Frausuchen - blogerka


Nie ma to jak ruszyć niczym Tommy Lee Jones 2015-10-31 14:29

   Chciałoby się powiedzieć - Boże widzisz i nie grzmisz, ale aż strach wypowiadać takie świętokradcze słowa, a co dopiero wypisywać. Jak to jest? W Polandzie nie minął tydzień od wiadomo jakiego turnieju, a już zwycięzcy wycofują się z niektórych obietnic. Za to z nadzwyczajnym pośpiechem promują swoje decyzje nie do końca przemyślane, gdyż w pośpiechu wspomnianym podjęte. Niby coś tam przebąkiwali nie precyzując dokładnie terminów działań, ale nikt chyba nie spodziewał się aż tak zawrotnego tempa. Gdyby chodziło o zmianę w służbie zdrowia mającą skrócić kolejki do specjalistów i dostęp do niezbędnych badań oraz leczenia ciężko chorych, przyklasnęłabym temu pomysłowi. Wszak tyle razy padały zarzuty do poprzedników, że skazują pacjentów na tak ciężki los. Można by zatem uznać, że mają gotowy pomysł na zaradzenie wszelkim problemom wagi ciężkiej, a za takie należy uznać poszanowanie ludzkiego zdrowia i czekają tylko na zielone światło, by ruszyć do pracy jak Tommy Lee Jones w "Ściganym".


   Niestety polem kolejnych doświadczeń uczyniono szkolnictwo. Likwidacja gimnazjów i pozostawienie sześciolatków w przedszkolach... Nie będę zbyt długo wypominać tego, że sam pomysł utworzenia gimnazjów był najdelikatniej rzecz ujmując - poroniony. Nikt z ówcześnie rządzącej prawej linii brzegowej nie zastanowił się, jakie to przyniesie skutki. Nikt nie słuchał, jak zawsze zresztą, alarmów tych, którzy zjedli zęby na uczeniu, czyli nauczycieli. Nikt z notabli chyba dawno nie był w szkole ani po jednej, ani po drugiej stronie belferskiego biurka. No cóż, mleko się rozlało. Albo lepiej - nawarzyło się piwa, to niech grono pedagogiczne je pije po wsze czasy. Tylko to piwo coraz bardziej przypomina marne popłuczyny. Jeśli chodzi o sześciolatki - uwagi są identyczne, więc nie będę się powtarzać. Jedyna różnica polega na tym, że pomysłodawca był z innej drużyny.


   Szkoła to miejsce skupiające ludzi o twardych pośladkach. Mówię tu o dorosłej części tej społeczności. Nie należy więc martwić się o to, czy podoła ona nieustannym perturbacjom. Podoła i to jeszcze jak. Najwyżej dupa bardziej stwardnieje od setek idiotycznych spotkań, narad, od siedzenia nad toną na nowo tworzonych papierów. Nauczyciele są już do tego przyzwyczajeni. Ale co z dzieciakami. Znowu zabawa w króliki doświadczalne? Czy ktoś jest w stanie uczciwie podać do wiadomości publicznej, jakie to niesie za sobą koszty? Pani czarnowłosa w ciemnych okularach, która wchodzi już w buty ministry tego nieszczęsnego resortu, twierdzi, iż wcale a wcale nie pożre to naszych podatków. W odpowiedzi posłużę się słowami ze znanego spotu - prosimy o zejście na ziemię.  


   Jeśli zwycięzcy turnieju sądzą, że swoimi kontrowersyjnymi koncepcjami zawrócą bieg rzeki i tym samym szerokim nurtem polscy emigranci powrócą na ojczyzny łono, grubo się mylą. Myślę, że raczej jak Tommy Lee popędzą jeszcze dalej i to szybko, póki nasze stosunki z zagranicą na to pozwalają.




Czy warto być szczurzycą - czempionką? 2015-10-30 09:01

  Ależ mnie w ciągu ostatnich dni sponiewierał wirus... Kto choć raz zetknął się z grypą żołądkową, wie o czym mówię. Totalne podporządkowanie nieudolnemu, osłabionemu ciału. Człowiek myśli, że to mózg jest centrum dowodzenia, ale nieeee - to zupełnie inna część naszej powłoki cielesnej rządzi w najmniej odpowiednim momencie ;)


   Wracając do mojej niedyspozycji - dała mi ona możliwość bezczynnego leżenia na kanapie i oglądania bezmyślnie telewizji. Na czytaniu nie mogłam się skupić. Moją uwagę przykuł arabski serial pt. "Wspaniałe stulecie". Czasy Sulejmana Wspaniałego. W  filmie tym opartym na drastycznych faktach, fabuła skupia się na świecie kobiecych intryg. Do czego są zdolne samiczki walczące o przetrwanie? Dosłownie do wszystkiego. Potrafią snuć pajęczą sieć powoli, lecz skutecznie. Nigdy się nie zniechęcają. Mogą zabić nie plamiąc przy tym niepotrzebnie swoich delikatnych dłoni i oszczędzając sobie nieestetycznych obrazów śmierci. Zdobywają sojuszników i szpiegów, aby czerpać z powstałego układu jak najwięcej korzyści. Nie znają litości. Istne prawo dżungli. Mężczyźni z sułtanem na czele tańczą, jak im zagra grupa kobiet znajdująca się aktualnie najwyżej w hierarchii. Żeby się wybić na szczyt, należy zostać najpierw faworytą, potem urodzić syna. Ponadprzeciętny talent w ars amandi, uroda, inteligencja, przebiegłość i bezkompromisowość to pożądane cechy przyszłej zwyciężczyni w tym wyścigu.


   Czyż powyższy opis nie jest uniwersalny? Świat kobiet niezależnie od szerokości geograficznej i kultury, jest w gruncie rzeczy taki sam lub niewiele się różni. Niezwykle łatwo to zauważyć w polityce, pracy, szkole, w rodzinach czy na imprezach. Walka o tytuł samicy alfa toczy się na wielu frontach. Nie szkoda jednak czasu i energii na łaszenie się, umizgi, kopanie dołków, zabawę w podchody? Jakże męczące musi być ciągłe knucie, obmyślanie strategii, sączenie jadu. Życie jest na to zbyt krótkie. Można robić tyle fascynujących rzeczy, przyjemniejszych lub bardziej produktywnych. I mimo tego, że wiadomo, kto jest wobec nas nieszczery, czy jest sens toczyć z nim wojnę? Naprawdę warto przywiązywać wagę do pseudozaszczytów, bicia brawa mając obrzękłe prawice? Czyż nie budzi politowania widok faworyt szamoczących się o nagrodę i uznanie? Osiągnięcie stoickiego spokoju jest dużo lepsze niż wyścig szczurów. I tak na końcu szczurzyca- czempionka dochodzi do wniosku, że lata poświęcania się nie były warte krótkiej chwili samozadowolenia. Wiedzieli o tym już starożytni i złote maksymy o cieszeniu się chwilą, harmonii powtarzali ich następcy. Minęło tyle wieków...


   Na szczęście w nieszczęściu miałam okazję przekonać się, że kobiety mogą być też wspaniałe. Dawać oparcie w trudnych chwilach. Bezinteresownie pomagać. Dzwonić pytając o samopoczucie. Zorganizować rewelacyjny babski wieczorek, na którym przy jednym stole siedzą panie różniące się temperamentem i poglądami, a jednak potrafiące się porozumieć, szczerze śmiać, opowiadać o swoich problemach. Wtedy poczułam, jak wielką pozytywną siłę mogą stanowić kobiety. I że mimo różnych stylów życia, wieku, pochodzenia, wykształcenia i zawodu, łączy je tak wiele. Będąc szczurzycą - czempionką nigdy bym tego nie doświadczyła, gdyż królowa jest tylko jedna. Właśnie - JEDNA. 


  


  




Barwy życia 2015-10-26 16:52

 Odwiedziłam dziś gina (nie mylić z Lubuskim; dla niewtajemniczonych: gin → ginekolog). Wyszłam lekko zafrasowana. Czyżby znowu żółta kartka? W zakamarkach mojej ubogiej wiedzy na temat piłki nożnej odnaleźć można informację o tym, że niepoprawny piłkarz otrzymuje najpierw dwie żółte kartki, potem czerwoną i wypad z boiska. Hm... Pożyjemy, zobaczymy...


   Oczywiście nie obyło się bez przygód. Gdy czekałam na autobus, podszedł do mnie... jakby to ująć... pewien koleś. Wyglądał na chorego. Tak ruchowo - umysłowo. Na migi zapytał mnie o godzinę. Pokazałam mu zegarek i żeby wszystko było jasne, głośno wyartykułowałam informację. W odpowiedzi wyciągnął rękę (Dżizas, czemu zawsze mnie się to przytrafia),a ja nie chcąc być niemiłą, podałam mu swoją. Na szczęście nie chciał mnie w nią pocałować. W zamian za to położył swą dłoń na mojej klatce piersiowej. W duchu podziękowałam za jesień i konieczność przyodziania się w coś grubszego. Następnie całym sobą pokazał, że mam głęboko oddychać. No cóż, nie wierzę w takie bioenergoterapeutyczne banialuki, ale pomyślałam - co mi szkodzi. Nagle starsza kobieta siedząca na przystankowej ławce pogroziła mu i powiedziała, że ma się odczepić, bo naskarży jego matce. Potem odciągnęła mnie na bok i konspiracyjnym szeptem rzekła:


- Proszę paniĄ, on jest TEGO - tu wykonała charakterystyczny ruch palcem wskazującym kręcąc nim koło skroni. - Niech pani uważa, bo on jest niebezpieczny. Dobrze, że nie WYCIĄGŁA pani komórki, żeby mu pokazać godzinę, boby ją wyszarpał i nie chciał oddać. Mówię ja pani...


   Czy ja mam jakiś magnes w dupie, że przyciągam samych dziwaków i przedstawicieli miejscowej żulerni? Mam nadzieję, że w moim wypadku nie działa powiedzenie, że ciągnie swój do swego. Kiedyś na studiach mieszkałam nawet wraz z moją koleżanką u takiego starego schizofrenika. Na początku nie zorientowałyśmy się w sytuacji. Uzmysłowiłyśmy to sobie dopiero po kilku dniach rano, gdy zabronił nam sprzątnąć ze stołu w kuchni rozbebłanego jedzenia, gdyż było ono przeznaczone dla rzekomych dzieci bez rąk i nóg, które go codziennie odwiedzały. Przyznam, wzbudziło to naszą konsternację, ale ja podjudzona później przez pewną niedzisiejszą kumpelę, postanowiłam w to brnąć i zobaczyć, do czego to doprowadzi.


   Gdy moja sublokatorka wyjeżdżała na weekendy do ukochanego, ja korzystałam z szerokiego wachlarza różnych sposobów spędzania wspaniałego, studenckiego czasu. Zdarzało się, że na kacu gigancie pomagałam owemu staruszkowi wyciągać jego zmarłą matkę spod rozłożystej paproci stojącej na wysokim kwietniku. Ileż mnie to kosztowało wysiłku! Łeb pulsował jeszcze po nocnej eskapadzie, a tu taka mission impossible. No ale udawało się, ostatecznie po długich namowach matka wyczołgiwała się ;) Innym razem idąc do łazienki natknęłam się na dziadka żywo preorującego do fartucha wspomnianej matki nieboszczki. Nakłaniał ją do zjedzenia czegokolwiek i jeszcze wymuszał na mnie, żebym jakoś na nią wpłynęła. Wpłynęłam, matka zjadła ;) , syn odetchnął z ulgą, a ja mogłam w spokoju się wykąpać. 


   Oj, było ciekawie. Ale staruszek - schizofrenik posiadał też dobre, prospołeczne, prostudenckie cechy, na przykład otwierał mi drzwi o piątej rano i witał bez tonu pretensji. A po jednej z imprez, gdy obiecałam sobie, że już nigdy, przenigdy nie wezmę alkoholu do ust, w sławetnej kuchni na stole zamiast okruchów jedzenia czekała na mnie... butelka oranżady.


- Proszę, to dla pani - uśmiechnął się pobłażliwie. - Ja też byłem studentem. Rozumiem...


  Nieraz życie bywa zaskakujące, kabaretowe, komediowe. I bardzo dobrze. Nie ma nic gorszego niż przeżyć życie bez różnych odcieni barw.




Tymczasem w Polandzie 2015-10-25 14:33

   Niedziela ta ciągnie się nadzwyczaj leniwie. Brak słońca nie wpływa dobrze na nastrój mój i mnie podobnych osób, ożywiających się, gdy tylko spomiędzy chmur przeciska się choć jeden wesoły promyk. Gdzież podziało się lato, ciepło rozlewające się po ulicach i ciałach skąpo odzianych? O czemuż nie urodziłam się nad jakimś przyjaznym morzem, do którego wiedzie szeroka, piaszczysta plaża... 


   Tymczasem w kraju zwanym Polandem - ponury, lekko chłodny dzień ogrzewa fala drżącej ekscytacji. Tak jakby prąd o niewielkim natężeniu przepływał między ludźmi. Wąskie strużki płyną z różnych kierunków do rozmieszczonych według ustalonego porządku budynków. Z kościoła, w drodze po zakupy (żeby niedzielnej tradycji stało się zadość), jako punkt programowy spaceru, w tak zwanym międzyczasie. Dokonują wyboru przemyślanego, niepewnego, mniejszego zła, kierując się różnymi motywacjami lub nie kierując się niczym specjalnym nie wierząc w spektakularną zmianę. W to, że jutro domy będą wygodniejsze, ludzie uśmiechnięci i pozbawieni trosk, portfele puchnące od banknotów, a nie groszaków, po drogach ziemskich i podniebnych poruszać się będzie masa szczęściarzy jadących na wymarzony urlop all inclusive i  w ogóle świat rozbłyśnie feerią barw dotąd niespotykanych na tym skrwawionym, nieustannie doświadczanym przez wichry historii kawałku globu.


   Ostatnio czytałam w pewnym czasopiśmie, że spora część naszego narodu to analfabeci funkcjonalni. Autor w obliczu zbliżających się wówczas wyborów snuł związane z tym obawy. Rzeczywiście, trochę to niepokojące zjawisko. Ale cóż, takie rzeczypospolite będą, jakie ich młodzieży chowanie. Nie jest to bynajmniej zarzut skierowany w stronę szkół, bo skuteczność edukacji byłaby zdecydowanie wyższa, gdyby nie ciągłe bezsensowne reformy, brak wychowania w domu i powszechne przyzwolenie na nieustanne korzystanie z rzekomych dobrodziejstw odmóżdżającego postępu technologicznego. Gdyby padły wszystkie komputery, komórki i podobne urządzenia, młodzi ludzie straciliby chyba poczucie sensu swego istnienia. Co się dzieje, gdy ni stąd ni zowąd nagle wyłączony zostaje prąd? Zapada krępująca cisza i po głowach kołacze się myśl - wtf, co robić w obliczu takiejż katastrofy? Jak zrobić zadanie z polaka, gdy net nie działa? Skąd ja teraz WEZNE streszczenie lektury? A matma - ja pierdziu, komórka się rozładowała. Wszak będąc w gimbazie nadal nie znam całej tabliczki mnożenia, o potęgowaniu i działaniach na ułamkach lepiej nie mówić. O! Jest prąd! Już WŁANCZAM potrzebne sprzęty i jakoś prześlizgnę się do następnej klasy, zdam maturę, pójdę na studia i będę mieć mgr przed nazwiskiem, choć nadal mam kłopoty z czytaniem i skleceniem prostej wypowiedzi. Potem zostanę kimś mającym wpływ na losy świata w wymiarze mikro i makro. Otóż to.


   Właśnie słońce powoli zaczyna muskać liście na drzewach... Zegar tyka odmierzając odchodzące w niepamięć sekundy. Historia toczy się swoim, nikomu nieznanym torem...   




Marzy mi się państwo a'la tygiel 2015-10-24 20:03

  W jakim kraju chciałabym żyć? Marzy mi się tygiel kulturowy, w którym jednocześnie panuje tolerancja dla odmienności. Różnice ciekawią, a nie rodzą konflikty i podejrzliwość. W tym kolorowym miksie ludzie mają prawo żyć w zgodzie ze sobą nie krzywdząc przy tym innych.


   Prawa kobiet i mężczyzn są autentycznie równe. Ludzie sprawni, zdrowi - pracują i uczciwie płacą sprawiedliwe podatki. Jeśli istnieją przywileje, dotyczą wszystkich grup zawodowych. Każdy emeryt żyje godnie i nie obraca dziesięć razy złotówki, zanim ją wyda. Do lekarza specjalisty nie trzeba rejestrować się z co najmniej rocznym wyprzedzeniem, a pakiet onkologiczny to nie fikcja. Ponadto lekarze przestrzegają złożonej przysięgi. Pracodawca szanuje pracownika, a pracownik rzetelnie wykonuje swoje obowiązki za godziwe wynagrodzenie, które pozwala żyć, a nie wegetować, zaś sama praca to nie towar deficytowy. Starsi ludzie nie są zabunkrowani w swoich domach skazani na łaskę i niełaskę otoczenia, lecz istnieją realnie w przestrzeni społecznej. Kobiety decydujące się na macierzyństwo nie obawiają się utraty pracy, braku miejsc w żłobkach i przedszkolach, niemożliwości połączenia roli matki i pracownika, gdyż pracodawca rozumie, że placówki, w których przebywają dzieci, o pewnej godzinie kończą swoją działalność i dziecko trzeba zwyczajnie odebrać i się nim później zająć. Poza tym, nie po to rodzice mają dzieci, żeby zajmowali się nimi przez cały dzień inni ludzie. Szkoły nie są targane poronionymi pomysłami i rozporządzeniami. Nauczyciele pracują z pasją, nie są opluwani przez społeczeństwo i ich zarobki sięgają tych podawanych w mediach. Rodzice czują się odpowiedzialni za wychowanie swoich dzieci. Żadna instytucja wyznaniowa nie wywiera presji na środowiska polityczne, nie napiętnuje innego światopoglądu i nie ogranicza tym samym działań, które nie kłócą się z sumieniem konkretnego człowieka. Państwo nie jest wyznaniowe, lecz świeckie i świeckość obowiązuje w miejscach publicznych. Istnieje podział na to co boskie i to co cesarskie. Politycy rzeczywiście służą ojczyźnie, nie zaś swoim interesom... itp. itd.


   Żeby było jasne - nie jestem niepoprawną optymistką, więc proszę nie śmiać się pod wąsem z tego, co napisałam powyżej. Wszak to tylko marzenia.




Żyj i daj żyć innym 2015-10-23 21:53

   Gdy wczoraj po intensywnym dniu położyłam swe ciało do łóżka, w pierwszym odruchu chciałam powtórzyć słówka z niemieckiego. Te wszystkie zbitki typu "Lebensbedingungen", "Wohnungsbedingungen" czy "Einkaufsbummel machen" doprowadzają mnie do szału. Hitem i tak pozostaje "Landwirtsschaftliche Produktionsgenossenschaft". Jak to skwitowała pewna młoda osoba - "wyrazy z dupy wyjęte" ;) Postanowiłam zatem nie podnosić sobie na noc ciśnienia i wykonałam najpopularniejszą czynność wielu osób leżących grzecznie w piżamce i nie planujących żadnych łóżkowych akrobacji - wzięłam do ręki pilota. I bardzo dobrze zrobiłam. Akurat emitowany był film pt. "W imię".



   Tematyka była mi znana, kontrowersje, jakie wzbudziło dzieło Szumowskiej również. Nie rozumiem jednak tych wszystkich bulwersacji. Jestem już raczej dojrzałym człowiekiem, odbiorcą kultury i obserwatorem rzeczywistości i tak jak dawno przestałam wierzyć we wróżkę - zębuszkę, tak też od dawna jestem pozbawiona złudzeń co do nieskalanej czystości osób duchownych. Wszak są to ludzie. Nie sądzę, żeby wraz ze złożeniem ślubów, zanikały naturalne potrzeby i popędy. Przypuszczam jednak, że gdyby bohater filmu miał ładną, kuszącą kochankę, większość wiernych przełknęłaby jakoś tę gorzką pigułkę. Przecież i tak to byłaby jej wina. 


    Sytuacja komplikuje się znacząco, gdyż Adam - ów ksiądz, jest gejem. Długo wzbrania się przed przyznaniem się do tego, że mimo wewnętrznej walki, jest tym, kim jest. W finałowej scenie ma miejsce akt miłosny. Już nieco wcześniej, w samochodzie Adam i jego podopieczny okazują sobie czułość. Jest to jednak niewinny gest. Wtedy właśnie, w tym zwykłym przytuleniu się, pogłaskaniu po głowie ciążącej od nadmiaru myśli, ujrzałam... miłość, zrozumienie, ulgę. Chyra zresztą genialnie odegrał tę rolę. Ci dwaj mężczyźni po prostu zakochali się w sobie. Dotykali swych twarzy z taką delikatnością jak każda inna para kochanków. Nie żebym była tym szczególnie zaskoczona, bo przecież osoby homoseksualne to nie jacyś kosmici. Poruszająca była też rozmowa Adama z siostrą. On pijany w sztok przyznaje się do swoich preferencji, płacze z bezsilności, mówi o potrzebie bliskości. Ona wypiera ten fakt i nie przyjmuje do wiadomości. Współczułam mu. Nie dlatego, że jest gejem, lecz dlatego, że był samotny, bez wsparcia, zrozumienia i akceptacji nawet ze strony najbliższych.


   Wielu facetów, z którymi często prowadzę rozmowy na różne tematy, przyznaje, że geje to COŚ obrzydliwego. Lesbijki i owszem - chcieliby zobaczyć w akcji. Takie dwie laleczki w powabnych ciuszkach. Achhhh....Ale pedały?! Toż to zboki, cioty, homosie, ohyda! Czy ktoś jednak każe komuś zaglądać do sypialni i patrzeć na to, co tam się wyprawia? Przeciętne pary hetero także raczej nie mają w zwyczaju zapraszać widzów lub występować w takiej roli. Niechże więc każdy żyje według swojego upodobania pod warunkiem oczywiście, że nie krzywdzi w ten sposób nikogo. Żyj i daj żyć innym. Nie musisz spotykać się z kimś o odmiennych preferencjach, nie musisz się z nim przyjaźnić. Bzykać tym bardziej. Myślę jednak, że odrobina tolerancji i szacunku do drugiego człowieka nikomu nie zaszkodziła. Dotyczy to w ogóle akceptacji odmiennych poglądów i stylu życia.


   A teraz skrajni konserwatyści niech mnie hejtują. Szczerze - mam to w swojej zgrabnej pupie.


  




Jak zostać szefową marketową? 2015-10-21 13:14

   Dziś po rundzie rowerowej postanowiłam uzupełnić swe zapasy żywieniowe w pewnym markecie okrzykniętym przez pewnego Prezesa sklepem dla biedaków. Ta zabawna kwestia jakoś utkwiła mi w pamięci. Tak, tak... Będę o tym pamiętać także w najbliższą niedzielę ;) Biedakiem wprawdzie nie jestem, ale często zdarza mi się spotykać ciekawe osobowości przed wejściem do tegoż nędznego przybytku. I oto dzisiaj również miało miejsce takie spotkanie twarzą w twarz z reprezentantem grupy nazywanej rozmaicie przez tę zdecydowanie zacniejszą część społeczeństwa. Na przykład - żul. Tak na marginesie, frapuje mnie etymologia tego słowa. Brzmi tak jakoś z francuska, jak żetę, żesłi czy inne żety. Żul...


 - Przepraszam szanowną panią - powiedział powoli podchodząc do mnie.


   Spojrzałam mu w oczy i w ich błękicie zobaczyłam kogoś, kto kiedyś był mi bliski. Ta toń oceanu, lekko zamglona z wiadomych przyczyn - nieustannego krążenia życiodajnego paliwa.


- Słucham - odparłam krótko, bo nie lubię jałowych dyskusji.


- Chciałbym o coś zapytać. Grzecznie zapytać - uprzejmie kontynuował kładąc nacisk na "grzecznie". - Ja nie chcę żadnych pieniędzy. Czy mogę prosić o pół chleba i coś do chleba.


- A co konkretnie? Pasztet, serek topiony?


- Obojętnie szefowo, obojętnie.


- Dobra, niech pan tu poczeka.


- Na pewno? - zapytał ciągle patrząc mi w oczy.


- Na pewno, na pewno...


   Po tournee między regałami wyszłam żwawym krokiem. "Mój" Pan Żul był zajęty konwersacją z panią ze swoich kręgów towarzyskich. Biła od nich radość i specyficzna woń podwórkowych perfum. Na mój widok stare, poczciwe i grzeczne (podkreślam) Żulisko uśmiechnęło się mówiąc do swej rozmówczyni, że to właśnie ja obiecałam mu coś do żarcia.


- Proszę, szefie. Smacznego - skierowałam w jego stronę zakupy.


  Gość stanął wyprostowany jakby chciał zasalutować przed co najmniej pułkownikiem, wyciągnął rękę, aby podziękować. Podałam mu dłoń nie zastanawiając się nad tym, gdzie on wcześniej miał swoją i co nią robił. I znowu na marginesie - niech podniosą ręce do góry ci panowie, którzy nie myją ich po przytrzymywaniu swoich wierzgających rumaków przy sikaniu. No. Wracając do tematu. To nie był jedyny miły gest niegodny dżentelmena (zasady savoire'vivre!). Otóż, na koniec Pan Żul... ukłonił się i... złożył soczysty pocałunek na mej delikatnej, drobnej rączce... Przełknęłam ślinę i głupawo się uśmiechając starałam się zachować zimną krew. Z powodzeniem zresztą. W domu dokonałam dezynfekcji i tyle. Chwila kontaktu z bogatą florą bakteryjną to cena bycia szefową, kierowniczką i szanowną panią. Nigdy nie aspirowałam do takich zaszczytów i proszę. Jak to w życiu bywa - nie chcesz i masz, chcesz to nie masz.


   Takie akcje zdarzają się często. Raz nawet do jedzenia dołączyłam butelkę wody mineralnej myśląc, że czasami nawet taki żul chyba musi wypić coś innego niż różne nie za drogie alkohole. Ale usłyszałam, że on "tylko piwko pije. Tylko i wyłącznie". I wody nie wziął. Trudno. Już mam nauczkę, by ograniczyć się do złożonego zamówienia i nie wyskakiwać przed szereg. Jedzenia nigdy nie odmówię. Nikomu. Ile wysiłku musi włożyć żebrzący człowiek. Patrzę takiemu w oczy i widzę w nim człowieka. Nie wnikam w to, dlaczego znalazł się na ulicy z furą pogniecionych puszek w torbie. Nie oceniam. Nie chcę się lepiej poczuć. Ecce homo i nic więcej. Poza tym mam przeczucie, że jeśli nie daj Boże byłabym kiedyś w opałach, to właśnie takie typy spod ciemnej gwiazdy szybciej by mi pomogły niż koleś, który opędzał się od tego grzecznie proszącego żula jak od jakiegoś gówna.


  






Co stanowi przyczynę pęknięcia niteczki w głowie? 2015-10-20 22:55

     Wiem, wiem... Mieć dobrą, stabilną pracę to jak wygrać los na loterii. Można snuć plany na najbliższą przyszłość. Dalekosiężne manewry odradzam. Na własnej skórze przekonałam się, jak bardzo plany mogą rozminąć się z rzeczywistością. Nie na wszystko mamy wpływ. Ale na przykład jakiś urlopik, przyjemnostki, zakupki wchodzą w grę jak najbardziej. Wiadomo, że któregoś ustalonego dnia miesiąca wpływa kasa i człowiek przez chwilę czuje się jak burżuj. Dopóki nie zacznie robić przelewów za rachunki ;) Po wypłacie i opłatach poziom ekscytacji spada i nadchodzi codzienność.



   Codzienność w pracy. Rytm szalony i nie do końca przewidywalny niczym tango argentyńskie. Jest i namiętność, i napięcie, feeling i odrzucenie, a za chwilę ponowne brutalne przyciągnięcie, szarpnięcie. Krew wrze, mięśnie się napinają jak struny. Pożądane jest opanowanie, odporność na stres, bo widownia i jury patrzy. Ocenia. Współzawodnicy mają przyklejone uśmiechy, wdzięczą się i prezentują z tego lepszego proflu, skutecznie maskują wszelkie potknięcia. Jakie to profesjonalne - nawet w chwilach podwyższonego ryzyka zachować kamienną twarz, niby od niechcenia podstawić nogę udając, że samemu jest się sfaulowanym. Dla jury liczy się efekt. Altius, fortius, citius. Po każdym takim turnieju opuszczenie budynku, w którym spędza się większość życia, przynosi ogromną ulgę. Sflaczenie. Odpływ energii na marne resztki dnia.


   Potem zaczyna się pogoń za realizacją pozostałych obowiązków. W galopie zaliczany jest punkt po punkcie harmonogram - dzieci, zakupy, obiad, sprawy na mieście, ogarnięcie domu, odwiedziny, kolacja, czasem kino, książka, zajęcia z angielskiego czy innego języka, może i seks nawet. 


   Pewnego dnia coś pęka. Jakaś cienka niteczka w głowie trzymająca ją dotąd w pionie. Nagle jebut i łeb zwisa jak u rzuconej w kąt kukiełki. I tu powinien być punkt zwrotny w całej historii. Ale to zależy indywidualnie od każdego człowieka. No więc - jak będzie? Hę?


  




Jak długo wchodzi staruszka na trzecie piętro i co to oznacza 2015-10-19 17:46

   Nigdy nie czytałam tak poruszającego tekstu o starości... Patrz: rozdział pt. "Łączniczki" w książce Sylwii Chutnik pt. "Kieszonkowy atlas kobiet". Nie będę się rozwodzić na temat niezwykłego talentu obserwatorskiego autorki, krótko powiem - to mistrzyni wglądu w najskrytsze zakamarki ludzkiej psychiki, zaułków miejskich i czterech ścian domów. Wracając do tematu - obraz Marii, ponadosiemdziesięcioletniej kobiety, dotyka i wskazuje palcem na odbiorcę. Spójrz, ile ciebie w sylwetkach zniecierpliwionych przechodniów, poirytowanych sąsiadów, pań z okienek w przychodni, syna jakoś mało wyeksponowanego w całej historii?


   Jak to jest być starym? Nie bawmy się w eufemizmy typu: podeszły, sędziwy wiek czy jesień życia. Po prostu starym być. Jak to jest? Sądząc po opisach wspinaczki wysokogórskiej do mieszkania, wyprawy na koniec świata po zakupy, pójścia w poszukiwaniu straconego czasu do przychodni czy przejścia na drugi brzeg ulicy - przesrane. Chutnik rozdrapuje w czytelniku uczucie sytości i spokoju, poczucia wystarczającego wypełnienia obowiązku wobec rodziców, dziadków i sąsiadów.


Proszę, zróbmy mały rachunek sumienia. Ile razy sapaliśmy, że jakiś staruszek trzęsąc się jedzie na rozklekotanym rowerze i tarasuje jezdnię, gdy wszyscy spieszą się do pracy? Ile razy wywracaliśmy gałami w aptece patrząc na marudną babcię kupującą stos leków, która na końcu czego chce? Faktury. Ale danych nie pamięta i grzebie pięć minut w zdezelowanej torbie w poszukiwaniu karteczki. Jak bardzo rośnie ciśnienie na widok wścibskiej babki - poduszkowca, który skanuje codziennie podwórko? Taka to już naprawdę nie ma chyba co robić. Zajęłaby się swoimi sprawami, a nie zagląda do siatek z zakupami i wydziera się na dzieci grzecznie przecież unicestwiające wszystko na swojej drodze. Zapomniał wół jak cielęciem był. Ciekawe czy cielęta myślą czasem, że też będą wołami. Albo właśnie taka staruszka wlokąca się na trzecie piętro. "Idzie taka kaleka, a za nią tłumy wkurzonych osób. Cmokają zniecierpliwione, włączają kierunkowskaz i mijają trzęsące się cielsko" (cyt. za S.Ch.). Wnuczęta - odwiedzają babcię i dziadka z chęcią, czy z poczucia obowiązku i dyskretnie (albo i nie) zerkają na smartfona odliczając czas do końca męczarni? A dzieci seniorów... Prawda, że nie jest łatwo żyć patrząc w oczy oczekujące z niecierpliwością na każdą wizytę, słuchając po raz kolejny tych samych historii albo narzekań na bolące stawy, wysoki poziom cukru czy inne dolegliwości, myjąc zwiotczałe ciało i wykonując wiele innych krępujących czynności.


   Czego najbardziej pragną staruszkowie? Uwagi. Rozmowy i słuchania. Żeby liczyć się z ich zdaniem. Nie wpadać do nich w celu podpisania listy obecności. Włączać do życia w społeczeństwie i sprawy rodzinne jako pełnoprawnego członka grupy. Pożartować, przytulać, dawać całusy w miękki policzek, a nade wszystko KOCHAĆ. Gdyby nie oni, nas by nie było.


   Gdy widzimy staruszkę wskrobującą się na jakieś piętro, pomyślmy, że właśnie zdobywa Mount Everest. Zdopingujmy ją w myślach: "Dajesz Malutka!". Męska wersja może brzmieć: "Daj z siebie wszystko, ziomek cel jest tak blisko." A tak na marginesie - kiedy ostatnio pokonywaliśmy własne ograniczenia i co to dla nas oznaczało?


  




Warto wstać z klęczek i iść przed siebie 2015-10-18 13:50

   Co mogą zrobić z człowiekiem choroba lub ogólnie pojęte problemy zdrowotne? Wszystko. To w wielkim skrócie. Ale pod tym słowem kryje się szeroki wachlarz emocji, odruchów, instynktów. Co czuje człowiek, kiedy sytuacja wymyka mu się spod kontroli? I tu nasuwa się powszechnie znany frazes - żadne słowa nie są w stanie tego oddać. Labilnosć nastrojów jest tak potężna, jakby się było na zwariowanej karuzeli, która nie chce się zatrzymać, zamiast tego rozpędza się coraz bardziej, aż człowiekowi brakuje tchu i wpada w czarną dziurę.


   Najgorsze jest oczekiwanie. Jesteś jednym, wielkim CZEKANIEM. Korytarze szpitalne i przychodniane. Te konfesjonały bez końca. Czekasz. Słuchasz. Starasz się skupić na czymś, ale to niemożliwe. Przyjmie czy nie. Co powie. Gapisz się bezmyślnie w drzwi, za którymi siedzi Pytia w białym lub niebieskim fartuchu. Czas jest bezkształtną masą. W głowie układasz rozmaite scenariusze. Czujesz się jak pesel, przypadek, symbol choroby. Jedyne, co cię nakręca to myśl, żeby dostać się do lekarza, którego odnajdujesz różnymi kanałami. Nie musi być miły, ma być dobry, profesjonalny, świetny fachowiec. Dobrze by było, gdyby przy tym był empatyczny, ale w sumie niech już będzie gburem, byleby był dobry w tym, co robi. No i już. Wchodzisz na glinianych nogach, puls zasuwa jak szalony, czujesz, że zaraz łeb ci rozsadzi od środka. Znowu czekasz. Co powie. Mówi. Wiesz już. Najpierw osuwasz się w niebyt i chcesz mieć święty spokój, żeby zrozumieć coś, co wydaje się być jakimś absurdem. Potem ryczysz i masz wszystko w du...e. Ale instynkt wygrywa. Bierzesz teczkę z papierami, dzidę i ruszasz do walki. Z systemem, terminami, limitami, a na końcu z chorobą. Jeśli myślisz, że mając pieniądze, które otwierają nieco więcej możliwości, jesteś na wygranej pozycji - mylisz się. To nie zawsze tak działa.


   Czasami leżysz w szpitalu i czujesz się jak strzęp, wymiętolona chusteczka do nosa - brudna, zużyta, śmieć po prostu. Nie masz siły protestować czy prosić o cokolwiek. Cała dotychczasowa buńczuczność wyparowała. Boisz się wyrzygać, bo będzie bolało. Każde drżenie ciała, ruchy, torsje bolą. Boże, niech to się wreszcie skończy. Litości. Jesteś POKORĄ.


   Jesteśmy liśćmi. Dosłownie. Już dwa razy spadłam z drzewa. I dwa razy podmuch wiatru uniósł mnie z powrotem. Czasami podmuch jest tak silny, że liść frunie i frunie, aż znika gdzieś w kosmosie. Mnie się to jakimś cudem nie przytrafiło, więc jestem TU. Życie wygląda zupełnie inaczej. Jest wprawdzie podszyte strachem, który pozostanie na zawsze. Ale jaka jest intensywność doznań! Tego też żadne słowa nie są w stanie oddać. Chce się żyć, nic tylko żyć nie umierać. I czy to źle? Że myśli o tym, co jest POTEM schodzą na dalszy plan, że liczy się tu i teraz, że cieszą drobiazgi, że chcesz tańczyć, śmiać się, biec jak wariat, że jednak ta doczesność, ziemskość też jest ważna? Warto wstać z klęczek i iść przed siebie. Zwyczajnie.


  




Matki Polki nie istnieją 2015-10-16 09:46

   Kim jest Matka - Polka? Stereotypowe myślenie wskazuje na kobietę, dla której misją życiową jest wychowywanie dziecka/dzieci. Matka takowa poświęca całą siebie nie zostawiając nic dla reszty świata. Nie traci czasu na swoje przyjemności, gdyż największą jej przyjemnością jest zajmowanie się potomstwem. Ona nosiła pod sercem, urodziła, własną piersią wykarmiła i nadal nie pozwoli sobie odebrać niezbywalnego prawa i obowiązku do wyłącznej opieki. Ona zawsze wie lepiej i najlepiej swoje dziecko zna. Dla niego żyły wypruwa, otacza kokonem i usuwa wszelkie przeszkody stojące na drodze do jego szczęścia. Bo ona prawdziwie kocha. Nikt nie kocha dziecka tak jak jego matka. Jakakolwiek by była.


   Tymczasem Matki - Polki w ogóle nie istnieją. Przynajmniej nie w takim rozumieniu jak wyżej. Kim jest Matka - Po Prostu Matka? Człowiekiem, a jak to z ludźmi bywa - nie jest ideałem. I choćby otoczenie obrzucało błotem  i niewybrednym komentarzem niejedną matkę, należy przyjąć do wiadomości fakt, że jest ona zwyczajnym człowiekiem. Czasem chce być matką, a czasem zostaje nią przypadkiem. Czasem chce i pragnie, a potem czuje gorycz rozczarowania. Mimo bycia matką, nadal jest kobietą. Jest dobrym pracownikiem, często jeszcze lepiej zorganizowanym i nielubiącym marnowania cennego czasu. Nadal interesuje się światem roztaczającym się za oknami domu i nieraz chce odspawać się od wiszącego u jej ramion dziecka. Tylko na chwilę chociaż. Zwłaszcza ta - zajmująca się nim codziennie przez 24h. Wiele współczesnych matek nie ma czasu na gotowanie pysznych, zdrowych obiadków dobrych dla rozwoju, gdyż pędzi jak pociąg pospieszny do pracy i z pracy po dzieciaka, potem na zajęcia dodatkowe lub spacerek (to w zależności od wieku potomka), po drodze zakupy i na przykład kulki ze styropianu, cekiny i szpilki do wykonania bombki na święta. Oczywiście niektóre muszą jeszcze zrealizować zamówienie na wypełnienie obowiązków małżeńskich, koniecznie w pięknym wdzianku, broń Boże w zwykłej piżamie.


   Można by snuć dalsze rozważania na ten temat. Można też przyjrzeć się różnym wizerunkom matek w literaturze. I tu gorący apel do młodzieży szykującej się do matury z polskiego - błagam, nie mówcie i nie piszcie tylko o Barbarze Niechcicowej, Elżbiecie Bieckiej i jej matce, pani Rollinson czy archetypicznej Demeter. Owszem - kanon musi być, ale wzbogaćcie swoją wypowiedź o fantastyczne i szczere, a nie papierowe postacie z powieści współczesnych pisarzy polskich. Przyjrzyjcie się matkom w "Jolancie", "Kieszonkowym atlasie kobiet" czy "W krainie czarów"  Sylwii Chutnik, "Włoskich szpilkach" i "Szumie" Magdaleny Tulli, "Piaskowej Górze", "Chmurdalii" i "Ciemno, prawie noc" Joanny Bator. Tam znajdziecie obrazy matek, jakich nie ma w kanonie lektur odwiecznych. A w Matki - Polki nie wierzcie. One nie istnieją.




W normalności sens 2015-10-15 19:13

No i zaczęło się... Słońce nagle wyjechało rydwanem do ciepłych krajów niczym znudzony rutyną partner życiowy, a niebo poszarzało jak opuszczona przez niego kochanka...


  Dziś rano, gdy kotłowałam się w pościeli, starałam się jak najdłużej nie otwierać oczu. Znowu budzik! Ileż można przestawiać budzenie w telefonie?! Wiele razy. Przez chwilę próbowałam przywołać pozytywne myśli o tym, jak to cudownie, że już nowy jest dzień, że nie muszę iść do znienawidzonej pracy, że nic mnie nie boli, prawie nic nie martwi, że moja dawna-niedawna sąsiadka nie może snuć rozważań egzystencjalnych, gdyż tam, dokąd udała się pewnego południa takie problemy już nikogo nie interesują - a ja owszem, mogę rozważać, przesiewać myśli i poglądy, choć w gruncie rzeczy to syzyfowa praca. Nie jestem skowronkiem.


  Półtora miesiąca temu po raz pierwszy od lat poczułam się panią swego czasu. Nareszcie mogłam robić to, na co mam ochotę. Oczywiście jak to zwykle bywa w takich momentach - zaczęłam od robienia porządków. Posprzątałam w domu, piwnicy i głowie. Ponadto kupiłam nowy rower i przetestowałam ścieżki w mieście oraz swoją kondycję - nie jest źle. Wszystko mogłam robić spokojnie, spo-koj-nie. Normalnie. Poczułam, że wiatr psujący fryzurę jest do zaakceptowania, gdy nie trzeba wyglądać i zachowywać się perfekcyjnie. Zakupy stały się przyjemnością, zwłaszcza w księgarni. Spacerując mogę więcej dostrzec niż goniąc nie wiadomo dokąd i w jakim celu. Więcej uczę się przechodząc przez rynek i wsłuchując się w rozmowy ludzi znających życie lepiej niż niejeden mądry szkoleniowiec. Prawdy życiowe niezaprzeczalne przekazywane drogą ustną w szkole zwanej zwyczajnym życiem.


   Pradawne babcine riposty na codzienne problemy są bezcenne. Dopiero z tej perspektywy można cokolwiek powiedzieć o sensie istnienia. Nie żadne tam wydumane banialuki na pseudonaukowych warsztatach. Zdrowie jest najważniejsze, pieniądze to nie wszystko, życie to nie bajka - te i inne znane prawdy to kwintesencja nauki o życiu.


  Kiedyś sądziłam, że normalność, pojmowana jako spokój i harmonia, pewna powtarzalność (choć nic dwa razy się nie zdarza), zwyczajność jest nudna, parszywa i nijaka. Tymczasem po licznych ekscesach i palpitacjach serca dochodzę do wniosku, że normalnie jest dobrze. W normalności zamyka się sens...



e-szablony
  e-blogi.pl  [Załóż blog!] rssSubskrybuj blogi
[Zamknij reklamy]