Frausuchen - blogerka


Szczęśliwego i Lekkostrawnego Nowego Roku 2015-12-31 15:17

  Ostatnimi czasy w TiVi można zobaczyć co najmniej kilka reklam prezentujących środki przeciw niestrawności. Podobno przeciętny człowiek  żyjący w naszym kręgu kulturowym, bo przecież nie w Afryce, pochłania rocznie około tony jedzenia, czego dowiedziałam się z jednej z reklam. Tonę? Sądząc po liczebności zakupoholików w marketach w okresie świąteczno-noworocznym tudzież wielkanocnym i długoweekendowym, można uznać, że ta tona jest chyba jednak zaniżonym wynikiem.


   Dziś wyskoczyłam dosłownie po bochenek chleba i mleko oraz jednego (powtórzę: jednego) szampana i bardzo się pomyliłam myśląc, że dokonam tegoż wyczynu w góra dwadzieścia minut. Długość kolejek do kas sklepowych przeszła moje wszelkie oczekiwania i kalkulacje. No przecież po trzech dniach świąt nastąpił zapewne okres kilku dni przymierania głodem, wobec czego należy na ten jeden jedyny dzień, w którym sklepy będą zamknięte, porobić kolejne zapasy. Poza tym, a nuż nadejdzie gwałtowne ochłodzenie ze wschodu uniemożliwiające wydostanie się z domu albo żywność na mocy kolejnej podpisanej nocą ustawy podrożeje z powodu nałożenia na markety podatków. No i co, no i co? Każdy przezorny mieszkaniec Polandu będzie się wówczas śmiał i klepał po pękatym brzuchu. Już w Biblii przecież była opisana historia o pannach mądrych i głupich, z których te pierwsze zaopatrzyły się w zapas oliwy do lamp, a pozostałe nie i musiały iść po prośbie, i jeszcze im się dostało, że trzeba było pomyśleć wcześniej. Więc pamiętając o słowach: "nie znacie dnia ani godziny", po prostu należy dbać o zawartość lodówki. Nikt chyba nie chciałby, żeby ktoś nazywał go głupim.


   Oczywiście w trakcie przygotowań nie wolno w żadnym wypadku zapomnieć o piwniczce lub schowku zapełnionym rozmaitymi trunkami. Bo cóż to za Sylwester bez szerokiego asortymentu, którym można dawać po gałach gości. Jeśli natomiast otrzymało się zaproszenie na zabawę, to absolutnie nie wypada iść z pustą ręką. A że pół litra jakoś głupio wygląda, należy wziąć cały literek. Tak jakoś zacniej prezentuje się w dłoni wyciągniętej w stronę gospodarza. Potem kac gigant, opuchnięta gęba oraz posmak starego trampka w Nowym i Szczęśliwym Roku będzie świadczył,  że impreza była faktycznie przednia i pozostanie niezapomniana.


   Nie przedłużając zatem, bo czas nagli, bawmy się godnie i zbierajmy siły na następne atrakcje serwowane w wiadomościach TiVi już nie tak strasznych, bo podawanych lekkostrawnie przez szefów wybieranych według wskazówek zawartych w nowej ustawie o mediach. Jakąż troską otoczyła nas drużyna wiodąca. Koniec stresów, wszystkie błędy poprzedników szybciutko zostaną skorygowane, a reklamy środków wspomagających proces trawienia już nie będą emitowane. Bo zwyczajnie nie będą potrzebnie.


   Szczęśliwego Nowego Roku! Coś mi podpowiada, że będzie go potrzeba dużo. Tego szczęścia oczywiście ;)




Co zrobić z nożem i drobnymi przy świątecznym stole? 2015-12-28 14:08

   Czas świątecznych zmagań dobiegł końca. Czegóż te zmagania dotyczą? Różni ludzie różnie interpretują bożonarodzeniowy tudzież inny świąteczny savoir - vivre. Dla wielu chwile spędzone w jakżeż serdecznym, rodzinnym gronie bywają nie lada wyzwaniem nadwerężającym system nerwowy do granic wytrzymałości. Jak już kiedyś wspomniałam, to od nas samych zależy, jakie znaczenie nadamy tym obchodom i jaka atmosfera będzie temu towarzyszyła. I to prawda. Dlatego...


   Jeśli musisz przebywać w gronie osób, na widok których na co dzień drobne w kieszeni ci się nie zgadzają, a nawet nóż w tejże  kieszeni się otwiera, wrzuć na luz. Superniania radzi: w chwilach wzmożonego napięcia udaj się do łazienki, weź kilka głębokich wdechów, wydechów, zorganizuj sobie jakąś szybką gimnastykę, jeśli pełen brzuch w tym nie przeszkadza lub poboksuj się z powietrzem. Możesz również wyżyć się na ręczniku wykręcając go jak szmatę. Zrób kilka głupich min do lustra przedrzeźniając na przykład przemądrzałą ciotkę. Od razu lepiej. Lżej jakoś na sercu. Dobrze robi też spacer. Po obżarstwie to świetny pretekst, żeby wydostać się z pomieszczenia dusznego od animozji i niuansów nie do zniesienia. Niby dbasz o spalanie kalorii, zorganizowanie sobie odrobiny ruchu, no wiadomo - krążenie, stawy, serce i takie tam, choć w gruncie rzeczy powstrzymujesz się od popełnienia zbrodni. Cóż, prawda zawsze leży pośrodku.


   Nie ma sensu podejmować ryzykownych tematów przy stole nakrytym białym obrusem, gdyż grozi to eksplozją i z pewnością nie będą to wybuchające bąki po zjedzeniu dużej ilości potraw, w skład których wchodzi kapusta. Wystarczy, że wojenki toczą się przy ulicy Wsiowej. Możemy je od jakiegoś czasu obserwować w TiVi. Po cóż dodatkowo patrzeć na tę parodię demokracji w realu. Warto zwyczajnie odłożyć na bok wszelkie utarczki słowne choć w tym jednym dniu. Jeśli jednak język świerzbi, trzeba najpierw pomyśleć, a potem wygłaszać swe przemówienia i kazania. Nigdy w odwrotnej kolejności. Nie ma nic gorszego niż gdakanie. Gdy zaczyna się tego typu akcja, wiadomo co robić - pójść do łazienki, wziąć kilka wdechów, wydechów, gimnastyka, boksowanie i dręczenie ręcznika... Gdy do łazienki podąża większa grupa zirytowanych słuchaczy pozostaje spacer, bo kalorie, ruch, krążenie, stawy... Szkoda zdrowia na jałowe dyskusje.To też prawda najprawdziwsza.


   W normalnych warunkach kontaktuję się i spotykam tylko z ludźmi, z którymi jest mi po drodze. Już o dawna stosuję tę prostą zasadę. Nie lubię się z kimś widywać, to się nie widuję. Średnio mnie obchodzą ewentualne opinie z tym związane. Ale w święta wzbijam się na wyżyny wyrozumiałości i tolerancji. Nie podgrzewam atmosfery uszczypliwymi uwagami, nie strzelam fochów, spiłowuję swoje pazurki i niczym niewzruszona cieszę się, że widzę ludzi, z którymi jednak coś mnie łączy. Nawet, jeśli są to tylko więzy krwi. Więcej taka okazja może się nie powtórzyć, dlatego warto głęboko schować nóż nieraz otwierający się mimowolnie, a drobne wrzucić do świnki skarbonki. No dajmy sobie szansę dostrzeżenia w każdym zwykłego człowieczeństwa wraz z jego śmiesznostkami, błędami, lapsusami. Idę o zakład, że każdy z nas czasami działa na innych jak odwrócony magnes.


   No. Taka to ci dygresja. Bo dziś w szkole zwanej życiem, do której uczęszczam od czasu do czasu robiąc zakupy na miejscowym rynku, usłyszałam, że nareszcie jest już po świętach... Że jakieś zmęczenie, przejedzenie, żmudne to wszystko ponad miarę, i jeszcze ten czy tamten krwi napsuł, klimat skwasił, no do dupy z takimi świętami.


   

  




W świecie nocnych igraszek 2015-12-19 11:36

   A nie mówiłam? Gdyby procedury związane z założeniem własnej firmy w Polandzie były prostsze jak w wielu zachodnich krajach, już zbiłabym niezłą fortunkę. Na przewidywaniu przyszłości rzecz jasna. I to nie byłoby obecnie zbyt trudne zadanie. Biorąc pod uwagę ciąg zdarzeń rozgrywających się pod osłoną nocy, staje się to jeszcze łatwiejsze. 


   Pomału zaczynam czuć się jak w folwarku zwierzęcym. Inny jest tylko gatunek wiodący prym. Zamiast orwellowskich świń, narodem rządzi całkiem spora, zgodna jakby wszyscy przeszli pranie mózgu niczym scjentolodzy, sprawnie działająca grupa puchaczy i innych prowadzących nocny tryb życia ptaków. Potrafią upolować ofiarę z dalekiej odległości, mają w oczach noktowizory, ostre szpony i dzioby. Najbardziej zaskakujący jest fakt, że dowodzi nimi przedstawiciel drobiu. Mając pole działania ograniczone zaledwie do dziennych nalotów, zaokrąglony dziób niezdolny nawet do wypowiedzenia na poczekaniu ciętej riposty, jednocześnie posiada niezwykły talent cechujący wielu niebezpiecznych przywódców. A mianowicie potrafi porwać tłumy, manipulować, mamić, sterować, by w czasie kiedy jego zwolennicy walczą zaciekle w obronie jego ideałów, móc siedzieć grzecznie w pierwszym rzędzie i przyglądać się temu spektaklowi z małymi rączuniami złożonymi prawie jak do pacierza.


   Należy szanować wolę narodu dającego mandat zaufania drużynie wiodącej. Jednakże warto przypomnieć, że owa drużyna biorąc udział w wyścigu, w płomiennych słowach obiecywała, że będzie wsłuchiwać się w głos ludu. Że to społeczeństwo powinno wypowiadać się w rozmaitych referendach na tematy istotne, decydujące o jego losie i życiu. Dlaczego zatem niedawne i obecne manifestacje określane są mianem pochodu ludzi gorszego sortu? Padają przy tym jeszcze mocniejsze słowa, od których włos jeży się na głowie i niejeden uczestnik walki o wolną i niepodległą ojczyznę przewraca się teraz w być może nieznanym grobie. Czy o takie zaprowadzenie porządku chodziło od początku? O, jakże ładnie się zrymowało. Proszę, można wykorzystać to zdanie na którymś z transparentów.


   Całe szczęście, że nigdy nie aspirowałam do wysokich stołków. Przynajmniej nie muszę obawiać się nocnych łowów. Proponuję wszystkim prezesom i innym zacnym szefom zakup leku, który działa również na tzw. zemstę faraona. Skuteczny, sprawdzony, polecam. Trzeba jakoś godnie wyglądać w garniaku i zachować fason, kiedy przylecą puchacze. Tylko jeden prezes może spać spokojnie z bieluchnymi rączuniami grzecznie ułożonymi na kołderce.




Nigdy nie mów nigdy 2015-12-17 10:57

   Kim jestem? Jestem człowiekiem. O raczej łagodnym usposobieniu, choć charakterek mam mniej łagodny. Szlifuję go codziennie, lecz śmiem wątpić w to, że kiedyś stanie się pięknym diamentem w złotej oprawie. Lecz usposobienie i charakter czy temperament to są zupełnie różne pojęcia, choć często stosowane zamiennie. Mój światopogląd jest... wyważony, ciągle ewoluuje, z biegiem lat staje się mniej kategoryczny i czarno - biały. Im więcej obserwuję, słucham, czytam, tym bardziej staram się zrozumieć, zaakceptować czyjąś odmienność oraz prawo do myślenia, życia, odczuwania świata zgodnie z jego wewnętrznymi przekonaniami. Przekonaniami w znaczeniu poglądów. Znając nieco terminologii psychologicznej chyba za bardzo skupiam się w tym miejscu na odpowiednim doborze słów ze względu na ich definicję. Dobrze, odłóżmy zatem na bok wszelkie -izmy i mówmy wprost, przejrzyście i zrozumiale.


   Żyjemy w kraju od dawna nietarganym wojnami. Pomijając te polityczne. Mamy dość ustabilizowaną sytuację gospodarczą, względnie dobre stosunki z zagranicą. Pomijając niejasny, jak zawsze, status relacji z Białym Niedźwiedziem z niestety całkiem bliskiego wschodu. System prawny zawiera nakazy i zakazy regulujące zasady współżycia społecznego. Nie zawsze jest skuteczny, za to jest pełen dziur oraz niejasności wykorzystywanych przez sprawnych prawników, których nikt nie prześcignie w lawirowaniu i manipulowaniu różnymi kruczkami. Jak widać - nie ma rzeczy oczywistych i przejrzystych jak świeżo umyte okna. Zawsze jest jakieś ale, precedensik, okoliczność łagodząca. Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia.


  Chciałabym się odnieść do poglądów mojej koleżanki po fachu w sprawie przykazania piątego zawartego w słynnym Dekalogu. Nie zabijaj. Nigdy. Nigdy nie zabijaj. Czy połączenie tego zdania i równoważnika zdania może stworzyć spójny, niepodlegający żadnym dyskusjom zakaz? Cóż znaczy NIGDY? Zwyczajnie nigdy, przenigdy, nawet, gdyby ktoś przyłożył ci nóż do gardła wkładając przy tym łapę w majtki i dysząc koło ucha cuchnącym oddechem, potem zgwałcił i na końcu zobaczyłabyś jak ostrze przez moment zastyga nad twoim ciałem, by potem móc zanurzyć się w brzuchu. Twoim brzuchu. A może jednak jego, gdyby instynkt samozachowawczy zwyciężył i w ostatnim odruchu udałoby ci się obrócić narzędzie zbrodni o 180 stopni.


   Nigdy, nawet, gdyby twój mąż w amoku szalał w domu zamieniając w drobny pył pięściami wszystko na swojej drodze do ciebie i twoich dzieci. Jeszcze tylko kilkanaście kroków i stanie się to, co zawsze. Ty przyjmiesz ciosy osłaniając maluchy. Wiadomo, mogłaś odejść już tyle razy od gnoja, zgłosić na policję, w opiece, gdziekolwiek. Ale dokąd odejść, gdy rodzina owszem, przyjdzie od czasu do czasu i zaserwuje gadkę umoralniającą, a potem zamyka się w swoich czterech ścianach. Ksiądz z ambony grzmi o nierozerwalności związku zawartego przed ołtarzem i konieczności niesienia swojego krzyża. Instytucje państwowe nakłaniają do opuszczenia twojego (!) mieszkania i schronienia się przez jakiś czas w domu samotnej matki, a potem musisz radzić sobie sama. Policja zabierze pijanego lub naćpanego delikwenta, który rano wróci z kwitkiem do zapłaty za nie najtańszy nocleg i z zamiarem pokazania ci suko jedna, kto tu rządzi. W końcu może nadejść dzień, gdy będąc kłębkiem nerwów, w trakcie kolejnej awantury, kiedy wiesz, że w szpitalu mogą cię tym razem nie odratować, w obronie własnej i dzieci możesz zapomnieć o mądrych słowach księdza, pani z opieki, funkcjonariuszy i członków rodziny. O piątym przykazaniu też.


   Nigdy nie usuniesz ciąży, nawet, gdy masz już dziecko, a następne w drodze. I nagle dowiadujesz się, że albo ty, albo ono. Godne podziwu i ogromnego poszanowania są decyzje kobiet, które mimo wszystko wybierają to drugie rozwiązanie. Nie należy jednak potępiać pierwszego wyboru. Zwłaszcza, że świadome osierocenie dzieci nie jest żadnym heroizmem. Nigdy, nawet wtedy, gdy płód jest bardzo chory? Zewsząd słyszysz głosy, że z pewnością pokochasz to dziecko, którym będziesz się opiekować do końca życia, a na łożu śmierci nie będziesz zastanawiać się nad rachunkiem sumienia, tylko nad tym, co stanie się z tą niesamodzielną istotą. Nie licz na pomoc instytucji państwowych, kościoła wspierającego tylko dobrym słowem bez pokrycia, pomoc finansową zapewniającą godne życie i leczenie, na męża czy partnera, który wyłączając nieliczne przypadki, da nogę niedługo po narodzinach dziecka.


   To są przykłady sytuacji ekstremalnych. Ale nie są one rzadkością we współczesnym świecie. Słowa: "nigdy", "w żadnym wypadku" są niebezpieczne. Znam wiele osób, które na własnej skórze przekonały się, że wypowiedzenie ich to jak wywołanie wilka z lasu. Szybko wówczas zrewidowały swoje dotychczasowe poglądy. Skończyło się udzielanie rad i pouczanie głupich ich zdaniem ludzi, którzy sami są sobie winni, skoro doprowadzili do eskalacji problemu. Ponadto dochodzi jeszcze kwestia wolności w naprawdę wolnym kraju. Każdy ma prawo żyć zgodnie ze swoim światopoglądem. Gwarantuje to konstytucja, wokół której ostatnio jest tyle szumu. Zakaz albo danie przyzwolenia na aborcję niczego nie zmienią. To kwestia sumienia i indywidualnej decyzji zależnej od wielu czynników. Zamiast bić pianę w sprawach będących idealną pożywką dla zachłannych mediów i politycznych narcyzów, należałoby się raczej skupić na stworzeniu odpowiednich przepisów gwarantujących bezpieczeństwo KAŻDEMU obywatelowi bez względu na płeć, gdyż niestety najczęściej ofiarami są kobiety i dzieci, zapewnieniu choćby częściowo bezpłatnej antykoncepcji oraz na rzetelnym uświadamianiu młodzieży, w jaki sposób, mimo różnych mitów wokół tego tematu, dochodzi do zapłodnienia.


   Jestem daleka od oceniania cudzych wyborów życiowych. Nie neguję niczyich poglądów. Po prostu mam to szczęście, że często staję się słuchaczem intymnych zwierzeń lub świadkiem wielu trudnych sytuacji niczym z tragedii antycznej. Dzięki temu oraz dzięki własnym doświadczeniom przekonałam się, że zgodnie ze słowami Szymborskiej "tyle o sobie wiemy, ile nas sprawdzono"...


  




O kobietach i mężczyznach z przymrużeniem oka 2015-12-14 22:51

    To zadziwiające, że mężczyźni i kobiety mimo rzekomego pochodzenia z dwóch różnych planet, ostatecznie osiedlili się na Ziemi i wspólnie pokonują trudy życia. Nie ma chyba na świecie dwóch bardziej różniących się istot. Stwórca, tudzież Matka Natura muszą mieć wybitne poczucie humoru. Ostatnio obejrzałam skecz kabaretu Smile pt. "Tłumacz przysięgły kobiecego języka". Zabawne, ale i prawdziwe. Jedno słowo, komunikat przedziera się zupełnie innymi zawiłymi, neuronowymi drogami przez mózgi pary złożonej z osób odmiennej płci. Niesamowite. Znamienna była jednak kapitulacja faceta, który odprawił tłumacza, gdyż jego umysł nie był gotowy na poznanie prawdziwych myśli partnerki. No tak...


   Jak to z nami jest? Kobietami i mężczyznami. Nie lubię generalizowania. Ale. Znakomita umiejętność prowadzenia samochodu, opanowanie, a wręcz olewające podejście do wielu spraw, zdrowy egoizm, sprawne i proste rozwiązywanie problemów bez dzielenia włosa na czworo, niechęć do gdakania bez umiaru, umiłowanie świętego spokoju, wpadanie w stan agonalny przy temperaturze ciała powyżej 36,6 stopni Celsjusza, obracanie w żart niektórych sztucznie rozdmuchanych spraw, zdolność polegająca na zwinnym wymigiwaniu się od pracy - to w dużej mierze męskie cechy. I czapki z głów, Panowie. Pełen szacun. Dzięki Wam w przyrodzie panuje równowaga. Dla zachowania tejże równowagi większość kobiet łatwo ulega emocjom, ma tak zwane trudne dni o każdej porze cyklu, wykonuje kilka czynności naraz (tak, tak, jest to możliwe), analizuje wte i wewte każde słowo, gest, ruch Wasz i innych ludzi oraz zapisuje to na swoim twardym dysku w celu wyciągnięcia tego czy owego w odpowiednim momencie. Ponadto przedstawicielki płci jakby nie było pięknej, dostają szału słysząc po raz kolejny słowa: "zaraz", "już" (występujące jako synonim "zaraz"), "Polskaaaa biało-czerwoni!", "w piątek idę z kumplami na piwo", co powoduje trwały uszczerbek na ich zdrowiu i jakże cenionej przez Was urodzie.


   Zdarzają się miksy cech u konkretnych ludzi, co zostało wymuszone przez zmiany cywilizacyjne. Dowodzi to temu, że proces ewolucji nie dotyczy tylko bakterii coraz to sprytniejszych od człowieka, u którego zdolności przystosowawcze nie są aż tak dobrze rozwinięte. A jednak. Gdy partnerka opuści na jakiś czas pielesze domowe pozwalając swemu partnerowi zakosztować nieco samodzielności, ten radzi sobie świetnie. Na początku wręcz odczuwa powiew świeżego powietrza w życiu swem marnem dotychczas. I pralkę nastawi, i pizzę zamówi, i nie brakuje mu towarzystwa, albowiem kumple nie pozwolą mu sczeznąć całkowicie z tęsknoty. Potem dziwnie pusto w chacie bez tej istoty znajdującej się w nieustannym ruchu, pełnej niezrozumiałych pomysłów na spędzenie czasu, takich jak sprzątanie, zakupy, romantyczne kolacyjki bez pikantnej kontynuacji.


   Podobnie rzecz przedstawia się w odwrotną stronę. Chłop wybywa, kobita zaciera ręce. Poradzi sobie, a jakże! Co to ona gwoździa nie przybije, tapety nie przyklei, nie pomaluje? Ona?! Phi! Nawet porządnie zaparkuje pod domem. Dziesięć korekt, ale efekt końcowy imponujący. Nareszcie nie będzie patrzeć jak ta niemota, to znaczy mąż czy niemąż,  snuje się  i pozostawiała po sobie bałagan, wygniata kanapę z pilotem w ręku albo trzaska w gry komputerowe, patrzy w sposób wątpliwie ponętny późnym wieczorem, gdy każdy normalny człowiek marzy o zwykłym pójściu spać. To co? Wypucuje się mieszkanie, zaprosi koleżanki, żeby pochwalić się nowym dizajnem, poplotkuje. Będzie wesoło. Dom lśni, jego niewątpliwe piękno aż bije po oczach przyjaciółek od serca, wyśmienite dania tak spowszedniałe facetowi pieszczą ich podniebienia. Cudownie. Och i ach. Tylko po dwóch dniach łyso zarazem. Z chłopem źle, ale bez niego jeszcze gorzej. Jakoś tak to szło. 


   To współistnienie można by udoskonalić poprzez stworzenie słownika męsko - kobiecego i kobieco - męskiego. Może warto powołać specjalny, w duchu parytetowej równości zespół  i podjąć się tego jakżeż doniosłego dla przyszłości całej ludzkości przedsięwzięcia. Nurtuje mnie jednak pewna myśl. Kto częściej korzystałby z dobrodziejstw tego wiekopomnego dzieła dla uzyskania sprawniejszej i bardziej zrozumiałej komunikacji - mężczyźni czy kobiety?


  


  




Pod obcym niebem 2015-12-13 18:07

   Wczoraj w ramach relaksu udałam się do kina na film pt. "Obce niebo". Warty obejrzenia i skłaniający do zrewidowania swoich poglądów na temat wychowania dzieci, rozwiązywania problemów w związku oraz funkcjonowania przedstawicieli różnych narodów w krajach o odmiennej mentalności i systemie prawnym. Streszczać nie zamierzam. Odsyłam do źródła w celu wyrobienia sobie własnego zdania. Przedstawię tylko krótki zarys - polska para, Marek i Basia z córką - Ulą, od dwóch lat mieszkająca w Szwecji, przechodzi kryzys. On nie potrafił zadowolić się monogamiczną więzią, ona nie może mu tego wybaczyć. Dziewięcioletnie dziecko gubi się we własnych spostrzeżeniach i emocjach, czuje się wyobcowane w gronie szkolnych rówieśników. Urzędniczka za pomocą szybkich i sprawnych działań odbiera je i przekazuje bez wiedzy rodziców do rodziny zastępczej. Potem droga przez mękę i happy end.


   Co przykuwa uwagę odbiorcy? Świat dorosłych ukazany z perspektywy dziecka. Półsłówka, dwuznaczne sytuacje, podniesiony głos mieszają się ze śmiechem i wygłupami oraz obrazem zmęczonych codziennością twarzy. Labilność nastrojów wprowadza niespójny obraz rodziny. Pozorna troska urzędniczki, manipulacja, stwarzanie sytuacji budzących zaufanie ostatecznie obracają się przeciwko dziewczynce. Kolejni przedstawiciele instytucji państwowych nieustannie powtarzają jak mantrę, że najważniejsze jest dobro dziecka. Dobro dziecka. I tu pojawia się  zagrożenie w postaci niedopatrzenia, powierzchownej znajomości tematu lub całkowitej ignorancji na rzecz własnych ambicji zawodowych, chęci udowodnienia swoich racji, a wszystko w zgodzie z odpowiednimi paragrafami.


   Pokrewny problem dotyczy wpajania dzieciom przekonania o ich nieograniczonych prawach. Owszem, należy je uświadamiać w tym zakresie, pamiętając przy tym o licznych obowiązkach, do których są one zobligowane. Istnieje jednak również spore ryzyko nadużyć ze strony dziecka, które niewłaściwie pokierowane przez dorosłych, może sprowokować fatalną w skutkach lawinę zdarzeń. I podobna sytuacja ma miejsce w filmie. W rozmowie z urzędniczką rozgoryczona Ula kłamie, że matka ją bije. Na dowód pokazuje siniaki na plecach, które tak naprawdę pojawiły się po upadku z wanny.


   Gdyby przenieść na grunt polski restrykcyjne działania szwedzkich urzędów, połowa dzieci zostałaby zabrana prosto ze szkół tak jak Ula. Agresywne zachowanie, wulgaryzmy, chamstwo, głód, brudne ubrania i ciało, wiecznie nieprzygotowanie do lekcji, niestawianie się opiekunów prawnych na spotkania, brak reakcji na zgłaszane problemy wychowawcze i dydaktyczne - to wszystko z pewnością przykułoby uwagę i spotkałoby się z natychmiastową reakcją. I z przykrością trzeba stwierdzić, że byłaby ona słuszna. Rodzin zastępczych zabrakłoby na polskiej ziemi. Dlatego też Basia i Marek nie dowierzają, gdy z powodu ich trudnych relacji zostaje im odebrane dziecko. Ich dziecko. Spłodzone, urodzone, odchowane, kochane. Pochopność decyzji w tym przypadku była akurat  zbyt pospieszna i krzywdząca. Należy jednak pamiętać, że to, na co w Polsce jest przyzwolenie na przykład palenie papierosów przy dzieciach, szarpanie i dawanie klapsów, krzyczenie, jest niedozwolone i źle widziane w wielu innych europejskich krajach. Impulsywność - spokój i niekiedy chłód, miotanie się - racjonalizm, przeciąganie struny do maksimum - krótka piłka. To tylko kilka opozycji ukazujących różnice.


   Kolejna sprawa dotyczy poczucia alienacji w innej kulturze. Oczywiście istnieje kategoria ludzi będących obywatelami świata, lecz nie można wrzucić wszystkich do jednego worka. Fundowanie radykalnych zmian sobie i pozostałym członkom rodziny nie zawsze kończy się dobrze. Przekonanie, że inne kraje są piękniejsze, bogatsze, lepsze, bywa naprawdę złudne i daje chwilowo poczucie szczęścia oraz spełnienia. W wielu przypadkach i tak będzie ciągnąć wilka do lasu, a zapuszczenie krótkich korzeni w płytkiej glebie może doprowadzić do upadku przy pierwszej poważnej wichurze.


   Obce niebo. Niby niebo jest jedno. Ale układ gwiazd zmienia się w zależności od miejsca. Można wprawdzie wierzyć, że nasza gwiazdka pomyślności nigdy nie zagaśnie jak w znanej przyśpiewce. Na tle obcego nieba jej migotanie będzie jednak przypominać o zupełnie innym skrawku ziemi.


  


  




Nieobłędne święta 2015-12-12 22:12

   Wywołana do odpowiedzi natentychmiast biorę się do roboty. Święta Bożego Narodzenia... Kontrowersyjny temat, ale takie są najlepsze. Czym jest ten wyjątkowy czas, kiedy tylu ludzi wpada w amok sprzątania, robienia zakupów w ilościach przekraczających granice zdrowego rozsądku, gonitwy za prezentami i snucia głębokich rozważań na temat potraw mających sprawić, by stół uginał się pod ich ciężarem? Tak pojmowane przedświąteczne przygotowania uważam za abstrakcję i pozbawione sensu zabiegi mające wprowadzić pozorny ład w częstokroć pogmatwane życie członków rodziny. Od kiedy uciekłam od stereotypowo pojmowanej roli kobiety w tym wyścigu na najczystszy i najpiękniej urządzony dom oraz najwytrawniej podane składniki tradycyjnego menu, potrafię cieszyć się świętami. Bo to od nas samych zależy, jakie nadamy im znaczenie.


   Na co dzień dbam o porządek, więc nie czuję potrzeby tworzenia sztucznego harmonogramu niezbędnych czynności do wykonania jakby zaraz miała wpaść do mnie Perfekcyjna Margaret ze swą białą rękawiczką. Gotować bardzo lubię, jednak wizja ulepienia zatrważającej liczby pierogów czy upieczenia setki pierników zniechęciłaby mnie skutecznie do dalszych poczynań kulinarnych. Dlatego pierogi, paszteciki, uszka i krokieciki od kilku lat zamawiam u znajomego kucharza, a tort na moje urodziny w cukierni. Poza tym Wigilię spędzam z rodziną i każdy ma jakiś przydział. Do mnie należą wyżej wymienione dania prosto od kucharza ;)


   Czym są dla mnie święta? Połączeniem religii i odwiecznych tradycji głęboko zakorzenionych w polskiej kulturze. Kwestie wiary odłożę uprzejmie na bok, gdyż mam z tym mały problem. Co się tyczy tradycji, wysoko ją cenię jako spuściznę po naszych przodkach. Zachowując umiar i nie popadając w obłęd, dbam o odpowiedni nastrój, który sprawia, że czas spowalnia, woń choinki relaksuje, bliscy są sobie naprawdę bliscy, a po sercach rozlewa się przyjemne uczucie radości i miłości. Dzielenie się opłatkiem zawsze mnie wzrusza i staram się, by moje życzenia były niesztampowe, szczere i prawdziwe. Obdarowywanie prezentami zwłaszcza przez Świętego Mikołaja, na którego z namaszczeniem patrzą  wierzące w jego istnienie dzieci, jest najzabawniejszym momentem wieczoru. Uwielbiam dawać i otrzymywać prezenty. Nie ma przy tym znaczenia ich wartość materialna. Czasami niewielki drobiazg potrafi sprawić, że łezka zakręci się w oku. Mała duperelka od ukochanej osoby może potem stać się relikwią. Nigdy nie wiąże się to z jakimś przymusem, przyjmowaniem postawy "zastaw się a postaw się", lataniem jak opętany po galeriach i nabywaniem czegokolwiek na odczepnego. Kupuję z rozwagą, z dużym wyprzedzeniem, by uniknąć gorączki nieprzemyślanych ruchów. Nadmienię, że potrafię sprawić przyjemność komuś również bez okazji. Ot, tak sobie, żeby ulżyć mu w codziennych zmaganiach.


   Uciekam od skomercjalizowania i płycizny. Konsternację budzi we mnie widok błyskotek uderzających po oczach zaledwie dzień po Wszystkich Świętych. I dziwuję się ludziom poddającym się manipulacji speców od marketingu czyhających przez cały rok na jeleni gotowych uwierzyć w niebotyczną obniżkę cen. Ludzie, bycie razem, ta bliskość niepowtarzalna, dla której rodzina rozsiana po różnych krajach jest gotowa zebrać się w tym samym miejscu i o tej samej porze - to jest prawdziwa wartość. I chyba jednak musi coś w tym być, że tak dzieje się od wieków. Jezus rzeczywiście musiał się narodzić i być emanacją miłości, skoro nawet w 1914 roku pod Ypres wrogowie wojenni potrafili w Wigilię zawiesić działania zbrojne i zasiąść wspólnie do świętowania. Przecież nie stałoby się to z powodu pojawienia się na świecie jakiegoś zwykłego dzieciaka.




Głos w obronie dobrych obyczajów 2015-12-11 17:26

   Dziś w ambitnym programie TiVi była mowa o brawurowej akcji lokatorów jednego z osiedli, którzy zastawili pułapkę na złodzieja słoików z zaprawami chomikowanymi przez tychże amatorów własnoręcznie sporządzonych zapasów. Ów młody człowiek, posilający się cudzymi konfiturami i ogórkami, został wypędzony przez matkę z powodu permanentnego nicnierobienia, za co matka zresztą zasługuje moim skromnym zdaniem na pochwałę. Oby więcej było takich dziarskich rodzicielek nie tolerujących leni śmierdzących, do których żadne argumenty nie przemawiają i wobec których w takiej sytuacji nie obawiają się one zastosować bardziej radykalnych kroków. Następnie we wspomnianym programie prowadzący w trakcie spaceru po ulicach zadawał pytania przechodniom, czy zapewnili bezpieczeństwo swoim słoikom i ukryli je uniemożliwiając ewentualne przywłaszczenie przez osoby trzecie. I tu spore zaskoczenie wzbudziła we mnie pewna kobieta w słusznym wieku, która z uśmiechem od ucha do ucha stwierdziła, że ma spore rezerwy zaprawionych grzybków, ogóreczków proszę ja ciebie, aby w razie jakiegoś spotkanka było czym zagryzać i zabijać paskudny wódeczny posmak.


   Zaiste nigdy nie zrozumiem fenomenu polandowskich spotkań towarzyskich i rodzinnych. Żeby jeszcze takowe okazje nie zdarzały się zbyt często. Ale nie - każda jest dobrym pretekstem do wychylenia niejednego browarka lub kielicha, bo jednym nie ma sensu sobie podrażniać kubków smakowych. Nie jest tajemnicą, że reprezentanci naszego narodu słyną z mocnej głowy do picia. Szkoda, że często nie mogą pochwalić się przy tym kulturą i umiarem spożywania napojów alkoholowych. Jakież zabawne są miny obcokrajowców wybałuszających gały na Polandowca pochłaniającego szybkim haustem jedną po drugiej setkę wódki. To dopiero jest prawdziwy chłop na schwał! A nie tam nędzny żabojad albo makaroniarz co to gębę wykrzywia i po trzech głębszych odpada niczym chuchro jakieś. Siorbie to te marne sikacze, kwaśne i ohydne. Połlisz wodka to napój facetów z krwi i kości trenowanych od pokoleń, z dziada - pradziada znających się na różnego rodzaju wysublimowanych smakach. Godnymi przeciwnikami mogą być jedynie wschodni sąsiedzi. Ci są poza wszelką konkurencją, co też często wznieca ducha rywalizacji i jest powodem do honorowego pojedynkowania się.


   Owszem, nieraz degustacje kończą się na jednej, malutkiej butelczynie. Wówczas wygłaszane są peany na temat siły woli i zachowania zdrowego rozsądku pijących. Ale prawie żadne spotkanie nie może obyć się bez choćby likierku, lampeczki winka, tudzież piwka dla zdrowotności, na poprawę hemoglobinki, na lepszą pracę nerek. Cóż to za zwyczaje - jakieś herbatki czy kawki. Dobre to one są, lecz dla starych ciotek czy Angoli. Prawdziwy, gościnny gospodarz zawsze ma coś w zanadrzu, gdyby gościowi w gardle zaschło.


   I tu wracamy do słoików z marynatami. Przezorna pani domu ma w piwniczce lub spiżarni cały arsenał pysznych zagryzek. Nie ma to jak Polish mushrooms or cucumbers. Gdy nadchodzi okazja, a ta nadchodzi nader często, to bach i jest czym zapełnić pustą przestrzeń stołu. Dlatego dla zachowania dobrych obyczajów należy bezwzględnie zadbać o zabezpieczenie wszelakich dóbr spożywczych przed złodziejem bezczelnym co jak cham je sam.




Mikro- czy makrokosmos? 2015-12-08 18:27

   Mikro- czy makrokosmos? Co ma większe znaczenie? Losy świata czy jednostki przechylają szalę na swoją stronę? Jakże trudno odnaleźć swoje miejsce na tej kulce latającej pod powieką Boga. Takie niekonwencjonalne określenie odnalazłam w książce  Krystyny Kofty pt. "Złodziejka pamięci". Kulka pod powieką Boga. Latająca. Jak płatek śniegu obracający się wokół własnej osi i poniewierany przez wiatr. Jak to możliwe, że ludzkość mieści się na takim lichym okruchu Wszechświata.


   Każdy indywidualnie siedzi zamknięty we własnym pudełku z betonu, drewna lub innego budulca. Pichci obiady, pije poranną kawę, wygniata łóżko i spogląda przez szyby okien na inne pudełka, skrawki przyrody, przemieszczające się drogami lub ulicami podobne sobie byty materialne póki co. W innych, niekiedy odległych rejonach ktoś właśnie walczy o życie, ktoś się rodzi, umiera, płynie na nędznej łupinie przez kałuże rozlane pomiędzy kontynentami. Żyjemy razem i osobno. Tu i tam jednocześnie. Do chwili, w której cały mechanizm wprowadzony w ruch w łonie matki przestanie działać. Zatrzyma się pompka tłocząca krew, ta zaś przestanie dotleniać szare zwoje w głowie, pstryk i koniec. Nie jesteśmy perpetuum mobile.


  Wspomniana kulka to swoisty cmentarz. Połacie ziemi przykrywające miliony lat historii. Dokopujemy się do podziemnych tajemnic i ze zdumieniem stwierdzamy na nowo, że mimo współczesnego postępu cywilizacyjnego, nasi przodkowie nie ustępowali nam w niczym. Nasza przewaga jest złudna. Może i szybciej przemieszczamy się, przesyłamy informacje, pierzemy, nawet bigos ugotujemy w dziesięć minut w magicznych garach. Wszystko szybciej, więcej, mocniej, łatwiej. Świat nieustannie idzie do przodu. Tymczasem postęp nieubłaganie pochłania nas jak czarna dziura. W środku całej zawieruchy jednostka. Trybik mający za zadanie dołożyć swoją cegiełkę do rozwoju, poświęcić siebie, złożyć na ołtarzu ojczyzny czy innych abstrakcyjnych wartości. Chociaż czasem nie jest w stanie, nie dorasta innym do pięt, a dążenia ogółu kłócą się z jego osobistymi.


   Nurtujący jest problem miejsca człowieka w konkretnym społeczeństwie, czasie i miejscu. Determinizm? Czy nasze wybory rzeczywiście są subiektywnie uwarunkowane? Ludzie często posługują się uogólniającymi frazesami. Gorset w postaci powinności i obowiązków, zakazów i powszechnie obowiązujących norm nie zawsze jednak idealnie leży jak ubranie czy buty szyte na miarę. Dylematy moralne i namacalne problemy nie dotyczą osób, które nigdy nie musiały się z nimi zmagać, a jednocześnie najczęściej właśnie one wprowadzają regulacje mające za zadanie zaprowadzenie określonego ładu i porządku. Zarządzanie sferą duchową i cielesną to działka krawaciarzy sterujących losami tysięcy, a nawet milionów pojedynczych jednostek zza biurka umieszczonego w wygodnym i przytulnym gabinecie. Jak na szachownicy. Stojący najwyżej przesuwają figury chwytając je czubkami palców.


   Gdzie w tym wszystkim JA... Mój mikrokosmos zamyka się TU i TERAZ, w moim pudełku. Kulka niech sobie fruwa dokąd chce pod powieką, o której tak mało wiem.  Rozmaite strategie szachowe i tak toczą się poza mną, nie mam na nie większego wpływu, więc pozostaje tylko przyjęcie pozycji obserwatora zdarzeń. Patrzę w okna świecące w ciemności i zastanawiam się, czy komuś też krążą po głowie podobne myśli.


  




Kocham cię i inne wyznania 2015-12-02 11:11

  Wcale nie tak dawno temu i nie za górami ani nie za lasami żyła sobie pewna dziewczyna. Właściwie kobieta. Śmiało można stwierdzić, że nawet, mimo z jej punktu widzenia jeszcze młodego wieku, była dość dojrzałą kobietą, którą wyrzeźbiła twarda szkoła życia. Nie była zbyt wylewna, aczkolwiek gdzieś w zakamarkach serca i duszy skrzętnie skrywała swą wrażliwą i delikatną naturę. Po cóż zdradzać się z emocjami, tymi dobrymi i tymi, które zatruwały myśli. Zdecydowanie bezpieczniej owinąć się kokonem i nie otwierać szeroko drzwi przed innymi ludźmi. Tak myślała. Tak ją nauczyło życie.


   Kobieta, nazwijmy ją Zofią dla ułatwienia w poruszaniu się po meandrach niniejszej fabuły, szczerze kochała kilka osób ze swojego otoczenia. Między innymi Babcię. Mamę mieszkającą niestety daleko, pod najwyższymi górami w krainie. Męża, chociaż to był kiedyś zupełnie obcy facet. I Przyjaciółkę, z którą łączyła ją wręcz siostrzana więź. Najbardziej ze wszystkich zaś, całkowicie bezgranicznie, kochała swojego Synka. Miała też kiedyś Ojca, lecz umarł był wiele lat temu i jej uczucia względem niego cechowała ambiwalencja. Pewnego dnia Babcia poważnie się rozchorowała i choć w szpitalu lekarze jej nie chcieli, Zofia stanęła na wysokości zadania i strzelając piorunami ze swych błękitnych oczu, wywalczyła dla staruszki szpitalne łóżko i godne traktowanie. Babcia po operacji ratującej życie stała się nieporadna i bezbronna jak małe dziecko. Zofia mogła przypomnieć sobie zasady pielęgnacji swojego Synka. Karmienie, podcieranie pupy, czuwanie. Zanikło skrępowanie nakazujące dystans między nią a starszą osobą, wobec której dotychczas zdobywała się na całusa w policzek i niezręczny chwilami uścisk.


   Pod koniec jednej z wizyt, kiedy żegnała się z ułożoną grzecznie pod kocykiem Babcią odpływającą w błogostan snu, szepnęła jej do ucha dwa słowa. Nigdy wcześniej nie mogły przejść przez ściśnięte gardło. To zawsze wiązało się z uczuciem skrępowania. Mówienie o sprawach wydawałoby się jasnych jak słońce było uznawane za zbędne. Niby nad domowym ogniskiem unosiły się jak pyłki kurzu, które nie chcą osiąść. Jednak czuć, a usłyszeć to dwie różne sprawy. I vice versa. Najpełniej jest, gdy idą w parze. Kocham cię.


   Niekiedy można z tym wyznaniem nie zdążyć. Tak się stało w przypadku Ojca Zofii. Magia słów takich właśnie oczywistych, a jednocześnie nieoczywistych, nigdy nie wybrzmiała w ustach żadnej ze stron. Teraz Zofia od czasu do czasu wysyła je w przestrzeń nie mając pewności, że on je kiedykolwiek usłyszy. Róża tej miłości jest już pozbawiona dawnych kolców. Czas leczy rany, zdobywana krok po kroku akceptacja swojego losu przynosi spokój wewnętrzny, geneza historii rodzinnych pozwala zrozumieć, dlaczego nic nie mogło potoczyć się inaczej. Pozostaje żal, że nie istnieje wehikuł przenoszący w przeszłość.


   Babcia, jak wszystkie kobiety w tej rodzinie, narodziła się na nowo. Zofia również. Wie, że nadejdą takie dni, w których ujrzy ukochanych po raz ostatni. Nie wie rzecz jasna, kiedy to nastąpi. Bo może za kilka lat, miesięcy, dni albo i dziś, zaraz. Pozbyła się kokonu, drzwi ma zawsze otwarte i mimo tego,że nie jest wulkanem emocji, pamięta o dwóch magicznych słowach, które od czasu do czasu wypowiada głośno nie każąc komuś się ich domyślać.



e-szablony
  e-blogi.pl  [Załóż blog!] rssSubskrybuj blogi
[Zamknij reklamy]