większy syf w środku niż dzisiaj, zajebiste kolejki do kas (nie było możliwości kupienia biletu przez neta), niemiłe panie w okienkach, w wagonach kible bez grama papieru, skrawka zapyziałego mydełka i kropli wody w kranie, korytarze równie wąskie i przepełnione jak w Twoim opisie (porównanie do penisa było bezbłędne;), w poczekalniach smród, w dworcowych barach czy pseudokawiarniach strach było cokolwiek zamówić. Sama jazda niestety również pozostawiała wiele do życzenia - głośny stukot starych klekotów śnił się potem, gdy człowiek wreszcie po wyczerpującej podróży legł w jakimś milutkim łóżeczku (najlepiej swoim).


Dzisiaj, gdy od czasu do czasu również wybieram się w podróż pociągiem, z góry zakładam, że będą opóźnienia, więc zostawiam sobie spory margines czasu na ewentualne przesiadki. Kupuję coś do picia i jedzenia na wypadek różnych wypadków - np. samobójczy akt, kolizja z samochodem itp. Poza tym zawsze biorę ze sobą książkę, materiały do nauki języka niemieckiego i słuchawki, aby nie marnować czasu i w miarę możliwości go sobie umilić. Przyznam - czasem też się wkurwiam. Na przykład kiedyś miałam wyjątkowego pecha. Jechałam w delegację z pracy na Węgry. Najpierw pociąg jadący z mojego miasta do innego zatrzymał się, gdyż właśnie rzucił się pod niego jakiś desperat i niestety pociąg rozciął jego ciało na pół. Widok jego korpusu leżącego nieopodal nie należał do przyjemnych. Wszyscy podróżni myśleli, że czeka nas właśnie długa procedura - wiadomo - prokurator, pogotowie, policja itp. Konduktor latał jak kot z pęcherzem i zbierał informacje, kto, dokąd i o której musi dotrzeć. Załatwiono transport zastępczy. W związku z tym, że wzięłam pod uwagę duży margines czasowy, nie martwiłam się, że nie zdążę na mój samolot z Warszawy do Budapesztu. Spokojnie mogłam dojechać tym transportem zastępczym do kolejnego miasta i na luzie zdążyć na następny pociąg. Tak myślałam. Jednak nasz nowy środek lokomocji to był stary klekot pamiętający właśnie czasy komuny, więc jechał tak wolno, że lepiej było chyba dać podróżnym rowery, którymi szybciej dotarliby do celu. W końcu dojechaliśmy już naprawdę sporo spóźnieni. Mój nawet najbardziej pesymistyczny margines czasu tego nie przewidywał. Biegiem udałam się na właściwy peron, wsiadłam do pociągu i w stanie przedzawałowym klapnęłam na zarezerwowanym miejscu. Korytarza wąskiego jak penis chyba bym nie przeżyła. Gdy już wyrównałam oddech, usłyszałam, że ów pociąg... ma opóźnienie. I wtedy rzucałam pod nosem brzydkie słowa na "k", "ch" i inne tego typu.


Pociąg ruszył. Mknął jak strzała do naszej pięknej stolicy. Nie zdołał jednak nadrobić spóźnienia. W Wawie oczywiście wysiadłam żwawo i... rura na kolej podmiejską, która na szczęście rusza z jednego z peronów dworca PKP. "Boże" - pomyślałam - "Może jednak zdążę przed odprawą. Spraw, żeby stał się cud i żebym zdążyła". I zdarzył się kolejny cud tego pamiętnego dnia. Kolejka zatrzymała się w szczerym polu. Przyczyna niewiadoma, czas postoju nieznany. Wtedy  to już naprawdę nie przebierałam w słowach. Jak zresztą i inni pasażerowie. Zrobiło mi się gorąco, a kurwowanie bynajmniej nie studziło emocji. Po kilkunastu jakże cennych minutach kolejka ruszyła. Spocona i wściekła wbiegłam na lotnisko.  Było już po odprawie. Ubłagałam panie z obsługi, by sprawdziły, czy załapię się na mój samolot. Zadzwoniły i okazało się, że szybciutko mogą zrobić mi odprawę i lotem błyskawicy znalazłam się w samolocie. Stewardesy znacząco spojrzały na mnie. Jaki wstyd! Na lotnisku moje nazwisko pewnie było odczytywane przez głośniki z milion razy. Nigdy nie zapomnę tej podróży. Z powrotem również nie było lekko. Pieprzona kolejka podmiejska spóźniła się, w wyniku czego ja spóźniłam się na pociąg. Musiałam czekać na kolejny, który uff... w drodze wyjątku wyruszył i dotarł na miejsce punktualnie.


Takie to ci przygody mam na swoim koncie. Jest co wspominać. Te wszystkie podróże młodzieńcze z kolegami pchającymi się do pociągu przez okno, dzięki czemu mieliśmy zajęte miejsca... To siedzenie na grzejniku na korytarzu, co było i tak awansem po kilkugodzinnym staniu w tłoku... Te korowody do kibelka już w ostateczności, kiedy pęcherz naprawdę nie wytrzymywał i człowiek decydował się na karkołomne przeciskanie się między ściśniętymi i wściekłymi ludźmi... To były czasy... Także w sumie, jak o tym sobie pomyślę, to fajnie było. Mimo wszystko. Ale swoją drogą po tych męczarniach przydałoby się odszkodowanie. Więc i ja z niecierpliwością czekam na wiążącą dyrektywę unijną, która nakazuje wypłatę odszkodowania za spóźnienia i to nie tylko powyżej godziny, gdyż nieraz od kilku, kilkunastu minut może zależeć dalszy ciąg podróży. Albo i życie.




Historia pewnego Narcyza - studium przypadku 2018-11-15 19:24

To nie wyobraźnia. To fakt, który już jakiś czas temu uderzył mnie tak, jakbym dostała obuchem w łeb. Od dawna zastanawiałam się, co z nim jest nie tak. A że toczy go jakiś wewnętrzny mol, nie miałam żadnych wątpliwości. Dziwne zachowanie, które przejawiało się u niego od początku dorosłego życia, zaczęło mnie nurtować, kiedy odłamki jego agresji zaczęły uderzać we mnie.


   Któż to jest? To ktoś, kto chce być Kimś. Nie jest - chce nim być. Choć jemu wydaje się, że jest Kimś i takim powinni go postrzegać inni. Lubi przedstawiać się jakimś ważnym tytułem, na przykład: "Byłem kierownikiem", "Byłem członkiem zarządu", "Byłem dyrektorem". Dlaczego "byłem"? Ano dlatego, że z racji swoich zaburzeń nie był i nie jest w stanie wytrwać na jednym stanowisku i w jednym miejscu pracy dłużej niż rok, półtora. Przez ten czas jakoś udaje mu się wywierać dobre wrażenie i złudzenie posiadania niezwykłych kompetencji. Potem idealistyczny obraz rozpada się, gdyż Ktoś nie potrafi funkcjonować w grupie ludzi, zwłaszcza takich, którzy nie dostrzegają jego wyjątkowości lub nie zamierzają poddać się jego apodyktycznej naturze. I Ktoś wylatuje z pracy ku uldze innych, lecz w najbliższym otoczeniu swoją porażkę ukazuje w zupełnie innym świetle. Bo to wina innych, to oni mu podłożyli świnię, to przez zazdrość, a tak właściwie to on sam odszedł, a nie został wyrzucony. Ta praca nie spełniała jego oczekiwań, była poniżej jego możliwości i kwalifikacji.


   Ktoś uwielbia być uwielbianym. Nawet, gdy jego osiągnięcia są tylko rzekome. Potrafi na fejsa czy insta wrzucać masę fotek ze znanymi ludźmi. Robi sobie zdjęcia z dyplomami czy statuetkami w ręku, których to nagród tak naprawdę nie otrzymał, tylko pożyczył na chwilę, aby właśnie pstryknąć sobie fotkę. Tak właśnie chce być postrzegany - jako człowiek sukcesu. Ktoś, a nie byle kto. Poza tym jest przekonany o niezwykłym talencie, czymś, co jego zdaniem wyróżnia go z tłumu i dlatego żąda podziwu oraz uznania. Bez tego jest jak ryba wyjęta z wody, jak usychająca roślina. W chwilach klęski wpada w głębokie doły, w chwilach sukcesów (prawdziwych bądź lekko podkoloryzowanych) rośnie jego ego jak drożdżowy placek w piekarniku. Nie ma stanów pośrednich - albo depresja, albo euforia.


   Ludzie otaczający go mają przerąbane na całej linii. Ktoś jest sprawnym manipulantem. Potrafi tak odwrócić kota ogonem, że człowiek nawet nie wie, iż poczucie winy, które właśnie odczuwa, jest nieusprawiedliwione. Ktoś nie znosi istnienia w czyimś cieniu, dlatego sytuuje swoją osobę i własne osiągnięcia na Czomolungmie, a sukcesy bądź ogólny dobrostan tych, którzy mu niby zagrażają, deprecjonuje oraz lokuje w Rowie Mariańskim. Rozpuszcza plotki, snuje domysły, opowiada różne historie po kilka razy, za każdym dodając jakiś inny, kompromitujący szczegół. Tę samą sytuację, w której uczestniczyli również inni, potrafi tak przedstawić i zinterpretować, że jej uczestnicy zaczynają się zastanawiać, czy aby na pewno byli świadkami tego samego zdarzenia. Jego ogląd rzeczywistości jest przefiltrowany przez jego potrzebę uznania, usprawiedliwienia jego niewłaściwego zachowania, wytłumaczenia porażek. Ktoś doskonale tworzy rzeczywistość wirtualną w realu.


   Najgorsze jest to, że Ktoś kieruje się zawiścią i chorobliwą zazdrością. Nieustannie porównuje siebie do innych. Chce żyć tak, jaki ci, którym zazdrości i chce dla osiągnięcia  idealnego obrazu siebie zdobyć rozmaite atrybuty sukcesu - żonę, męża, dzieci, dom z ogrodem, pieniędzy, wypasionego auta itp. Od partnera lub partnerki wymaga poświęcenia, bezgranicznego uwielbienia i... posłuszeństwa. Dlatego poluje głównie na jednostki w jego mniemaniu słabsze psychicznie od niego, takie które można zdominować. Jeśli partner lub partnerka zaczyna się buntować, stawiać jakieś wymagania, mówić o swoich oczekiwaniach lub zranionych uczuciach, Ktoś po pewnym czasie traci cierpliwość i już bez zbędnego certolenia się pokazuje, że oto nadchodzą rządy Nerona. Nie przebiera wówczas w środkach i ostatecznie doprowadza do rozstania. Jednak, co istotne, nie zauważa swojego wkładu w rozpad związku, lecz całą winą obarcza tę drugą osobę. Oczernia ją, przykleja rozmaite łatki - fleja, niedojrzała/y smarkula/kacz, egoista/ka, nieuk, darmozjad, córunia tatunia lub synalek mamuni. Wszystko po to, aby wybielić się w oczach innych i zrobić z siebie cierpiętnika. Czasami Ktoś strzela do bliskich lub znajomych z ostrej amunicji. Jest niezrównoważony psychicznie - raz mówi, że kocha, innym razem obrzuca błotem tak solidnie, że ciężko je strzepnąć i iść dalej z podniesioną głową.


   Ja na szczęście nauczyłam się izolować od takich osób i nie wpuszczać ich za głęboko do swojego życia. Nie dopuszczam do informacji o sobie, nie pozwalam na podkładanie ognia w moim domu ani nie pozwalam sobie na jakiekolwiek bliższe relacje, gdyż po nich pozostają tylko zgliszcza. Jest to jednak dla mnie przykre, współczuję ludziom, o których piszę. Zwyczajnie żal mi Narcyzów, bo o nich mowa. Opisałam jednego z nich. Widzę nieraz, jak bardzo się miota. Proponowałam mu pomoc w postaci namiarów na terapeutę. Odrzucił ją, gdyż uznał, że nie jest mu potrzebna. Cóż mogę więcej zrobić? Nic. Tylko czasami czuję ukłucie w sercu, bo on nie zawsze taki był i ciągle dostrzegam w nim małe, zakompleksione dziecko, które pragnie miłości i akceptacji. Jednak bez pomocy specjalisty, który pomógłby mu otworzyć się na szczere uczucia, nigdy nie otrzyma ciepła, jakiego potrzebuje.




Oto zapadła decyzja... 2018-10-31 11:24

Kochani Czytelnicy i Czytelniczki,


podjęłam decyzję o przejściu na inną platformę blogową. Przykro mi z tego powodu, nie była to łatwa decyzja. Jednakże funkcjonowanie  obecnej strony pozostawia wiele do życzenia i zupełnie przestało mnie satysfakcjonować. Dziękuję wszystkim, którzy wielokrotnie nieraz poświęcili swój cenny czas na przeczytanie moich wynurzeń. Dziękuję również za 828 komentarzy, głównie pochlebnych, a także prawie 39000 odwiedzin :) Jestem ogromnie wdzięczna wszystkim Blogerom i Blogerkom za miłe przyjęcie do swojego grona. Dzięki Wam nauczyłam się stawiać pierwsze kroki w charakterze blogerki. Będę do Was zaglądać i po cichu liczę, że i Wy od czasu do czasu zajrzycie na moją stronkę: frausuchen.blogspot.com. Pozdrawiam serdecznie i życzę wszystkiego dobrego w życiu :)




Nie udało się - osiągnęłam to 2018-09-29 19:41

Śmiało mogę powiedzieć, że moje życie zawodowe wkroczyło na zupełnie inne tory. Lepsze tory. Od kilku tygodni idąc do pracy, nie odczuwam ścisku żołądka, a gdy przekraczam próg budynku, w którym pracuję, nie mam odruchu wymiotnego. Bynajmniej. Idę spokojnie, nawet uśmiecham się pod nosem. Dostrzegam panoszącą się jesień, czuję zapach liści i chłód poranka. Nie stałam się entuzjastką rannych pobudek, lecz gdy już zwlekę się z wyra i człapię do kuchni, nie mam czarnych myśli i nie dopada mnie pesymistyczne przeświadczenie, że oto zaczyna się kolejny ciężki dzień w nielubianej robocie. Pracuję w spokoju, względnej ciszy, skupieniu i miłej atmosferze. Moja współpracownica jest inteligentną, skromną i życzliwą osobą i dobrze się dogadujemy. Nie docierają do naszej jaskini żadne ploty czy odłamki nieporozumień. Egzystujemy sobie w błogiej harmonii, zupełnie nieświadome ewentualnych burz i zawirowań, które gdzieś tam się kotłują I dobrze mi z tym.


Nigdy nie sądziłam, że to powiem - lubię swoją obecną pracę. „Kocham” to byłoby zbyt duże słowo, ale „lubię” pasuje jak ulał. Jestem mile zaskoczona tą sytuacją, która pojawiła się w moim życiu zupełnie niespodziewanie. Nie wiedziałam, że można tak pracować i się nie wykańczać. Jakkolwiek to zabrzmi, przyznam, że to jest dobra zmiana. Dotarły do mnie głosy, że kilka innych osób z naszej ekipy, które znalazły sobie inne miejsce zatrudnienia, również cieszy się z nowej pracy. Podobno żyją mniej nerwowo i otacza ich mniej zestresowanych ludzi. Hm…


W moich wcześniejszych wpisach dotyczących sfery zawodowej deklarowałam, że bliskie relacje ze współpracownikami, wspólne imprezy czy ogólnie pojęta dobra atmosfera, nie mają dla mnie większego znaczenia. Teraz również tak uważam, jednak wiem, że swoje stanowisko wypracowałam tworząc pewnego rodzaju mechanizm obronny przed tym, co mnie otaczało i co byłam zmuszona przeżywać. Podtrzymuję to, że praca to nie klub wiernych przyjaciół i należy oddzielać grubą kreską sferę zawodową od prywatnej. W pracy pracujemy. Pracujemy głównie po to, by otrzymać wynagrodzenie. Dodatkowe profity mogą, ale nie muszą być. Nie będę zresztą się powtarzać. Jednocześnie muszę stwierdzić, że gdy otacza nas dobra atmosfera i pozytywnie nastawieni ludzie, żyje się łatwiej, zwłaszcza w miejscu, w którym spędzamy większą część dnia. Nie umiałam tego wcześniej docenić, gdyż tego nie zaznałam. Obecnie odczuwam w tym zakresie komfort. Nie ekscytuję się, lecz jest mi dobrze.


Tak długo walczyłam o dokonanie zmian. Kosztowało mnie to wiele długich, nieprzespanych nocy i bicia się z myślami. Próbowałam swoich sił na różnych frontach i… jestem tu, gdzie jestem. Nie napiszę, że mi się udało. Staram się unikać tego sformułowania - „udało mi się”, gdyż oznacza ono, że coś spadło mi z nieba jak jakaś manna, ktoś mi to dał ot tak albo doświadczyłam zwykłego fuksa. A to nieprawda. Nic w życiu nie przychodziło mi łatwo. Musiałam nieraz dreptać w miejscu, połykać łzy złości i głęboko chować frustrację. Dlatego nie napiszę, że udało mi się. Osiągnęłam jeden z celów. I niezmiernie mnie to cieszy. Oczywiście nie zamierzam na tym poprzestać. Mam jeszcze co najmniej kilka innych pomysłów, które także chcę zrealizować. I tym optymistycznym akcentem kończę i pozdrawiam wszystkich odbiorców moich wypocin.


PS Kejt, odezwij się, bo zginął mi Twój nr telefonu.




Niech zwycięży dobro... 2018-09-29 17:28

            Jezu… jak się cieszę…, że nigdy nie byłam zbyt gorliwą fanką kościoła. Specjalnie napisałam „kościoła” małą literą, gdyż chodzi mi nie o zbiorowość, lecz instytucję, która szczerze mówiąc nie zasługuje na to, by jej nazwę, nawet własną, pisać wielką literą. Owszem, byłam wychowywana w bardzo religijnej atmosferze. Wierzyłam mocno. Nadal wierzę, choć przyznam, że miewam okresy zwątpienia. Jednak nigdy nie byłam członkinią żadnych zgromadzeń kościelnych. Nawet nie ciągnęło mnie na żadne dodatkowe nabożeństwa oprócz uczestnictwa w mszach w niedziele. Ostatnimi czasy to uległo zmianie. Nie chadzam do kościoła nawet na msze. Długo biłam się z myślami, czy to słuszny kierunek, gdyż kołatały mi w głowie argumenty zgromadzone podczas rozmów z różnymi ludźmi – bardziej lub mniej wiernych nauce kościoła katolickiego. Klamka zapadała nie od razu, lecz w końcu stało się – poziom zażenowania spowodowany postawą ogólnie pojętego kościoła w Polandzie przekroczył dopuszczalne przeze mnie normy.


            Cieszę się, że nie byłam zbyt blisko jego przedstawicieli. Dzięki temu zachowałam zdrowy rozsądek, pozbyłam się chorych przekonań i nauczyłam się rozgraniczać kwestie wiary od czysto ludzkich fanaberii podlanych gęsto religijnym sosem połączonym z ksenofobią, homofobią i wieloma innymi pojęciami kończącymi się przyrostkiem „-fobia”. Nie stanowią dla mnie autorytetu ludzie, którzy od wieków, jak we fraszkach Kochanowskiego mijają się z głoszonymi przez siebie zasadami. Pozwolę sobie zacytować króciutki, ale jakże wymowny i aktualny utworek wspomnianego autora:


Pytano kaznodzieje: "Czemu to, prałacie,
Nie tak sami żywiecie, jako nauczacie?"
(A miał doma kucharkę.) I rzecze: "Mój panie,
Kazaniu się nie dziwuj, bo mam pięćset na nie;
A nie wziąłbych tysiąca, mogę to rzec śmiele,
Bych tak miał czynić, jako nauczam w kościele".


            Aż ciśnie się na usta: „No i wszystko na temat”, lecz nie byłoby to wystarczająco dosadne podsumowanie. Nie będę bawić się w populistyczne hasła i przytaczać głośno komentowanych win kościoła. Burza, która nadciąga wielkimi krokami, wystarczająco daje znać o sobie na razie podmuchami skandalu. Lecz myślę, że niedługo jak pierdolnie, to pozostawi po sobie zgliszcza. Można mamić masy, straszyć piekłem, można naprawdę długo wciskać różne kity, zamiatać wstydliwe sprawy pod dywan, podawać sobie rąsię z różnymi ugrupowaniami politycznymi, brać kasę z budżetu państwa, rościć sobie rozmaite prawa majątkowe. Należy jednak pamiętać, że wszystko ma swoje granice. Ludzka cierpliwość również. I nie pomogą teksty mówiące, że ksiądz to też człowiek, też upada i grzeszy. Że ma prawo w kościele głosić poglądy polityczne, gdyż jest również obywatelem danego kraju. Że nie przychodzi się do kościoła dla księdza, lecz dla Boga. Wszystkie te argumenty można łatwo obalić.


            Często powtarzam, że warto znać historię, choć przeciwnicy tej teorii mówią, że historię piszą zwycięzcy. Mimo wszystko pocieszający jest fakt, że prędzej czy później i tak gówno w końcu wypływa na wierzch. Poza tym historia uczy, że nie ma rzeczy trwałych. Ludzie, systemy, twierdze – wszystko kiedyś mija. I to jest pocieszające w trudnych czasach, zwłaszcza, gdy patrzy się na twarze pyszałków tak zadufanych w sobie, że niedostrzegających zbliżającego się zagrożenia i detronizacji. Liczę na to, że ta kropla drążąca skałę, w końcu się przebije. Będę się za to modlić. Niech zwycięży dobro. Jak w baśniach ;)




Dodawanie komentarzy 2018-07-25 08:38

Hej, czy ktoś mógłby wyjaśnić, jak teraz można dodawać komentarze??? Mam z tym problem . Będę wdzięczna za pomoc . Pozdrawiam, Frau. 




No powiedz B., dlaczego? 2018-07-21 12:43

Niedawno spotkałam swoją koleżankę. Akurat znajdowałam się w krótkiej luce między wyjazdami. Był piękny, ciepły, słoneczny dzień, a ja przechadzałam się powoli między straganami na swoim ulubionym ryneczku. Zaszłam jeszcze do apteki i tam właśnie usłyszałam, jak za plecami ktoś mówi wesołym głosem: „Witam drogą koleżankę”. Odwróciłam się. To była B. Głupio tak było gadać w aptece, w której raczej panuje spokój jak w jakimś sanktuarium, więc zaproponowałam kawę w pobliskiej kawiarence. Wzięłyśmy nasze siaty z zakupami i podreptałyśmy niespiesznie ku celowi i pysznej latte. Oczywiście nie brałyśmy do tego żadnych ciast, babeczek i temu podobnych kuszących pyszności, albowiem trwam w postanowieniu - „Żadnych Süßigkeiten!”. B. również postanowiła odmówić sobie cukru. Nareszcie rozmawiałyśmy.


Niby była to zwykła przedpołudniowa pogawędka, ale zahaczała o tematy, o których nie z każdym można sobie porozmawiać. Każda z nas przypomniała sobie pewne bolesne, egzystencjalne zdarzenia. Tak wyszło mimochodem. I każda na koniec powiedziała, że w tamtych chwilach bolało jak jasna cholera, człowiek nie wiedział, co ma myśleć i robić. Ja zastanawiałam się, dlaczego? Dlaczego akurat ja muszę przeżywać nieustannie takie sytuacje, które od dobrego już roku ciągną się jak guma ? W danej chwili, kiedy nie ma się dystansu, trudno jest dopatrzyć się jakiegokolwiek sensu cierpienia. Lecz razem z B. uznałyśmy, że gdyby nie te doły, potem człowiek nie umiałby docenić bycia na szczycie. Choćby takim malutkim szczyciku. Prawda. I to święta. Powtarzam to często, żeby nie zwariować. Że kiedyś to się skończy i przyjdzie dobry czas.


Czym jednak jest ten dobry czas? Doszłam do wniosku, że nie oczekuję zbyt wiele. Chciałabym tylko świętego spokoju. Bez uciążliwych chorób, wypadków, strachu o stan zdrowia najbliższych. Ale to jest nierealne. Żeby tak sobie żyć w świętym spokoju. Zawsze przyplącze się jakieś niechciane gówno. A ja nie żyję samotnie na bezludnej wyspie. Otacza mnie krąg bliskich mi ludzi i o nich też się martwię. Tak więc, jeśli mnie coś nie dotyka bezpośrednio, to dotyka innych, czyli i częściowo mnie samą. Na krótki czas zapominam o wszystkich troskach, kiedy gdzieś wyjeżdżam. Może dlatego coś ciągle gdzieś mnie gna? Uciekam przed codziennością, przed którą nie można uciec. Ona i tak mnie dogoni prędzej czy później.


Wracając do B. i prowadzonej z nią rozmowy. Bardzo ją cenię. Jest szczera, potrafi spokojnie dyskutować na kontrowersyjne tematy, licząc się przy tym z odmiennym zdaniem interlokutora. Wyjaśnia, jak pojmuje rzeczy dla mnie nieoczywiste. Jest ludzka, choć wielu uważa, że z racji swojego „zawodu” powinna być niemal wzorem cnót bez prawa do popełniania błędów. Tak jak ja lubi remontować pomieszczenia mieszkalne. Po prostu zakasuje rękawy i bierze się do roboty,w niczym nie ustępując mężczyznom. Kocha górskie wędrówki, choć ciężko zdobywa się niektóre szczyty w habicie. Nie cierpi niemieckiego, za to lubi rosyjski. Matwardy kręgosłup moralny, ale nie próbuje nikomu na siłę wkładać gorsetu, gdy jego kręgosłup jest nieco skrzywiony (według ogólnie przyjętych zasad). I nie da sobie wcisnąć dziecka w brzuch – potrafi być asertywna. Ma ogromne poczucie humoru. I można z nią konie kraść. A gadać to już całkowicie bez końca. Kiedyś stałyśmy w ulewie dobre pół godziny pod jej parasolem, bo nie mogłyśmy przestać roztrząsać jakiegoś problemu.


Gdy wczoraj miałam chwile lekkiego załamania, przypomniałam sobie właśnie to ostatnie spotkanie z B. I słowa, które wypowiadałyśmy z takim przekonaniem. Pomyślałam, że wiem, iż mamy rację. Tylko dlaczego, no dlaczego tak często muszę doświadczać prawdy naszych przekonań. B., no powiedz...




Moje życie zatoczyło koło... 2018-07-19 20:26

            Moje życie zatoczyło koło. Znowu jest lipiec. Jak co roku o tej porze. Rok temu byłam w piekle. Teraz jestem tu, gdzie jestem. Może nie jest to niebo, ale na szczęście i nie piekło. Nęka mnie kilka problemów, z którymi staram się uporać. Na razie mam rezerwy siły, choć żywię nadzieję, że w końcu nadejdzie słodki czas totalnego spokoju. I że nie stanie się to dopiero, gdy znajdę się w grobie ;) Zresztą, patrząc na różne wydarzenia na świecie i nie tylko, dochodzę do wniosku, że ten spokój w grobie to też żadna pewna rzecz. Mniejsza z tym.


Obecnie przebywam w Deutschlandzie. Właśnie wróciłam z relaksującej przejażdżki rowerowej. W Polandzie pogoda barowa, a tu od kilku dni gorąco, słonecznie i naprawdę przyjemnie. Jechałam takim oldskulowym rowerem po wąskich uliczkach, pomiędzy starymi domami z pruskiego muru. Pamiętają one czasy rozbiorów Polski. Są piękne, kryją w sobie tajemnicę i mają niesamowity klimat. Taki dom mogłabym mieć. Taki mały, skromny, ciepły. Malowałabym murowane fragmenty na biało albo na jasnożółto tak jak pewna artystka z atelier, które mijałam. Ulice tego miasteczka są również wiekowe, brukowane. Trochę boli tyłek, gdy się jedzie rowerem z twardym siodełkiem. Przy okazji sprawdziłam, jak się mówi na siodełko po niemiecku – Fahrradsattel. Coraz mniej muszę zaglądać do słownika, gdy czytam różne napisy, szyldy, informacje zamieszczone na różnych obiektach. Swobodnie komunikuję się w codziennych sytuacjach, co mnie ogromnie cieszy. Jestem zadowolona z efektów swojej ciężkiej pracy.


Wcześniej byłam w przepięknym mieście tureckim, Side. Specjalnie wybrałam tę miejscowość. Magiczne antyczne ruiny były na wyciągnięcie ręki. I najważniejsze – siedziałam na widowni starożytnego amfiteatru. I to nie jednego! Drugi mogłam zobaczyć w Pamukkale. Ciągnące się ślady dawnego życia działały na mnie jak narkotyk. Moja wyobraźnia pracowała na wysokich obrotach. Jak ja kocham takie miejsca... Nie przeszkadza mi gorący wiatr, kurz osiadający na stopach i pot na skórze. W Pamukkale większe wrażenie zrobił na mnie świetnie zachowany i niedawno poddany pracom konserwatorskim amfiteatr niż słynne tarasy wapienne. Ten osławiony cud natury niestety został w dużej mierze zniszczony przez głupią działalność człowieka. Wystarczy, że człowiek macza w czymś swoje brudne paluchy i natura cierpi. Smutny był widok niszczejących, obumierających niecek. W Alanyi z kolei spacerowałam po fortyfikacji, której początki sięgają epoki hellenistycznej. Imponujący widok murów pamiętających tyle wydarzeń. Śmialiśmy się z pozostałymi zwiedzającymi, że niektóre fragmenty fortyfikacji pamiętają okres przed naszą erą i mają się bardzo dobrze, podczas gdy współczesne budynki sypią się już po 10, 20 latach. Wrażenia z podróży nadal we mnie tkwią. Byłam w wielu różnych miejscach, nie spodziewałam się jednak, że Turcja mnie tak mile zaskoczy. Chciałabym do niej wrócić.


Niebawem pojadę w góry. Do domu. Tego domu, w którym rok temu rozegrał się dramat, którego nie mogę wymazać z pamięci. Trochę się boję. Nie byłam tam od momentu, gdy wszystko się skończyło. Dziwnie się czułam, gdy mama przesłała mi zdjęcie pomnika, na którym wyryte były Jego imię i nazwisko oraz data narodzin i śmierci. Gdy o tym wszystkim myślę, nadal czuję gulę w gardle i zbiera mi się na płacz. Więc odpędzam te myśli. Jego już nie ma, ja jestem. Kiedyś mnie nie będzie, a ktoś inny powie: „A ja jestem”. I życie potoczy się dalej swoim normalnym trybem. Gdy patrzyłam na średniowieczne, tureckie nagrobki znajdujące się obok meczetu, zastanawiałam się, kim była, jaka była na przykład Hatice albo czy rzeczywiście Mehmet był aż tak bogobojny i dobrze wykształcony, skoro jego nagrobek ozdabia charakterystyczna czapeczka. Jakimi byli ludźmi? Czy Hatice była szczęśliwa? Czy Mehmet był dobrym mężem i ojcem? Jaki ślad zostawiamy, my - ludzie, po sobie? Ile z nas zostaje w innych i na świecie?


Niedługo zajdzie słońce. Ptaki tak pięknie śpiewają. Wszędzie śpiewają tak samo pięknie. I to Słońce, i gwiazdy na niebie też wyglądają pięknie. Ludzie czasami zatrzymują się i patrzą, słuchają. Małe żyjątka pousadzane w niewyjaśnionej konfiguracji na kulce zwanej Ziemią. Ona się kręci i kręci, wydaje plony, żywi, pochłania. Zatacza koło.




Co zrobić z trudnym dzieciństwem? 2018-06-02 19:18

   Co zrobić z bagażem, jakim jest trudne dzieciństwo? Przekuć w dorosłym życiu w całkiem niezły kapitał. Brzmi przewrotnie? A jakże. Jednak nie jest to absurdalne i niemożliwe. Znam co najmniej kilkanaście osób mających za sobą bardzo trudne, niekiedy traumatyczne przeżycia, których doświadczyły one w dzieciństwie i wieku młodzieńczym. Większość jakoś uporała się prędzej czy później z problemami wynikającymi z przeszłości. Niestety niektórzy albo nie dostrzegają źródła swoich aktualnych perturbacji życiowych, albo zdają sobie z nich sprawę, lecz nie szukają właściwej pomocy. A pomóc może często tylko bardzo dobry specjalista.


   Kiedyś wzięłam udział w świetnych warsztatach psychologicznych. Grupa, którą zebrałam, miała na swoim koncie różne doświadczenia. Podczas jednych zajęć poruszony był temat przeszłości. Wszyscy doszliśmy do wniosku, że osoby, które przeżyły traumę w dzieciństwie, są bardziej impregnowane na problemy pojawiające się u nich w dorosłym życiu. Zamiast rozpaczać w nieskończoność, przeżywać tę samą sytuację milion razy, załamywać ręce, szybko analizują, co właściwie ich spotyka, obmyślają różne warianty działania, podejmują decyzję i przechodzą do czynów. Liczy się podjęcie konkretnej decyzji i czynności oraz wyciąganie wniosków na przyszłość. Tacy ludzie mają często większy dystans i są zadaniowcami.


   Najgorszą rzeczą, którą można zrobić z przeszłością, jest ciągłe babranie się w niej niczym w cuchnących odchodach. Za każdym razem rozdrapywanie starych ran i przyglądanie się, jak ropieją i nie chcą się zagoić. Drugim błędem jest patrzenie na teraźniejszość i przyszłość tylko z perspektywy chorej przeszłości. Obwinianie innych za swoje nieustające porażki, wskazywanie palcem osób, które kiedyś nam wyrządziły prawdziwą bądź wyimaginowaną krzywdę i ciągłe wypominanie dawnych grzechów. Ludzie tacy nie są w stanie przebaczyć, dostrzec również swojego udziału w danym zdarzeniu, które tak ich dręczy, zostawić to w końcu za sobą i iść do przodu. Nie zauważają, że już nie są małymi dziećmi zdanymi na łaskę i niełaskę dorosłych i mogą wziąć stery we własne ręce, pokierować swoim życiem tak, jak chcą.


   Tłumaczenie swojego nieraz skandalicznego zachowania, kłopotów z różnymi uzależnieniami, pokręconych relacji z bliskimi i znajomymi tym, że się przeżyło trudne dzieciństwo, staje się w pewnym momencie żenujące i wyjątkowo niedojrzałe. Jeśli ktoś wie, dlaczego postępuje źle i że to wynika z trudnego dzieciństwa, stoi na początku drogi do samopoznania i samodoskonalenia. Świadomość przyczyn problemów to piękna sprawa, ale nie wystarczy, by zacząć normalnie żyć i dać żyć innym. Trzeba podjąć działania zmierzające do ułożenia swojego życia na nowo, pożegnania definitywnie z tym małym, bezbronnym dzieckiem ukrytym w dorosłym ciele. Należy uzmysłowić sobie fakt, że jest się dorosłym, odpowiedzialnym za siebie i swoje postępowanie człowiekiem i być gotowym przyjąć konsekwencje z tego wynikające. W żadnym wypadku nie wolno dreptać w miejscu, uderzać piąstkami i tupać nóżkami, bo nic nie jest takie, jakie ten ktoś chce, bo inni mają lżej, a on nie, bo to, co innym przyszło z łatwością, on musi wyszarpywać każdego dnia pazurami.


   Kiedyś pewien młody, dojrzewający człowiek zapytał mnie, czy chciałabym być znowu dzieckiem. Ku jego zdziwieniu odparłam, że nie. Nigdy nie chciałabym wracać do tego, co było. Cieszę się, że jestem tu, gdzie jestem i z tego jaka jestem, jaką mnie ukształtowało moje życie. Jestem wdzięczna, że przeżyłam wszystko to, co mnie spotkało. Bez tego bagażu doświadczeń dziś byłabym kimś zupełnie innym. Nie jestem idealna, jestem bardzo nieidealna. Ale pomału zaczynam dobrze się czuć ze sobą i w swoim towarzystwie. I mam w sobie przekonanie, że nie na wszystko, lecz na wiele rzeczy mam realny wpływ. Cieszę się, że decyduję sama o sobie. Jest to jedna z zalet bycia dorosłym. Dziecko, choć jest małym człowiekiem, nie ma takiej możliwości. Nieraz zamiast cieszyć się, dusi się dzieciństwem. Dlatego nigdy nie chciałabym być znowu dzieckiem. Największą satysfakcję mam z tego, że udało mi się przekuć moje dzieciństwo w naprawdę dobry kapitał.


 



e-szablony
  e-blogi.pl  [Załóż blog!] rssSubskrybuj blogi
[Zamknij reklamy]