Frausuchen - blogerka


Dodawanie komentarzy 2018-07-25 08:38

Hej, czy ktoś mógłby wyjaśnić, jak teraz można dodawać komentarze??? Mam z tym problem . Będę wdzięczna za pomoc . Pozdrawiam, Frau. 




No powiedz B., dlaczego? 2018-07-21 12:43

Niedawno spotkałam swoją koleżankę. Akurat znajdowałam się w krótkiej luce między wyjazdami. Był piękny, ciepły, słoneczny dzień, a ja przechadzałam się powoli między straganami na swoim ulubionym ryneczku. Zaszłam jeszcze do apteki i tam właśnie usłyszałam, jak za plecami ktoś mówi wesołym głosem: „Witam drogą koleżankę”. Odwróciłam się. To była B. Głupio tak było gadać w aptece, w której raczej panuje spokój jak w jakimś sanktuarium, więc zaproponowałam kawę w pobliskiej kawiarence. Wzięłyśmy nasze siaty z zakupami i podreptałyśmy niespiesznie ku celowi i pysznej latte. Oczywiście nie brałyśmy do tego żadnych ciast, babeczek i temu podobnych kuszących pyszności, albowiem trwam w postanowieniu - „Żadnych Süßigkeiten!”. B. również postanowiła odmówić sobie cukru. Nareszcie rozmawiałyśmy.


Niby była to zwykła przedpołudniowa pogawędka, ale zahaczała o tematy, o których nie z każdym można sobie porozmawiać. Każda z nas przypomniała sobie pewne bolesne, egzystencjalne zdarzenia. Tak wyszło mimochodem. I każda na koniec powiedziała, że w tamtych chwilach bolało jak jasna cholera, człowiek nie wiedział, co ma myśleć i robić. Ja zastanawiałam się, dlaczego? Dlaczego akurat ja muszę przeżywać nieustannie takie sytuacje, które od dobrego już roku ciągną się jak guma ? W danej chwili, kiedy nie ma się dystansu, trudno jest dopatrzyć się jakiegokolwiek sensu cierpienia. Lecz razem z B. uznałyśmy, że gdyby nie te doły, potem człowiek nie umiałby docenić bycia na szczycie. Choćby takim malutkim szczyciku. Prawda. I to święta. Powtarzam to często, żeby nie zwariować. Że kiedyś to się skończy i przyjdzie dobry czas.


Czym jednak jest ten dobry czas? Doszłam do wniosku, że nie oczekuję zbyt wiele. Chciałabym tylko świętego spokoju. Bez uciążliwych chorób, wypadków, strachu o stan zdrowia najbliższych. Ale to jest nierealne. Żeby tak sobie żyć w świętym spokoju. Zawsze przyplącze się jakieś niechciane gówno. A ja nie żyję samotnie na bezludnej wyspie. Otacza mnie krąg bliskich mi ludzi i o nich też się martwię. Tak więc, jeśli mnie coś nie dotyka bezpośrednio, to dotyka innych, czyli i częściowo mnie samą. Na krótki czas zapominam o wszystkich troskach, kiedy gdzieś wyjeżdżam. Może dlatego coś ciągle gdzieś mnie gna? Uciekam przed codziennością, przed którą nie można uciec. Ona i tak mnie dogoni prędzej czy później.


Wracając do B. i prowadzonej z nią rozmowy. Bardzo ją cenię. Jest szczera, potrafi spokojnie dyskutować na kontrowersyjne tematy, licząc się przy tym z odmiennym zdaniem interlokutora. Wyjaśnia, jak pojmuje rzeczy dla mnie nieoczywiste. Jest ludzka, choć wielu uważa, że z racji swojego „zawodu” powinna być niemal wzorem cnót bez prawa do popełniania błędów. Tak jak ja lubi remontować pomieszczenia mieszkalne. Po prostu zakasuje rękawy i bierze się do roboty,w niczym nie ustępując mężczyznom. Kocha górskie wędrówki, choć ciężko zdobywa się niektóre szczyty w habicie. Nie cierpi niemieckiego, za to lubi rosyjski. Matwardy kręgosłup moralny, ale nie próbuje nikomu na siłę wkładać gorsetu, gdy jego kręgosłup jest nieco skrzywiony (według ogólnie przyjętych zasad). I nie da sobie wcisnąć dziecka w brzuch – potrafi być asertywna. Ma ogromne poczucie humoru. I można z nią konie kraść. A gadać to już całkowicie bez końca. Kiedyś stałyśmy w ulewie dobre pół godziny pod jej parasolem, bo nie mogłyśmy przestać roztrząsać jakiegoś problemu.


Gdy wczoraj miałam chwile lekkiego załamania, przypomniałam sobie właśnie to ostatnie spotkanie z B. I słowa, które wypowiadałyśmy z takim przekonaniem. Pomyślałam, że wiem, iż mamy rację. Tylko dlaczego, no dlaczego tak często muszę doświadczać prawdy naszych przekonań. B., no powiedz...




Moje życie zatoczyło koło... 2018-07-19 20:26

            Moje życie zatoczyło koło. Znowu jest lipiec. Jak co roku o tej porze. Rok temu byłam w piekle. Teraz jestem tu, gdzie jestem. Może nie jest to niebo, ale na szczęście i nie piekło. Nęka mnie kilka problemów, z którymi staram się uporać. Na razie mam rezerwy siły, choć żywię nadzieję, że w końcu nadejdzie słodki czas totalnego spokoju. I że nie stanie się to dopiero, gdy znajdę się w grobie ;) Zresztą, patrząc na różne wydarzenia na świecie i nie tylko, dochodzę do wniosku, że ten spokój w grobie to też żadna pewna rzecz. Mniejsza z tym.


Obecnie przebywam w Deutschlandzie. Właśnie wróciłam z relaksującej przejażdżki rowerowej. W Polandzie pogoda barowa, a tu od kilku dni gorąco, słonecznie i naprawdę przyjemnie. Jechałam takim oldskulowym rowerem po wąskich uliczkach, pomiędzy starymi domami z pruskiego muru. Pamiętają one czasy rozbiorów Polski. Są piękne, kryją w sobie tajemnicę i mają niesamowity klimat. Taki dom mogłabym mieć. Taki mały, skromny, ciepły. Malowałabym murowane fragmenty na biało albo na jasnożółto tak jak pewna artystka z atelier, które mijałam. Ulice tego miasteczka są również wiekowe, brukowane. Trochę boli tyłek, gdy się jedzie rowerem z twardym siodełkiem. Przy okazji sprawdziłam, jak się mówi na siodełko po niemiecku – Fahrradsattel. Coraz mniej muszę zaglądać do słownika, gdy czytam różne napisy, szyldy, informacje zamieszczone na różnych obiektach. Swobodnie komunikuję się w codziennych sytuacjach, co mnie ogromnie cieszy. Jestem zadowolona z efektów swojej ciężkiej pracy.


Wcześniej byłam w przepięknym mieście tureckim, Side. Specjalnie wybrałam tę miejscowość. Magiczne antyczne ruiny były na wyciągnięcie ręki. I najważniejsze – siedziałam na widowni starożytnego amfiteatru. I to nie jednego! Drugi mogłam zobaczyć w Pamukkale. Ciągnące się ślady dawnego życia działały na mnie jak narkotyk. Moja wyobraźnia pracowała na wysokich obrotach. Jak ja kocham takie miejsca... Nie przeszkadza mi gorący wiatr, kurz osiadający na stopach i pot na skórze. W Pamukkale większe wrażenie zrobił na mnie świetnie zachowany i niedawno poddany pracom konserwatorskim amfiteatr niż słynne tarasy wapienne. Ten osławiony cud natury niestety został w dużej mierze zniszczony przez głupią działalność człowieka. Wystarczy, że człowiek macza w czymś swoje brudne paluchy i natura cierpi. Smutny był widok niszczejących, obumierających niecek. W Alanyi z kolei spacerowałam po fortyfikacji, której początki sięgają epoki hellenistycznej. Imponujący widok murów pamiętających tyle wydarzeń. Śmialiśmy się z pozostałymi zwiedzającymi, że niektóre fragmenty fortyfikacji pamiętają okres przed naszą erą i mają się bardzo dobrze, podczas gdy współczesne budynki sypią się już po 10, 20 latach. Wrażenia z podróży nadal we mnie tkwią. Byłam w wielu różnych miejscach, nie spodziewałam się jednak, że Turcja mnie tak mile zaskoczy. Chciałabym do niej wrócić.


Niebawem pojadę w góry. Do domu. Tego domu, w którym rok temu rozegrał się dramat, którego nie mogę wymazać z pamięci. Trochę się boję. Nie byłam tam od momentu, gdy wszystko się skończyło. Dziwnie się czułam, gdy mama przesłała mi zdjęcie pomnika, na którym wyryte były Jego imię i nazwisko oraz data narodzin i śmierci. Gdy o tym wszystkim myślę, nadal czuję gulę w gardle i zbiera mi się na płacz. Więc odpędzam te myśli. Jego już nie ma, ja jestem. Kiedyś mnie nie będzie, a ktoś inny powie: „A ja jestem”. I życie potoczy się dalej swoim normalnym trybem. Gdy patrzyłam na średniowieczne, tureckie nagrobki znajdujące się obok meczetu, zastanawiałam się, kim była, jaka była na przykład Hatice albo czy rzeczywiście Mehmet był aż tak bogobojny i dobrze wykształcony, skoro jego nagrobek ozdabia charakterystyczna czapeczka. Jakimi byli ludźmi? Czy Hatice była szczęśliwa? Czy Mehmet był dobrym mężem i ojcem? Jaki ślad zostawiamy, my - ludzie, po sobie? Ile z nas zostaje w innych i na świecie?


Niedługo zajdzie słońce. Ptaki tak pięknie śpiewają. Wszędzie śpiewają tak samo pięknie. I to Słońce, i gwiazdy na niebie też wyglądają pięknie. Ludzie czasami zatrzymują się i patrzą, słuchają. Małe żyjątka pousadzane w niewyjaśnionej konfiguracji na kulce zwanej Ziemią. Ona się kręci i kręci, wydaje plony, żywi, pochłania. Zatacza koło.




Co zrobić z trudnym dzieciństwem? 2018-06-02 19:18

   Co zrobić z bagażem, jakim jest trudne dzieciństwo? Przekuć w dorosłym życiu w całkiem niezły kapitał. Brzmi przewrotnie? A jakże. Jednak nie jest to absurdalne i niemożliwe. Znam co najmniej kilkanaście osób mających za sobą bardzo trudne, niekiedy traumatyczne przeżycia, których doświadczyły one w dzieciństwie i wieku młodzieńczym. Większość jakoś uporała się prędzej czy później z problemami wynikającymi z przeszłości. Niestety niektórzy albo nie dostrzegają źródła swoich aktualnych perturbacji życiowych, albo zdają sobie z nich sprawę, lecz nie szukają właściwej pomocy. A pomóc może często tylko bardzo dobry specjalista.


   Kiedyś wzięłam udział w świetnych warsztatach psychologicznych. Grupa, którą zebrałam, miała na swoim koncie różne doświadczenia. Podczas jednych zajęć poruszony był temat przeszłości. Wszyscy doszliśmy do wniosku, że osoby, które przeżyły traumę w dzieciństwie, są bardziej impregnowane na problemy pojawiające się u nich w dorosłym życiu. Zamiast rozpaczać w nieskończoność, przeżywać tę samą sytuację milion razy, załamywać ręce, szybko analizują, co właściwie ich spotyka, obmyślają różne warianty działania, podejmują decyzję i przechodzą do czynów. Liczy się podjęcie konkretnej decyzji i czynności oraz wyciąganie wniosków na przyszłość. Tacy ludzie mają często większy dystans i są zadaniowcami.


   Najgorszą rzeczą, którą można zrobić z przeszłością, jest ciągłe babranie się w niej niczym w cuchnących odchodach. Za każdym razem rozdrapywanie starych ran i przyglądanie się, jak ropieją i nie chcą się zagoić. Drugim błędem jest patrzenie na teraźniejszość i przyszłość tylko z perspektywy chorej przeszłości. Obwinianie innych za swoje nieustające porażki, wskazywanie palcem osób, które kiedyś nam wyrządziły prawdziwą bądź wyimaginowaną krzywdę i ciągłe wypominanie dawnych grzechów. Ludzie tacy nie są w stanie przebaczyć, dostrzec również swojego udziału w danym zdarzeniu, które tak ich dręczy, zostawić to w końcu za sobą i iść do przodu. Nie zauważają, że już nie są małymi dziećmi zdanymi na łaskę i niełaskę dorosłych i mogą wziąć stery we własne ręce, pokierować swoim życiem tak, jak chcą.


   Tłumaczenie swojego nieraz skandalicznego zachowania, kłopotów z różnymi uzależnieniami, pokręconych relacji z bliskimi i znajomymi tym, że się przeżyło trudne dzieciństwo, staje się w pewnym momencie żenujące i wyjątkowo niedojrzałe. Jeśli ktoś wie, dlaczego postępuje źle i że to wynika z trudnego dzieciństwa, stoi na początku drogi do samopoznania i samodoskonalenia. Świadomość przyczyn problemów to piękna sprawa, ale nie wystarczy, by zacząć normalnie żyć i dać żyć innym. Trzeba podjąć działania zmierzające do ułożenia swojego życia na nowo, pożegnania definitywnie z tym małym, bezbronnym dzieckiem ukrytym w dorosłym ciele. Należy uzmysłowić sobie fakt, że jest się dorosłym, odpowiedzialnym za siebie i swoje postępowanie człowiekiem i być gotowym przyjąć konsekwencje z tego wynikające. W żadnym wypadku nie wolno dreptać w miejscu, uderzać piąstkami i tupać nóżkami, bo nic nie jest takie, jakie ten ktoś chce, bo inni mają lżej, a on nie, bo to, co innym przyszło z łatwością, on musi wyszarpywać każdego dnia pazurami.


   Kiedyś pewien młody, dojrzewający człowiek zapytał mnie, czy chciałabym być znowu dzieckiem. Ku jego zdziwieniu odparłam, że nie. Nigdy nie chciałabym wracać do tego, co było. Cieszę się, że jestem tu, gdzie jestem i z tego jaka jestem, jaką mnie ukształtowało moje życie. Jestem wdzięczna, że przeżyłam wszystko to, co mnie spotkało. Bez tego bagażu doświadczeń dziś byłabym kimś zupełnie innym. Nie jestem idealna, jestem bardzo nieidealna. Ale pomału zaczynam dobrze się czuć ze sobą i w swoim towarzystwie. I mam w sobie przekonanie, że nie na wszystko, lecz na wiele rzeczy mam realny wpływ. Cieszę się, że decyduję sama o sobie. Jest to jedna z zalet bycia dorosłym. Dziecko, choć jest małym człowiekiem, nie ma takiej możliwości. Nieraz zamiast cieszyć się, dusi się dzieciństwem. Dlatego nigdy nie chciałabym być znowu dzieckiem. Największą satysfakcję mam z tego, że udało mi się przekuć moje dzieciństwo w naprawdę dobry kapitał.


 




Bez pępka 2018-06-02 18:35

   Unikam jak ognia hałasu, niepotrzebnych czynności, niechcianych spotkań z niechcianymi ludźmi, fałszu i obłudy, hoteli z małymi dziećmi oraz idiotycznymi animacjami, marudnych i wiecznie niezadowolonych malkontentów, ale przede wszystkim pępki świata. Tak, zdecydowanie najgorsze są pępki świata. Takie, które uważają, że za sam fakt ich istnienia inni powinni składać im hołd i nisko się kłaniać, spijać każde słowo z ich ust niczym życiodajny nektar, w mig odgadywać myśli, właściwie interpretować każdy grymas twarzy, usuwać spod nóg najmniejszy pyłek stający na drodze do realizacji ich celów, wychwalać pod niebiosa za każdy nawet najdrobniejszy sukces oraz tłumaczyć w przewrotny sposób przejawy chamstwa, grubiaństwa, arogancji, ignorancji itp. Pępek uważa, że jest jaki jest, takim go Bozia stworzyła i takim go ma, zatem reszta społeczeństwa powinna go zaakceptować bezwarunkowo i bezapelacyjnie. Żadnego ale, gdy coś się nie podoba w jego zachowaniu, żadnej odmowy wobec jego żądań i oczekiwań. Ma być tak, jak pępek chce, albo wynocha.


            Kto kocha, lubi i szanuje bezwarunkowo? Rodzice. I to częściej matki niż ojcowie, co jest dowiedzione badaniami psychologicznymi. Oczywiście zdarzają się odstępstwa od normy, lecz to właśnie matki przede wszystkim kochają i akceptują swoje dzieci nawet, gdy wielokrotnie czuły się zawiedzione z ich powodu. Dziecko może okazać się niewdzięcznikiem, egoistą i zwykłym bydlakiem, a matka i tak kocha. Nie można tego w żaden racjonalny sposób wytłumaczyć, ale tak właśnie jest. Z ojcami sprawa wygląda nieco inaczej. Nawet, gdy oficjalnie się do tego nie przyznają, gdy dziecko nie spełnia ich oczekiwań, czują ogromne rozczarowanie. Często jednak otwarcie mówią, co im leży na wątrobie, potrafią walnąć pięścią w stół, skrytykować, wytknąć błędy, a nawet wyśmiać. Trudno im przyjąć dziecko takie, jakie jest. Najokrutniejszym tego przykładem może być fakt, że wielu ojców niepełnosprawnych dzieci pakuje walizki i znika z pola widzenia. Dziecko według ojca powinno odzwierciedlać jego oczekiwania. Ma się dobrze uczyć, być ładne, mądre, sprawne fizycznie, osiągać sukcesy, zwłaszcza w dziedzinach, w których on sam nie zdołał wspiąć się na szczyt. Gdy jest inaczej, dzieciak ma przechlapane. Ale mamunia kocha i lubi. I to daje pewność, że zawsze można przybić do portu, jakim jest dom.


            Niestety w społeczeństwie nie jest już tak kolorowo jak u mamy. A człowiek niezaprzeczalnie jest istotą społeczną. I tu pojawia się dla niektórych pępków niespodzianka – nie wszyscy będą go akceptować, tolerować każdy wybryk i zagrania nie fair, różne wyskoki i fochy. Druga niespodzianka – jeszcze się taki nie urodził, co by wszystkim naraz dogodził, jak mawiał klasyk, mój były szef. Muszę przyznać, że to były najmądrzejsze słowa, jakie usłyszałam z jego ust i właśnie te słowa zapadły mi szczególnie w pamięć. Tak więc naprawdę zabieganie o polubienie przez wszystkich jest zupełnie pozbawione sensu. Niektórzy mają taki pępek i jego zajebistą osobowość po prostu w dupie. Nie rozumiem ludzi, którzy widząc jawne oznaki braku sympatii czy chociażby zainteresowania ich osobą, nadal narzucają się, absorbują sobą, próbują wywrzeć oszałamiające wrażenie. Po pierwsze, inni mogą mieć priorytety różniące się od tych, które są istotne dla pępka świata, hołdować odmiennemu systemowi wartości, po drugie – nie każdy żyje życiem pępka i śledzi jego poczynania. Ale i nie każdy musi godzić się na przekraczanie pewnych granic przez taki pępek. Niech żyje on jak chce, lecz nie wkracza przy tym z buciorami w życie innych. Jego fochy, żale, manipulacje niczego nie zdziałają. Takie zabiegi są po prostu żałosne.


Gdy kogoś nie lubię, to choćby się skichał, na 99,9 % mój stosunek do niego się nie zmieni. Bo jeśli kogoś nie lubię, to oznacza, że pracował sobie na ten stan rzeczy długo i owocnie. Nigdy nie skreślam nikogo od razu. Jestem raczej wyrozumiała, cierpliwa, lecz do czasu. Gdy mi pęknie żyłka pierdząca, to oznacza koniec bliskości i jakiejkolwiek zażyłości. Mam też świadomość, że nie jestem lubiana przez wszystkich, ale nie spędza mi to snu z powiek. Tym bardziej skłonna jestem zaakceptować brak akceptacji ze strony pępka świata. Niech siedzi on sobie na tronie i napawa się samouwielbieniem. A ja wolę być poza zasięgiem reflektorów i spokojnie sobie żyć. Bez pępka.




Zły śmiech 2018-05-09 18:51

Najczęściej pojawia się u ludzi zdystansowanych i mających spore pokłady poczucia humoru zabarwionego małą dozą sarkazmu. Zły śmiech. Takie He He He a’la Przybyszewski. Dzisiaj dwa razy tak się śmiałam. Pierwszy raz w towarzystwie koleżanki, która stwierdziła, że będąc przeziębioną chyba jednak zdecyduje się na zwolnienie lekarskie, gdyż nie zamierza poświęcać się dla bliżej nieokreślonej idei jak to czynią inne koleżanki. Drugi raz rechotałam z pewnym mężczyzną w średnim wieku, którego żona aktualnie pracuje daleko stąd i która niestety nie przyjedzie teraz na weekend, lecz dopiero za osiem tygodni. Osiem tygodni! Gdy to usłyszałam, z grzeczności jęknęłam: „To chyba żal...”. Na co ów niezbyt stęskniony małżonek, nareszcie odpoczywający od widoku jaśniejącego lica swej żony, spojrzał na mnie z udawanym politowaniem i rzekł: „Ale komu???”. „No... chyba jej...” – odparłam widząc jego niezbyt głęboko skrywane zadowolenie z takiego obrotu sprawy. I ryknęliśmy śmiechem. Takim złym śmiechem. He He He.


Wczoraj zaś zaśmiałam się w ten sposób, ale zaznaczę, że bardzo łagodnie, gdy koleżanka z pracy rozczulała się nad pewnym zagadnieniem, którym do tej pory zajmowałyśmy się wspólnie z większym gronem współpracowników. Lecz skwapliwie przypomniałam jej, iż moje obowiązki niebawem się zmienią i mnie już to nie dotyczy. Dodam, że zaśmiałam się bardziej w duchu niż na zewnątrz. Nareszcie do jasnej cholery mogę mieć wieeele bzdetnych rzeczy głęboko w dupie!!! He He He. I jeszcze raz He! Siedzę sobie przy piwku, nogi mam wyciągnięte na krześle, piszę i mam święty spokój. Jakaż błogość przepełnia mnie, gdy pomyślę, że już niedługo będę mogła po powrocie z pracy częściej tak sobie siedzieć, relaksować się i w spokoju uczyć. Koniec noszenia siat z papierami, koniec kombinowania jak tu ogarnąć wszystko na czas, koniec latania w pracy jak kot z (pełnym do granic możliwości) pęcherzem. Będę robić swoje w godzinach pracy, będę robić siku, gdy poczuję taką potrzebę, zjem nawet od czasu do czasu i nie będę mieć obłędu w oczach. Może i inni uznają zmianę stanowiska przeze mnie za degradację, ale jedyną moją ripostą na te sugestie jest zły śmiech.


Kiedy jeszcze pojawia się zły śmiech? Gdy ktoś pieje z samozachwytu, opowiada o sobie, jakby był co najmniej ósmym cudem świata i właśnie spotkała mnie niebywała okazja oddychania tym samym powietrzem co ten cud. Gdy spotykam na swej drodze świra, próbującego na wszelkie możliwe sposoby wywrzeć na mnie presję. Skutek jest wręcz odwrotny. Kiedy docierają do mnie na mój temat ciekawe niusy bardzo mijające się z prawdą. To naprawdę zabawne, że ludzie, z którymi nie mam kontaktu, wiedzą lepiej ode mnie, co u mnie, jakie są motywy mojego działania, co myślę i planuję. Przezabawne. Tak poza tym zły śmiech wcale nie jest z gruntu zły. To określenie ukułyśmy z moją błyskotliwą Przyjaciółką. I zauważyłyśmy pewną prawidłowość – bardziej i częściej boją się tego rechotu mężczyźni (mówią przy tym: „Nie podoba mi się ten twój śmiech”). Zwłaszcza, gdy rechoczą kobiety. Nie wiedzieć czemu, faceci mają wtedy taki dziwny wyraz twarzy, wskazujący na totalne zdezorientowanie. Może dlatego, że zbyt często puszą swe piórka, nie dostrzegają przebiegłości kobiet, nie doceniają ich potencjału i możliwości. Gdy już, już im się wydaje, że są panami świata, nagle jebut! Jakieś babsko strąca ich z piedestału...




No i jak to się ma do wieczności? 2018-04-29 13:45

            „Wiem, czego chcę i przyszłam dowiedzieć się, czy macie to, czego chcę” – z takim komunikatem weszłam do pewnego sklepu ze sprzętem AGD, komputerami, smartfonami, aparatami fotograficznymi i sprzętem grającym. Panowie ekspedienci zamarli z wrażenia. Dosłownie rozdziawili gęby i przez chwilę panowała cisza. W końcu jeden z nich otrzeźwiał i rzekł: „No proszę, klient, który wie, czego chce i do tego kobieta”. „Ale dlaczego od razu wyjeżdża pan z takim stereotypowym tekstem? Że kobieta rzekomo nie może być zdecydowana i świadoma swoich potrzeb lub oczekiwań?” – odparowałam. Panowie ekspedienci pokręcili głowami. Poprosiłam, by jeden z nich sprawdził, czy mają konkretny model telefonu, bo chcę go kupić. Po chwili stałam się posiadaczką wspomnianego urządzenia i żegnając się, powiedziałam, że jeszcze tu przyjdę, bo chcę reklamować jedną rzecz. „Oczywiście, będziemy na panią czekać”- odparli panowie ekspedienci. Miło było sobie tak rzeczowo pogawędzić i szybciutko załatwić sprawę.


            Podobnie przedstawiała się sytuacja, gdy ostatnio umówiłam się na spotkanie z dyrektorem szkoły językowej. W mailu wspomniałam, że zależy mi na znalezieniu kompetentnej osoby przygotowującej do egzaminu na certyfikat. Spotkanie zapoczątkowałam przywitaniem się oraz ponownym wyłożeniem sprawy. W kilku konkretnych zdaniach powiedziałam, czego oczekuję. Facet chyba poczuł się lekko niepewnie. Nie wywarł na mnie zbyt dobrego wrażenia. Wyglądał i zachowywał się jak wypłosz, a nie dyrektor. Nigdy jednak nie kieruję się pierwszym wrażeniem, które jak wiem z doświadczenia – bywa złudne. Umówiłam się na kolejną rozmowę, tym razem również w towarzystwie proponowanej lektorki. Na szczęście pani germanistka okazała się być dobrze zorientowana w temacie i żywię nadzieję, że nasza współpraca będzie owocna, a dokładniej zaowocuje zdaniem przeze mnie egzaminu.


            Nic nie poradzę na to, że nie lubię strzępić języka i marnować czasu na rzeczy, które można sprawnie załatwić zamiast dzielić włos na czworo. Dlatego nie cierpię bezowocnych, nudnych szkoleń, spotkań służbowych, rozmów na głupie tematy typu „jak ktoś wygląda”, co powiedział, a że się lansował i gwiazdorzył na spotkaniu w pracy, „że ktoś upasł się jak dzika świnia i jak tak można doprowadzić się do tego stanu...”, „że ta ma romans z tamtym i do tego zaliczyła wpadkę, a poza tym jest zwykłą zdzirą, bo...”, „że kogoś coś ciągle boli, jak nie głowa, to ręka, noga, paznokieć i dupa”... Litości... Lubię snuć długie rozprawy o prawdziwych dylematach i problemach, lubię słuchać opowieści o życiu, pośmiać się przez łzy i od czasu do czasu pożartować. Bo tak w ogóle mam duże poczucie humoru, które ratuje mnie przed szaleństwem zupełnym w trudnej nieraz codzienności. Kocham czytać, podróżować, poznawać ludzi, kultury, zwyczaje, osobiste przeżycia, czuć podmuch wiatru na szczytach gór i oddychać pełną piersią takim górskim, rześkim powietrzem. Uwielbiam słuchać muzyki, śpiewać, gdy nikt nie słucha, pisać, pobyć w samotności, niespiesznym krokiem spacerować, jeść i popijać dobre winko lub piwko w miłym towarzystwie. Lubię też zabawić się tak, że następnego dnia mam zakwasy,  wydzierać się na koncercie i gibać się w rytm ostrej muzyki, wygrzewać się jak salamandra, by nabrać energii do szwendania się po nieznanych zakamarkach. Ale nie znoszę marnotrawstwa czasu.


            Zupełnie nie pojmuję tego, jak można zawracać sobie i innym dupę z powodu jakichś pierdoł. Jednak żeby było jasne – i ja niegdyś byłam drobiazgowa, małostkowa, czepialska, buńczuczna i harda, często niepotrzebnie. Ostatnio dwie koleżanki z pracy zapytały mnie, jak to się robi, że ma się taki dystans i spokój w sobie? Odpowiedziałam krótko: życie uczy nas pokory, wskazuje co jest ważne, a co nie i tylko od nas zależy, czy wyciągniemy wnioski z wielu lekcji, przez które musimy przebrnąć. Teraz mogłabym dodać jeszcze to, że pouczające są liczne pręgi, blizny, trudne przeżycia, choroby własne i bliskich. Nie jest to żaden powód do dumy, że jest się poranionym człowiekiem, bo to wcale nie ułatwia egzystowania w brutalnej nieraz rzeczywistości. Lecz nabywając doświadczeń, zauważam, że niektóre „problemy” w ogóle mnie nie dotykają i nie wzbudzają silnych emocji. Do wielu spraw podchodzę spokojniej i z rozwagą. I często zadaję sobie pytanie zasłyszane od innej koleżanki z pracy: „A jak to się ma do wieczności?”. Zawsze się uśmiecham, gdy sobie przypominam te słowa. Teraz też.




Czy dobrze tak sobie żyć? 2018-04-19 15:49

            Niespodzianek ciąg dalszy. Mój facet miał wypadek komunikacyjny. Na szczęście wyszedł z tego bez większego szwanku. Jego facjata będzie ozdobiona blizną na łuku brwiowym. Ale podobno to takie męskie – mieć blizny. Kobiece zresztą też. Jestem stuprocentową kobietą – mam wiele blizn. Nie będę pisać w jakich miejscach. Oprócz tych widocznych  posiadam mnóstwo blizn niewidzialnych. Czasami jestem zmęczona ich mimowolnym kolekcjonowaniem. Lecz jak bez nich żyć? Jak wyhodować swoje wewnętrzne piękno, swoją harmonię i dystans oraz zdrowy rozsądek bez tych blizn? Es ist unmöglich. Blizny przypominają o potrzebie zachowania spokoju.


            Czy to dobrze być nieco zblazowanym? Takim niezagonionym, niezapętlonym w konieczności i obowiązki, które muszą być wykonane i już. Takim człowiekiem, który nie wybiega zanadto w przyszłość, a jednocześnie jest przezorny i nie zaciąga kredytów na kosmiczne 20, 30 lat. Oprócz tego nie trwoni ciężko zarobionych pieniędzy na rzeczy materialne, które cieszą oko przez ułamek sekundy, a potem powszednieją. Kimś, kto nie równa do innych, chociaż mógłby epatować tym czy tamtym. I na dodatek myśli o tym, by mu było dobrze, by ukraść światu odrobinę ciszy, raz na jakiś czas uciec daleko stąd, pobyć, pożyć gdzieś indziej… Nie przejmuje się bzdurami w pracy, robi swoje i hasta la vista. No czy dobrze tak żyć? Tak sobie po prostu żyć?


            O tym, że wszystko, łącznie z moimi bliskimi, jest ulotne i może zniknąć z dnia na dzień, przekonałam się już nieraz. Wczoraj ponownie. Jest człowiek, a za chwilę może go nie być. Masz tak wiele, lecz niebawem możesz zostać żebrakiem. Wiedzie ci się, a tu nagle niespodziewane okoliczności powodują, że zostajesz sam na lodzie. Zastanawiam się nieraz, czy nie lepiej byłoby być współczesnym nomadem. Swój majątek móc zmieścić w jednej walizce. Ile zmartwień przestałoby istnieć, ile trosk o zgromadzone dobra odeszłoby w niepamięć. Człowiek mógłby skupić się na przeżywaniu, a nie posiadaniu. Ostatecznie i tak niczego nie zabierzemy ze sobą odchodząc stąd na zawsze.


            Wczoraj oglądałam program o kupowaniu i remontowaniu starych domów. Nie mogłam się nadziwić kilku rzeczom m.in. zakładaniu przez kupujących pewnego budżetu, by potem rozdąć go o kolejną kosmiczną sumę pożyczoną od rodziny, robieniu podczas remontu tylu niepotrzebnych, drogich przeróbek tylko ze względu na jakieś widzimisię, kupowaniu domu o niewyobrażalnie dużym metrażu dla zaledwie dwojga ludzi. Oczywiście inwestorzy zakładają powiększenie rodziny, ale czy rodzina dajmy na to – czteroosobowa, naprawdę potrzebuje 200 czy 250 m2 powierzchni mieszkalnej??? Dla przeciwwagi lubię oglądać programy o malutkich domkach budowanych na zamówienie. Domkach na kółkach, które można przewieźć dokądkolwiek. Znajduje się w nich wszystko, czego potrzebują mieszkańcy. Przede wszystkim nie są drogie, nie trzeba brać na nie absurdalnych kredytów, można mieszkać w różnych zakątkach kraju czy świata i… żyć.


            Tak sobie myślę, że człowiek to wiecznie nienasycone, głupie bydlę, któremu się tylko wydaje, że znajduje się na szczycie drabiny stworzeń ziemskich.


PS Przepraszam bydlęta za to porównanie.




Nigdy nie chciałam być kimś 2018-04-09 17:25

Nigdy nie usiłowałem stać się kimś. Po prostu pozwalałem życiu zabierać mnie tam, dokąd chciało (…). Nie sprzeciwiałem się. Nawet nie próbowałem pływać, bo kiedy pływasz, odpychasz się rękami. Po prostu poddawałem się nurtowi rzeki, przemieszczałem się wraz z nim.                                                                                                


 Osho, Życie jako podróż


            Czytam ostatnio książkę, z której pochodzi ten cytat. Średnio co kilka stron natrafiam na słowa, które wywołują we mnie żywsze bicie serca. Myślę sobie: „Ja też tak uważam, też tak odczuwam. On wyjął mi to z ust”. Oprócz tego niespodziewanie mój los zsynchronizował się z powyższym cytatem do tego stopnia, że naprawdę zupełnie już odrzucam zjawisko przypadku. Jestem przekonana, że to, co nas spotyka w życiu nie jest dziełem przypadku. Owszem, zdarzają się rzeczy kompletnie przez nas nieplanowane, nieprzewidziane i totalnie zaskakujące. Ale sądzę, że otacza nas zawiły splot okoliczności, które nachodzą na siebie nawzajem w taki sposób, iż powstaje pewnego rodzaju kula śniegowa tocząca się nieraz bardzo wolno, lecz nieuchronnie doprowadzająca do określonych zdarzeń. Początkowo losy różnych ludzi toczą się symultanicznie, osobno, jednak przychodzi moment, kiedy przecinają się i wywołują na siebie wpływ.


Moje różne perypetie życiowe stanowią dla mnie dowód na to twierdzenie. Niby tam sobie tworzę własny mikrokosmos, żyję w swojej bańce, a tu nagle pojawia się ktoś lub coś, kto tę bańkę przebija szpilką i każe mi stanąć twarzą w twarz z kolejnym wyzwaniem. Nieraz staram się coś osiągnąć, poświęcam na to masę czasu i nic. Proszę, wydeptuję ścieżki, myślę o tym często i… nic. Aż w końcu przychodzi odpowiednia chwila, moje pragnienie dojrzeje i staje się rzeczywistością. A ja tymczasem albo już porzuciłam wszelkie nadzieje na jego spełnienie lub obrałam inny kurs. Najczęściej moje marzenia realizują się w najmniej spodziewanym momencie. Zdążyłam pogodzić się z ich nierealnością, a tu one zaskakują mnie. Nauczyłam się przyjmować rzeczy takimi, jakimi są. Owszem, nieraz czuję w środku frustrację, żal, bunt, ale dość szybko odrzucam te emocje, bo one nie przynoszą mi ulgi, lecz pogrążają w niemocy. Myślę wówczas według algorytmu przekazanego mi przez moją babcię – „Widocznie tak miało być”. Wierzę głęboko, że coś dzieje się po coś. Staram się zatem zastanowić nad tym, czego dana lekcja ma mnie nauczyć. Notuję w głowie wnioski i idę dalej.


Nigdy nie chciałam być kimś. Kimś w szerokim tego słowa znaczeniu. Ani kimś – tak zwanym człowiekiem sukcesu, ani kimś konkretnym, zdefiniowanym przez zawód, rolę społeczną, wiek, grupę społeczną itp. Całe swoje dotychczasowe życie poszukuję siebie taką, jaką jestem. Nadal szukam. Poddaję się nurtowi życia, obserwuję siebie w tym nurcie. Niekiedy ten nurt zabiera mnie w ciemną otchłań i wtedy cierpię, ale są też chwile szczęścia, kiedy nurt wypycha mnie w górę i wreszcie widzę przez taflę wody promienie słońca, piękną przyrodę, świeże powietrze i nowe możliwości. Jestem cierpliwa, z wiekiem coraz bardziej. Tak długo czekam, tak długo wędruję, uczę się, przygotowuję na różne ewentualności, aż w końcu pojawia się radość, bo jedna z nich otwiera przede mną swoje drzwi.


Chciałabym się oficjalnie pochwalić, ale nie tak pyszałkowato, lecz radośnie jak dziecko, że za kilka miesięcy zmieniam pracę! Będę w tej samej branży i w tym samym zakładzie pracy, ale w innym budynku, na innym, spokojniejszym stanowisku. Będę wykonywać zupełnie inne obowiązki i już czuję powiew tej nowości! Niedługo spakuję swoje szpargały, zniosę do bagażnika samochodu, przewiozę w nowe miejsce. Potem zacznę urządzać swoje gniazdko. Jednak podkreślam, że nie spoczywam na laurach. Nadal będę się kształcić, zdobywać certyfikaty, zaświadczenia i inne dowody moich kompetencji. Bo nigdy nic nie wiadomo. Eldorado nie trwa wiecznie, a przyszłość jest nieprzewidywalna, dlatego jestem otwarta na to, co życie mi przyniesie. Z wiosennym pozdrowieniem, Frau…




Nie taki język straszny jak go malują 2018-03-20 11:20

Dziś chcę zabrać głos w niezwykle ważnej dla mnie sprawie, a mianowicie w sprawie języka. Ojczystego, naszego, polskiego. Bez ironii, sarkazmu i zgryźliwości. Usłyszałam, że polski jest okropnym, strasznym, zbyt opisowym i nieprecyzyjnym językiem. Nie jestem jakąś ortodoksyjną patriotką. Ale trochę mnie to stwierdzenie zabolało. Zwłaszcza, że opinia ta wypowiedziana została wielokrotnie przez osobę, która kocha inny język. Rozumiem tę jej miłość bezwarunkową, bo z miłością się nie dyskutuje. Ona jest i koniec. Żadne racjonalne argumenty nie są w stanie jej wybić komuś z głowy. Zresztą nie mam takiego zamiaru. Nigdy nie staram się kogoś na siłę przekonać do swoich racji. Jednak skromnie wyrażam swój sprzeciw wobec tak niesprawiedliwej oceny polszczyzny.


Nie przeczę – inne języki są piękne, niepowtarzalne, ciekawe i nieraz trudne, co zawsze, nie wiadomo dlaczego, stawia je wyżej w hierarchii. Polacy z dumą słuchają obcokrajowców mówiących, że przyswojenie polskiego to nie lada wyczyn. I z uśmiechem oraz wyrozumiałością podchodzą do lapsusów językowych, przekręcanych słów czy niepoprawnych form wyrazów wychodzących z ich ust. To prawda, nasz język nie należy do łatwych, nawet dla nas samych. I nie chodzi tu tylko o nieszczęsną ortografię czy gramatykę, którą naprawdę niewielu Polaków zna doskonale. Oczywiście nie zwalnia ich to z konieczności zaglądania do słownika, zamiast tłumaczenia się w głupi sposób, że mają, często wydumaną, dysleksję, dysortografię, inne dys- lub po prostu tacy się urodzili i już. Jakim mnie Boże stworzyłeś, takiego mnie masz. Oj, nie nie nie. Nie trzeba być orłem, nie trzeba być szanownym profesorem Miodkiem czy Bralczykiem, ale należy dbać o poprawność w mowie i piśmie posiłkując się odpowiednimi źródłami. Znajdują się one niekiedy w zasięgu ręki – w formie słownika stojącego i kurzącego się na półce od czasu pierwszej komunii świętej („kto normalny daje dzieciakowi w prezencie serię słowników PWN???” - zdanie, które zostało skierowane do mnie na przyjęciu przez osobę nie mającą w domu ani jednego słownika i dzwoniącej do mnie z każdą duperelą, gdy ma dylematy językowe) czy chociażby w internetowej wersji słownika w telefonie. Wystarczy chcieć poznać swój język i nieustannie, tak jak w przypadku jakiegokolwiek języka, poszerzać wiedzę i umiejętności.


W kraju, w którym około połowa obywateli nie sięga w ciągu roku po ANI JEDNĄ KSIĄŻKĘ, należy bić na alarm. Nie twierdzę, że każdy powinien rzucać się na głęboką wodę i pochłaniać całe tomy poezji Miłosza, Szymborskiej albo powieści Olgi Tokarczuk (jak ona dopieszcza każde zdanie! Zwłaszcza w późniejszych utworach), Magdaleny Tulli, Jerzego Pilcha, Joanny Bator czy Jacka Dehnela albo Szczepana Twardocha (przykłady z młodszego pokolenia). Oczywiście lista ta mogłaby być znacznie dłuższa, lecz nie chodzi mi rekomendowanie stosu książek autorów, których sama lubię i cenię. Do tego dochodzi dział literatury, który akurat do mnie nie przemawia np. kryminały czy fantastyka. Chodzi mi o to, że warto czytać cokolwiek, nawet lżejsze w formie i treści książki i bez zażenowania przyznawać się, że lubi się na przykład romanse. Czytanie rozwija pod wieloma względami, o których „trują” nauczyciele w szkole – a że wyobraźnia poszerza swe obszary, a że ortografia za pomocą pamięci wzrokowej daje się oswoić, no i zasób słownictwa rozkwita jak przepiękny ogród.


Nie zgadzam się, że polski to język straszny, zawiły, a już w ogóle nie zgadzam się z argumentem, że jest zbyt opisowy oraz nie dość precyzyjny i dlatego okropny. Opisowość bywa cudowna. Można żonglować swoimi zdolnościami w zależności od naszego doświadczenia i bawić się, można na sto sposobów oddać nastrój, posłużyć wieloma środkami językowymi, by wprowadzić czytelnika w klimat swojego wewnętrznego świata. Można też być do bólu dosłownym . Przykład precyzji:


 


Maria Pawlikowska-Jasnorzewska -”Miłość”


Nie widziałam cię już od miesiąca.


I nic. Jestem może bledsza,


trochę śpiąca, trochę bardziej milcząca,


lecz widać można żyć bez powietrza!


 


Przykład drugi – o miłości, ale zupełnie inaczej:


 


Maria Pawlikowska-Jasnorzewska - „Erotyk”


Na rozrzuconych poduszkach z rajskich, jawajskich batików


umieram słodko bez żalu, umieram cicho, bez krzyku. —


Czas za firanką ukryty porusza skrzydłem motyla,


a moje czoło znużone coraz się niżej przechyla...


Wreszcie dotykam Bieguna i śnieg mi taje wśród włosów,


a końcem lakierka dosięgam trawy szumiących Lianosów...


Leżę na ciepłych krajach, na gorejącym Równiku,


i na jedwabnych poduszkach z różnobarwnego batiku...


Wyciągam ręce ku Tobie, w Twoją najsłodszą stronę


i czuję na rękach gwiazdy nisko nad nami zwieszone...


Ogarniam Cię splątanego w pochmurny namiot niebieski,


i spada niebo z hałasem, jak belki, wiązania, deski,


obrzuca nas półksiężycem, słońcem, obłoków zwojem —


i tak spoczywam — okryta niebem i sercem Twojem...


 


To przykłady pierwsze z brzegu, jakie przyszły mi do głowy. I to utwory tej samej autorki. Ale jakże inne! Zawsze można też powiedzieć to samo, lecz inaczej. Wszystko zależy od kontekstu sytuacyjnego. W pracy powiem komuś, kto mnie nagabuje: „Przepraszam cię, ale teraz nie mogę rozmawiać”. Chamowi na ulicy i do tego w nieciekawej dzielnicy powiem zwyczajnie: „Odpierdol się”. Myślę, że w obu przypadkach zostanę dobrze zrozumiana. A tym, którzy narzekają na jakikolwiek język, powiem krótko: „Zanim zaczniesz krytykować, najpierw poznaj, rozsmakuj się, miej głęboką świadomość języka...”


 



e-szablony
  e-blogi.pl  [Załóż blog!] rssSubskrybuj blogi
[Zamknij reklamy]