Frausuchen - blogerka


Zaklep swoje marzenia i baw się 2015-11-29 11:40

  Klamka zapadła. Wczoraj byłam na imprezie andrzejkowej. Wprawdzie andrzejki są ostatniego listopada, ale z racji tego, że niefortunnie wypadają w tym roku w poniedziałek, zorganizowałam wyjście do najfajniejszej knajpy w sobotę dnia wczorajszego. Napoje orzeźwiające przynosiła dziewczyna przebrana za Cygankę oraz chłopak przypominający Turka z powodu przywdziania czerwonych pantaloniastych spodni. Wróżb niestety lokal nie fundował. Trudno. Wraz z towarzyszącymi mi niewiastami przy pomocy internetu w komórce przeprowadziłyśmy kilka testów psychologicznych oraz zabaw zgodnych z polandowską tradycją. Pal licho imiona naszych niby panów serca, bo część z nas już takowych posiada. Najciekawsze było losowanie karteczek z zapisem zdarzeń mających rozegrać się w najbliższym roku. Dziwne, bo każda właściwie otrzymała los, który idealnie wpisuje się w jej oczekiwania i marzenia. W moim przypadku była to podróż lub przeprowadzka oraz zmiana pracy! Wariant z podróżą nie zaskoczył mnie specjalnie, gdyż ciągle mnie nosi. Lecz nowa praca?! Boże, wiem, że to bzdurne, pogańskie zwyczaje te całe andrzejki, ale proszę, spraw, by to była prawda objawiona.


   W pewnym momencie uśmiechając się pod wąsem młody Turek posprzątał cały sajgon z naszego stolika. Powiedziałam, żeby każda schowała wylosowane karteczki do kieszonki i zachowała na pamiątkę. A nuż wszystko się spełni. Z takąż nadzieją w sercach przeszłyśmy do konwersacji na tematy życiowe. Niewesołe w dużej mierze. Najmłodsza z naszego grona, studentka zaledwie pierwszego roku, może mieć teraz aż nazbyt jaskrawy obraz rzeczywistości. Młodość ma z reguły to do siebie, że wielu rys na szkle nie zauważa, pomniejsza symptomy nadchodzących kłopotów, głęboko wierzy, że finał będzie szczęśliwy jak w baśni i dobro zostanie nagrodzone, a zło ukarane jak w biblijnych opowieściach. Cudowna jest ta otwartość na świat, nieświadomość nakazująca ufać w piękno ludzkich dusz oraz przekonanie o własnej mocy sprawczej pokonującej wszelkie ewentualne przeszkody. Ten szeroki uśmiech i euforia w czasie zabawy, beztroskie oddawanie się przyjemności chwili, bezrefleksyjny flow. Czasami staram się cofnąć do tego stanu i udawać, że czas to rzecz względna. Niestety, mimo raczej pogodnej natury i optymizmu, jestem też realistką. To już nie ten etap.


   Co takiego dzieje się, że dojrzali dorośli zatracają tę młodzieńczą naturę? Pojawiają się jakieś irracjonalne hamulce, przekonania, nieraz gorycz i żal nakazujące zachowanie cierpiętniczej postawy, brak impulsu odrywającego od codzienności zatruwającej swą parszywością. Liczne kopniaki, rozczarowania, robienie bilansów, zatrzaśnięcie się w sobie na amen. Bolą. Ileż jednak czasu można lizać rany i nic nie robić z myślą o dalszej perspektywie? "Panie, daj mi siłę, abym zmienił to, co zmienić mogę, daj mi cierpliwość, abym zniósł to, czego zmienić nie mogę i daj mi mądrość, abym odróżnił jedno od drugiego" - to słowa Friedricha Christopha Oetingera, które powtarzają uczestnicy terapii psychologicznych, między innymi AA. Co za mądrość. Walenie głową w mur, nieustanne boksowanie się, kopanie się z koniem są bezsensowne. Nie do końca jesteśmy kowalami własnego losu. Naprawdę są sprawy, na które nie mamy najmniejszego wpływu. Jednocześnie istnieją dziedziny życia, którymi w jakimś stopniu możemy kierować, modyfikować je, przepracować lub chociaż podjąć niejedną próbę wyrwania się z matni.


   Niedawno bliski mi człowiek patrząc na rozbawioną młodzież, stwierdził: "Niech się bawią, póki mogą, bo nawet jeszcze nie wiedzą, jak niebawem będą mieć przejebane". I tak, i nie. Z pewnością większości z nich życie nie będzie rozpieszczać. Czy będą się mimo wszystko umieli bawić, czy zgorzknieją i wzdychając będą tylko patrzeć na wesoły tłum? Oby ta druga opcja nie miała miejsca. Mimo tego, że częściej mam pod górkę niż z górki, jestem jak Feniks. Te karteluszki z wróżbami schowałam w szafie i wiem, po prostu wiem, że one się spełnią. Z moją pomocą. Wiadomo. Są już zapisane w jakiejś tajemnej księdze i zaklepane. Klamka już zapadła - wyjadę w kolejną, fascynującą podróż i znajdę nową pracę.


    




Bajka czy thriller? 2015-11-25 22:20

  Jeśli robisz to, co kochasz, nie przepracujesz ani jednego dnia w życiu. Przysłowia są mądrością narodów. Odnoszę wrażenie, że akurat to nie należy do dorobku polandowskiej kultury. Zapewne zdarzają się wyjątki w tym zakresie, ale potwierdzają one regułę, że mieszkańcy Polandu w dużej mierze nienawidzą swojej pracy. 


   Na początku jest jak w bajce. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki albo nieposkromionej w tym kraju protekcji otrzymujesz pracę. Nareszcie. Lub tak po prostu. Masz ją wpisaną w CV, zanim w ogóle zaczniesz poszukiwania. Niektórzy są w czepku urodzeni. Mniejsza o to. Wchodzisz z lekką obawą do budynku, w którym od tej pory będziesz spędzać większą część swojej egzystencji. Odliczając oczywiście czas na sen. Choć i z tym bywa różnie. Każdego dnia wstajesz, jesz, pijesz kawę, zakładasz odpowiedni, nie zawsze wygodny strój i ruszasz na podbój świata. Poziom adrenaliny imponująco wysoki. Nakręcają cię nowe wyzwania. Już ty im wszystkim pokażesz, na co cię stać. W końcu nie wypadłeś sroce spod ogona!


   Euforyczny stan pierwszy raz ulega niewielkiej degradacji w chwili otrzymania przelewu na konto. Niby wiedziałeś co i za ile, lecz w ustach czujesz gorzki posmak. Po kilku miesiącach naiwnie, w skrytości ducha liczysz na jakąś premię. Albo chociaż na dobre słowo szefa. Nie ma ani jednego, ani drugiego. Kasy wystarcza na zaspokojenie podstawowych potrzeb. Młodziaki cieszą się, że nadal mogą mieszkać w swoim dawnym dziecięcym pokoju. Chcieliby przestać wbijać się w przykrótkie spodenki na szelkach lub słodkie sukienusie i wreszcie mieć jakiś ciasny, ale własny kąt. Wprawdzie nie ma to jak u mamy, jednak codziennie zastanawiają się, jak tego dokonać, gdy pod koniec miesiąca z zażenowaniem stwierdzają, że znowu nie udało się nic zaoszczędzić lub jest tego tyle,co kot napłakał. W takim tempie dorobią się mieszkania za sto lat.


   Im dalej w las, tym więcej drzew. Stopniowo, jeśli jesteś choć średnio inteligentny, zaczynasz orientować się w panujących układach i skomplikowanych powiązaniach. Kto z kim i przeciw komu. Zachodzisz w głowę jak to się dzieje, że jedni posiadają niezwykły dar lawirowania między minami przeciwpiechotnymi, a inni co rusz wpadają w pułapki wyczerpujących zadań. Gamonie i frajerzy co to nie umieją przyjąć właściwej postawy, od czasu do czasu wyjąć wazelinę z szuflady i pójść na zgniły kompromis. Ty też się do nich zaliczasz. Lamusie. Poznajesz coraz bardziej zaskakujące opinie i plotki na swój temat. Co powiedziałeś, jak spojrzałeś, z jaką miną przyjąłeś coś do wiadomości. Harujesz jak dziki wół chcąc udowodnić, że jesteś coś wart. Ciągle liczysz na uściśnięcie dłoni szefa wszystkich szefów, skoro o forsie możesz zapomnieć.


   Jeśli dobrze wykonujesz swoje obowiązki, będziesz obarczony coraz to większym bagażem. Gdy spróbujesz się w końcu zbuntować, spotkasz się ze świętym oburzeniem. Przecież na twoje miejsce jest dziesięciu chętnych. Zawsze możesz odejść. A w ogóle tylko ci się wydaje, że jesteś świetny, kreatywny, punktualny, rzetelny, pełen poświęcenia. Jesteś nikim. Efekty twojej pracy trzeba sto razy poprawiać. Nigdy nie będziesz dość dobry, by zasłużyć na chwilę wytchnienia. Z drugiej strony tylko taki jeleń jak ty jest w stanie przeskoczyć poprzeczkę zawieszaną coraz wyżej. Pracuj, pracuj, a garb sam ci wyrośnie. Inni nie mogą przejąć choć części twoich zadań, bo rzekomo są niekompetentni, a jednocześnie mają się świetnie w udawanej pozie niedorajdy. Ty realizujesz kolejny projekt, zarywasz noce - oni robiąc dużo szumu wokół siebie zgarniają nagrody i premie. Ty masz problemy z żołądkiem, kręgosłupem, sercem, w gardle rośnie ci coraz większa klucha - oni mają co najwyżej brązowy język lub od czasu do czasu przyjmują dawkę prądu, który przepływa po kablach, gdy łączą się z centralą. Koło wzajemnej adoracji nieustannie się nakręca - ty też jesteś w kole, takim chomiczym. Jeszcze tylko trochę.


   Czar pryska. Czujesz się jak w pułapce. W odruchu bezwarunkowym chwytasz się jak tonący brzytwy jakichś sposobów radzenia sobie ze stresem. Ćwiczenia fizyczne, spotkania z przyjaciółmi, świat książek, shopping, coś mocniejszego. Gdy dostatecznie już przypominasz strzęp człowieka, nie możesz rano zwlec się z łóżka, na myśl o pójściu do wymarzonej pracy wylewasz strumienie łez, coraz częściej dochodzisz do wniosku, że już rozumiesz ludzi gotowych targnąć się na swoje życie - zmuszony przez zatroskane bliskie ci osoby idziesz do lekarza. Tego wiesz... Głośno się o tym nie mówi. Bo co ludzie powiedzą. Leki. Terapia.


   Znam jeszcze kilka pouczających przysłów. Szefem się tylko bywa. Z niewolnika nie ma pracownika. Cudza praca nie wzbogaca. Jak ty komu, tak on tobie. Praca z ochotą przerabia słomę w złoto. I takie trochę przekręcone, ale prawdziwsze niż wersja pierwotna - jaka płaca, taka praca. Może być wartością i przyjemnością, ale też i przekleństwem. Może jednoczyć zespół i wyciągać z niego najlepszą esencję albo uaktywnić chore, niszczące mechanizmy. Wszystko zależy od ludzi. Zwłaszcza sterników. To oni mogą sprawić, że bajka zachowa swoje cechy gatunkowe. Lub zamieni się w thriller. Bez morału.




Huhuhu...powiało złowrogim genderem 2015-11-22 13:11

   Podobno współczesne kobiety są tak bezczelnie niezależne, samodzielne i sfeminizowane, że kastrują psychicznie swoich partnerów. Jakże to tak! Durnym babom zachciało się przed laty walki o równouprawnienie, prawa wyborcze i dostęp do edukacji na takim poziomie, jaki przysługiwał męskiej części społeczeństwa. A przecież to prawdziwy mężczyzna zarabia na rodzinę, prowadzi poważne dysputy, decyduje, miarkuje, wygłasza mądrości życiowe. Żona, nie partnerka, tylko żona poślubiona przed Bogiem i ludźmi, powinna zajmować się domem, rodzić dzieci, być posłuszna i wyczulona jak radar na humory pana męża. Co to się porobiło...


   Feminizm nabrał pejoratywnego znaczenia. Kobieta - feministka często jest obrzucana niewybrednymi określeniami. Babochłop, któremu z braku chłopa coś się pomieszało w głowie. Jak toto wygląda, zero kobiecości, tej rozczulającej niezaradności, głupiomądra flądra, bezdzietna, bo kto by chciał z taką mieć dzieci. Poza tym ona nie cierpi obślinionych, małych obrzygańców. Tylko kariera się dla niej liczy. I prze do przodu jak ruski czołg. Bezwstydnie obnaża niekompetencje swoich kolegów po fachu, choć w ostatecznym rozrachunku im więcej uchodzi i każdy błąd czy niedociągnięcie są kwitowane westchnieniem - ach, ci mężczyźni... A te bzdury o szklanym suficie, nierównych płacach czy nagrodach, dbaniu o własny rozwój, toż to brak słów. Czego się tym kobietom zachciewa.


   A mężczyźni? Coraz częściej czują się jak skorpion w środku ognistego kręgu. Albo jakby znajdowali się w sidłach modliszki. Zjadani podczas kopulacji. Do tej kopulacji zresztą podstępnie zmuszani. Jak mają czuć się męscy jednocześnie pracując, pomagając w domowych obowiązkach, opiece nad dziećmi, od czasu do czasu siedząc w samochodzie na miejscu pasażera? No jak? Kobiety to co innego. Chcą się kształcić, a później godzić pracę z odwieczną rolą matki, żony i gospodyni? Trudno. Zresztą one są innej konstrukcji. Urządzenia wielozadaniowe. Mówiąc, że idą się wreszcie położyć do łóżka, mają na myśli sprawdzenie, czy dzieci są poprzykrywane kołderkami, rozpakowanie zmywarki, wyprasowanie koszulki na wuef, przygotowanie ubrań na następny dzień, ogarnięcie blatów kuchennych po kolacji. Ot, takie tam drobnostki. Gdyby chciały poprosić o pomoc facetów, usłyszałyby odgłos chrapania.


  Zamiast roztkliwiać się na widok ojca spacerującego z dzieckiem, patrzeć z podziwem na szorującego podłogi męża koleżanki, wygłaszać peany na cześć gospodarza domu gotującego lepiej od wybranki swego serca, należy przyjąć to jako rzecz zwyczajną. Mężczyźni to nie rozwielitki, pantofelki czy inne bezmózgowe istoty. Są naprawdę bardzo inteligentni i doskonale wiedzą, co robią albo czego nie robią. Zaś kobieta wbijająca gwóźdź w ścianę, własnoręcznie skręcająca rower, tapetująca pokój, majsterkująca przy samochodzie, to też nie żadna kosmitka. Niektóre po prostu lubią takie niby męskie zajęcia i nie robią przy tym z siebie ofiary męża - ofermy.


   Powiało złowrogim genderem. No cóż. To tyle w kwestii rzekomych kastratów i babochłopów. Chyba nadszedł czas na zaakceptowanie zmian socjologicznych, które ewoluują od początku świata. Od momentu powstania malowideł w jaskini Lascaux do obecnych czasów ludzkość poczyniła ogromny postęp. Role kobiet i mężczyzn będą ulegać ciągłym zmianom. Robienie z tego jakiegoś absurdalnego larum nie ma najmniejszego sensu. Zamiast nawzajem wytykać sobie brak odpowiedniego pierwiastka jednoznacznie wskazującego na przynależność do określonej płci wraz z przynależnymi jej stereotypowo pojmowanymi cechami, można zwyczajnie ramię w ramię iść przez życie. Razem.




Każdy może być na dnie 2015-11-21 12:53

  Po czym poznać człowieka podążającego ku przepaści? Na początku trudno to dostrzec. Pozornie nic na to nie wskazuje. Ot, zwyczajny obywatel. Pracuje, mieszka, wygląda. Codziennie rano wstaje i wykonuje rutynowe czynności. Bywa, że tryska humorem, jakby chciał rozbawić cały świat. Wujek dobra rada albo ciocia do zadań specjalnych. Normalnie do rany przyłóż. Dusza człowiek. Lub taki sobie ludzik jakich miliony. Trochę pomarudzi, ale ogólnie do tańca i do różańca. Nieraz ukrywa się za nieskazitelnie czystą koszulą i krawatem czy eleganckimi sukienkami i żakietami z ekskluzywnych sklepów. Z wysokości szpilek spogląda na niziny społeczne. Czasem szorując podłogę w jakimś przybytku chce wymazać to, co dręczy i jak plama nie chce dać się wywabić. Układając towar w sklepie robi to starannie, by zaprowadzić wreszcie porządek w swoim życiu. Przemawiając do słuchaczy klepie powtarzane od lat formułki, a myślami krąży wewnątrz siebie. Łańcuch powiązań nieskończony.


   Są dni, gdy potrzebuje uciec. Wieczory ciągną się jak serial brazylijski. Sen jak na złość nie przychodzi. W domu gwar, ale gdzieś w tle. Albo cisza taka, że aż boli. Twarz wykrzywia się w płaczliwym grymasie. Niedobrze. Bardzo niedobrze. Trzeba się odprężyć. Fu! Psst! Gul, gul, gul... Jaka ulga... Mięśnie rozluźniają się, nadchodzi znajomy błogostan, ciepło rozlewa się po żołądku. Nirwana... Problemy? Jakie problemy? Stres w pracy? Nieee, przecież doskonale sobie radzę. Nic mnie nie rusza. Poza tym trzeba być twardym a nie miętkim. Dla delikatnych i wrażliwych nie ma miejsca we współczesnym świecie. No. Mężczyźni nie płaczą. Kobiety sukcesu też.


   Przychodzi piątek. Tygodnia koniec i początek. Czas się zabawić, wyjść. Do ludzi. Szczęście nie schodzi z maski. I raz, dwa ,trzy. Raz, dwa, trzy. Muzyka gra, taniec trwa. Coraz śmielsze, kocie ruchy. Wysublimowany gust muzyczny ulega skocznym rytmom. I rączki w górę, wkręcamy żaróweczki, a teraz bioderka w ruch, stopy jak u Michaela Jacksona płynnie przesuwają się po parkiecie. No to siup w ten głupi dziób. Świat staje się kolorowy jak na obrazach Moneta. A tymczasem w lustrze widzi się autoportret Van Gogha. I tak tydzień po tygodniu. Dzień za dniem.


   To może spotkać każdego. Tak jak bohatera powieści Stefana Chwina pt. "Złoty pelikan". Kto by przypuszczał, że wykładowca z uniwerku stoczy się na samo dno. A jednak. Zamiast czystego mieszkania, lokum w opuszczonych budynkach, altanach działkowych, przepompowniach, budach z dykty. Extra ciuchy są zastąpione przez łachy znalezione na śmietniku. Teczką jest wózek pełen makulatury, puszek, szmat i innych rupieci. Oto dorobek całego życia. Gładka do niedawna skóra pokryta jest wrzodami, strupami, niegojącymi się ranami. Nieraz jest się obesranym po pachy i rozmazanym tym po całych plecach lub ma zaszczane spodnie po cholewki rozwalających się butów. Co się wysuszy, to się wykruszy. Błogosławione świeże powietrze, na którym przebywa się nieustannie, rozrzedzi smród. Nieco gorzej jest w upalne lato. Rodzina i przyjaciele ze wstydem odwracają głowę udając, że bacznie kontemplują okoliczny krajobraz. Totalne zero, nic, niezauważalny wyrzut sumienia albo zadra. Nigdy więcej nie pozwolą na wciąganie ich w to bagno. Rachunek krzywd jest zbyt duży na wyciągnięcie ręki po raz setny. Nawet nie wiedzą, że wszystko będzie wracać w nocnych koszmarach. Często do końca życia.


   Czerwona, a nawet fioletowa, nabrzmiała twarz, niebieskie cienie pod oczami - to nie symptomy zbliżania się do przepaści. To przedostatnie stadium. Ostatnie, wiadomo - dół wykopany przez grabarza. Aby rozpoznać człowieka zagubionego, trzeba najpierw dobrze się rozejrzeć. Nie będzie krzyczał jak na słynnym obrazie Muncha. Przeważnie tacy ludzie nie informują o swoich kłopotach. Często są skażeni przez środowisko, w którym wyrośli. Takim najtrudniej pomóc. Zatrzaskują drzwi przed nosem wścibskich i czekają na szczerą, intymną rozmowę z kimś godnym zaufania. Nie chcą być oceniani jak uczniaki. Słuchanie, zrozumienie, wsparcie, pomocna dłoń - tego pragną. Serce na dłoni, oczy szeroko otwarte, czuły dotyk są dziś "towarami" deficytowymi, a zarazem pierwszej potrzeby. Komu ostatnio tak naprawdę poświęciliśmy swój jakże cenny czas?


PS Akurat, gdy skończyłam ten tekst, zadzwoniła do mnie bliska koleżanka. Ot, tak zapytała, czy wszystko u mnie w porządku. Dziękuję.




Ile dziecka w nas 2015-11-18 09:13

  Wczoraj przeczytałam wpis Jacqueline. Smutny jak jasna cholera. I znowu wróciły do mnie moje własne rozterki. Przyczynia się do tego stanu fatalna aura za oknem. Najpierw bałwany chmur powoli sunęły nad miastem. Słońce nie odważyło się ostatecznie z nimi rozprawić. A teraz pada. Kolejny dzień. W domu panuje mrok. Może to i dobrze, przynajmniej nie widać kurzu, który pokrywa meble i moje myśli.


  Przed chwilą w szkole stojącej obok mojego domu ogłoszono próbę ewakuacji pożarowej. Wszystkie dzieciaki wraz z nauczycielami żwawo zdążali w wyznaczone miejsce na boisku. Wrzask jakby rzeczywiście ogień zajął ich z pewnością ukochaną szkołę. Deszcz siąpił, zaś z budynku wylewały się strugi ludzi, istny armageddon. I ja patrząca zza szyby na ten spektakl. Panie bez parasoli zmokły niemiłosiernie. Domyślam się, jakie gromy ciskały się im po głowach. Ten, kto nacisnął kilkakrotnie guzik informujący o potencjalnym zagrożeniu, siedział przez większą część czasu w ciepłym wnętrzu. Tak to już jest z tymi od jednego guziczka. Pozostali kłębią się w masie ludzkiej trudnej do opanowania. Najciekawszymi punktami do obserwacji  są dzieci. Niektóre grzecznie stojące niczym kurczaki przy kwoce. Inne, te nieco starsze, jak ze "Sposobu na Alcybiadesa", odstawiają różne akrobacje. Deszcz? Murawa przesiąknięta do cna? Doskonale! A więc harce i gonitwy, szalone ślizgi, przepychanki i radość, że nawet gacie będą kleiły się do tyłka na kolejnej lekcji. I to niepełnej, na szczęście. Świetnie, że choć część czasu spędzonego w tym przybytku jest wesoła i beztroska, że przepadło kilkanaście minut zrzędzenia i smętów, siedzenia na twardym krześle przy twardej ławce.


   Tak sobie myślę. Jak dobrze byłoby być znowu dzieckiem. Ale takim pozbawionym zmartwień. No chyba, że z obawami, czy rodzice pozwolą być dłużej na podwórku albo u kolegów, czy kupią coś, o czym od dawna się marzyło, czy uda się uniknąć kartkówki, do której nieszczególnie jest się przygotowanym. O, takie problemy oczywiście mogłyby być. A jakże. Przecież życie to nie bajka. Bez przesady. Tylko żeby nie było w tym byciu dzieckiem lęku, traum, nieprzespanych nocy, nietolerancji i braku akceptacji. Dom niechby był ostoją, azylem i ciepłem, miejscem, w którym czekają mama i tata. W spokoju. W takim domu pojawiałaby się od czasu do czasu dzieciarnia z podwórka. Urządzane byłyby naprzemienne noclegi raz u jednego, raz u drugiego kumpla. A wiadomo, nie ma nic lepszego niż siedzenie do późnej nocy i mimo wielokrotnych upomnień starych, chichy i śmichy, podjazdy w celu przeciągnięcia struny do maksimum. Strach przed gniewem jest wówczas tylko pozorny. Te wszystkie wypady rowerami nad jezioro, spanie pod namiotami, zabawy w wojnę na terenie budowy i w piwnicach tajemne przejścia, podchody w labiryncie osiedli, bieganie po dachach garaży i pobijanie rekordów w przeskakiwaniu przez płot techniką zwaną fiflakiem...


   Czasu nie można cofnąć. I szkoda, i bardzo dobrze. To zależy. Nie wszystko chciałoby się przeżywać ponownie. Choć z drugiej strony znając konsekwencje można by inaczej pokierować swoim życiem. Lecz znowu rodzi się myśl, że nie byłoby się tym, kim się jest. Więc może nie warto. Kombinować co by było gdyby. Gdy jednak patrzyłam na te dzieci na boisku żyjące tu i teraz, tą bezcenną chwilą wykradzioną systemowi i trybom szkolnym, naszła mnie jeszcze jedna refleksja - ile we mnie zostało z dziecka? Ile dziecka pozostaje w dorosłym człowieku?




PROTEST przeciw bezsensownemu darciu kotów 2015-11-15 11:54

  Doprawdy zadziwia mnie fakt, że dorośli poniekąd ludzie marnują tyle czasu na szarpanie się. I to o co? Bo właściwie trudno określić cel wszelkich przepychanek. Przypominają one dziecinne tupanie nóżkami, rzucanie się na podłogę w sklepie i darcie wniebogłosy, aby za wszelką cenę postawić na swoim. By być na wierzchu. Moje słowo jest mojsze niż twojsze. Ja, podkreślam JA, na mocy przewagi jakiejkolwiek pokażę tobie farfoclu, gdzie twoje miejsce na tym padole. Z racji wieku albo wykształcenia, stanu posiadania, bagażu doświadczeń, sprytu, ciętego języka etc.


   To JA po jakimś czasie staje się obsesją, kompulsywnym spoglądaniem, czy jest jakaś reakcja. Czy dostatecznie mocno przypierdolił mój ostatni pocisk. Jeśli nie, rodzi się konsternacja. Jeśli tak... TAKKKK... Teraz obmyślanie, kombinowanie, rąk zacieranie, myśli gonitwa i... jest. Już wiem, z jakiej broni wystrzelę. Żadna tarcza antyrakietowa nie pomoże święty Boże. I toczy się bitwa za bitwą, a końca nie widać. Bitwa może i wygrana, ale wojna nie. Nie ma wygranych. Zgliszcza w postaci utraty zdrowia, czasu cennego, niesmaku, zażenowania pozostają po obu stronach.


   Przyznam - mnie też nieraz bierze szajba. Faceci powiedzą - hormony, wiadomo jak to z babami jest. Ale tu nie o huśtawkę hormonalną się rozchodzi, choć i ta część ludzkiej natury odgrywa u kobiet dużą rolę. Po prostu przychodzi taki moment, że szlag trafia na jawną niesprawiedliwość, nierówność, wykorzystywanie, brak porozumienia. Nauczyłam się jednak, że trzeba ochłonąć, przeczekać burzę szalejącą w głowie. Udać się na odosobnienie i chwilę lub nawet kilka chwil poświęcić na refleksję. Tak. Jestem choleryczką. Wiem o tym. Jednocześnie pracuję nad tym, by emocje mną nie rządziły, gdyż oprócz nich mam jeszcze trochę rozumu i nieskromnie przyznam, że inteligencji też mi nie brakuje ;) Gdy zamieniam się w niemowę, izoluję od otoczenia, to znak - muszę coś przemyśleć albo teraz nie chcę o tym rozmawiać, bo przekroczę granicę, za którą trudno już będzie o merytoryczny dialog.


   Każdy popełnia błędy. Nic nie dzieje się bez przyczyny. Należy czasami zrobić solidny rachunek sumienia i mieć odwagę przyznać się do winy. Choćby przed samym sobą. I przestać nakładać kolejne warstwy skóry tak, że w końcu staje się twarda i gruba. Człowiek w gruncie rzeczy jest delikatnej konstrukcji. KAŻDY ma miękkie podbrzusze, które można łatwo uszkodzić. Tylko pytam się - po co?




O prawdziwości słów Heraklita z Efezu 2015-11-13 15:35

  Ludzie się nie zmieniają. Ludzie się zmieniają. Te dwa sprzeczne powiedzenia funkcjonują w przestrzeni międzyludzkiej i zarówno jedno, jak i drugie, jest prawdziwe. Są pewne cechy stałe, pozytywne i negatywne, które ciężko zmienić. Jednak nie znam człowieka, który jest przez całe swoje życie ciągle taki sam. Niektórzy wykonują tytaniczną pracę nad sobą. Inni nie podejmują takiego wyzwania, lecz okoliczności życiowe zmuszają do nieustannego dostosowywania się do zmieniającej się sytuacji, refleksji, podejmowania trudnych decyzji niosących za sobą różne konsekwencje. W pewnym sensie wszystko na świecie podlega ewolucji. PANTA REI.


   Najtrudniej jest tworzyć związek. Z kimś obcym jakby nie było. To dopiero jest wspinanie się na szczyty wyrozumiałości, naginanie sztywnych dotąd zasad i przekonań, że zawsze to albo nigdy tamto. Potem okazuje się, że nie ma to tamto, tylko dokopywanie się do coraz bardziej zaskakujących warstw ludzkiej natury. Linia tolerancji przesuwa się niekiedy niebezpiecznie, aż staje się cieńsza od włosa. Zaczyna się racjonalizowanie, myślenie życzeniowe, robienie bilansów zysków i strat. Początkowo w podświadomości plusów "dodatnich" jest zdecydowanie więcej. Później plusy są stopniowo redukowane przez minusy i zostaje zwykłe zero. No i co tu robić? Szach mat. Albo skok konikiem w bok. Jest jeszcze goniec i ucieczka w siną dal. Na zewnątrz. Lub wypad na wewnętrzną emigrację. Można też być gamoniowatym królem bez większego pola manewru, którego osacza wszechwładna królowa. Lub królową, nie zdającą sobie dotąd sprawy ze swej przewagi nad pozornie istotnym królem, która w końcu zdobywa się na bunt pokazując środkowy palec zdumionemu panu swemu. Zdecydowanie nie warto być pionkiem. Ten zawsze idzie na pierwszy ogień i spala się niemal od razu.


    Są jeszcze inne strategie. Niełatwe, wymagające rozmów, empatii, nieco samokrytyki, wysłuchania kontrargumentów i żalów, odczuwania skruchy i chęci wprowadzenia realnych zmian przy akompaniamencie wytrwałości i silnej woli. Para to dwoje ludzi. Gdy oboje podejmą się takiego wyzwania, jest jeszcze szansa. Na rzeczywiste bycie razem, a nie obok siebie. Wędrówkę przez zamiecie przeciwności, ulewy łez, dołki wykopane na wspólnej drodze życiowej, po to, by później docenić spokój i zwyczajną codzienność. Jedna strona nie udźwignie takiego ciężaru. Poza tym jest to pozbawione najmniejszego sensu. To tak jakby dwoje ludzi płynęło łodzią, a wiosłowałby tylko jeden z nich. Niestety może nadejść moment przełomowy, w którym wykończony wioślarz lub wioślarka postanowią opuścić łódź.


   Heraklit miał rację. Wszystko się zmienia. Kochana osoba na przestrzeni lat również. Oprócz przybywających zmarszczek, siwych włosów, rozstępów, cellulitu, zaokrąglonego brzucha, zwisów tu i ówdzie, zachodzą zmiany w zachowaniu i myśleniu. Niezwykłą sztuką jest dotrzymywanie złożonych niegdyś obietnic mimo wszystko, uczenie się siebie na nowo i ciągłe ćwiczenie wzajemnej akceptacji, granie do jednej bramki. I skoordynowane wiosłowanie, by płynąć w tym samym kierunku.




Wróżka prawdę ci powie... 2015-11-10 15:08

   No i po cóż te niepotrzebne palpitacje serca. Jeśli chcesz podnieść ciśnienie sobie i innym w Polandzie, rzuć jakimś nazwiskiem ze świata polityki, hasłem o religii i kościele, o szkole, służbie zdrowia lub aktualnie o uchodźco-imigrantach. Efekt murowany. Dyskutanci zabierają ochoczo głos nie zawsze pozwalając na dokończenie kwestii rozmówcy. W powietrzu unosi się zapach prochu armatniego. Pstryk i wszystko eksploduje. Spotkanie na pewno nie należy wówczas do nudnych i pozostanie na długo w pamięci uczestników rzucających w drodze powrotnej do domu rozmaitymi epitetami pod adresem osób o przeciwnym zdaniu. 


   Nie wiem doprawdy, dlaczego te stałe tematy tak rozpalają głowy. Każdy ma gotowe hasła i frazesy na zaradzenie odwiecznym problemom, które znane były już w dobie staropolandowskiej i będą uniwersalne po wsze czasy. Jan Kochanowski razem z Orszulką siedzi pod niebiańską lipą i serce mu nie rośnie, gdy patrzy na te czasy. Powiem więcej, i jego samego, i nikogo ze współcześnie żyjących nic już nie powinno zaskakiwać w sferze bagiennych klimatów z ulicy Wsiowej. Ludzie robiący wielkie oczy ze zdziwienia po wczorajszych komunikatach ogłaszanych w TiVi przez złotoustego prezesa stojącego obok towarzyszącej mu wiernopoddańczej koleżanki, są albo dziećmi, albo po prostu dali się zrobić po raz kolejny w konia. No chyba, że została zaspokojona ich potrzeba przeżywania powtórki z rozrywki. To w takim razie wybałuszali gały z ekscytacji, której poziom będzie wzrastał wprost proporcjonalnie do długości trwania kadencji zwycięskiej drużyny. 


   Myślę, że w celach zarobkowych założę firmę przewidującą przyszłość. Ostatnio czytałam kilka artykułów w WO na ten temat. W XX - leciu międzywojennym można było w ten sposób zbić niezłą fortunkę żerując na naiwności spragnionych mocnych wrażeń ludzi z różnych sfer. W moim przypadku nie byłoby mowy o szalbierstwie. Zadbałabym tylko o odpowiednią atmosferkę i bez pomocy tandetnych akcesoriów, takich jak szklane kule, fusy po wypitej kawie czy wytarte karty tarota, mogłabym snuć awanturnicze opowieści rodem z "Pamiętników" Jana Chryzostoma Paska. Każdy byłby z góry przygotowany, wobec czego w przypadku następnych już niezaskakujących zajść w budynku przy ulicy Wsiowej, nie musiałby brać leków na nadciśnienie, gdyż wszelkie palpity nie miałyby miejsca. 


   Można oczywiście robić sobie podśmiechujki z obecnej sytuacji, aczkolwiek nie ma w tym nic śmiesznego. Konsekwencje również zabawne nie będą. Nie zmienia to jednak faktu, że bezsensowne jest szarganie swoich nerwów. Pozostaje obserwacja zdarzeń i nareszcie WYCIĄGANIE WNIOSKÓW na przyszłość. W przeciwnym razie spełnią się proroctwa Janka: "... Nową przypowieść Polak sobie kupi, że i przed szkodą i po szkodzie głupi".




Jak złapać równowagę? 2015-11-10 00:21

   Po raz pierwszy od lat mam okazję być w Tatrach jesienią. To kolejny bonus związany z moim wyautowaniem z codziennej rutynowej gonitwy, w której brałam udział przez kilkanaście lat. Zawsze, kiedy stąd wyjeżdżam, włącza się stopklatka i przechodzę do innego wymiaru czasowego. Przyjeżdżam z powrotem i od ostatniego momentu kontynuuję górski life. Ten dom, ogród, harendziańska droga do sklepu, mijany dom Kasprowicza i zabytkowy kościół - wszystko jest na tym samym miejscu. Lubię wracać z zakupami mając przed oczami panoramę gór i oświetlone słońcem łąki. Prosty, nieskomplikowany rytm, spacerowe tempo w spowolnionym rytmie. Równowaga. 


   Znam tu każdy zakamarek. Mentalność tubylczą niezrozumiałą dla ceprów. Konotacje, asocjacje, dysonanse poznawcze. Oscypki, zaśpiewy i boćkowanie przy charakterystycznym rzępoleniu, kierpce i ciuchy w kwiaty zdobione dla kobiet i parzenice dla chłopów, wszystkie dutki, ileś tam tyk złotyk, grule na łobiod, krucafuksy i przechuje w chwilach uniesienia. Ale przede wszystkim cudowna przyroda, szlaki zroszone potem i szczyty zdobyte krwią dosłownie oraz okupione bólem masochistycznie przyjemnym, złagodzonym wieczornym piwem. Nieraz z dołu patrzę na monumentalne, groźne i chwilami mroczne szpikulce i z łaskoczącą w środku dumą myślę - tam byłam. Pokonałam swoje słabości i lęki, zrobiłam tyle rachunków sumienia w trakcie wielogodzinnych wędrówek. Obrazy zakodowane na twardym dysku w głowie. Piękno niewyobrażalne, magiczne. Potem wystarczy zamknąć na chwilę oczy i odtworzyć je, poczuć i zatęsknić.


   Jestem pyłem. Czuję to najwyraźniej właśnie w górach. Pyłem, który jest zdany na pastwę żywiołów. Śmieszna jest pycha ludzi, którzy czują się panami świata. Tacy są najniebezpieczniejsi dla innych i samych siebie. Wydaje im się, że mają władzę, kontrolę, że są jak transformers, niezniszczalni. Wypadki, porażki, nietrafione decyzje przytrafiają się innym. Brak pokory zapędza ich w otchłań przepaści. Pył, okruch, drobinka kurzu fruwająca w słonecznym świetle - tym jest człowiek. Jakie to żałosne, że z niewiadomego powodu znajduje się na szczycie drabiny stworzeń zamieszkujących Ziemię, a jednocześnie jest najbardziej niewyuczalną, okrutną i bezwzględną, zadufaną w sobie istotą potrafiącą zniszczyć wszystko na swojej drodze.


    A wystarczy wejść na rzadko uczęszczany szlak, na którym z radością wita się drugiego człowieka, dotrzeć na rezerwie do celu, usiąść na chwilę, rozejrzeć się dookoła, wsłuchać w pomruk gór i być mrówką, która dostąpiła zaszczytu bycia na szczycie. Idącą w spiekocie albo zmoczoną do suchej nitki, stającą w bezruchu na dźwięk piorunów uderzających o skały - serce wtedy zamiera ze strachu, opatuloną przed podmuchami wiatru, czującą drżenie mięśni i każdy pęcherz na stopach. Nikt nie weźmie na barana, żadna bryczka nie podjedzie. Trzeba o własnych siłach. Słowacy dla żartu pod Rysami umieścili przystanek autobusowy z rozkładem jazdy. Ku przestrodze nieopodal jest na tabliczce namalowana kostucha z kosą. Dla równowagi.


   Jako mrówka przemierzam świat. Wiem mniej niż jeszcze mogę się dowiedzieć. Mam świadomość tymczasowości swojego istnienia, dlatego cenię każdą chwilę. Dziś jestem tu, za parę dni znowu włączy się pauza i znajdę się w innej czasoprzestrzeni. Ale wrócę. Pójdę na zakupy przez Harendę i jak gdyby nigdy nic będę wracać tą samą drogą machając siatką. Spokój. I równowaga.


    




Przeszłość żyje 2015-11-07 22:49

   Przeszłość jest martwa. Tak wyczytałam ostatnio w czasopiśmie. Nieprawda. To stwierdzenie jest jawną nieprawdą. Przeszłość żyje w nas bardziej niż nam się czasem wydaje. Są takie chwile, które pozostawiają wyjątkowo trwały ślad na mapie naszych wspomnień.


   Dobre, kojące, ciepłe jak noce spędzane w babcinym domu w łóżku stojącym na wprost pieca kaflowego, z ogniem buzującym, trzaskami i szumami wypalanych węgielków. Miło łaskoczące wewnątrz brzucha wszystkie oczekiwania jak na przyjście Świętego Mikołaja. Listy miłosne wyciągane ze skrzynki przez drżące i zniecierpliwione dłonie. Spojrzenia bliskich osób, ich magia ukryta w głębi źrenic, uśmiech czający się w zmarszczkach wokół oczu. Wielu z nich rzekomo patrzy teraz na nas z bliżej nieokreślonej góry. Wszystkie pierwsze razy niepowtarzalne. Pocałunek, dotyk, pieszczota. Narodziny i śmierć, sukcesy i porażki... Niektóre odłamki przeszłości tkwią ukryte między zwojami mózgu jak robaki toczące padlinę. Pozbycie się ich oznaczałoby lobotomię. Już nie byłoby się tym, kim się jest. Paradoksalnie cały ten nadbagaż to nasza gwarancja bycia w pełni człowiekiem.


   Przeszłości nie można skasować, naprawić, zmienić. Ona po prostu JEST i nieustannie staje się. Cała sztuka polega na tym, by zrobić z niej sensowny użytek. Pamiętać, ale nie żyć nią. Będąc dorosłym można walczyć o siebie skuteczniej niż będąc dawnym dzieckiem lub młokosem. Wykrzesać siłę na przeciwstawienie się, podniesienie z kolan, obronę własnych praw, dostrzeżenie własnej wartości, wypracowanie swojej wewnętrznej harmonii. Nie jest to łatwe i czasami przemknie przez głowę z prędkością światła jakaś zatruwająca umysł migawka. Mimo wszystko warto próbować. Co się stało, to się nie odstanie, ale można zadbać TERAZ o to, by kolejne punkty życiorysu były jak sweter z  kaszmiru, a nie z owczej wełny.


  






Dlaczego złoto jest cenniejsze niż srebro? 2015-11-04 14:53

   Jakże odzwyczaiłam się od słuchania bezsensownych wynurzeń niektórych osób kłapiących ozorem... Błogostan nieoceniony... Te jamy gębowe wiecznie otwarte, niezamykające się nigdy, gadające łby jak w debacie w TiVi głoszące prawdy objawione. Nic mnie bardziej nie męczy niż konieczność wpatrywania się w nieustanny ruch warg i języka. Wszechobecny. Nienawidzę hałasu, gdakania, wchodzenia na wysokie tony, dzielenia włosa na czworo. Z czasem nauczyłam się uczestniczyć w tego typu marnotrawiących mój czas eventach. Tylko ciałem. Patrzę na niby i na niby słucham. Wyłączam się i odpływam myślami do dalekich i cudownych miejsc, w których już byłam albo marzę i wyobrażam sobie te, w które zamierzam się udać.



   Mowa jest srebrem, a milczenie złotem. Niełatwo wprowadzić w życie tę maksymę, oj nie. Zwłaszcza, gdy jest się młodym i nieopierzonym. Na szczęście powoli, dostając nieraz ostre cięgi i pocierając bolącą od nich pupę, można nauczyć się, że nie zawsze trzeba mówić to, co się naprawdę myśli. Oczywiście nie należy w takich sytuacjach przeczyć własnym poglądom lub być oportunistą. Nieraz spojrzeniem, mową ciała, prawie niezauważalnym grymasem twarzy, podniesioną brwią można wyrazić więcej niż milion zbędnych słów. Milczenie budzi często konsternację. Przyjemnie jest chomikować swoje rozważania dając innym do myślenia. To zastanawiające. Irytujące. Jak to tak. Siedzi i patrzy. Nieswojo. Może pieprzę głupoty? Może... może... No, ale z drugiej strony nie można nic zarzucić, bo cóż, siedzieć i patrzeć każdy może. Nie ma zaangażowania w jakżeż emocjonujące wywody - zróbmy tak, nie, nie tak, tylko tak, ale może jednak tak tak i tak. Srak. Sobie myślę.


   Podobnie rzecz się przedstawia wobec osób niereformowalnych, stojących na straży swych niepodważalnych i jedynych słusznych poglądów, koncepcji i wizji.  Nie podlegającycych ŻADNEJ dyskusji. Wobec osób mówiących tonem nieznoszącym sprzeciwu jednostajnym, na długim wydechu, bezspacjiiznakówprzestankowych. Osób, którym w uniesieniu retorycznym, wychodzą żyły na szyi, a twarz robi się czerwona. Jak burak. Osób o świdrująco - fałszywym spojrzeniu, badaczy obleśnie próbujących wymacać grunt pod naszymi stopami po to tylko, by w najmniej spodziewanym momencie go usunąć i zepchnąć w dół.


  Dyskusja to wymiana zdań. Nie przekabacanie za wszelką cenę na swoją stronę. To bezpieczna możliwość pozostania przy swoim bez przykrych konsekwencji. Wejścia w głąb siebie i innych z poszanowaniem odmienności. Jeśli zamienia się ona w gdakanie, kłapanie lub apodyktyczne nakazy i zakazy - lepiej zamienić się w niemowę. Spokojnie, pozornie zgadzając się i tak ostatecznie postępować zgodnie z własnym, wewnętrzym ja. Bez żadnego gdyż, ponieważ, aczkolwiek, azaliż. Zwyczajnie. Bo tak.


  




Czy istnieją wichry mogące przerwać najsilniejszą ze wszystkich więzi 2015-11-03 09:32

   Mam takie duże zafiksowanie. Jest nim historia. Nie cała, bo tego by nie pomieścił mój móżdżek i tak przeładowany nadmiernie i bombardowany nieustannie nowymi informacjami. Ale konkretne jej wycinki strasznie mnie fascynują, zwłaszcza starożytność i XX wiek. Taka hm... rozbieżność, klamra ;) W związku z tym czytam, oglądam, słucham wszystkiego, co pomoże mi zrozumieć, wczuć się, analizować te wycinki ludzkości i świata. Wczoraj z niecierpliwością czekałam na film w TiVi pt. "Wichry Kołymy". Nie było to dla mnie odkrywcze doświadczenie, nawet nie wbijające w fotel jak filmy na przykład Smarzowskiego. Nie ten kaliber. Ale...



   Skupiłam się na kilku momentach, które wywarły na mnie wrażenie po prostu, po ludzku. Taki zresztą miałam zamiar. Są nieraz w filmach migawki, które wwiercają się w pamięć. Wyczuwam je od razu. W omawianym seansie było to pożegnanie Żeni ze starszym synem. Nie przytulali się stardardowo, kurczowo, ze łzami. Zanim wybrała się do aresztu NKWD, długo stała na podwórzu i wpatrywała się w jeden punkt - okno od klatki schodowej. Przez szybę widać było schody, balustradę oraz Aloszę. Kilkuteni chłopiec, czarne oczy, ciemne włosy ostrzyżone na pazia. Był spokojny, nieruchomy. Ona też. Obie te istoty mimo różnicy wieku WIEDZIAŁY. Czas zastygł... Matka i dziecko. Ostatni raz próbowali ogarnąć siebie nawzajem na zawsze. Gdy ona w końcu ruszyła z mężem, wielokrotnie odwracała się chcąc jakoś odczarować złą rzeczywistość, uchwycić jeszcze jedno spojrzenie. Jeszcze jeden raz. Synek rozpaczliwie krzyczał: "Mama! Mama! Mama!", lecz był to krzyk bezgłośny, zamknięty w dźwiękoszczelnej przestrzeni kamienicy, która wcześniej była domem, a teraz jest miejscem nie dającym schronienia. Żenia nigdy więcej nie zobaczyła ani Aloszy, ani męża, który rozwiódł się z nią podczas jej pobytu w więzieniu. Później, na Kołymie, dowiaduje się, że obaj nie żyją. Synek zmarł z głodu podczas oblężenia Leningradu. Aby go pożegnać, zakopuje w śniegu papierek po cukierku. Jednym z tych, które mu odebrała ostatniego wspólnego dnia, ganiąc za jedzenie słodyczy psujących przecież zęby. Papierek.


   Podobne emocje wywołał we mnie fragment książki Wiesława Adamczyka pt. "Kiedy Bóg odwrócił wzrok". Gdy główny bohater - mały chłopiec oraz jego matka i rodzeństwo na mocy amnestii wyjeżdżali pociągiem z Kazachstanu w stronę Morza Kaspijskiego, pociąg ów miał postój w jednej z miejscowości, w której mieli się dosiąść pozostali Polacy.  Przeważnie dzieci i starcy nie mający dość siły, by wcześniej wyruszyć w kilkunastokilometrową drogę do stacji po bilet. Pociąg się zatrzymuje, ale nikt z nadzorujących nie pozwala otworzyć drzwi. Początkowo pasażerowie nie przeczuwają, że może ich spotkać coś dużo gorszego niż katorżnicza praca, głód, gwałty, zimno, śmierć. Na razie patrzą na bliskich machających do nich zza płotu i drutów. Dzieci wyciągają ręce do matek. Matki uśmiechnięte i pełne nadziei na wydostanie się z tego piekła zwanego rajem wypatrują przez wąskie, wagonowe okienka. Powoli czują zgrzyt i trzeszczenie intuicji. Tym razem niepokojącej. W końcu w oczach ludzi stojących po dwóch stronach bariery nie do przebycia pojawia się strach, panika wręcz. Już WIEDZĄ. Krzyk, lament, błagania, rozpacz rozlega się i TU, i TAM. Dzieci wyciągają ręce do matek. Niestety nie chcą się wydłużyć jak guma mimo ogromu siły i determinacji. Matki wyciągają ręce do dzieci. Zawodzą żałośnie i rozdzierająco, wpadają w szał, z którego spora część z nich nigdy się nie wydostanie. Na zawsze zostaną myślami na tej przeklętej stacji. Stabat Mater Dolorosa w polskiej wersji.


   Tak. Więź między matką a dziećmi jest najsilniejszą ze wszystkich ludzkich więzi. Być może zdarzają się wyjątki. Jednak w przeważającej części nie ma wyjątków. Nie przerwą jej wichry Kołymy czy jakiekolwiek inne, codzienne. Gniew, westchnienia bezradności, rozczarowanie głęboko zakopane, żeby nie wylazło ukazując nagą prawdę. Kłótnie ze zbuntowanymi nastolatkami uważającymi całą tę matczyną troskę za relikt przeszłości  i zwykłe przypierdalanie się. Trzaskanie drzwiami przez jednych i drugich. Rzucanie talerzami i rozbryzgi jedzenia na ścianie, na pamiątkę. Plama na całego. Łzy wściekłości. Wymykanie się. A potem po tej całej zawierusze powrót do źródła. Kiedy wkraczają już spokojnie w dorosłość, kiedy przeżywają te same odwieczne rozterki, choć wydaje im się, że to oni są prekursorami wszystkiego, łącznie z kamasutrą. Kiedy sami mają już swoje dzieci. I wtedy WIEDZĄ. A historia dzięki pomysłowości mieszkańców Mezopotamii zatacza koło...



e-szablony
  e-blogi.pl  [Załóż blog!] rssSubskrybuj blogi
[Zamknij reklamy]