Frausuchen - blogerka


Plagi współczesne groźne bardzo 2016-01-28 18:50

  Jest kilka tekstów, które działają na mnie wyjątkowo alergizująco. Gdy na przykład słyszę, że "tego się nie da zrobić" albo "z tym nic nie można zrobić", ciśnienie mi podskakuje do niebezpiecznego poziomu. Najczęściej tego typu tekst pada z ust człowieka płci męskiej. I moje drogie kobiety, wiadomo co to oznacza. Wiadomo, że na 99,9% to się da zrobić, tylko facet nie ma ochoty zająć się daną rzeczą. Macie wówczas trzy wyjścia: albo zrobić to same, albo wezwać fachowca, albo tak truć dupę, że Wasz ukochany (wrrrr...) zrobi to, o co prosicie, ale na zasadzie "odwal się durna babo jedna ty..." Robiąc coś same, wydajecie na siebie wyrok. Pokazując, że dużo potraficie, w przyszłości już raczej nie liczcie na pomoc. Wzywając fachowca musicie się liczyć z kosztami. Ale z kolei patrzenie na mierny efekt byle jak wykonanej pracy przez ukochanego (wrrr...) może spowodować każdorazowe piknięcie serca i wywoływać ciężkie westchnienie na widok tegoż. Nie wiadomo, które rozwiązanie lepsze.


   Inne zdanie, które doprowadza mnie do palpitów, brzmi: "nie zrobię tego, bo nie umiem". Nie umiem, nie umiem. Aż brzydkie słowa cisną się na usta i tylko wrodzona przyzwoitość nie pozwala ich użyć. To się naucz! Do jasnej chol... Yhm. No. Jeśli nie spróbujesz, to nigdy się nie dowiesz, czy coś potrafisz czy nie. Poza tym, już w starożytności Sokrates mówiąc: "wiem, że nic nie wiem", nie miał na myśli tego, że skoro nic nie wiem, to nie muszę się dowiedzieć. Wręcz przeciwnie. Niewiedza, uświadomienie sobie jej powinno prowokować do poznania, podjęcia próby, żeby się nauczyć, pojąć coś. Do szału doprowadzają mnie sytuacje, kiedy szef nieustannie obarcza te same osoby dodatkowymi zadaniami, tłumacząc innych brakiem kompetencji. Człowieku - szefie, daj im szansę się wykazać! Skąd przekonanie, że są niekompetentni. A czy ci kompetentni od razu tacy się urodzili? Nie, też kiedyś zaczynali od zera. I teraz posiadają wiele umiejętności, co nie oznacza, że należy im dokładać do tego wózka, który ciągną jak konie pociągowe. Rodzi się tu pewne niebezpieczeństwo - co się stanie, jeśli te wykończone chabety padną z przemęczenia? Któż je zastąpi? Niekompetentni, którym wcześniej nikt nie dał możliwości nabycia pożądanych kompetencji.


   I jeszcze jeden przykład. Prosisz kogoś grzecznie, żeby posprzątał dajmy na to po sobie lub kimś bliskim albo po swoim zwierzęciu, które właśnie na Twoich oczach strzeliło na trawnik kloca stulecia. "To nie moje", "nie nasze", "to nie mój piesek". Zdarza się też zwykły foch, mina obrażonej księżniczki lub księcia co to sobie wyprasza takie chamskie zwracanie uwagi. Papierów rzuconych przez szlachetnie urodzone dziecię ona lub on podnosić nie zamierza, gówna po pieseczku to tym bardziej nie dotknie nawet przez woreczek. Oni są stworzeni do wyższych celów. Inni też nie sprzątają, więc dlaczego oni mają to robić. Niech ogarnia cały ten bajzel pan, który ma za to płacone i który z pewnością ma wyrobione zdanie o ludziach zamieszkujących daną okolicę.


   Nie wspomnę o "nie chce mi się", "zaraz", "już (w sensie "zaraz"), "a dlaczego ja". Rozumiem, czasami każdy ma ochotę leniwym być, rozlazłym być, przymulonym być, mieć wszystko wiadomo gdzie, ale żeby tak cały czas? A może to jakaś choroba jest. Opierdalantus pospolitus, imposibilitus facerus (facerus nie oznacza faceta, "facere" to "robić" po łacinie ;) , niepotrafius gamonius, nontersus sursum. Proponuję wpisać te nazwy do wykazu przewlekłych jednostek chorobowych szczególnie niebezpiecznych i bardziej zaraźliwych niż grasujący w Brazylii wirus zika.




Twardy orzech do zgryzienia 2016-01-27 20:28

  Dzisiaj w najlepszej, najprawdziwszej, szczerej jak samo złoto TiVi podano do wiadomości publicznej, iż koniecznym jest dokonanie zmiany nazw niektórych ulic. Z mapy miast winny zniknąć wszelkie nazwiska haniebne, które krwawo i zdradziecko zapisały się na kartach historii. W sumie trudno podważyć słuszność tegoż pomysłu. Wobec zaistniałej sytuacji wraz ze zgromadzonym w domu mem towarzystwem postanowiliśmy poddać pod rozwagę choć kilka nazw uniwersalnych, takich niekojarzących się specjalnie ani negatywnie, ani nazbyt pozytywnie, ani lewacko, ani ze skrętem w prawo. Zwyczajnie, neutralnie, nieemocjonalnie.


   No i pojawił się prawdziwy problem. Bo najpierw próbowaliśmy uderzyć w nutę bajkową. W postaci znane starszym i młodszym odbiorcom. Na przykład ulica Misia Uszatka. Nie. Dlaczego nie? - padło pytanie. Bo gdzieś tam napisali, że to był podejrzany typ. Prosiak, Zajączek mieli rodziny jakieś, mamy czekające z pysznym obiadkiem itp. A ten cały Uszatek sam mieszkał, nikt z rodziny go nie witał w drzwiach jego śliczniusiego domku, jakiś dziwny i do tego z klapniętym uszkiem. Czy to nie podejrzane to uszko? Odmieniec i tyle. Odpada. To może Żwirek i Muchomorek? A broń cię Panie Boże!!! Toż to kryptogeje jak nic, nie spodoba się obecnej władzy ich kandydatura. A Smerfy? No weźcie przestańcie, w życiu Warszawy! Cóż to za patologiczna społeczność, sami faceci z obnażonymi klatami, latają tylko w galotach i do tego białych galotach. A te czapki przypominające klapnięte puloki, a ta Smerfetka - jedyna kobieta, co ona tam robiła, no co? Nie, Smerfy absolutnie nie wchodzą w grę. To jak męska seksmisja. I nie oszukujmy się, tylu facetów w jednej wiosce bez kobiet... Hm... A co powiecie na Pszczółkę Maję? Nadzieja rosła jak ciasto drożdżowe, ale szybko klapnęła niczym zakalec. Pszczółka Maja i Gucio... Ludzie, toż to para o co najmniej zastanawiającym statusie. Niby sobie latają tu i tam, a kto wie, czym zajmują się w wolnym czasie, jak już sobie nazbierają tego nektaru i ochleją się go ponad miarę. Poza tym skakanie  z kwiatka na kwiatek niesie niekoniecznie dobre konotacje.


   Pomysły bajkowe zdechły. Wzięliśmy się za kolory. Barwy zawsze jakoś łatwiej dopasować, są ciepłe lub zimne, można je też zmieszać dowolnie uzyskując ciekawe odcienie. Start. Czerwony - nie, bo jednoznacznie kojarzy się z komuną, ogniem, walką. Czarny - nie, bo w czasie wojny funkcjonowały czarne sotnie, to kolor żałoby, mroczny. Niebieski - nie, albowiem zarezerwowany dla Pana w niebiesiech, a poza tym to symbol władzy, a lepiej nie kusić losu i nie nazywać jakiejś ulicy Niebieską, bo a nuż zrodzi się w budynku stojącym przy niej nowy wojownik o imieniu czterdzieści i cztery, który wytrąci berło jaśnie panującym. A żółty? Nie, to zdrada, fałsz. Fiolet - też nie, to luksus, przepych oraz próżność. Ludzie mają myśleć o skromności, a nie sięgać tam, gdzie wzrok nie sięga, nie dla psa kiełbasa. To może szary? Nuda, bezpłciowość. No właśnie - bezpłciowość! To śmierdzi dżenderem z daleka. Dajmy sobie spokój.


   Cóż, jak się okazało, nie jest łatwo zadowolić wszystkich, znaleźć rozwiązanie wykluczające ciągłe zmiany ze względu na różne zawirowania i systemy polityczne. Wykorzystanie nazwisk bohaterów odradzamy, gdyż po pierwsze dziś ktoś jest herosem, jutro może być okrzyknięty zdrajcą plugawym. Nie ma obiektywnej historii. Po drugie, nawet jeśli ktoś rzeczywiście był ponadczasowym wzorem do naśladowania, lepiej nie bezcześcić jego nazwiska dla jakiejś ulicy. Jedyne, co nam jeszcze przyszło do głowy, to nazwy drzew. Klonowa, Kasztanowa, Jesionowa, Wierzbowa, Dębowa... Może to jest jakaś myśl. Na inną nas nie stać. Ale czegóż spodziewać się po ludziach gorszego sortu.




W stadzie czy obok stada? 2016-01-19 18:25

  Jak to jest żyć w poczuciu wyższości i przekonaniu o własnej wyjątkowości? Patrzeć na innych  góry i podejmować próby pełnienia funkcji mentora, przewodnika duchowego, choć bywa to czasami nawet zabawne. Myśleć, że jest się diamentem rzuconym w otchłań niezrozumienia i ludzkiej niepamięci, skazanym na ostracyzm ze strony ograniczonych, niczego niepojmujących ludzi, zwykłych zjadaczy chleba, podczas gdy ja - mistrz stoję na piedestale, który sam sobie stworzyłem. No jak to jest mieć zawyżoną samoocenę i cierpieć z tego powodu? Albo przeciwnie - mieć wszystko w dupie i wpatrywać się tylko we własne odbicie  lustrze.


   Na początku robi dobre wrażenie. Świetny specjalista w swojej dziedzinie. Błyszczy, lśni wśród przeciętniaków, kładzie ich na łopatki prezentując swoje pomysły, projekty, dzieła i inne wytwory myśli. Brawa słychać zewsząd. Ochy i achy. I nawet nie przeszkadza, że ta nowa gwiazda jest nieco bucowata i zarozumiała. Każdy ma przecież jakieś wady. Poza tym nieraz trzeba pokazać, że ma się jaja, nie jest się żadną ciepłą kluchą. Z każdym dniem jednak nieprzystosowanie społeczne przysłania rzekome talenty ukryte, coraz częściej obnażane są niekompetencja i gubienie się w prostych czynnościach. Dobrze zapowiadający się samorodek okazuje się być pozerem, tworzenie wokół siebie aury wyjątkowości to zasłona dymna dla karłowatej natury. Rady udzielane innym brzmią komicznie, chamskie zachowanie to brzytwa, której się chwyta w celu utrzymania się na powierzchni. Kamuflaż opada jak maska po spektaklu teatralnym. Król jest nagi...


   Ile takich aspołecznych jednostek chadza po ziemi? Własną indywidualność wątpliwej jakości stawiających ponad naturalnością i zaangażowaniem w istotne sprawy, które być może nie zapewnią sławy i chwały, lecz owoc owych działań pozostanie w sercu jednej lub niewielu osób. Otóż, żeby być kimś, nie trzeba mieć szerokiej publiki, sali wypchanej słuchaczami spijającymi każde słowo z ust, audytorium złożonego z VIP - ów poklepujących po plecach jak swojego. Zamiast za Przybyszewskim wykrzykiwać - ludowi chleba trzeba, a nie sztuki - można iść z tym ludem ramię w ramię. Nie dzielić na kategorie, nie selekcjonować i nie wskazywać godnych wyniosłego spojrzenia spod wpółprzymkniętych powiek. Być sobą, prawdziwym człowiekiem wraz ze słabościami i wewnętrzną siłą, nie wywyższać się, nie ośmieszać i nie wytykać palcami odmieńców.


   Tak naprawdę ludzie są zwierzętami stadnymi. Można żyć jakby z boku, skazać się na samotniczą egzystencję i kreować swój wizerunek, pielęgnować w sobie uczucie nietuzinkowości. Można. A jakże. Ale...




 




Paprochy w kosmosie 2016-01-13 22:04

  Zawsze, gdy wyjeżdżam w podróż, nieważne czy małą, czy dużą, lubię patrzeć przez okno środka lokomocji, którym akurat się poruszam. Żadnego tam ględzenia o pogodzie, o proszę ja ciebie beznadziejnej sytuacji politycznej, o aktualnych problemach świata ani o sobie. Nie cierpię, gdy ktoś mnie zagaduje i wygłasza jakieś farmazony bez znaczenia. Ja lubię patrzeć i słuchać tylko swoich myśli. Spoglądam wówczas na mijane okolice, na obraz zmieniający się jak w kalejdoskopie, na domy kryjące ludzkie tajemnice, domy małe i duże, ładne i szkaradne, gustowne i z milionem przebudówek, dobudówek albo syfem na podwórku bezwstydnie ukazującym nieprzywiązywanie wagi do porządku jako takiego. Jacy ludzie w nich mieszkają? Jak im się wiedzie? W którym pomieszczeniu akurat przebywają, co robią, nad czym się zastanawiają, śmieją się czy płaczą, a może tkwią w zawieszeniu?


   Interesują mnie uniwersalne problemy ludzkiej egzystencji. Często zastanawiam się nad tym, kim właściwie jestem dla siebie i innych. I co tak naprawdę jest ludziom potrzebne do satysfakcjonującego bytowania na tym łez padole, między rodzeniem się a śmiercią, w tym ułamku sekundy w dziejach Wszechświata. Niby tyle mądrych głów wygłasza sensowne w gruncie rzeczy poglądy o bezsensie gromadzenia dóbr materialnych, o głupocie pędu owczego za rozmaicie rozumianym dobrobytem, a jednak pragmatyczne podejście w wielu wypadkach zwycięża. Mania zbieractwa, chomikowania, zamieniania dobrego na lepsze, dostojniejsze, zasobniejsze zabiera tyle czasu. I nigdy dość. I nigdy za wiele. Ciągłe czekanie na coś nieokreślonego lub określonego, po zdobyciu czego nareszcie ma nadejść pełnia satysfakcji, która jednak jak się okazuje, wcale nie nadchodzi. Apetyt rośnie w miarę jedzenia. Skąd to się bierze?


   Po chwilach kryzysowych, tragicznych pełnią tragizmu rodem z dramatów starożytnych, tak niewiele trzeba do osiągnięcia harmonii wewnętrznej. Na przykład po ostatniej wojnie, która zamieniła w perzynę ten kraj, zdziesiątkowani ludzie, poranieni nie tylko fizycznie, cieszyli się, że mają nędzny dach nad głową, jakieś posłanie i menażkę z aluminiowymi sztućcami. Ale przede wszystkim spokój, poczucie względnego bezpieczeństwa, okruchy radości przeplatane z bolesnymi wspomnieniami. Teraz sztućce muszą być gerlachowe, domy szklane, łóżko z baldachimem, a gary ze stali niezniszczalnej. Natrętnie nachodzi mnie myśl, co zrobiłyby takie ludzkie chomiki, gdyby nagle trzeba było się ewakuować. Co zapakowałyby  w pierwszym rzędzie, co wzięłyby pod pachę, gdyby czasu na takowąż ewakuację było niewiele, dajmy na to pół godziny albo i nie. Jako dziecko zawsze obmyślałam plany awaryjne na wypadek pożaru, trąby powietrznej, wojny itepe. W mojej dziecięcej wyobraźni widziałam taki oto obrazek: pali się i wali, a ja biorę psa i w nogi. Reszta rodziny za mną. Taka mała bohaterka była ze mnie ;) Dość nonszalancko podchodziłam wtedy do klamotów zgromadzonych w domu.


  Albo weźmy poważną chorobę. Taką śmiertelną, z której mało kto wychodzi obronną ręką. Leży się wtedy na łóżku, może i nawet pod baldachimem. Leży się i leży, a cenne sekundy przeciekają przez palce. Najgorzej, gdy już wiadomo, że swoje łóżko zamieni się niebawem na drewnianą skrzynkę bez baldachimu, za to z pokrywką. Co wtedy zrobić z tymi pierdolonymi rzeczami, z tą schedą wątpliwej wartości? Jeszcze z kasą to jasna sprawa - rodzinka chętnie przytuli oszczędności zebrane na czarną godzinę. Ale te rupiecie, stos książek, ciuchy, buty, wiekopomne zapiski, sprzęty kuchenne i łaziebne, pościele, ręczniki, pamiątki schowane w pudełkach po butach... Tak ważne dla nas za życia, stają się bezużyteczne po życiu.


   Patrzę tak i patrzę przemieszczając się w czasie i przestrzeni. Od tysięcy lat nic się nie zmienia. Rzeczy i budynki zmieniają właścicieli, którzy odchodzą w zapomnienie. Bo na kimś w pewnym momencie kończy się pamięć o tym czy tamtym szarym człowieku. Spośród miliardów imion i nazwisk tylko nieliczne zostają wyryte na kamiennej płycie historii. Reszta to kosmiczny odpad.


  




Czemu tak naprawdę służą testy? 2016-01-10 18:09

   Wczoraj w TiVi publicznej, czyli jedynej głoszącej prawdę najprawdziwszą, pojawił się kolejny nius dotyczący zmian w oświacie. Tym razem jest to coś całkiem sensownego ku memu zaskoczeniu ogromnemu. A mianowicie, podobnoż mają być zniesione "egzaminy" kończące naukę w szkole podstawowej. No, no... kto by pomyślał... Oczywiście towarzyszyły temu komentarze świadczące o większej bądź mniejszej znajomości tematu. Jedne pełne troski o zaniepokojonych całą sytuacją uczniów, którzy rzekomo będą tym faktem niesamowicie zmartwieni i nie będą mieli motywacji do nauki, a nauczyciele utracą możliwość rzetelnej oceny poziomu wiedzy i umiejętności swoich podopiecznych. Drugie zaś zawierały przekonanie o bezsensowności tego sprawdzianu (nie egzaminu jak to jest podawane w mediach), gdyż jego wynik nie ma wpływu na promowanie lub niepromowanie dziecka ani na to, czy zostanie przyjęte do gimnazjum, ponieważ każdy absolwent podstawówki obligatoryjnie w dalszej kolejności staje się gimbusem i uczęszcza do swojej rejonowej gimbazy. Poza tym, o czym my mówimy. Przecież gimnazja mają niebawem odejść w niepamięć.


   Rozwiewam wszelkie wątpliwości. Po pierwsze, jeśli ktoś wskaże mi ucznia zmartwionego tym, że odpadnie mu choć jeden egzamin czy sprawdzian w życiu, kierując się staropolandowskim obyczajem, stawiam pół litra dobrej wódki. No dobra, litr, niech będzie moja strata. Ale szczerze mówiąc, wątpię w istnienie takiegoż dziecięcia, więc nie obawiam się wyniku wyżej wspomnianego zakładu. Po drugie, czy poważnie myślą spece od zakamarków ludzkiej psychiki, że jedyną motywacją do zdobywania wiedzy jest wizja testu na koniec szkoły? Dziwne. Owszem, lęk przed kontrolowaniem skłania przynajmniej część uczniów do chociażby pobieżnego zerknięcia do zeszytu lub książki, aczkolwiek tego też nie należy brać za pewnik. Jednak istnieje taka kategoria dzieci, dla których jeden czy dwa oznacza po prostu zwykłą cyfrę jakich wiele. Poza tym w obecnych czasach, żeby zaliczyć tak zwany kibel, trzeba bardzo się postarać. A na ten żenujący sprawdzian szóstoklasisty wystarczy przyjść i być fizycznie obecnym. Liczba zdobytych punktów ma znaczenie tylko dla tych, którzy marzą o nauce w jakimś elitarnym gimnazjum. I te małe cwaniaki dobrze o tym wiedzą.


   Jeśli chodzi o informację zwrotną dla nauczycieli, to wynik testu nie jest w tym względzie miarodajnym narzędziem. Często stan faktycznej wiedzy i umiejętności ma się nijak do osiągniętego sukcesu lub poniesionej klęski na tymże sprawdzianie. Bywa tak, że zestresowany geniusz zaskoczy wszystkich opłakaną liczbą punktów, a wyluzowany lewus wręcz przeciwnie - błyszczy jak gwiazda na firmamencie. Dobry nauczyciel wie, w jakim kierunku powinien zmierzać, nad czym dłużej się zatrzymać, zna doskonale swoich uczniów, ocenia postępy na bieżąco i to w rozmaity sposób, biorąc pod uwagę różne czynniki mające wpływ na sytuację szkolną dziecka. Ponadto, na co dzień dostosowuje wymagania do indywidualnych możliwości ucznia, a sprawdzian szóstoklasisty jest JEDNAKOWY dla wszystkich. Nieco inne mają tylko dzieci z poważnymi dysfunkcjami. Dla niektórych z lekkimi niedyspozycjami wydłużony jest czas pracy, ale to niczego nie zmienia. Dzieciak mający problem z czytaniem ze zrozumieniem, liczeniem, redagowaniem prac pisemnych itp. nie może liczyć na taką taryfę ulgową, z jaką spotykał się przez sześć lat nauki na każdej lekcji. Acha, zapomniałabym dodać, że obecnie sprawdzana wiedza dotyczy tylko trzech przedmiotów - języka polskiego, matematyki i języka angielskiego. A co z pozostałymi?


   Czemu tak naprawdę służą sprawdziany szóstoklasisty? Choremu rankingowi szkół podstawowych, uczeniu pod kątem zadań testowych, wałkowaniu bez przerwy podobnych testów próbnych, co uczy myślenia szablonowego, a nie twórczego rozwiązywania problemów. Podobne sprawdziany piszą już nawet trzecioklasiści, których wyniki mają rzekomo pokazać stan wiedzy wyjściowej dla nauczycieli uczących na drugim poziomie edukacyjnym. Proponuję wprowadzić testy na koniec żłobka. A co tam. Jak przyzwyczajać dzieciarnię do egzaminowania, testowania, wystawiania na nieustanną ocenę przez całe życie, to na całego! Nie chodzi mi przy tym o cackanie się czy oszczędzanie maluchom stresu, choć tego typu działania jak chodzenie nauczycieli z dziećmi na obiad czy do toalety, siedzenie z nimi w klasie w czasie przerwy, żeby broń Boże nikt nie szturchnął, nie dotknął i nie powiedział do nich "spadaj", schodzenie do szatni i oddawanie rodzicom prawie że wprost do rąk własnych, jest właśnie cackaniem się uczącym niezaradności i rozmamłania. Chodzi o to, że przeprowadzanie tego sprawdzianu jest totalnym idiotyzmem.


   Może zamiast tresować uczniów testami, warto skupić się na uczeniu w sposób ciekawy i budzący ciekawość świata, skłaniać do faktycznego wykorzystania zdobytej wiedzy w życiu, zachęcać do zaangażowania w działania prospołeczne, kulturalne, aktywne spędzanie czasu wolnego, dać możliwość zadawania trudnych pytań i starać się wspólnie znaleźć na nie odpowiedzi. Nie zaklejać ust wypowiadających kontrowersyjne kwestie, dać możliwość popełniania błędów w dochodzeniu do wniosków, nie zawężać pola widzenia głupim, testowym kluczem. Marzy mi się szkoła nieprzypominająca wyścigu szczurów, w której ani uczniowie, ani nauczyciele nie prześcigają się w coraz to dziwniejszych pomysłach na projekty i działania prowadzące do otrzymania pochwały i dyplomu. Szkoła, do której i jedni, i drudzy od czasu do czasu wchodzą z przeświadczeniem, że za jej drzwiami czeka ich fascynująca przygoda.




Spóźnione dojrzewanie 2016-01-06 14:03

Spóźnione dojrzewanie



dojrzewać
w wieku dojrzewania…
naturalny proces
potem
pobłażliwy śmiech wspomnień
naturalna konsekwencja

dojrzewać
po osiągnięciu dorosłości
ból…
zdzierania przyciasnego uniformu
wraz ze skórą
zrzucanie butów
prowadzących po nieswoich ścieżkach
zostają odciski

to powrót do dziecka
i odrzucenie
przez niedojrzałych dorosłych




Jak to jest być sumą doświadczeń? 2016-01-05 18:29

   Mróz skuł lodem zaokienny świat. Nareszcie pod pretekstem bardzo niskiej temperatury i lodowatego wiatru nie wynurzam się z domu. Zima, taka z prawdziwego zdarzenia, budzi we mnie potrzebę zabunkrowania się w swojej norze. Mogłabym być niedźwiedziem i przespać w cieplutkim futrze cały ten okres. Niestety pusty żołądek od czasu do czasu daje o sobie znać i trzeba wzbić się na wyżyny intelektualne, żeby wymyślić coś, co na dłużej zaspokoi głód. Normalnie uwielbiam jeść, lecz teraz zwyczajnie nic mi się nie chce.


   Skupiłam się na pewnym zadaniu, projekcie, a właściwie projekcji moich myśli. I to pochłonęło mnie całkowicie. Po głowie krążą nieustannie pomysły, korekty tych pomysłów, obliczenia, kalkulacje, warianty rozmaite uwiarygodniające rzeczywiste zdarzenia. Chwilami wypływa ze mnie to naturalnie jak lawina, za którą palce stukające w klawiaturę nie nadążają. Szybciej myślę, niż zapisuję. Potem replay, poprawki, szukanie w zakamarkach odpowiedniejszego słowa, ponowne czytanie i jeszcze tu i tam małe zmiany. Są też i takie momenty, w których dziergam kawałek po kawałku, żmudnie, jak robótkę ręczną na zetpetach, dajmy na to serwetkę robioną na szydełku albo długaśny szal na drutach czy wyszywany ściegiem krzyżykowym obrus świąteczny. Czemu ma to służyć?


   Mojemu samooczyszczeniu. Katharsis. Chcę to wypluć, wyrzygać, a następnie przyjrzeć się z innej perspektywy tym wymiocinom tak jak troskliwe mamuśki oglądające kupki swoich dzieci badając konsystencję, kolor i zapach. Obrzydliwe. Ale inaczej się nie da. Spoglądanie na rzeczy brzydkie, wstydliwe i krępujące z natury nie jest estetycznym przeżyciem i raczej nie czyni się tego z zachwytem. Niekiedy jest jednak niezbędne. Spowiedź przed samym sobą. Szczerzej już nie można. No chyba, że ktoś lubi się oszukiwać lub udawać.


   Człowiek jest sumą doświadczeń. Hartu ducha nie kupi się w żadnym sklepie. Zdobywa się go krok po kroku jak ryzykowny szczyt górski. Nie musi on być najwyższy, bo nie zawsze ilość kilometrów nad poziomem morza świadczy o trudności i prestiżu zdobywcy. Znaczenie ma również trudność trasy, wyposażenie i odrobina zdrowego rozsądku. Do tego dochodzą czynniki zewnętrzne, na które nie ma się wpływu, takie jak zmienna pogoda, a także predyspozycje i kondycja wędrowca. Dla jednego wejście o własnych siłach na Giewont jest tym, czym dla innego zdobycie Koziego Wierchu, Świnicy czy Rysów od polskiej strony. O Himalajach nie wspominając. Ponadto ten sam letni Giewont nie przypomina w niczym tego pokrytego śniegiem i lodem. Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Nie zawsze też wejście na samą górę jest możliwe. Czasami trzeba zawrócić w połowie drogi  lub tuż przed samym końcem, który w naszych planach miał być zwieńczony dumnie wypiętą piersią na fotce przesyłanej znajomym. Rodzi to frustrację, ale jest konieczne. Nie zawsze osiąga się sukcesy. Porażki uczą pokory, kopniaki to też wskazówka, niespełnione plany mają takie pozostać. Tabula rasa zapełnia się i najlepsza jest różnorodność, wielobarwność, miks połączeń oraz skojarzeń skomplikowanych i jednocześnie zrozumiałych.


   Nieraz myślę jednak, że może lepiej byłoby, gdyby życie układało się jak w książce o banalnej fabule. Bez ekscytacji, szarpaniny, spokojniutko. Tak też można dotrzeć do celu. Tylko nie każdemu jest to pisane. Trochę szkoda.



e-szablony
  e-blogi.pl  [Załóż blog!] rssSubskrybuj blogi
[Zamknij reklamy]