Niech zwycięży dobro... | Frausuchen - blogerka



Niech zwycięży dobro... 2018-09-29 17:28

            Jezu… jak się cieszę…, że nigdy nie byłam zbyt gorliwą fanką kościoła. Specjalnie napisałam „kościoła” małą literą, gdyż chodzi mi nie o zbiorowość, lecz instytucję, która szczerze mówiąc nie zasługuje na to, by jej nazwę, nawet własną, pisać wielką literą. Owszem, byłam wychowywana w bardzo religijnej atmosferze. Wierzyłam mocno. Nadal wierzę, choć przyznam, że miewam okresy zwątpienia. Jednak nigdy nie byłam członkinią żadnych zgromadzeń kościelnych. Nawet nie ciągnęło mnie na żadne dodatkowe nabożeństwa oprócz uczestnictwa w mszach w niedziele. Ostatnimi czasy to uległo zmianie. Nie chadzam do kościoła nawet na msze. Długo biłam się z myślami, czy to słuszny kierunek, gdyż kołatały mi w głowie argumenty zgromadzone podczas rozmów z różnymi ludźmi – bardziej lub mniej wiernych nauce kościoła katolickiego. Klamka zapadała nie od razu, lecz w końcu stało się – poziom zażenowania spowodowany postawą ogólnie pojętego kościoła w Polandzie przekroczył dopuszczalne przeze mnie normy.


            Cieszę się, że nie byłam zbyt blisko jego przedstawicieli. Dzięki temu zachowałam zdrowy rozsądek, pozbyłam się chorych przekonań i nauczyłam się rozgraniczać kwestie wiary od czysto ludzkich fanaberii podlanych gęsto religijnym sosem połączonym z ksenofobią, homofobią i wieloma innymi pojęciami kończącymi się przyrostkiem „-fobia”. Nie stanowią dla mnie autorytetu ludzie, którzy od wieków, jak we fraszkach Kochanowskiego mijają się z głoszonymi przez siebie zasadami. Pozwolę sobie zacytować króciutki, ale jakże wymowny i aktualny utworek wspomnianego autora:


Pytano kaznodzieje: "Czemu to, prałacie,
Nie tak sami żywiecie, jako nauczacie?"
(A miał doma kucharkę.) I rzecze: "Mój panie,
Kazaniu się nie dziwuj, bo mam pięćset na nie;
A nie wziąłbych tysiąca, mogę to rzec śmiele,
Bych tak miał czynić, jako nauczam w kościele".


            Aż ciśnie się na usta: „No i wszystko na temat”, lecz nie byłoby to wystarczająco dosadne podsumowanie. Nie będę bawić się w populistyczne hasła i przytaczać głośno komentowanych win kościoła. Burza, która nadciąga wielkimi krokami, wystarczająco daje znać o sobie na razie podmuchami skandalu. Lecz myślę, że niedługo jak pierdolnie, to pozostawi po sobie zgliszcza. Można mamić masy, straszyć piekłem, można naprawdę długo wciskać różne kity, zamiatać wstydliwe sprawy pod dywan, podawać sobie rąsię z różnymi ugrupowaniami politycznymi, brać kasę z budżetu państwa, rościć sobie rozmaite prawa majątkowe. Należy jednak pamiętać, że wszystko ma swoje granice. Ludzka cierpliwość również. I nie pomogą teksty mówiące, że ksiądz to też człowiek, też upada i grzeszy. Że ma prawo w kościele głosić poglądy polityczne, gdyż jest również obywatelem danego kraju. Że nie przychodzi się do kościoła dla księdza, lecz dla Boga. Wszystkie te argumenty można łatwo obalić.


            Często powtarzam, że warto znać historię, choć przeciwnicy tej teorii mówią, że historię piszą zwycięzcy. Mimo wszystko pocieszający jest fakt, że prędzej czy później i tak gówno w końcu wypływa na wierzch. Poza tym historia uczy, że nie ma rzeczy trwałych. Ludzie, systemy, twierdze – wszystko kiedyś mija. I to jest pocieszające w trudnych czasach, zwłaszcza, gdy patrzy się na twarze pyszałków tak zadufanych w sobie, że niedostrzegających zbliżającego się zagrożenia i detronizacji. Liczę na to, że ta kropla drążąca skałę, w końcu się przebije. Będę się za to modlić. Niech zwycięży dobro. Jak w baśniach ;)


Dodaj komentarz



e-szablony
  e-blogi.pl  [Załóż blog!] rssSubskrybuj blogi
[Zamknij reklamy]