Frausuchen - blogerka


Dorosłym dzieckiem być... 2016-02-26 21:04

  Tak, jestem jak dziecko. Lubię pochwały, lubię czuć takie miłe łaskotanie w brzuchu. Uśmiecham się wówczas bezwiednie i dopiero po chwili łapię się na tym, że suszę zęby. Za każdym razem nie dowierzam, że słyszę to, co właśnie słyszę. Może dlatego, iż dzieje się to rzadko? Niby coś tam wiem o sobie, czuję własną wartość, ale jednak gdzieś z tyłu głowy kołacze się powątpiewanie. Kiedyś dzieci były wychowywane w duchu pokory - "Pokorne cielę dwie matki ssie", znajomości swojego miejsca w hierarchii, milczeniu o osobistych problemach - "Nie mów nikomu, co się dzieje w domu" oraz nieżaleniu się, gdy ze strony nauczycieli czy rówieśników doświadczało się przykrości - "Nie mów wole, co się dzieje w szkole". Wszelkie kłopoty z kumplami każdy załatwiał samodzielnie, o przewinieniach i karach szkolnych nikt nie zająknął się przed rodzicami w obawie otrzymania "poprawki", a opowiadanie o kłopotach rodzinnych należało do największych obciachów. Można by dyskutować, czy wpajanie takiego modelu myślenia było słuszne. 


   Chwalenie jednak nie było zbyt popularne. Przede wszystkim przed dziećmi stawiano jasno sprecyzowane wymagania i w dużej mierze skutecznie je egzekwowano. Na pierwszym miejscu były zasady panujące w każdym niemal miejscu, które regulowały stosunki międzyludzkie. Zdolności przystosowawcze odkrywały tu ogromną rolę. Kto ich nie potrafił w sobie sprawnie wykształcić, system nagród i kar szybko naprowadzał go na odpowiednie tory. Żadnego cackania, głaskania, zbędnego tłumaczenia tego samego po sto razy. Karcenie i upominanie było na porządku dziennym. Stawianie granic nieraz wkurzało, ale dawało jednocześnie prosty komunikat, jak daleko można się posunąć. Potem nastąpił w tył zwrot i przegięcie w drugą stronę - przyzwolenie na swobodny, niczym nieskrępowany rozwój, prawo do nawet nieuzasadnionego buntu, wyrażania sprzeciwu w każdej kwestii i nieograniczonej wolności ogólnie pojętej. Dziecko miało się nie stresować, czuć docenione nawet za wykonanie całkiem prozaicznej czynności, nawet jeśli nie do końca wszystko poszło tak jak powinno. Liczyła się sama ochota i choćby minimalny wkład pracy.


  Współcześnie na jednej szali mamy całe pokolenia wątpiące we własne talenty, niemające w sobie odwagi, by czasami zaryzykować, dokonać w swoim życiu jakichś zmian, gdyż lepsze jest znane ciepełko niż nieznane bezdroża. Na drugiej rozrasta się ogromna masa zarozumiałych, zadufanych w sobie, roszczeniowych buców o zawyżonej samoocenie, nieprzyzwyczajonych do wytężonego wysiłku, poświęcenia choć części siebie w imię wyższych wartości, a jednocześnie nieporadnych w trudnych, problemowych sytuacjach. Najciekawszy jest fakt, że młode pokolenie to potomstwo tego wychowywanego bardziej rygorystycznie. Wiadomo - rodzice chcą jak najlepiej dla swoich dzieci. Jednakże popadanie ze skrajności w skrajność nie przynosi dobrych efektów. Warto by się zastanowić nad kompromisowym połączeniem tak zwanych starych metod wychowawczych z nowymi trendami.


   Dzieci lepiej rozwijają się, kiedy znają przemyślane i klarowne zasady. Najważniejsza jest przy tym konsekwencja w działaniu. Młodsze czują się bezpiecznie, jeśli dzień przebiega według pewnego, niezmiennego rytmu. Bezwzględnie wszystkie dzieciaki chcą być traktowane poważnie, a nie infantylnie. Chcą poznać odpowiedzi na zadawane pytania. Spędzać czas z bliskimi, którzy choćby w minimalnym stopniu pamiętają, jak to jest mieć tych kilka czy kilkanaście lat. Chcą mieć poczucie sprawiedliwości. Wiedzieć, że otrzymana nagroda lub kara jest zasłużona. Wszystko musi mieć swoje uzasadnienie i odbicie w rzeczywistości. I należy mieć na uwadze, że one biorą przykład z dorosłych.


   Teraz idę w ukryciu ponapawać się usłyszanymi pochwałami. Nie będzie to jednak pompowanie balonu próżnią. Dobre słowo działa na mnie mobilizująco, skłania do jeszcze bardziej wytężonej pracy. Łapię wiatr w żagle i cierpliwie staram się dotrzeć do celu. Chyba nadal jestem dzieckiem. Dorosłym, ale mimo wszystko  dzieckiem, dla którego nie ma rzeczy niemożliwych.


 


  




Siła jest kobietą 2016-02-19 11:59

  Młoda żona i matka, dajmy na to Ania, macha przez kuchenne okno do męża idącego chodnikiem. Trzyma na rękach małego, trzyletniego synka, chwyta jego rączkę i również nią macha w kierunku tatusia. Ania uśmiecha się, choć boli ją szczęka. Limo pod okiem starannie zatuszowała podkładem i pudrem, żeby sąsiadki jej nie obgadały. I tak to zrobią, właściwie robią to nieustannie, gdyż nocne awantury słyszane przez ścianę i na całej klatce schodowej są idealną pożywką dla żarliwych dyskusji. Mimo głośno wyrażanego współczucia, nikt nie odważy się przerwać gehenny trwającej już kilka lat. Nikt nie słyszy krzyków: "Ludzie! Pomocy!" oraz towarzyszących im głuchych uderzeń, łomotu spowodowanego przez lecące na meble bezwładne ciało, płaczu dziecka przywołującego ojca do porządku: "Tatuś, nie, nie, tato!". Następnego dnia ludzie mijający ofiarę udają, że nie widzą sińców, których i tak nie zakryje nawet najlepszy fluid, ani opuchniętej, pękniętej wargi. Reszty ukrytej pod ubraniami rzeczywiście nie zobaczą. Zagadują o pogodę, mizdrzą się do malucha, och, jaki on duży, jak te dzieciaki szybko rosną, niedługo przerośnie mamusię i tatusia. Oby. I oby kiedyś nadszedł dzień, w którym będzie na tyle silny, by stanąć w obronie matki. Prawem dżungli to on przejmie pozycję samca alfa. Byleby później poobijana twarz matki stanowiła dla niego przestrogę przed używaniem przemocy w stosunku do swojej żony.


   Ludzie gadają. Oj, gadają. Skoro siedzi z nim, to znaczy, że jej tak dobrze. I nie ma sensu się wtrącać, bo wczoraj darła się na całe gardło wołając o pomoc, a dziś macha do oprawcy jak panienka z okienka. Głupia jest i tyle. Bo przecież, gdyby była mądra, nie pozwoliłaby się bić. Poza tym ona z patologii pochodzi, więc przyzwyczajona, innego życia nie zna. Sama może zgłosić sprawę na policję, odejść, wziąć dzieciaka i pójść w siną dal, uniezależnić się od dziada przebrzydłego. No niestety, to nie jest takie proste. Jeśliby było, żadna kobieta nie trwałaby w toksycznym związku bez końca albo przez długie lata. Ania nie pracuje, wychowuje dziecko, jest całkowicie zależna od męża. Emocjonalnie, gdyż tylko on ją zaakceptował, wziął za żonę, inni nie chcieli. No i dziecko było w drodze. Co, miała panną z dzieckiem zostać. To dopiero by było! Więc wyszła za swojego bohatera, który w licznych aktach zazdrości potrafił pokazać jak bardzo ją kocha i przyłożyć komu trzeba, jeśli za długo się na nią gapił. Była też uzależniona finansowo i mieszkaniowo. Poza tym zwyczajnie bała się go, gdyż przysiągł kiedyś, żeby nawet nie myślała o odejściu, bo znajdzie ją wszędzie, nawet w piekle. A czemu machała do niego? A co miała robić? Skoro wszyscy odwracali wzrok i zatykali uszy, kiedy działa się jej krzywda, uznała, że nie ma rady - też trzeba brać udział w tym teatrzyku na pozy i dobre miny.


   Nieopodal mieszkała inna młoda żona i matka. Niech będzie Beatą. Mąż Beaty nigdy nie podniósł na nią ręki, nie uniósł nawet głosu. Sprzątał, gotował, chadzał z nią pod rączkę na spacerki, a przed nimi biegała słodka córeczka. Cóż za piękny obrazek. Normalnie święta rodzina. Tylko w domu, w swoich czterech ścianach dyscyplinował żonę. Jak ty się ubrałaś na wyjście? Jak zdzira. Natychmiast przebieraj się w coś zgrzebnego, najlepiej w worek po ziemniakach. Coś ty zrobiła z włosami?! A z tym makijażem to dokąd? Do burdelu albo pod latarnię chyba. Zmyj gębę i  to już. Syczał jak wąż. Kąsił nieustannie, choć śladu nie było widać na pierwszy rzut oka. W towarzystwie zachowywał się nienagannie, ale ona dobrze wiedziała patrząc w jego zimne oczy, że coś mu się nie podobało i cały czas o tym myślała, nie mogąc się skupić na prowadzonych rozmowach. Siedziała więc cichutko jak szara myszka. Jeśli ktoś poprosił ją do tańca, zerkała na niego oczekując przyzwolenia. Bywało, że jaśniepańskim gestem dawał do zrozumienia, że może. Potem pochylał się i szeptał z uśmiechem: "I co, wykurwiłaś się już?".


   Beata miała koleżankę, Cecylię. Jaki ona miała piękny dom z ogrodem! A mąż - biznesmen! Dzieci, parka, do zżarcia, takie cudne! Komfortowe życie zawdzięczała oczywiście mężowi mającemu głowę do interesów. Był wprawdzie zwykłym burakiem, o czym przekonała się, gdy klapki opadły jej z oczu, ale zapewniał bezpieczeństwo i wygodę. Mogła spełniać się jako gospodyni domowa i matka dzieciom. Tylko czasami było jej głupio, kiedy koleżanki umawiały się na kawkę gdzieś na mieście. Bo skąd niby miała wziąć na to kasę? Jak to skąd? Mąż bogaty, to pewnie groszem sypnie. A gdzież tam ... On oprócz portfela ma chyba węża w kieszeni. Ile razy musiała się poniżać, żeby wydębić parę złotych na przysłowiowe podpaski. O innych potrzebach nie wspominając. Kiedyś wyjechał w delegację. Przedtem jako dobry, zapobiegliwy i troskliwy pan uzupełnił zapasy w lodówce, nakupował środków czystości, żeby dom lśnił, jak on wróci wyczerpany po ciężkich pertraktacjach, dzieciakom ofiarował po torbie słodyczy. Niech poznają dobroć tatusia, a jakże. Cecylia też coś otrzymała, żeby nie było. Pięć złotych polskich. Całe pięć złotych! A tak, na drobne, nieprzewidziane wydatki. Niech kobita też coś ma od życia.


   Myślicie, że to historie wyssane z palca? Nieee... Są z życia wzięte. I nie stanowią opisu losu naszych babć czy prababć ani nawet nie są wspomnieniami kilkudziesięcioletnich obecnie kobiet. To relacje dwudziestokilkuletnich dziewczyn, trzydziestolatek i to jak widać nie tylko z patologii. Trzy przykłady przemocy domowej, które obrazują życie wielu kobiet. Niektóre z nich znalazły w sobie siłę, żeby uwolnić się z tego klinczu. Pod wymyślonymi pseudonimami kryją się rzeczywiste osoby. Ania, Beata i Cecylia są teraz wolne, niezależnie, silne jak nigdy dotąd. Są moimi bohaterkami. Gratuluję im z całego serca i życzę pomyślności. Gdy patrzę na nie, widzę wyraźnie, że SIŁA jest kobietą. Nawet tą malutką, kruchą i niepozorną. Nie ogromną pięścią, nie grubym portfelem, nie ciętym językiem, ale KOBIETĄ.




Wirus świętego Walentego 2016-02-12 17:19

  Walentynkowe szaleństwo trwa. Można kupić walentynkowy kubek dla ukochanej osoby, walentynkowe słodycze, walentynkowe bokserki w serduszka i stringi z jednym sercem, gdyż tylko jedno zmieści się na tak skąpej powierzchni. Kina oferują komedie romantyczne, restauracje kolacje dla dwojga, salony kosmetyczne zabiegi upiększające, kwiaciarnie bukiety czerwonych róż oraz pluszowe misie, seksszopy gadżety dla urozmaicenia tego magicznego wieczoru. Zwyczaj zaczerpnięty z kultury zachodniej i południowej Europy na dobre zadomowił się w Polandzie. Jak co roku zewsząd wypełzną zakochani afiszujący się ze swoimi uczuciami. Dookoła będzie można usłyszeć cmoki, chichot podekscytowanych nastolatek, westchnienia dorosłych. Niektórzy pozostaną w ukryciu i pod osłoną wieczornego mroku pospacerują po zaułkach ulic, zamkną się w domach i przy lampeczce winka będą delektować się towarzystwem tej jednej, wyjątkowej osoby. Potem poświntuszą do późna. Będzie co wspominać następnego dnia w pracy w czasie krótkiej przerwy. Aż rumieniec obleje ich twarze. Z kolei niektórzy wolni strzelcy wyślą anonimy licząc na odzew, czając się będą obserwować reakcję odbiorcy lub też snuć marzenia, że w końcu on czy ona zorientują się w sytuacji i spojrzą tak jakoś przychylniej przy najbliższym spotkaniu.


   Czy to wszystko miłość czyni? Czy jednak inne zbliżone do niej emocje? Trudno powiedzieć. Wiele razy słyszałam, że "miłość jest gorsza niż sraczka". Dosłownie. Może coś w tym jest. Czasami pojawia się nagle i jak wirus atakuje system odpornościowy, niszczy florę bakteryjną, czyści, przeczyszcza, sczyszcza aż do całkowitego wyczerpania. A potem tak szybko, jak się zjawiła, tak szybko znika. I nie ma na to żadnego lekarstwa. Niekiedy przychodzi niespodziewanie i najpierw męczy długo, gniecie w żołądku, skręca flaki, by wreszcie objawić się w całej okazałości. Człowiek widzi wówczas, że oto został w pełni zainfekowany i zanosi się na dłuższą niemoc wobec ogromu tej przypadłości. Ale cóż to za wspaniała przypadłość... Przygoda życia.


   Zaczyna się zwykle niewinnie. Szybsze bicie serca na każdą myśl, że coś jednak wykluwa się pomiędzy. Że inaczej patrzy niż na innych, z oczu lecą iskry, dotyk elektryzuje. Nieraz jest głupio, gdy pocą się dłonie takim zimnym, nerwowym potem. Jak podać taką dłoń? Więc dyskretnie wyciera się ją o spodnie czy inną część garderoby. Próby opanowania, zawładnięcia własnym ciałem, spełzają na niczym. To jest reakcja psychosomatyczna, na którą nie ma rady. Rozmowy, dotąd swobodne, gdyż z przyjacielem czy przyjaciółką toczy się dysputy o wszystkim, teraz stają się bardziej intymne, uważne, skoncentrowane na tej drugiej osobie. W ciągu dnia myśli same uciekają od spraw doczesnych, wokół głowy krążą strzępki spojrzeń, uśmiechów, uczucie gorąca rozlewa się po brzuchu na wspomnienie pocałunków. Później wszystko toczy się samoistnie...


   Z biegiem lat nie fajerwerki, lecz więź silniejsza od najgrubszej liny okrętowej, łączy bliskich sobie ludzi. Ludzi, którzy zjedli wspólnie niejedną beczkę soli, posmakowali i słodyczy, i goryczy, znają się jak łyse konie, a mimo tego nadal są dla siebie zagadką, łamigłówką zachęcającą do dalszego poznawania. Kochających nie zniechęcają zmiany fizyczne i duchowe zachodzące w partnerze, co jest nieuniknione, nie łamią silne podmuchy wiatru, może tylko chwilami uginają się oni pod jakimś ciężarem, lecz ostatecznie nawzajem ciągną ku górze. To wszystko jest możliwe. Niezwykle trudne, ale jednak prawdopodobne. Tylko związki zbudowane na tak lichym fundamencie jak fascynacja, zauroczenie, nie mają racji bytu i prędzej czy później wypalają niepotrzebne dziury w sercu.


   I w tym miejscu pragnę podziękować Mojej Miłości za wspólnie spędzone lata, za tę beczkę soli, kryształki cukru i łyżeczki dziegciu, pomocną dłoń, wyrozumiałość i cierpliwość, mądrość podsuwającą proste rozwiązania, spojrzenie zatopione w moich oczach, odczytujące każdą myśl bez zbędnych słów. Za chrapanie w nocy, głośne kibicowanie w trakcie oglądania meczów, spokój, kiedy mnie roznosi i energię wypędzającą ze mnie lenia, wiarę w nas, margines swobody oraz prawo do zaszycia się w samotni, czego czasami bardzo potrzebuję. No i za cudowny seks. Pozostałe wyznania wyszepczę Ci w walentynki...




Patologiczny rozwój sytuacji 2016-02-10 15:45

  No i mamy pierwsze pokłosie niezbyt mądrych pomysłów zacnych głów z ulicy Wsiowej. Niezadowolenie społeczne rośnie i puchnie niczym ciasto drożdżowe pozostawione w ciepłym miejscu. Jeszcze trochę i zacznie wylewać się poza brzegi formy. Aż ciśnie się na usta jedna z ulubionych kobiecych kwestii: a nie mówiłam... No właśnie.


   Scena pierwsza. Rodzice dwojga dzieci - jednego, świeżo upieczonego osiemnastolatka i ośmiolatka uradowali się na wieść o programie 500+. Wszak mają wymagane do otrzymania zasiłku drugie dziecko. Jakie było ich zdziwienie i rozczarowanie, gdy dowiedzieli się, że dostaną figę z makiem. Jakżeż to możliwe? Już spieszę się z wyjaśnieniami. Otóż, gdy starsze dziecię osiągnie pełnoletniość, drugie przestaje być drugim i w dziwny sposób w mniemaniu władzy staje się jakby jedynakiem. Tamten pełnoletni obywatel rzecz jasna nie ma już żadnych potrzeb i żyje miłością do całego świata, a siłę do tegoż życia czerpie niczym odnawialne źródło energii z wiatru i słońca. Nikt chyba nie przewidział, że rodziny rozmnażają się w różnych odstępach czasowych, tak jak wspomniani znajomi. W zasadzie nawet gdyby mieli więcej dzieci, po pewnym czasie kolejne pociechy zmieniałyby swój status rodzinny. I tak: pierwsze dziecko odbiera dowód osobisty - drugie staje się pierwszym, trzecie - drugim, a dajmy na to czwarte - trzecim. Nowe pierwsze nie otrzymałoby forsy. Beneficjentem byłoby dopiero nowe drugie i trzecie. Potem to nowe drugie staje się osiemnastoletnim perpetuum mobile, nowe trzecie staje się drugim, a czwarte trzecim. I tak dalej...


   Scena druga. Mała dziewczynka po śmierci matki trafia do dorosłej siostry będącej dla niej od tej pory matką zastępczą. Ojciec nigdy nie interesował się losem córki. Nagle doznał iluminacji i zapragnął poznać dziecko, które tylko spłodził. Jak to się stało? Obietnica otrzymania pięciuset złotych wpłynęła zbawiennie na świadomość bezrobotnego tatusia. Ilu podobnych mu ojców jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki poczuje niewysłowioną miłość do dzieci, którym dotąd ani nie poświęcali czasu, ani nie martwili się o zaspokojenie ich elementarnych potrzeb, o uczuciach nie wspominając. Z iloma patologicznymi sytuacjami będzie można spotkać się w najbliższym czasie, których podłożem stanie się nierozważna ustawa? Ile dzieci będzie pełnić funkcję zastawu, karty przetargowej, rzeczy raz zbędnej, innym razem użytecznej?


   Scena trzecia. Rodzina czteroosobowa - układ zwany 2 + 2. Mama niepracująca, ojciec posiada własną firmę. Oficjalnie firma przynosi mizerne dochody. Oczywiście zasiłek będzie należał się na dwoje dzieci. Wszystko zgodnie z literą prawa. Ponadto pomysłodawcy ustawy liczą na poczucie przyzwoitości ze strony uczciwych zamożnych rodzin i zrzeczenie się przez nie pieniędzy. Czyżby byli tak samo naiwni jak ich wyborcy? Poza tym, dlaczego ktoś pracujący i odprowadzający podatki miałby zrezygnować z jakichkolwiek profitów. W końcu to między innymi dzięki jego ciężkiej pracy będą te zasiłki wypłacane.


   Na tym koniec aktu pierwszego występów kabaretowych pt. "Bierzmy i rozmnażajmy się". Planowany jest także skecz pt. "Janosikowe przygody w markecie" oraz "Przyszła baba do banku". W repertuarze znajdzie się kontynuacja serialu wzbudzającego większe emocje niż "Niewolnica Izaura" czy "Wspaniałe stulecie", a mianowicie karkołomna ekranizacja "Snów o potędze". Wydana zostanie również specjalna, wielotomowa kolekcja pt. "W sieci. Zapisy i rozmowy kontrolowane". Cóż, jedno jest pewne - na brak rozrywki nie będzie można narzekać.






Co skłania kobiety do rodzenia dzieci? 2016-02-02 10:59

  Co skłania kobiety do rodzenia dzieci? Pomińmy nie tak dawne czasy, kiedy większość z nich ulegała pewnemu schematowi - ślub, dziecko, dziecko, dziecko... i może jeszcze jedno dziecko. Najlepiej, żeby w tej gromadce pojawił się choć jeden syn ku radości ogromnej tatusia spokojnego, że w końcu ktoś zachowa jego zacne nazwisko. Nigdy nie było wiadomo, kiedy nastąpi koniec wyliczanki, gdyż jakoś tak się przyjęło, że dzieci po prostu muszą być i już. Ale dziś, czym kierują się kobiety decydując się na macierzyństwo lub rezygnując z niego?


   Na samym początku należy rozwiać wszelkie przypuszczenia, że głównym motywatorem stanie się obietnica becikowego, programów 500+ czy nawet 1000+. Część może i da się skusić wizją comiesięcznego zasiłku, ale z pewnością będzie to nieliczny odsetek. Z rozdawnictwa pieniędzy cieszą się głównie te matki, które już mają na swoim koncie prawie całą drużynę piłkarską. Te, które dotychczas się przed tym wzbraniały, raczej zrezygnują z udziału w mistrzostwach o tytuł matki - trenerki, matki - bohaterki dzielnie ogarniającej pokaźną świtę. Kobiet, które są aktywne zawodowo i którym praca przynosi oddech od oparów zup, kup, nocnych pobudek, gugania, żadne pieniądze nie nakłonią do powiększenia rodziny. Zwłaszcza, gdy w okolicy nie ma dostatecznej liczby miejsc w żłobkach, przedszkolach, a pensja niani wynosi tyle, co ich własna. Ponadto godziny pracy takiej matki mijają się z godzinami funkcjonowania wymienionych instytucji, a szefa niewiele to obchodzi. Ktoś powie - może przecież zrezygnować z pracy i zająć się wychowaniem dzieci oraz domem. Niestety, nie jest to takie proste. Po pierwsze, niektóre kobiety, nie deprecjonując obowiązków gospodyń domowych, nie chcą nimi być. Po prostu nie i koniec. Chcą chodzić do pracy, mieć swoje pieniądze, wyjść "do ludzi", a dopiero potem zaszyć się w swoim azylu z rodziną. Po drugie, pozostając w domu, skazane byłyby na wielokrotne obracanie każdej wydawanej złotówki, gdyż nikt przy zdrowych zmysłach nie sądzi chyba, że 500 złotych na dziecko jest w stanie zaspokoić potrzeby jej i potomstwa.


   Kobiety zachodzą w ciążę z różnych przyczyn. Niekiedy dziecko jest jak długo oczekiwany prezent bożonarodzeniowy, a niekiedy jak jajko z niespodzianką. Skupmy się jednak na tych przypadkach, kiedy decyzja jest świadoma i przemyślana. Nieraz para musi się sporo napocić, zanim zmajstruje swój ideał, któremu później udoskonala szczegóły w trakcie długich nocy. Może być i mniej romantycznie. W laboratorium na przykład, choć i tu rodzi się przy okazji sporo emocji, przy tym kieszenie są głęboko wydrenowane z forsy. A gdy wreszcie się uda i szczęśliwi rodzice oczekują peanów na cześć ich cudownego i niczym nieróżniącego się od innych dziecka, w zamian za to otrzymują kubeł zimnej wody i garść ostrych jak brzytwa słów, że oto dopuścili się grzechu, a ich mały cud to w gruncie rzeczy nienaturalny dziwoląg. Można jeszcze zdecydować się na macierzyństwo poprzez adopcję. I to stanowi częsty kontrargument wobec osób korzystających z usług klinik oferujących zabieg in vitro. Trzeba jednak pamiętać, że to bardzo poważna decyzja, przed podjęciem której niektórzy czują wewnętrzny opór.


   Jest jeszcze grupa pań kompletnie nie czujących matczynego bluesa. Obawa przed docinkami, ostracyzmem, chamskimi uwagami, nie pozwala im się do tego przyznać. Zdaniem otoczenia każda kobieta tak naprawdę chce być matką, tylko nieraz sama nie zdaje sobie z tego sprawy. Jak urodzi, to oszaleje z radości, będzie piała z zachwytu i nagle tematy kolek, pełzania, pierwszych kroków staną się naczelnymi w jej nareszcie kolorowym świecie. Bo ten bez dziecka jest oczywiście szarobury, nudny, pusty jak echo odbijające się od ścian mieszkania, po którym nie raczkuje żaden bobas. Zatem nie pozostaje nic innego jak udawanie, że po prostu Bóg nie daje im możliwości zasmakowania tego miodu.


  Nie przedłużając. Dlaczego w końcu kobiety chcą mieć dzieci? Te, które rzeczywiście tego pragną. Udzielę najprostszej odpowiedzi w całym Układzie Słonecznym, chociaż wielu mężczyzn na dźwięk tych słów dostaje gęsiej skórki: BO TAK. Bo zwyczajnie czują taką potrzebę. A czemuż nie chcą? I tu kolejna lubiana przez facetów odpowiedź: BO NIE. Bo takiej potrzeby nie czują. Nieracjonalne, ale prawdziwe.



e-szablony
  e-blogi.pl  [Załóż blog!] rssSubskrybuj blogi
[Zamknij reklamy]