Frausuchen - blogerka


Teatr Witkacego - wniknij weń albo znikaj w tłumie na Człapówkach 2019-07-19 22:25

   Wczoraj po raz kolejny w życiu udałam się w miejsce szczególne i niesamowite - do Teatru Witkacego. Tym razem był to spektakl pt. "Człapówki - Zakopane" wg utworu Andrzeja Struga. Gdy już zajęłam miejsce gdzieś w kącie, tak, by nikt mi nie przeszkadzał, rozglądałam się dokoła. Ludzi przyszło co niemiara, panował gwar. Trochę drażniło mnie zachowanie grupki znajomych w wieku średnim, którzy rozsiedli się przy jednym ze stolików i bardzo głośno śmiali się i rozmawiali, jakby brakowało im na co dzień uwagi ze strony innych. Szybko dostawiano dodatkowe krzesła, gdyż nie wystarczyło miejsc dla wszystkich. Tuż przy scenie usadowili się muzycy - saksofonista, trębacz, akordeonista i ktoś jeszcze, lecz niestety nie mogłam go dostrzec. Czekałam cierpliwie na to, co się za chwilę wydarzy. W końcu zaczęło się.


 


   Pomiędzy widzami zaczęli przeciskać się aktorzy już od tego momentu odgrywający swoje role. Jedna z kobiet reklamowała swój pensjonat. Inna - seksowna blondynka z lampką wina w jednej ręce i butelką w drugiej, z szerokim, pijanym uśmiechem krwistoczerwonych ust - śmiała się i zataczała lekko, w końcu usiadła na chwilę jednemu mężczyźnie na kolanach, po czym wstała i poszła w kierunku sceny. Jakiś mężczyzna zagadywał, kolejny również z głupkowatym uśmiechem i nieco wyniosłą miną, ogólnie panowało zamieszanie, które dobrze kojarzę z tym miejscem. Mimowolnie uśmiechnęłam się pod nosem. No tak - "banda szaleńców" - pomyślałam bez złośliwości.


 


   Nie będę opowiadać, co było dalej. Kto jest zainteresowany, niech po prostu przy okazji pobytu w Zakopanem, pójdzie na przedstawienie. Naprawdę warto. Nie tylko na "Człapówki", choć przyznam, że forma i przesłanie te sztuki należy chyba do najłatwiejszych w odbiorze tego teatru. Sam Teatr Witkacego jest niezwykły. Mieści się w budynku dawnego ośrodka dra Chramca, u którego chętnie leczyli się między innymi gruźlicy, głównie z tzw. wyższych sfer, choć nie tylko. Teraz mieści się tu Starostwo Powiatowe i właśnie teatr. Znajduje się w nim m.in. Scena Witkacego i Scena A. Bazakbala oraz Kawiarnia Witkacy. Na elewacji sąsiadujących budynków znajdują się murale wykonane przez studentów ASP, przedstawiające między innymi znajomą "gębę" Witkiewicza. Wnętrza teatru kryją niepowtarzalny klimat. Mrok, przytłumione światło, rysunki Witkacego, zabytkowe meble. Aktorzy wchodzą między przybyłych i już grając swoje dziwaczne niekiedy role, nawiązują kontakt z widzem.


 


   Widz jest tu witany i żegnany przez aktorów. Widz jest tuż przy scenie. Jest tak blisko, że chyba już bliżej nie może być. Dla kogoś, kto przychodzi tu pierwszy raz, może to być trochę szokujące i onieśmielające, lecz stali bywalcy od początku wiedzą, co się święci i poddają się chwilami psychodelicznemu nastrojowi. Po spektaklu często odbywają się spotkania aktorów z widownią. Wczoraj nieliczna grupka pozostałych widzów została zaproszona do wspólnego stolika przez aktorów. Wszyscy siedzieli wyluzowani, choć na początku nieco skrępowani. Lecz ten wewnętrzny wstyd, to przekonanie, że aktor to niemalże półbóg, szybko znikł, gdy pojawiły się swobodne pytania jednych do drugich i odwrotnie. Aktorzy z Witkacego są normalni, choć mimo wszystko unosi się nad ich głowami aura niezwykłości. Żyją tutaj i od trzydziestu lat utrzymują teatr na powierzchni i mimo upływu lat, zmian społecznych oraz politycznych, trendów w sztuce, pozostają wierni swoim zasadom, jak to ujęła jedna z aktorek. Żadnego podlizywania się odbiorcy, ulegania jego oczekiwaniom, eventów i fotek na ściankach, lansowania się na salonach, przebierania w ciuchy jakichś projektantów. Godne podziwu w tym oszalałym i zdominowanym przez zdurniałe do reszty społeczeństwo.


 


   Czy ten teatr jest dla każdego? W toku rozmowy zostały poruszone problemy związane z dotarciem do nowego odbiorcy, ze zwerbowaniem go, gdyż w dobie Internetu, swobodnego dostępu do innym form sztuki, nie jest to proste. Aktorzy uważają, że najlepszy jest tzw. marketing szeptany. Rzeczywiście przyjdą wówczas ludzie, którzy czują, że chcą tu być, chcą wejść i przeżyć coś niespotykanego. Ktoś z widzów zaproponował, żeby wyjść na Krupówki i zachęcać bezpośrednio do wizyty w teatrze, lecz jeden spośród aktorów zapytał, czy gdyby przyszli tu ludzie z przypadku, z "łapanki", to reakcja widowni byłaby taka, jak na przykład w czasie tego spektaklu. Nie. Nie byłoby tej energii i porozumienia, tej iskry przelatującej między sceną a widownią.


 


   Ludzie przyjeżdżają do Zakopca w różnym celu. Dla jednych to wyjątkowe miejsce, które ma bogatą historię, ofertę kulturalną i które przez wiele lat było mekką artystów. Dla innych to tylko kolejne modne miasto, w którym można się napić, kupić magnes na lodówkę i inne duperele pod Gubałówką. Czołowe miejsce zatem stanowią dla nich Krupówki. Przepraszam - Człapówki ;)


 


 


 


 


 


 


 


 


 


 


 


 


 




Panta rei 2019-07-11 22:43

Wczoraj weszłam do Jego warsztatu. Ogarnęło mnie zdumienie, gdyż od kiedy pamiętam, panował tu iście artystyczny nieład. Tymczasem wszystko było poukładane jak w sklepie z narzędziami i rozmaitymi maszynami. Każde wiertło, jakieś śruby, pilniki i inne przedmioty, których przeznaczenie jest mi obce - leżały równiutko ułożone na półkach. Maszyny z dziwnymi symbolami, przyciskami, jakimiś miernikami czy czymś takim, stały grzecznie na swoich stanowiskach i czekały. Na podłodze ani ździebka jakichś opiłków metalu, poskręcanych kawałków, które zawsze kojarzyły mi się z cudacznie wygiętymi, srebrnymi makaronami. Porządek. Cisza i pustka.


   Przechadzałam się z kąta w kąt i przyglądałam się detalom - staremu kredensowi, szafkom pamiętającym zapewne wczesne lata powojenne czy stołowi z narzędziami. W piwnicy u mojej babci też stał podobny kredens. Trochę żal mi tych mebli, gdyż odpicowane byłyby dzisiaj wartościowym meblem, kiedy wreszcie niektórzy dostrzegają w nich duszę i dają im drugie życie, zamiast kupować lub zamawiać u stolarza sztampowe mebelki z połyskiem cięte jak od linijki. Tu też znajdowały się takie skarby. Czekały.


   Dopadły mnie smutek i tęsknota. Oczyma duszy widziałam Go umorusanego, jak pochyla się nad maszyną i wyczynia tam jakieś dziwne czary, o których nie miałam bladego pojęcia. Wielu inteligentów, zwłaszcza tych z Bożej łaski, patrzy z góry na fachowców trudniących się pracą fizyczną. Lecz niejeden z nich łasi się do nich, gdy trzeba coś naprawić, wyremontować, wytoczyć, przepchać. Wtedy taki pan Zdzichu czy Stachu jest na wagę złota. I prawdę mówiąc, ceni się, choć dla niego jedno lub dwa puknięcia, stuknięcia, machnięcia, wywiercenia, itp. to bułka z masłem. Uważam, że pan Zdzichu ma pełne podstawy, żeby się cenić, gdyż to on wie, jak i gdzie puknąć, podczas gdy żona inteligenta patrzy na męża i wzdycha w myślach: "Chłop, a nie potrafi naprawić spłuczki od kibla ani nawet wbić prosto gwoździa...". A Zdzichu rach - ciach i zgarnia kasiorkę aż miło.


   On też potrafił dokonać małych cudów w swoim warsztacie. Ludzie z okolicy walili do niego drzwiami i oknami, gdyż nie znali lepszego od niego tokarza - ślusarza. A on spokojnie, z fajeczką w ustach przyjmował zlecenia. Czasami pytał mnie, ile ma właściwie skasować klienta, bo w zasadzie to się nie narobił. Wówczas przypominałam mu podejście przykładowego pana Zdzicha do kwestii szanowania swojej profesji. I w ten sposób, ceniąc swoje unikatowe w regionie umiejętności, popalając fajeczkę, pobierał stosowną moim skromnym zdaniem zapłatę.


   Wczoraj wszystko czekało. Na terkot, szlifowanie, furkot, buczenie. Na ożywienie tego miejsca. Na próżno. Podeszłam do jednej z maszyn. Nie zostały dokładnie sprzątnięte z niej opiłki (chyba miedzi). Takie maleńkie, złotawe drobinki. Leżą od dwóch lat nietknięte. Zapewne zdmuchnie je wiatr, gdy maszyna będzie transportowana do nowego właściciela. Na razie są i przypominają o tym, że kiedyś On je stworzył, być może na krótko przed śmiercią. Są śladem jego pracy i życia. Niedługo tu będzie pomieszczenie na narty i inny sprzęt sportowy. I już nigdy rano nie usłyszę tego terkotu, dobiegającego zza okna mojego pokoju.




Foczki, morświny i kaszaloty 2019-01-13 12:14

            Zastanawiałam się, o czym napisać. Od rana ciśnie mnie konieczność wyartykułowania swoich spostrzeżeń, które nagromadziły się przez ostatni czas. Może o tym, że w końcu odważyłam się przyznać, że osiągnęłam harmonię? Albo o foczkach i morświnach? A może o tym, że warto się zmęczyć, tak fizycznie, aż do potu cieknącego po tyłku? Hm... Foczki i morświny jednak bardziej mnie uwierają i wierzgając w mej głowie, domagają się uwagi tu i teraz. Cóż, zaczynam...


            Foczki, morświny to, jak powszechnie wiadomo, morskie zwierzątka. Foczki kojarzą się nam z tymi pięknymi, wielkimi oczami smutno jakoś patrzącymi w oko kamery. Być może dlatego, że nie są zadowolone z obecności człowieka w ich intymnym, foczym świecie, człowieka, który tak ochoczo zdziera z nich skórę (na żywca!) i robi sobie potem z nich milusie futerko. Morświnki też są całkiem milusie, tylko nieco większe. Istnieją jeszcze kaszaloty. Widziałam takiego potwora na okładce książki mojego ulubionego polskiego pisarza o imieniu Szczepan i twarzy prawdziwego twardziela. I ten kaszalot jest wielgachny, łypie groźnie okiem i tryska wodą. Przerażający! Wróćmy jednak do tego skromnego katalogu zwierzątek morskich i oceanicznych.


Otóż, ostatnio, przy obiedzie w pracy, pochwaliłam się towarzystwu, że zapisałam się na zajęcia sportowe. Tak, choć staram się uprawiać różne formy aktywności, w końcu jednak uznałam, że zorganizowane zajęcia pod okiem instruktora zmuszą mnie do systematyczności w wylewaniu z siebie litrów potu, cellulitu i innych świństw. Jeden kolega, nazwijmy go G., zdumiony stwierdził, że przecież mnie nie są potrzebne żadne sporty, bo i tak jestem szczupła. Ano jestem, nieskromnie przyznam. Może nie jestem ideałem, ale nie narzekam. Niektórzy twierdzą, że jestem nawet chudziną, ale chyba nigdy nie widzieli mnie w stroju kąpielowym, o negliżu nie wspominając. Odparłam koledze G., że tu nie chodzi o chudnięcie, lecz bycie sprawną, sprężystą i jędrną. G. spojrzał na mnie wzrokiem, który nie spodobał mi się za bardzo. Często tak na mnie się gapi, lecz na szczęście mam poczucie humoru i wszelkie próby taniego podrywu gaszę jakimiś żartami i ciętymi ripostami. Kolega G. dodał, że w tym samym czasie również ma zajęcia na sali, tylko innej. Jakaś koszykówka czy siatkówka albo inna piłka. I dodał, że widzi, jak my – kobiety – wychodzimy po naszych katorgach. Powiedział, że niektóre z nas to fajne foczki, ale inne to kaszaloty i morświny.


Ożesz kur....! Apollo się odezwał! W mojej koleżance, dotychczas przysłuchującej się rozmowie z uśmiechem, chyba się zagotowało, bo rzuciła parę ciętych słów o chamskiej kategoryzacji kobiet ze względu na wygląd. Gdy ochłonęła, ja dodałam, że wprawdzie nie uważam się za jakąś zakompleksioną, szarą myszkę, jednak też nie chciałabym być wrzucana do jakiegoś wora z napisem: „foczka” albo „morświn”, a wiadomo - to wrzucanie do wora jest uzależnione od upodobań wrzucającego. O gustach się nie dyskutuje. Mimo wszystko jednak uważam, że chamskie teksty należy bezwzględnie napiętnować. Irytuje mnie komentowanie wyglądu kobiet przez mężczyzn. Nie wiem jaka piękność byłaby w stanie spełnić ich oczekiwania. Zapominają przy tym, że każdy – KAŻDY – człowiek się starzeje, zmienia się i nawet Afrodyta, gdyby nie była grecką boginią spożywającą nektar i ambrozję, też w końcu straciłaby na uroku. Poza tym, biorąc pod uwagę wspomniane gusta, nie ma ideału i nie będzie. To, co dla jednego jest piękne, nie musi być piękne dla drugiego.


Najbardziej krzywdzące są opinie dotyczące poszczególnych elementów kobiecego ciała, które przecież ulega rozmaitym transformacjom, tak jak i męskie ciało. Tylko jest zasadnicza różnica – mężczyźni nie rodzą, nie karmią piersią, nie muszą często godzić miliona obowiązków, co w końcu odbija się niestety na wyglądzie. Mężczyźni, nie zapominajcie, że te piersi, z czasem mniej jędrne i pociągające, wykarmiły dzieci. Te brzuchy, obwisłe, pokryte bruzdami rozstępów, nosiły w sobie kilkukilogramowe dziecko. Ta pochwa, rozciągnięta i z bliznami wokół, musiała wypchnąć to dziecko na świat, byście potem mogli dumnie obwieścić wszystkim kumplom dookoła, że zostaliście ojcami i byście mogli to obficie oblać, a potem leczyć kaca przez kilka dni, podczas gdy wasza kobieta dogorywała w szpitalu. Te uda, które zyskały na objętości, z warstwą pomarszczonej skóry (to jest właśnie osławiony Pan Cellulit;), to uda tej samej kobiety, którą pokochaliście. Kobiece twarze, podobnie jak wasze, z czasem wiotczeją, pokrywają się zmarszczkami. To naturalne. Oczywiście, gdyby kobiety miały nieco więcej czasu oraz pieniędzy, mogłyby bardziej o siebie zadbać. Ale uwierzcie – po całym dniu spędzonym w galopującym tempie, zajmowaniu się domem, pracą, dziećmi, wami, wiele kobiet ma to w swojej nieidealnej dupie, jak wygląda. Moglibyście od czasu do czasu je wyręczyć, stop (!) – poczuć się współodpowiedzialni za rodzinę i obowiązki z tym związane. Z dużym prawdopodobieństwem, wasze kobiety znalazłyby siły i motywację, by popracować nad sobą, swoim wyglądem i może wreszcie byłyby damami na salonach, a kurtyzanami w sypialni.


Tymczasem chciałabym zwrócić waszą uwagę na to, że wam też wiele brakuje do ideału. Najśmieszniejsi są mężczyźni z bojlerami zamiast brzucha, małym ptaszkiem nieśmiało próbującym wyglądać spod tego bojlera, chudymi i patykowatymi nóżkami i takimi też  łapkami. Do tego fryz na zaczeskę albo na Sławomira. I tacy zazwyczaj mają najwięcej do powiedzenia na temat foczek i morświnów. Tacy myślą, że każda foczka na nich właśnie poleci i zamacha foczym ogonkiem na jego widok na plaży. Mein Gott! Sie sehen und  donnern nicht!


Takie oto myśli żądały przelania na ekran komputera. Na koniec dodam, że co złego to nie ja i nie było moim zamiarem sprawienie komuś przykrości. Chciałabym tylko zwrócić uwagę na problem i nakłonić do refleksji. Nie zachowujmy się jak celebryci i zejdźmy na Ziemię zamieszkaną przez nieidealne kobiety i nieidealnych mężczyzn, którzy jakoś mimo wszystko łączą się w nieidealne pary. Wiele z nich jest szczęśliwych. A na koniec żartobliwie dodam – nieidealni, nie martwcie się. Wszak, jak mówi przysłowie, „Każda potwora znajdzie swojego amatora” ;)


 


 




Czas teraźniejszo-przeszły 2019-01-02 09:57

   Jak szybko przechodzi się z czasu teraźniejszego w przeszły wie ten, kto kogoś lub coś stracił. Zwłaszcza kogoś. Mniej istotny jest tu fakt, czy był to ktoś szczególnie bliski czy znajomy albo po prostu ktoś, kogo znamy tylko z widzenia lub ze słyszenia. Z "jest" za chwilę wszyscy przechodzą na "był". Ot, ułamek sekundy i perspektywa się zmienia. Często ludzie dodają: "a jeszcze wczoraj go widziałem", "a jeszcze dwa dni temu z nim rozmawiałem". Taki młody, z planami na przyszłość i zamiarem odpuszczenia sobie w końcu, bo przecież tak dalej nie można, w tym pędzie szalonym donikąd. I nagle lotem błyskawicy roznosi się wieść, że już go nie ma. On był. Był taki a taki, robił to czy tamto, lubił tak czy inaczej spędzać czas, miał pasje, zostawił rodzinę. Koniec teraźniejszości dla od..eszłego. Odszedłszy przeszedł w czas przeszły. Odszedł był i już go nie ma.


   Przykro mi, gdyż ostatnio pożegnałam ostatecznie dwie osoby, a tu już następna czeka na pożegnanie. Jak to właściwie jest z tym czasem? Ciągle są z nim kłopoty. Niby kogoś nie ma, a jednak wszyscy temu zaprzeczają. Dopóki jest w pamięci, żyje. Dopóki czuje się jego bliskość, istnieje. Gdzieś tam, w bliżej nieokreślonej przestrzeni ciągle jest, trwa, a przynajmniej wielu w to wierzy, gdyż łatwiej żyć wierząc niż nie wierząc i myśląc, że śmierć ciała to śmierć całkowita. Przyznaję - mam z tym niemały kłopot - czy moja wiara nie jest aby powierzchowna, bardziej związana z tradycją i wychowaniem niż z iluminacją. Nie wiem, czy stan ten zmieni się pod wpływem czasu, lecz dotychczas dalej mi niż bliżej do głębokiej wiary. Nie potrafię temu zaradzić. Nie chcę być hipokrytką, sama siebie nie jestem w stanie oszukać. Choć w głębi serca wolałabym wierzyć, tak szczerze i bezgranicznie.


   Tymczasem, kiedy wielu ludzi świętowało odejście starego roku i powitanie nowego, umierała kolejna osoba z mojego otoczenia. Tak, widziałam ją na dwa dni przed śmiercią, Rozmawiałam może z tydzień wcześniej, rozmawiałam o niej chwilę przed tym, jak otrzymałam wiadomość, że nie żyje. A potem pojawił się szok i niedowierzanie. Telefon rozgrzał się do czerwoności, gdyż ci, którym przekazałam tę wiadomość, również niedowierzali. I zaczęło się. Milion pytań o okoliczności, o domniemane choroby, które wskazywałyby na rychłe pogorszenie stanu zdrowia, o pogrzeb itp. Potem padały standardowe stwierdzenia, że po co my pędzimy, za czym i że powinniśmy cieszyć się życiem, że praca to nie wszystko i takie tam. Oczywiście, przez moment w głowach zszokowanych zabłyśnie myśl, że trzeba zwolnić, nie zaharowywać się dla pieniędzy, które i tak w gruncie rzeczy nie cieszą, nie dążyć do gromadzenia ponad miarę i skupić się na bliskich, realizacji marzeń oraz radowaniu się drobiazgami. Ileż razy to słyszałam! Z ilu ust padały takie podniosłe deklaracje. A potem szybciutko każdy i tak wskakuje w swój przyciasny mundurek i wraca na doskonale znaną trajektorię działań.


   Ludziki drogie, przestańcie się oszukiwać. Większość z was niczego w swoim życiu nie zmieni. Ani myślenia, ani tym bardziej postępowania. Nadal żal wam będzie odmówić sobie pokusy zarzynania się dla większego domu, lepszego samochodu czy innych dóbr materialnych. Niektórzy muszą ciężko pracować, by utrzymać rodzinę, lecz znam full osób, które naprawdę mogłyby zwolnić, ale jest im szkoda tych kilku stów, tysiąca czy tysięcy, które wręcz proszą się o zgarnięcie kosztem nadgodzin, drugiego etatu czy kolejnego zlecenia. Ludzkość nigdy nie zmądrzeje w żadnej kwestii. Nigdy. Może się powtórzę, ale powiem to - ludzie to najgłupszy gatunek żyjący na Ziemi. I na dodatek najokrutniejszy, najbardziej pazerny, wiecznie niezaspokojony. Dlatego nie sądzę, że odejście kolejnego zapracowanego, przemęczonego, młodego człowieka cokolwiek zmieni w sposobie myślenia innych. Człowiek jest, a w kilka minut przechodzi do przeszłości. Był i już go nie ma. Koniec.




Co wolno wojewodzie... 2018-12-09 20:11

Czytałam ostatnio artykuł o pewnej młodej, krewkiej kobiecie będącej gorliwą fanką jednego z żołnierzy wyklętych. Została skazana prawomocnym wyrokiem na krótką karę pozbawienia wolności za napaść na policjanta. Jej brat, równie krewki, ma przebogatą kartotekę policyjną z racji swojej "patriotycznej" działalności i licznych dowodów wierności swoim poglądom. Narodowy duch jest żywy w tej rodzinie. Ów młody człowiek również był wielokrotnie pociągany do odpowiedzialności za niewybredne hasła, które potrafił bez żenady wykrzykiwać w miejscach publicznych. Uważam, że słusznie na oboje została nałożona kara. Jednocześnie naszła mnie pewna refleksja odnośnie obraźliwych słów kierowanych przez różnych ludzi w stosunku do innych ludzi. Zdałam sobie sprawę z tego, że wielu z nich nigdy nie poniosło za to odpowiedzialności mimo tego, że są to osoby publiczne, znajdujące się na świeczniku. Przypomniało mi się od razu przysłowie, które wielokrotnie słyszałam w dzieciństwie - "Co wolno wojewodzie, to nie tobie, smrodzie".


   Doskonale pamiętam także swój dziecięcy bunt. Bo jakże to??? Jeden może się brzydko zachować, bo jest dorosły, a drugi nie tylko dlatego, że jest dzieckiem? Dorosły "truje", że nie wolno palić fajek, pić alkoholu, a tymczasem sam leje w siebie alko bez krępacji i kurzy jak lokomotywa? Brat może wracać po dwudziestej drugiej, a siostra już nie??? Nieraz tegoż buntu doświadczam obecnie, gdy niby już smrodem nie jestem, a jednak nie należę też do wojewodów. Tak jak większość społeczeństwa, która jest oburzona bezczelnością reprezentantów tak zwanych wyższych sfer - takich wojewodów nad wojewodami. Mogą oni mnie nazwać gorszym sortem, lewackim ścierwem, lesbą (choć jestem hetero), lemingiem, kanalią, dzieckiem specjalnej troski itp. W ślad za tym na forach internetowych pojawiają się jeszcze gorsze inwektywy, a także ksenofobiczne, homofobiczne hasła. I co? I nic. I dalej sobie taki jeden z drugim chodzi z podniesioną głową, śmiejąc się w twarz wszystkim oponentom i gorszemu jego zdaniem sortowi.


   On może, inni nie. On może z kamienną twarzą (lub wykrzywioną w chwili wzburzenia) powiedzieć wszystko, co mu ślina na język przyniesie, a inny polityk znany z nieokrzesania, ale i z tego, że potrafi bezpośrednio wyartykułować to, co myśli spora grupa społeczeństwa - już nie. Został zresztą w sądzie pierwszej instancji zobowiązany do publicznych przeprosin tego "kamiennego". I słusznie. Nadal podtrzymuję, że nie wolno rzucać oskarżeń bez dowodów, obelg czy chamskich tekstów. Nieustannie jednak zadaję pytanie, dlaczego nie wszyscy są równi wobec prawa? Nie wspomnę już o nieprzestrzeganiu elementarnych zasad kultury w przestrzeni publicznej, zbydlęceniu i totalnym schamieniu oraz zwykłej bezczelności przeniesionej z życia prywatnego, jak mniemam, na salony, sale sejmowe, do kościołów czy urzędów.


   Najbardziej irytujące i nieskuteczne jest pouczanie innych bez dawania odpowiedniego przykładu ze swojej strony. Spróbujcie powiedzieć nastolatkowi, że alkohol czy nikotyna szkodzą zdrowiu, trzymając w ręku zapalonego papierosa lub butelkę z piwem. Zabije was śmiechem. Powiedzcie dziecku, że słowo "kurwa" czy "pedał" to słowo plugawe, fuj, brzydkie, podczas gdy chwilę wcześniej sami rzucaliście wulgaryzmami na prawo i lewo. Dzieciak pomyśli, że coś nie gra. Pojawi się wtedy pewien dysonans, bo jakże to? Mama "kurwuje", tata wyzywał tamtego pana od "pedałów", a za chwilę grożą mi karą za to samo? Niech no tylko dziecię podrośnie, z pewnością nie omieszka tego mamusi i tatusiowi wypomnieć. Tak samo rzecz się przedstawia w życiu publicznym - pokazanie, że można ubliżać, przekręcać fakty, kłamać w żywe oczy, robić szwindle, uczy, że tak można i ośmiela pozostałych. Rodzi to poważne niebezpieczeństwo, gdyż po pierwsze społeczeństwo pozbawione hamulców może przerodzić się w masę troglodytów, a po drugie takie postępowanie jest jak miecz obosieczny. Należy pamiętać, że powiedzenie: "Co wolno wojewodzie, to nie tobie, smrodzie" może zmienić adresata, gdy smród kiedyś zamieni się miejscem z wojewodą... Tylko czy ku temu powinno zmierzać społeczeństwo XXI wieku?


 




Do Elvenoora - kilka słów odniesienia... 2018-11-16 08:46

Muszę przyznać Drogi Elvenoorze, że Twoje ostatnie notki są po prostu świetne. I nie ma w tym żadnego lizusostwa. Fajnie, że podjąłeś się takiej niecodziennej pracy. Szacuneczek. No a ta notka o jeździe pociągiem do domu to istna petarda :D Sama pamiętam te czasy, kiedy jechałam pociągami jeszcze gorszymi, w których również doznawałam silnych emocji (bardzo delikatnie rzecz ujmując) i poznawałam znaczenie słów: "od zajebania". Pamiętam swoje czasy studenckie, wyjazdy z przyjaciółmi na różne zloty, w góry, gdziekolwiek, podczas których poruszaliśmy się głównie pociągami PKP. Standardem były opóźnienia. To nieprawda, że za komuny nie było opóźnień. Załapałam się na końcówkę tego sławetnego okresu i dobrze wiem jak było. Gość, który twierdził, że za komuny pociągi jeździły w miarę punktualnie, czuje chyba szczególny sentyment do tamtych czasów. Standardem był jeszcze większy syf w środku niż dzisiaj, zajebiste kolejki do kas (nie było możliwości kupienia biletu przez neta), niemiłe panie w okienkach, w wagonach kible bez grama papieru, skrawka zapyziałego mydełka i kropli wody w kranie, korytarze równie wąskie i przepełnione jak w Twoim opisie (porównanie do penisa było bezbłędne;), w poczekalniach smród, w dworcowych barach czy pseudokawiarniach strach było cokolwiek zamówić. Sama jazda niestety również pozostawiała wiele do życzenia - głośny stukot starych klekotów śnił się potem, gdy człowiek wreszcie po wyczerpującej podróży legł w jakimś milutkim łóżeczku (najlepiej swoim).


Dzisiaj, gdy od czasu do czasu również wybieram się w podróż pociągiem, z góry zakładam, że będą opóźnienia, więc zostawiam sobie spory margines czasu na ewentualne przesiadki. Kupuję coś do picia i jedzenia na wypadek różnych wypadków - np. samobójczy akt, kolizja z samochodem itp. Poza tym zawsze biorę ze sobą książkę, materiały do nauki języka niemieckiego i słuchawki, aby nie marnować czasu i w miarę możliwości go sobie umilić. Przyznam - czasem też się wkurwiam. Na przykład kiedyś miałam wyjątkowego pecha. Jechałam w delegację z pracy na Węgry. Najpierw pociąg jadący z mojego miasta do innego zatrzymał się, gdyż właśnie rzucił się pod niego jakiś desperat i niestety pociąg rozciął jego ciało na pół. Widok jego korpusu leżącego nieopodal nie należał do przyjemnych. Wszyscy podróżni myśleli, że czeka nas właśnie długa procedura - wiadomo - prokurator, pogotowie, policja itp. Konduktor latał jak kot z pęcherzem i zbierał informacje, kto, dokąd i o której musi dotrzeć. Załatwiono transport zastępczy. W związku z tym, że wzięłam pod uwagę duży margines czasowy, nie martwiłam się, że nie zdążę na mój samolot z Warszawy do Budapesztu. Spokojnie mogłam dojechać tym transportem zastępczym do kolejnego miasta i na luzie zdążyć na następny pociąg. Tak myślałam. Jednak nasz nowy środek lokomocji to był stary klekot pamiętający właśnie czasy komuny, więc jechał tak wolno, że lepiej było chyba dać podróżnym rowery, którymi szybciej dotarliby do celu. W końcu dojechaliśmy już naprawdę sporo spóźnieni. Mój nawet najbardziej pesymistyczny margines czasu tego nie przewidywał. Biegiem udałam się na właściwy peron, wsiadłam do pociągu i w stanie przedzawałowym klapnęłam na zarezerwowanym miejscu. Korytarza wąskiego jak penis chyba bym nie przeżyła. Gdy już wyrównałam oddech, usłyszałam, że ów pociąg... ma opóźnienie. I wtedy rzucałam pod nosem brzydkie słowa na "k", "ch" i inne tego typu.


Pociąg ruszył. Mknął jak strzała do naszej pięknej stolicy. Nie zdołał jednak nadrobić spóźnienia. W Wawie oczywiście wysiadłam żwawo i... rura na kolej podmiejską, która na szczęście rusza z jednego z peronów dworca PKP. "Boże" - pomyślałam - "Może jednak zdążę przed odprawą. Spraw, żeby stał się cud i żebym zdążyła". I zdarzył się kolejny cud tego pamiętnego dnia. Kolejka zatrzymała się w szczerym polu. Przyczyna niewiadoma, czas postoju nieznany. Wtedy  to już naprawdę nie przebierałam w słowach. Jak zresztą i inni pasażerowie. Zrobiło mi się gorąco, a kurwowanie bynajmniej nie studziło emocji. Po kilkunastu jakże cennych minutach kolejka ruszyła. Spocona i wściekła wbiegłam na lotnisko.  Było już po odprawie. Ubłagałam panie z obsługi, by sprawdziły, czy załapię się na mój samolot. Zadzwoniły i okazało się, że szybciutko mogą zrobić mi odprawę i lotem błyskawicy znalazłam się w samolocie. Stewardesy znacząco spojrzały na mnie. Jaki wstyd! Na lotnisku moje nazwisko pewnie było odczytywane przez głośniki z milion razy. Nigdy nie zapomnę tej podróży. Z powrotem również nie było lekko. Pieprzona kolejka podmiejska spóźniła się, w wyniku czego ja spóźniłam się na pociąg. Musiałam czekać na kolejny, który uff... w drodze wyjątku wyruszył i dotarł na miejsce punktualnie.


Takie to ci przygody mam na swoim koncie. Jest co wspominać. Te wszystkie podróże młodzieńcze z kolegami pchającymi się do pociągu przez okno, dzięki czemu mieliśmy zajęte miejsca... To siedzenie na grzejniku na korytarzu, co było i tak awansem po kilkugodzinnym staniu w tłoku... Te korowody do kibelka już w ostateczności, kiedy pęcherz naprawdę nie wytrzymywał i człowiek decydował się na karkołomne przeciskanie się między ściśniętymi i wściekłymi ludźmi... To były czasy... Także w sumie, jak o tym sobie pomyślę, to fajnie było. Mimo wszystko. Ale swoją drogą po tych męczarniach przydałoby się odszkodowanie. Więc i ja z niecierpliwością czekam na wiążącą dyrektywę unijną, która nakazuje wypłatę odszkodowania za spóźnienia i to nie tylko powyżej godziny, gdyż nieraz od kilku, kilkunastu minut może zależeć dalszy ciąg podróży. Albo i życie.




Historia pewnego Narcyza - studium przypadku 2018-11-15 19:24

To nie wyobraźnia. To fakt, który już jakiś czas temu uderzył mnie tak, jakbym dostała obuchem w łeb. Od dawna zastanawiałam się, co z nim jest nie tak. A że toczy go jakiś wewnętrzny mol, nie miałam żadnych wątpliwości. Dziwne zachowanie, które przejawiało się u niego od początku dorosłego życia, zaczęło mnie nurtować, kiedy odłamki jego agresji zaczęły uderzać we mnie.


   Któż to jest? To ktoś, kto chce być Kimś. Nie jest - chce nim być. Choć jemu wydaje się, że jest Kimś i takim powinni go postrzegać inni. Lubi przedstawiać się jakimś ważnym tytułem, na przykład: "Byłem kierownikiem", "Byłem członkiem zarządu", "Byłem dyrektorem". Dlaczego "byłem"? Ano dlatego, że z racji swoich zaburzeń nie był i nie jest w stanie wytrwać na jednym stanowisku i w jednym miejscu pracy dłużej niż rok, półtora. Przez ten czas jakoś udaje mu się wywierać dobre wrażenie i złudzenie posiadania niezwykłych kompetencji. Potem idealistyczny obraz rozpada się, gdyż Ktoś nie potrafi funkcjonować w grupie ludzi, zwłaszcza takich, którzy nie dostrzegają jego wyjątkowości lub nie zamierzają poddać się jego apodyktycznej naturze. I Ktoś wylatuje z pracy ku uldze innych, lecz w najbliższym otoczeniu swoją porażkę ukazuje w zupełnie innym świetle. Bo to wina innych, to oni mu podłożyli świnię, to przez zazdrość, a tak właściwie to on sam odszedł, a nie został wyrzucony. Ta praca nie spełniała jego oczekiwań, była poniżej jego możliwości i kwalifikacji.


   Ktoś uwielbia być uwielbianym. Nawet, gdy jego osiągnięcia są tylko rzekome. Potrafi na fejsa czy insta wrzucać masę fotek ze znanymi ludźmi. Robi sobie zdjęcia z dyplomami czy statuetkami w ręku, których to nagród tak naprawdę nie otrzymał, tylko pożyczył na chwilę, aby właśnie pstryknąć sobie fotkę. Tak właśnie chce być postrzegany - jako człowiek sukcesu. Ktoś, a nie byle kto. Poza tym jest przekonany o niezwykłym talencie, czymś, co jego zdaniem wyróżnia go z tłumu i dlatego żąda podziwu oraz uznania. Bez tego jest jak ryba wyjęta z wody, jak usychająca roślina. W chwilach klęski wpada w głębokie doły, w chwilach sukcesów (prawdziwych bądź lekko podkoloryzowanych) rośnie jego ego jak drożdżowy placek w piekarniku. Nie ma stanów pośrednich - albo depresja, albo euforia.


   Ludzie otaczający go mają przerąbane na całej linii. Ktoś jest sprawnym manipulantem. Potrafi tak odwrócić kota ogonem, że człowiek nawet nie wie, iż poczucie winy, które właśnie odczuwa, jest nieusprawiedliwione. Ktoś nie znosi istnienia w czyimś cieniu, dlatego sytuuje swoją osobę i własne osiągnięcia na Czomolungmie, a sukcesy bądź ogólny dobrostan tych, którzy mu niby zagrażają, deprecjonuje oraz lokuje w Rowie Mariańskim. Rozpuszcza plotki, snuje domysły, opowiada różne historie po kilka razy, za każdym dodając jakiś inny, kompromitujący szczegół. Tę samą sytuację, w której uczestniczyli również inni, potrafi tak przedstawić i zinterpretować, że jej uczestnicy zaczynają się zastanawiać, czy aby na pewno byli świadkami tego samego zdarzenia. Jego ogląd rzeczywistości jest przefiltrowany przez jego potrzebę uznania, usprawiedliwienia jego niewłaściwego zachowania, wytłumaczenia porażek. Ktoś doskonale tworzy rzeczywistość wirtualną w realu.


   Najgorsze jest to, że Ktoś kieruje się zawiścią i chorobliwą zazdrością. Nieustannie porównuje siebie do innych. Chce żyć tak, jaki ci, którym zazdrości i chce dla osiągnięcia  idealnego obrazu siebie zdobyć rozmaite atrybuty sukcesu - żonę, męża, dzieci, dom z ogrodem, pieniędzy, wypasionego auta itp. Od partnera lub partnerki wymaga poświęcenia, bezgranicznego uwielbienia i... posłuszeństwa. Dlatego poluje głównie na jednostki w jego mniemaniu słabsze psychicznie od niego, takie które można zdominować. Jeśli partner lub partnerka zaczyna się buntować, stawiać jakieś wymagania, mówić o swoich oczekiwaniach lub zranionych uczuciach, Ktoś po pewnym czasie traci cierpliwość i już bez zbędnego certolenia się pokazuje, że oto nadchodzą rządy Nerona. Nie przebiera wówczas w środkach i ostatecznie doprowadza do rozstania. Jednak, co istotne, nie zauważa swojego wkładu w rozpad związku, lecz całą winą obarcza tę drugą osobę. Oczernia ją, przykleja rozmaite łatki - fleja, niedojrzała/y smarkula/kacz, egoista/ka, nieuk, darmozjad, córunia tatunia lub synalek mamuni. Wszystko po to, aby wybielić się w oczach innych i zrobić z siebie cierpiętnika. Czasami Ktoś strzela do bliskich lub znajomych z ostrej amunicji. Jest niezrównoważony psychicznie - raz mówi, że kocha, innym razem obrzuca błotem tak solidnie, że ciężko je strzepnąć i iść dalej z podniesioną głową.


   Ja na szczęście nauczyłam się izolować od takich osób i nie wpuszczać ich za głęboko do swojego życia. Nie dopuszczam do informacji o sobie, nie pozwalam na podkładanie ognia w moim domu ani nie pozwalam sobie na jakiekolwiek bliższe relacje, gdyż po nich pozostają tylko zgliszcza. Jest to jednak dla mnie przykre, współczuję ludziom, o których piszę. Zwyczajnie żal mi Narcyzów, bo o nich mowa. Opisałam jednego z nich. Widzę nieraz, jak bardzo się miota. Proponowałam mu pomoc w postaci namiarów na terapeutę. Odrzucił ją, gdyż uznał, że nie jest mu potrzebna. Cóż mogę więcej zrobić? Nic. Tylko czasami czuję ukłucie w sercu, bo on nie zawsze taki był i ciągle dostrzegam w nim małe, zakompleksione dziecko, które pragnie miłości i akceptacji. Jednak bez pomocy specjalisty, który pomógłby mu otworzyć się na szczere uczucia, nigdy nie otrzyma ciepła, jakiego potrzebuje.




Oto zapadła decyzja... 2018-10-31 11:24

Kochani Czytelnicy i Czytelniczki,


podjęłam decyzję o przejściu na inną platformę blogową. Przykro mi z tego powodu, nie była to łatwa decyzja. Jednakże funkcjonowanie  obecnej strony pozostawia wiele do życzenia i zupełnie przestało mnie satysfakcjonować. Dziękuję wszystkim, którzy wielokrotnie nieraz poświęcili swój cenny czas na przeczytanie moich wynurzeń. Dziękuję również za 828 komentarzy, głównie pochlebnych, a także prawie 39000 odwiedzin :) Jestem ogromnie wdzięczna wszystkim Blogerom i Blogerkom za miłe przyjęcie do swojego grona. Dzięki Wam nauczyłam się stawiać pierwsze kroki w charakterze blogerki. Będę do Was zaglądać i po cichu liczę, że i Wy od czasu do czasu zajrzycie na moją stronkę: frausuchen.blogspot.com. Pozdrawiam serdecznie i życzę wszystkiego dobrego w życiu :)




Nie udało się - osiągnęłam to 2018-09-29 19:41

Śmiało mogę powiedzieć, że moje życie zawodowe wkroczyło na zupełnie inne tory. Lepsze tory. Od kilku tygodni idąc do pracy, nie odczuwam ścisku żołądka, a gdy przekraczam próg budynku, w którym pracuję, nie mam odruchu wymiotnego. Bynajmniej. Idę spokojnie, nawet uśmiecham się pod nosem. Dostrzegam panoszącą się jesień, czuję zapach liści i chłód poranka. Nie stałam się entuzjastką rannych pobudek, lecz gdy już zwlekę się z wyra i człapię do kuchni, nie mam czarnych myśli i nie dopada mnie pesymistyczne przeświadczenie, że oto zaczyna się kolejny ciężki dzień w nielubianej robocie. Pracuję w spokoju, względnej ciszy, skupieniu i miłej atmosferze. Moja współpracownica jest inteligentną, skromną i życzliwą osobą i dobrze się dogadujemy. Nie docierają do naszej jaskini żadne ploty czy odłamki nieporozumień. Egzystujemy sobie w błogiej harmonii, zupełnie nieświadome ewentualnych burz i zawirowań, które gdzieś tam się kotłują I dobrze mi z tym.


Nigdy nie sądziłam, że to powiem - lubię swoją obecną pracę. „Kocham” to byłoby zbyt duże słowo, ale „lubię” pasuje jak ulał. Jestem mile zaskoczona tą sytuacją, która pojawiła się w moim życiu zupełnie niespodziewanie. Nie wiedziałam, że można tak pracować i się nie wykańczać. Jakkolwiek to zabrzmi, przyznam, że to jest dobra zmiana. Dotarły do mnie głosy, że kilka innych osób z naszej ekipy, które znalazły sobie inne miejsce zatrudnienia, również cieszy się z nowej pracy. Podobno żyją mniej nerwowo i otacza ich mniej zestresowanych ludzi. Hm…


W moich wcześniejszych wpisach dotyczących sfery zawodowej deklarowałam, że bliskie relacje ze współpracownikami, wspólne imprezy czy ogólnie pojęta dobra atmosfera, nie mają dla mnie większego znaczenia. Teraz również tak uważam, jednak wiem, że swoje stanowisko wypracowałam tworząc pewnego rodzaju mechanizm obronny przed tym, co mnie otaczało i co byłam zmuszona przeżywać. Podtrzymuję to, że praca to nie klub wiernych przyjaciół i należy oddzielać grubą kreską sferę zawodową od prywatnej. W pracy pracujemy. Pracujemy głównie po to, by otrzymać wynagrodzenie. Dodatkowe profity mogą, ale nie muszą być. Nie będę zresztą się powtarzać. Jednocześnie muszę stwierdzić, że gdy otacza nas dobra atmosfera i pozytywnie nastawieni ludzie, żyje się łatwiej, zwłaszcza w miejscu, w którym spędzamy większą część dnia. Nie umiałam tego wcześniej docenić, gdyż tego nie zaznałam. Obecnie odczuwam w tym zakresie komfort. Nie ekscytuję się, lecz jest mi dobrze.


Tak długo walczyłam o dokonanie zmian. Kosztowało mnie to wiele długich, nieprzespanych nocy i bicia się z myślami. Próbowałam swoich sił na różnych frontach i… jestem tu, gdzie jestem. Nie napiszę, że mi się udało. Staram się unikać tego sformułowania - „udało mi się”, gdyż oznacza ono, że coś spadło mi z nieba jak jakaś manna, ktoś mi to dał ot tak albo doświadczyłam zwykłego fuksa. A to nieprawda. Nic w życiu nie przychodziło mi łatwo. Musiałam nieraz dreptać w miejscu, połykać łzy złości i głęboko chować frustrację. Dlatego nie napiszę, że udało mi się. Osiągnęłam jeden z celów. I niezmiernie mnie to cieszy. Oczywiście nie zamierzam na tym poprzestać. Mam jeszcze co najmniej kilka innych pomysłów, które także chcę zrealizować. I tym optymistycznym akcentem kończę i pozdrawiam wszystkich odbiorców moich wypocin.


PS Kejt, odezwij się, bo zginął mi Twój nr telefonu.




Niech zwycięży dobro... 2018-09-29 17:28

            Jezu… jak się cieszę…, że nigdy nie byłam zbyt gorliwą fanką kościoła. Specjalnie napisałam „kościoła” małą literą, gdyż chodzi mi nie o zbiorowość, lecz instytucję, która szczerze mówiąc nie zasługuje na to, by jej nazwę, nawet własną, pisać wielką literą. Owszem, byłam wychowywana w bardzo religijnej atmosferze. Wierzyłam mocno. Nadal wierzę, choć przyznam, że miewam okresy zwątpienia. Jednak nigdy nie byłam członkinią żadnych zgromadzeń kościelnych. Nawet nie ciągnęło mnie na żadne dodatkowe nabożeństwa oprócz uczestnictwa w mszach w niedziele. Ostatnimi czasy to uległo zmianie. Nie chadzam do kościoła nawet na msze. Długo biłam się z myślami, czy to słuszny kierunek, gdyż kołatały mi w głowie argumenty zgromadzone podczas rozmów z różnymi ludźmi – bardziej lub mniej wiernych nauce kościoła katolickiego. Klamka zapadała nie od razu, lecz w końcu stało się – poziom zażenowania spowodowany postawą ogólnie pojętego kościoła w Polandzie przekroczył dopuszczalne przeze mnie normy.


            Cieszę się, że nie byłam zbyt blisko jego przedstawicieli. Dzięki temu zachowałam zdrowy rozsądek, pozbyłam się chorych przekonań i nauczyłam się rozgraniczać kwestie wiary od czysto ludzkich fanaberii podlanych gęsto religijnym sosem połączonym z ksenofobią, homofobią i wieloma innymi pojęciami kończącymi się przyrostkiem „-fobia”. Nie stanowią dla mnie autorytetu ludzie, którzy od wieków, jak we fraszkach Kochanowskiego mijają się z głoszonymi przez siebie zasadami. Pozwolę sobie zacytować króciutki, ale jakże wymowny i aktualny utworek wspomnianego autora:


Pytano kaznodzieje: "Czemu to, prałacie,
Nie tak sami żywiecie, jako nauczacie?"
(A miał doma kucharkę.) I rzecze: "Mój panie,
Kazaniu się nie dziwuj, bo mam pięćset na nie;
A nie wziąłbych tysiąca, mogę to rzec śmiele,
Bych tak miał czynić, jako nauczam w kościele".


            Aż ciśnie się na usta: „No i wszystko na temat”, lecz nie byłoby to wystarczająco dosadne podsumowanie. Nie będę bawić się w populistyczne hasła i przytaczać głośno komentowanych win kościoła. Burza, która nadciąga wielkimi krokami, wystarczająco daje znać o sobie na razie podmuchami skandalu. Lecz myślę, że niedługo jak pierdolnie, to pozostawi po sobie zgliszcza. Można mamić masy, straszyć piekłem, można naprawdę długo wciskać różne kity, zamiatać wstydliwe sprawy pod dywan, podawać sobie rąsię z różnymi ugrupowaniami politycznymi, brać kasę z budżetu państwa, rościć sobie rozmaite prawa majątkowe. Należy jednak pamiętać, że wszystko ma swoje granice. Ludzka cierpliwość również. I nie pomogą teksty mówiące, że ksiądz to też człowiek, też upada i grzeszy. Że ma prawo w kościele głosić poglądy polityczne, gdyż jest również obywatelem danego kraju. Że nie przychodzi się do kościoła dla księdza, lecz dla Boga. Wszystkie te argumenty można łatwo obalić.


            Często powtarzam, że warto znać historię, choć przeciwnicy tej teorii mówią, że historię piszą zwycięzcy. Mimo wszystko pocieszający jest fakt, że prędzej czy później i tak gówno w końcu wypływa na wierzch. Poza tym historia uczy, że nie ma rzeczy trwałych. Ludzie, systemy, twierdze – wszystko kiedyś mija. I to jest pocieszające w trudnych czasach, zwłaszcza, gdy patrzy się na twarze pyszałków tak zadufanych w sobie, że niedostrzegających zbliżającego się zagrożenia i detronizacji. Liczę na to, że ta kropla drążąca skałę, w końcu się przebije. Będę się za to modlić. Niech zwycięży dobro. Jak w baśniach ;)



e-szablony
  e-blogi.pl  [Załóż blog!] rssSubskrybuj blogi
[Zamknij reklamy]