Panta rei | Frausuchen - blogerka



Panta rei 2019-07-11 22:43

Wczoraj weszłam do Jego warsztatu. Ogarnęło mnie zdumienie, gdyż od kiedy pamiętam, panował tu iście artystyczny nieład. Tymczasem wszystko było poukładane jak w sklepie z narzędziami i rozmaitymi maszynami. Każde wiertło, jakieś śruby, pilniki i inne przedmioty, których przeznaczenie jest mi obce - leżały równiutko ułożone na półkach. Maszyny z dziwnymi symbolami, przyciskami, jakimiś miernikami czy czymś takim, stały grzecznie na swoich stanowiskach i czekały. Na podłodze ani ździebka jakichś opiłków metalu, poskręcanych kawałków, które zawsze kojarzyły mi się z cudacznie wygiętymi, srebrnymi makaronami. Porządek. Cisza i pustka.


   Przechadzałam się z kąta w kąt i przyglądałam się detalom - staremu kredensowi, szafkom pamiętającym zapewne wczesne lata powojenne czy stołowi z narzędziami. W piwnicy u mojej babci też stał podobny kredens. Trochę żal mi tych mebli, gdyż odpicowane byłyby dzisiaj wartościowym meblem, kiedy wreszcie niektórzy dostrzegają w nich duszę i dają im drugie życie, zamiast kupować lub zamawiać u stolarza sztampowe mebelki z połyskiem cięte jak od linijki. Tu też znajdowały się takie skarby. Czekały.


   Dopadły mnie smutek i tęsknota. Oczyma duszy widziałam Go umorusanego, jak pochyla się nad maszyną i wyczynia tam jakieś dziwne czary, o których nie miałam bladego pojęcia. Wielu inteligentów, zwłaszcza tych z Bożej łaski, patrzy z góry na fachowców trudniących się pracą fizyczną. Lecz niejeden z nich łasi się do nich, gdy trzeba coś naprawić, wyremontować, wytoczyć, przepchać. Wtedy taki pan Zdzichu czy Stachu jest na wagę złota. I prawdę mówiąc, ceni się, choć dla niego jedno lub dwa puknięcia, stuknięcia, machnięcia, wywiercenia, itp. to bułka z masłem. Uważam, że pan Zdzichu ma pełne podstawy, żeby się cenić, gdyż to on wie, jak i gdzie puknąć, podczas gdy żona inteligenta patrzy na męża i wzdycha w myślach: "Chłop, a nie potrafi naprawić spłuczki od kibla ani nawet wbić prosto gwoździa...". A Zdzichu rach - ciach i zgarnia kasiorkę aż miło.


   On też potrafił dokonać małych cudów w swoim warsztacie. Ludzie z okolicy walili do niego drzwiami i oknami, gdyż nie znali lepszego od niego tokarza - ślusarza. A on spokojnie, z fajeczką w ustach przyjmował zlecenia. Czasami pytał mnie, ile ma właściwie skasować klienta, bo w zasadzie to się nie narobił. Wówczas przypominałam mu podejście przykładowego pana Zdzicha do kwestii szanowania swojej profesji. I w ten sposób, ceniąc swoje unikatowe w regionie umiejętności, popalając fajeczkę, pobierał stosowną moim skromnym zdaniem zapłatę.


   Wczoraj wszystko czekało. Na terkot, szlifowanie, furkot, buczenie. Na ożywienie tego miejsca. Na próżno. Podeszłam do jednej z maszyn. Nie zostały dokładnie sprzątnięte z niej opiłki (chyba miedzi). Takie maleńkie, złotawe drobinki. Leżą od dwóch lat nietknięte. Zapewne zdmuchnie je wiatr, gdy maszyna będzie transportowana do nowego właściciela. Na razie są i przypominają o tym, że kiedyś On je stworzył, być może na krótko przed śmiercią. Są śladem jego pracy i życia. Niedługo tu będzie pomieszczenie na narty i inny sprzęt sportowy. I już nigdy rano nie usłyszę tego terkotu, dobiegającego zza okna mojego pokoju.


Dodaj komentarz



e-szablony
  e-blogi.pl  [Załóż blog!] rssSubskrybuj blogi
[Zamknij reklamy]