Historia pewnego Narcyza - studium przypadku | Frausuchen - blogerka



Historia pewnego Narcyza - studium przypadku 2018-11-15 19:24

To nie wyobraźnia. To fakt, który już jakiś czas temu uderzył mnie tak, jakbym dostała obuchem w łeb. Od dawna zastanawiałam się, co z nim jest nie tak. A że toczy go jakiś wewnętrzny mol, nie miałam żadnych wątpliwości. Dziwne zachowanie, które przejawiało się u niego od początku dorosłego życia, zaczęło mnie nurtować, kiedy odłamki jego agresji zaczęły uderzać we mnie.


   Któż to jest? To ktoś, kto chce być Kimś. Nie jest - chce nim być. Choć jemu wydaje się, że jest Kimś i takim powinni go postrzegać inni. Lubi przedstawiać się jakimś ważnym tytułem, na przykład: "Byłem kierownikiem", "Byłem członkiem zarządu", "Byłem dyrektorem". Dlaczego "byłem"? Ano dlatego, że z racji swoich zaburzeń nie był i nie jest w stanie wytrwać na jednym stanowisku i w jednym miejscu pracy dłużej niż rok, półtora. Przez ten czas jakoś udaje mu się wywierać dobre wrażenie i złudzenie posiadania niezwykłych kompetencji. Potem idealistyczny obraz rozpada się, gdyż Ktoś nie potrafi funkcjonować w grupie ludzi, zwłaszcza takich, którzy nie dostrzegają jego wyjątkowości lub nie zamierzają poddać się jego apodyktycznej naturze. I Ktoś wylatuje z pracy ku uldze innych, lecz w najbliższym otoczeniu swoją porażkę ukazuje w zupełnie innym świetle. Bo to wina innych, to oni mu podłożyli świnię, to przez zazdrość, a tak właściwie to on sam odszedł, a nie został wyrzucony. Ta praca nie spełniała jego oczekiwań, była poniżej jego możliwości i kwalifikacji.


   Ktoś uwielbia być uwielbianym. Nawet, gdy jego osiągnięcia są tylko rzekome. Potrafi na fejsa czy insta wrzucać masę fotek ze znanymi ludźmi. Robi sobie zdjęcia z dyplomami czy statuetkami w ręku, których to nagród tak naprawdę nie otrzymał, tylko pożyczył na chwilę, aby właśnie pstryknąć sobie fotkę. Tak właśnie chce być postrzegany - jako człowiek sukcesu. Ktoś, a nie byle kto. Poza tym jest przekonany o niezwykłym talencie, czymś, co jego zdaniem wyróżnia go z tłumu i dlatego żąda podziwu oraz uznania. Bez tego jest jak ryba wyjęta z wody, jak usychająca roślina. W chwilach klęski wpada w głębokie doły, w chwilach sukcesów (prawdziwych bądź lekko podkoloryzowanych) rośnie jego ego jak drożdżowy placek w piekarniku. Nie ma stanów pośrednich - albo depresja, albo euforia.


   Ludzie otaczający go mają przerąbane na całej linii. Ktoś jest sprawnym manipulantem. Potrafi tak odwrócić kota ogonem, że człowiek nawet nie wie, iż poczucie winy, które właśnie odczuwa, jest nieusprawiedliwione. Ktoś nie znosi istnienia w czyimś cieniu, dlatego sytuuje swoją osobę i własne osiągnięcia na Czomolungmie, a sukcesy bądź ogólny dobrostan tych, którzy mu niby zagrażają, deprecjonuje oraz lokuje w Rowie Mariańskim. Rozpuszcza plotki, snuje domysły, opowiada różne historie po kilka razy, za każdym dodając jakiś inny, kompromitujący szczegół. Tę samą sytuację, w której uczestniczyli również inni, potrafi tak przedstawić i zinterpretować, że jej uczestnicy zaczynają się zastanawiać, czy aby na pewno byli świadkami tego samego zdarzenia. Jego ogląd rzeczywistości jest przefiltrowany przez jego potrzebę uznania, usprawiedliwienia jego niewłaściwego zachowania, wytłumaczenia porażek. Ktoś doskonale tworzy rzeczywistość wirtualną w realu.


   Najgorsze jest to, że Ktoś kieruje się zawiścią i chorobliwą zazdrością. Nieustannie porównuje siebie do innych. Chce żyć tak, jaki ci, którym zazdrości i chce dla osiągnięcia  idealnego obrazu siebie zdobyć rozmaite atrybuty sukcesu - żonę, męża, dzieci, dom z ogrodem, pieniędzy, wypasionego auta itp. Od partnera lub partnerki wymaga poświęcenia, bezgranicznego uwielbienia i... posłuszeństwa. Dlatego poluje głównie na jednostki w jego mniemaniu słabsze psychicznie od niego, takie które można zdominować. Jeśli partner lub partnerka zaczyna się buntować, stawiać jakieś wymagania, mówić o swoich oczekiwaniach lub zranionych uczuciach, Ktoś po pewnym czasie traci cierpliwość i już bez zbędnego certolenia się pokazuje, że oto nadchodzą rządy Nerona. Nie przebiera wówczas w środkach i ostatecznie doprowadza do rozstania. Jednak, co istotne, nie zauważa swojego wkładu w rozpad związku, lecz całą winą obarcza tę drugą osobę. Oczernia ją, przykleja rozmaite łatki - fleja, niedojrzała/y smarkula/kacz, egoista/ka, nieuk, darmozjad, córunia tatunia lub synalek mamuni. Wszystko po to, aby wybielić się w oczach innych i zrobić z siebie cierpiętnika. Czasami Ktoś strzela do bliskich lub znajomych z ostrej amunicji. Jest niezrównoważony psychicznie - raz mówi, że kocha, innym razem obrzuca błotem tak solidnie, że ciężko je strzepnąć i iść dalej z podniesioną głową.


   Ja na szczęście nauczyłam się izolować od takich osób i nie wpuszczać ich za głęboko do swojego życia. Nie dopuszczam do informacji o sobie, nie pozwalam na podkładanie ognia w moim domu ani nie pozwalam sobie na jakiekolwiek bliższe relacje, gdyż po nich pozostają tylko zgliszcza. Jest to jednak dla mnie przykre, współczuję ludziom, o których piszę. Zwyczajnie żal mi Narcyzów, bo o nich mowa. Opisałam jednego z nich. Widzę nieraz, jak bardzo się miota. Proponowałam mu pomoc w postaci namiarów na terapeutę. Odrzucił ją, gdyż uznał, że nie jest mu potrzebna. Cóż mogę więcej zrobić? Nic. Tylko czasami czuję ukłucie w sercu, bo on nie zawsze taki był i ciągle dostrzegam w nim małe, zakompleksione dziecko, które pragnie miłości i akceptacji. Jednak bez pomocy specjalisty, który pomógłby mu otworzyć się na szczere uczucia, nigdy nie otrzyma ciepła, jakiego potrzebuje.


Dodaj komentarz



e-szablony
  e-blogi.pl  [Załóż blog!] rssSubskrybuj blogi
[Zamknij reklamy]