Frausuchen - blogerka


Ile waży wolność? 2016-03-22 12:12

  Dziś realnie poczułam się lekka. Jak piórko. Dosłownie. I pomogło mi to jeszcze śmielej niż zwykle tańczyć przy włączonej głośno muzyce. W piżamie, na bosaka odstawiłam własny spektakl na dzień dobry. Cudowne uczucie. Mieć co najmniej dziesięć kilogramów mniej. Nie żebym miała problem z nadwagą. Lecz waga ciążących mi problemów, z którymi próbowałam uporać się przez lata całe, była całkiem spora. Część balastu zrzuciłam wcześniej, lecz dzisiaj odczułam wyraźną ulgę, nieporównywalnie większą, tak jakby ktoś zdjął z moich pleców resztki zbędnych kamlotów wrzuconych do plecaka. 


   Jak to się stało? Ot, nareszcie pozbyłam się ostatnich okruchów żalu, mętnych przeczuć, zahamowań nakazujących w niektórych sytuacjach milczenie, choć słowa aż same cisną się na usta. Dawno temu nauczyłam się wyrażać swoje zdanie i walczyć o siebie, lecz tylko w środowisku bardziej, że tak rzecz ujmę - zewnętrznym. Nie w gronie osób w jakiś tam sposób bliskich albo spokrewnionych, z którymi łączą mnie odgórnie narzucone więzy, a wobec których czułam jednak lekkie skrępowanie. Bo jakże powiedzieć na przykład starszemu, że jego poglądy głoszone przy stole zalatują nietolerancją, ksenofobią, krzywdzą i są po prostu niesprawiedliwe? Jak zareagować, gdy ktoś upokarza w towarzystwie porządnego, wartościowego człowieka, który jest tak stłamszony, że nie ma siły się przeciwstawić i najchętniej schowałby się w mysiej dziurze? Jak zwrócić na to uwagę otoczenia udającego grono ślepców i głuchoniemych? No jakże to tak burzyć ustalony nieporządek?!


   A jednak! Można iść przez życie z podniesioną głową. Być dla siebie ważną, ważnym, tak po prostu, nie "dlatego, że", "wtedy, gdy", "jeśli" itp. Można raz na zawsze odrzucić niepotrzebny ciężar, pożegnać się ze swoją dawną rolą z przeszłości. Wybaczyć, ale pamiętać. Odseparować się od robaczywych, nadgniłych myśli i ludzi. Śmiało wyrażać niezgodę na chamstwo, manipulację, szantaż emocjonalny, kłamstwo, poniżanie i wszelkie gierki, w których ludzie to zaledwie marne pionki na szachownicy. Ile waży wolność, taka prawdziwa, duchowa wolność? Nie wiem. Ale wiem jedno - gdy się ją wywalczy, człowiek czuje się leciutki i ze szczęścia mógłby cały dzień unosić się w powietrzu, wyginać śmiało ciało, roztaczać wokół siebie piękną aurę i zarażać śmiechem. Warto otaczać się ludźmi, którzy mają coś mądrego do przekazania, nie wytykają innym niedoróbek, lecz skupiają się na tym, co cenne, a godność, uczciwość, empatia i szczerość nie są tylko pojęciami abstrakcyjnymi. W takim towarzystwie podróż przez życie nie jest udręką, lecz wspaniałą przygodą.




Z bagien ludzkich historii 2016-03-17 12:42

  Co zrobić, kiedy ktoś wysysa z nas całą energię i krew niczym pijawka lub jakiś pieprzony wampir? Na pewno nie dawać mu ku temu możliwości i okazji. Nauczona doświadczeniem wiem, że najlepiej unikać kontaktu z takimi ludźmi lub jeśli nie jest to całkowicie możliwe, ograniczyć spotkania i rozmowy do wymaganego minimum. Nieważny jest przy tym ani stopień pokrewieństwa, ani zależność służbowa. I choć taka postawa spotyka się z niezrozumieniem, brakiem akceptacji ze strony otoczenia, należy mieć to głęboko w dupie, gdyż to nasze poczucie bycia w porządku, w zgodzie ze samym sobą, poczucie, że nie czujemy się traktowani przedmiotowo, jest najistotniejsze.


   Skąd biorą się takie pijawkowate jednostki? Z bagien pokręconych ludzkich historii, które to historie pijawki nieustannie emitują w swojej niezaleczonej podświadomości. Hodują w sobie poczucie dawnych krzywd. Bardziej lub mniej uzasadnionych, lecz często nieujawnionych pretensji. Kompleksów skrzętnie skrywanych pod maską twardziela i człowieka sukcesu, choć w domowych pieleszach olbrzym przemienia się w karła. Ważne są pozory, tworzenie różnych kreacji dopasowywanych do okazji, stawianie siebie na piedestale i pławienie się w głosach uwielbienia oraz chwały. Shine like a star! Reszta to skończone zera. Liczą się tylko wielbiciele niczym niezasłużonej i samodzielnie przypisywanej sobie charyzmy. Kiedy ktoś wyrazi jakiekolwiek wątpliwości co do wielkości, talentu lub zignoruje blask mający bić po oczach - zostaje wpisany na czarną listę.


   Przebywanie w zażyłych relacjach z wampiro-pijawkami jest bardzo ryzykowne. Trzeba mieć w sobie radar czuły na zmienne nastroje, być lotnym we właściwym interpretowaniu nawet ledwo dostrzegalnych sygnałów informujących o zadowoleniu lub zniesmaczeniu, całkowicie podporządkować się rytmowi dnia, planom i oczekiwaniom krwiopijcy. Nie ma miejsca na sprzeciw, krzywą minę, negację jakiejkolwiek inicjatywy. Grozi to rozmaitymi działaniami dyscyplinującymi -  milczeniem, ignorowaniem całkowitym albo karami finansowymi, zlecaniem coraz większej liczby nieraz absurdalnych zadań pod płaszczykiem służbowych poleceń. Bo wampirki trafiają się i w życiu prywatnym, i zawodowym. Nie wiadomo co gorsze. W każdym razie potrafią zamienić w zgliszcza wszystko, co stoi im na drodze. Obracają w perzynę poczucie wartości oraz jasność umysłu, zarzucają nielojalność, a emocje ofiary wrzucają do młynka elektrycznego i mielą na drobny pył. Wszystko miesza się ze sobą i nadchodzi moment, kiedy nic już nie jest oczywiste i klarowne jak kiedyś. I to jest ostatni dzwonek, żeby się ocknąć, poprosić kogoś o szturchańca i dla własnego dobra odseparować się od zagrożenia. Z dystansu łatwiej ogarnąć to, co właściwie się zdarzyło.


   Niezwykle cenne są znajomości z ludźmi, przy których czujemy się bezpiecznie, przy których nie uruchamia się gdzieś w głowie system samoobrony i blokady. Pozostałe należy ograniczyć lub bez żalu odciąć się od nich. Niezwykle istotne są: umiejętność wsłuchania się we własne emocje, rozpoznawanie ich, nazywanie i odnalezienie przyczyny takiego czy innego samopoczucia, a następnie, jeśli to konieczne, szukanie pomocy. Bycie szczerym ze samym sobą to wielka sztuka. Zaś oszukiwanie siebie prowadzi donikąd. Kręcenie się w kółko, tkwienie w plątaninie sprzecznych uczuć czy przekonań, pozostawianie niewyjaśnionych spraw czy wypieranie problemu może spowodować, że albo zostaniemy wdeptani w ziemię, albo kierując się prawami dżungli sami staniemy się wampirami energetycznymi.




W zakamarkach śmietnikowego sezamu 2016-03-12 21:19

  Codziennie mijam starszą kobietę idącą kolebiącym się krokiem i mruczącą coś pod nosem. Szeroko stawiane kroki pomagają jej udźwignąć dość tęgie ciało oraz trzymane w rękach siaty - dziadówki. Siwe włosy ma w nieładzie, ubrania zalatują nieprzyjemnym aromatem. Penetruje podwórza, zakamarki i śmietniki. Kiedy tylko brama od altany śmietnikowej jest akurat otwarta, przybytek ten jawi się jej jako sezam pełen ukrytych skarbów. I dziś też tak się stało. Sezamie otwórz się... 


- Dzień dobry, czy jest chlebek? - usłyszałam jej głos za plecami.


   Pytanie rzucone jak do ekspedientki w sklepie osiedlowym. Segregowałam właśnie opakowania po różnych produktach. Odwróciłam się i wcale niezaskoczona, odparłam:


- Niestety nigdzie nie widzę. Hm... Ale proszę się jeszcze rozejrzeć.


   Na próżno. Chlebka nie było. I niczego, na czym można by zawiesić oko. Dziś śmietnikowy market prezentował żałosny widok. Asortyment lichy, kontenery ledwo co wypełnione. Tylko te na plastik i papier były pełne. Ale przecież nie będzie wsuwać na śniadanie tektury. Mruczenie nie ustawało. Zaczęła grzebać w przepastnej siatce - dziadówce i wyjęła mały woreczek foliowy z jakąś bliżej nieokreśloną zawartością. Przysunęła mi go do twarzy.


- Patrz pani, wędliny nawet wywalają. Dobre wędliny wywalają, ale biednemu nie dadzą. A ile chleba zawsze leży, po pół bochenka. I niby piniendzy nie mają. A jedzenie wyrzucają... - zaczęła się wielokrotnie wygłaszana przemowa.


   Znam ją doskonale. Tę mowę oskarżycielską. Prezentację zdobycznych towarów także. I mruczenie przechodzące w żywe preorowanie, gdy na horyzoncie pojawia się potencjalny słuchacz lub słuchaczka. Na co dzień większość jednak pozostaje zaledwie potencjalnym odbiorcą, nie faktycznym. Ludzie przechodzą obojętnie odcinając się od starej wariatki, która nie dość że stuknięta, to jeszcze cuchnie na kilometr. Nie powiem, żeby mnie jej woń nie drażniła. Chociaż w aurze unoszącej się nad śmietnikami, a tam najczęściej ją spotykam, zapachy mieszają się i trudno doprawdy ustalić źródło tego czy innego smrodu. Mimo wszystko próbuję zamienić z nią kilka sensownych zdań, słucham gorzkich żalów i tak, tak - patrzę ze współczuciem i politowaniem. Oprócz skrajnej, upokarzającej biedy bije od niej samotność, która aż boli i ból ten widać w jej zmętniałych ze starości oczach. I nie wiem, która z tych rzeczy bardziej mnie dotyka...


   Zaczynam obawiać się swojej przyszłości. Przyzwyczajona do niezależności pod każdym względem, również finansowym, nie potrafię sobie wyobrazić własnej egzystencji pod koniec życia, która może pozostawiać wiele do życzenia biorąc pod uwagę prognozy ekonomistów. Jeśli dożyję wieku emerytalnego, mogę skończyć jako klientka śmietnikowego marketu, którego zarówno godziny otwarcia, jak i poziom zasobów są nieprzewidywalne. Oprócz tego istnieje ryzyko, że stanę się opuszczoną, zagubioną, gadającą do siebie staruszką, której reszta społeczeństwa przypnie łatkę wariatki. Bo jak tu nie oszaleć, jeśli człowiek całe życie harował jak wół, a w podeszłym wieku nie ma na świeży, pachnący chleb podany przez miłą panią prosto ze sklepowej półki.


   Wiem, że młode wilczki, czy jak w jednej z reklam - młodzi bogowie, nie zastanawiają się nad swoją emeryturą. I w sumie jest to też po części uzasadnione, gdyż sama myśl o tym może wywołać pierwsze objawy obłędu. Lecz ponura prawda jest taka, że ta na razie odległa przyszłość w końcu nadejdzie i na domiar złego maluje się w jeszcze ciemniejszych barwach niż sytuacja obecnych emerytów. Tymczasem pomijając już kwestię nierozważnego kupowania i marnowania żywności, może warto przemyśleć wstawienie specjalnych pojemników tuż przy wejściu do altan śmietnikowych, pojemników, do których każdy mógłby włożyć coś od siebie, niekoniecznie przeterminowanego, obślizłego czy spleśniałego. Jeśli ktoś ma długie zęby na dwudniowy chleb, ugotował zupy jak dla wojska albo spróbował jakiegoś frykasu i jakoś tak zaczął rosnąć ten frykas w gębie, to czemu nie miałby dorzucić go do takiego pojemnika. Nieważne, kto by korzystał z tych dobrodziejstw - żul, wariatka czy inny szambonurek. Sezam to sezam. Niech by był otwarty dla każdego potrzebującego.


 




Jak to jest mieszkać w nie do końca swoim ciele? 2016-03-10 12:03

   I znowu obejrzałam genialny film. Tematyka trudna, skłaniająca do wglądu w głąb ludzkiej duszy - czyli coś, na co warto poświęcić swój czas. Oczywiście nie mogę się doczekać recenzji odżegnujących to dzieło kultury od czci i wiary. A z pewnością niektórym odbiorcom już gotuje się krew w żyłach. Ślady plwocin tychże zbulwersowanych można dostrzec w niektórych internetowych komentarzach. No cóż - nikt nikogo nie zmusza do oglądania. Warto najpierw zaznajomić się z opisem filmu, a potem podjąć decyzję - skuszę się czy też nie. Jednakże, kto nie ulegnie pokusie i nie obejrzy, nie powinien opluwać. Kto zaś wnikliwie przyjrzy się problemowi, poczuje coś więcej niż niesmak i święte oburzenie. Mówię o filmie pt. "Dziewczyna z portretu".


   Aktorzy - Eddie Redmayne oraz Alicia Vikander wykazali się mistrzostwem odgrywając główne postacie - Einara i Gerdę Wegenerów. Postacie nietuzinkowe, autentyczne, szokujące i budzące żywe zainteresowanie w jakże barwnej epoce XX - lecia międzywojennego. Historia ich niecodziennej miłości została przedstawiona na tle świetnie oddanego klimatu panującego w ówczesnym świecie artystów. Swoboda obyczajowa, przyzwolenie na odmienność, zwłaszcza w Paryżu, pomagają parze odnaleźć się w labiryncie zawiłych, sprzecznych uczuć i wzajemnych oczekiwań. Uświadomienie sobie problemu przez Einera, unaocznienie go żonie, która na początku traktuje upodobanie męża do babskich ciuszków jako nawet ciekawy eksperyment, to dopiero początek próby. Próby wymagającej niezwykłej odwagi i determinacji oraz naprawdę głębokiej, choć wydawałoby się nieco dziwnej miłości. Sytuacja komplikuje się, kiedy Gerda zauważa, że to już nie jest tylko podniecająca zabawa, pozowanie do obrazów, a zainicjowane przez nią wyjście Einara na przyjęcie w pełnym kobiecym wizażu jeszcze bardziej uzmysłowiło mu, że w jego przypadku doszło do jakiegoś niezrozumiałego błędu. Jej mąż pragnie zrzucić męską skórę i zostać tym, kim czuł się od zawsze gdzieś w głębi swej duszy. Chce zostać prawdziwą kobietą.


   Einar najpierw zmienia swój wygląd zewnętrzny, uczy się sposobu poruszania, gestykulacji, uśmiechania się, mrugania powiekami, całego powabu i seksapilu przypisanego kobietom. Bacznie przygląda się im i z powodzeniem kopiuje. Następnie ryzykuje życiem i bardzo cierpi, kiedy poddaje się pionierskiemu cyklowi operacji dążących do zmiany płci. Chylę czoła przed niesamowitym talentem Eddiego Redmayne'a. To, że zagrał tę rolę już zasługuje na podziw. Podjęcie się takiego wyzwania wymagało nie lada odwagi. Jednak najbardziej poruszają sceny, w których widać ból bohatera, jego wewnętrzne rozdarcie oraz wzruszające porozumienie między nim a Gerdą. Dramat, jaki ona przeżywa w czterech ścianach ich mieszkania, został przepięknie ukazany. Widz może doświadczyć szerokiego wachlarza uczuć - od zmieszania, przez ciekawość, współczucie i wiele innych, aż po zrozumienie i akceptację.


   Może przybliżenie tego problemu otworzy oczy konserwatywnej części społeczeństwa, która pojmie, że transseksualizm czy homoseksualizm to nie choroba i nie można jej wyleczyć ani lobotomią, ani terapią, ani innymi dziwnymi metodami. I jeszcze jedno - to, że Einar pewnego dnia założył pończochy i pantofle, żeby zastąpić modelkę, która nie mogła w tym dniu pozować Gerdzie, nie spowodowało w nim nagłej i niespodziewanej zmiany w psychice. Poczucie bycia nie w swoim ciele tkwiło w nim, od kiedy tylko sięgał pamięcią, o czym zresztą mówi swojej żonie. A piszę to, żeby obalić przedziwne mity o jakże groźnym "dżenderze" rzekomo panoszącym się w polskich szkołach i przedszkolach. Spokojnie, żaden chłopiec od przywdziania fartuszka kucharki lub zabawy wózkiem z bobasem w środku nie poczuje potrzeby zmiany płci lub nie stanie się homoseksualistą. I żadna dziewczynka biorąc do ręki młotek albo dla odmiany przebierając się na bal za strażaka nie poczuje, że oto właśnie stała się facetem. Naprawdę - w ciuchach i przedmiotach nie tkwią magiczne fluidy zdolne do takich działań.


   Warto czasami zastanowić się nad swoim stosunkiem do ludzi żyjących nieco inaczej, głoszących odmienne poglądy, ubierających się i zachowujących ekstrawagancko. Czy stać mnie na empatię, tolerancję przez duże T, zgodę co do tego, że każdy ma prawo żyć tak jak chce, o ile rzecz jasna nikomu nie robi krzywdy? A wszystkim, którzy mówią bleee, fuj, proponuję pomyśleć o tym, jak ciężko zwłaszcza w Polandzie wyróżniać się w tłumie.  I co jeśli to właśnie ich dziecko zakomunikuje kiedyś z drżeniem serca, że jest na przykład trans, homo albo bi? Też zostanie wyzwane od pedałów, zboków, wynaturzonych dziwolągów, homosiów itp., a następnie wywalone z hukiem za drzwi?


  




Opowieść a'la Krasicki z morałem w tle 2016-03-02 10:39

  Jak bardzo można zeszmacić drugiego człowieka wie tylko ten, kto tego doświadczył na własnej, niby grubej, a jednak cienkiej skórze. I prawdą jest, że dziwny jest ten świat, w którym jeden potrafi gardzić drugim. Niezmiennie, od wieków, mimo postępu cywilizacyjnego, wielu ludzi pozostaje wilkami kierującymi się prawem dżungli. 


   Taki wilk lub wilczyca. Nawet częściej wilczyca, wiecznie nasrożona, przyczajona do ataku, spoglądająca z góry na słabsze osobniki. Wyhacza wzrokiem zagubione sarenki, niepewne swej wartości, spolegliwe owieczki i harujące w pocie czoła woły. I dalejże je ujeżdżać zaczyna! Warczy i szczerzy kły pokazując, gdzie ich miejsce w szeregu. Nawet niech im do głowy nie przyjdzie, że to się kiedykolwiek zmieni. Wara! Takie zakamuflowane wilki otaczają się grupą węży, żmij oraz lisów i psią ferajną. Strzegą one ich przywódczej pozycji, sączą jad do ucha, knują różne metody jeszcze bardziej wymyślnego dręczenia podległych im istot. Po kątach przemykają zakneblowani świadkowie tych sytuacji obawiający się skierowania agresji w ich stronę. Już oni doskonale wiedzą, jak to boli. Więc lepiej być jak te trzy małpki - jedna z nich zakrywa oczy, druga uszy, trzecia oczy. Nie widzę, nie słyszę, nie mówię. Proste.


   Wilki nie tolerują kotów, gdyż chadzają one własnymi ścieżkami i zawsze spadają na cztery łapy. Trudne do ujarzmienia, tajemnicze, nie odsłaniają gardła ani miękkiego brzucha, zwinnie przeciskają się przez wąskie szczeliny. Ciężko je ugodzić, bo mogą w każdej chwili machnąć łapą wyposażoną w ostre pazury. Lepiej takich nie tykać. Sowy też nie należą do grupy sprzymierzeńców. Z nimi jest najgorzej, gdyż myślą samodzielnie, nie ugną się pod żadną presją i wszystko doskonale widzą. Najlepiej zaś sowie oczy widzą po ciemku, a to szczególnie niebezpieczne dla sprawców niecnych działań. Trzeba na nie uważać. To już lepiej przypodobać się pawicom lub srokom. Te pójdą w ogień za kilka pochwał lub tanich błyskotek.


   A sarenki, owieczki, woły i inne mrówki? Z opuszczoną głową robią swoje, zbierają cięgi, zginają karki do chwili, kiedy w końcu pęka im coś w środku. Dłużej już nie mogą. Nie ma komu się poskarżyć, bo co niby można powiedzieć? Że wilk lub wilczyca czasami krzyczy, obraża, kwestionuje kompetencje, plotkuje za plecami, wyśmiewa zgłaszane problemy? Ale o co chodzi, o co chodzi, ja się pytam. Jaki problem, jaki mobbing. To są nędzne pomówienia. Czy ktoś jest w stanie je udowodnić, potwierdzić, podać konkrety? A nawet jeśli, naprawdę warto zajmować się takimi duperelami, naprawdę ta skarga ma przekreślić twoje szanse na znalezienie gdziekolwiek indziej pracy w tym mieście? Proszę się jeszcze zastanowić. Dobrze zastanowić. No, widzę, że jesteś rozsądny/rozsądna. A teraz wio do roboty. Weź miotełkę, szufelkę i szybciutko zamieć to po dywan. I proszę mi więcej nie zawracać głowy głupotami.


   Wszystko jest jednak do czasu. Wilkiem się bywa. Cwane lisy i inni pochlebcy odejdą, gdy zmieni się układ sił w dżungli. A pewnego dnia kocury i sowy po prostu się wkurwią i wystawią pazury, dzioby, ruszą na swoje łowy. Po sprawiedliwość.


 


PS Ten tekst dedykuję zwłaszcza pewnej Sarence. Nie daj się i uwolnij od przeszłości!




Poszperaj w sobie 2016-03-01 13:30

  Od kiedy pamiętam zawsze fascynowali mnie ludzie posiadający niepospolite zdolności. Przy czym rozstrzał pomiędzy moimi fascynacjami niekiedy był całkiem spory. Do jednej z grup budzących do dziś mój szczery podziw należą genialni fizycy. Może z tego powodu, że moja edukacja w tym zakresie zakończyła się na dawnej szkole podstawowej i należałam raczej do ścisłowców - przeciętniaków, którzy owszem - zbierali piątki ze sprawdzianów, ale oceny te były okupione godzinami ślęczenia nad książkami. A taki geniusz... Jak on ogarnia swoim rozumem wszystkie dziwne zależności, przeprowadza w myślach obliczenia, łączy różne fakty, wyniki obserwacji i naprawdę wie albo snuje nowe domysły na temat tego, jakimi prawami rządzi się Wszechświat. Te wszystkie teorie względności, zakrzywienie czasoprzestrzeni, E=mc2... Może i są całkiem proste, ale mój humanistyczny rozumek tego nie pojmuje. Nie wspomnę o bardziej złożonych sprawach związanych z tą dziedziną nauki.


   A weźmy na przykład muzyków. Takich z prawdziwego zdarzenia. Gdy widzę, słucham jak grają, mam ciarki na całym ciele. Skupienie malujące się na ich twarzach, a czasami silne emocje, udzielają się i nieraz siedzę z rozdziawioną gębą ku uciesze naśmiewających się ze mnie obserwatorów. Siedzę i znowu nie mogę się nadziwić. Że też tak można, że spod śmigających palców, z wydechów, smyczków przesuwających się wtę i wewtę, uderzeń pałek płynie, drży, wibruje w powietrzu tyle cudownych dźwięków, potrafiących wyciszyć albo pobudzić, wzruszyć, zezłościć, nakręcić do działania lub też wprowadzić w euforyczny stan. Tak oddziałuje na mnie między innymi gra pewnego niewysokiego, drobnego trębacza. Ledwo go widać na scenie, lecz siła kryjąca się pod niepozorną fizjonomią jest zdumiewająca. Wierzę w to, że kiedyś wyśle mi obiecane zaproszenie na swój koncert. Niesamowity dzieciak.


   Albo utalentowani artyści malarze. Znałam kiedyś takiego. Chodziliśmy razem na kółko plastyczne. Kiedy wszyscy z wysuniętymi językami starali się choć w części oddać piękno plenerowej natury, mordując się przy tym niemiłosiernie, mając nadzieję, że tym razem pani pochwali ich bohomazy, ON za pomocą kilku sprawnych ruchów pędzla dokonywał - w naszym mniemaniu - cudów. I to były cuda. Jego prace budziły powszechny zachwyt, zaskakiwały ciekawym spojrzeniem i co tu dużo mówić - każdy, w tym i ja, czuł lekkie ukłucie zazdrości. Że też ten gówniarz tak potrafi. Ot, tak sobie, bierze pędzel czy ołówek w łapę i bach bach, powstaje arcydzieło.


   Źródłem mojej fascynacji są także lekarze. Doprecyzuję. Lekarze - naukowcy, totalnie pochłonięci dziedziną, w której nie mają sobie równych, specjaliści wysokiej klasy. Nie kasy, nie kasy, lecz KLASY. Tę klasę stanowi ogromna, ustawicznie poszerzana wiedza i umiejętności, szukanie rozwiązań na miarę doktora Hausa, niezbywanie pacjenta stwierdzeniem: "taka już pana/pani uroda", szukanie przyczyny choroby w celu jej wyeliminowania, a nie leczenie tylko objawów. Taki lekarz zna tajniki ludzkiego ciała i umysłu, wysoki tytuł naukowy nie oznacza rozbuchanego ego ani jaśniepańskich manier, lecz empatyczne, kulturalne podejście do człowieka szukającego u niego pomocy i powierzającego mu najcenniejszą rzecz, jaką posiada - życie. Istnieją tacy lekarze. Poważnie. Wprawdzie czasami można odnieść wrażenie, że to zaledwie garstka, ale dzięki tej garstce można niekiedy mieć nadzieję i odbudować swoje zaufanie do ludzi, od których tak wiele zależy.


   Każdy ma jakiś talent. Serio. Tylko trzeba dobrze pogrzebać w sobie i porzucić irracjonalny wstyd czy obawy. Przykłady? Proszę bardzo. Nikt tak jak mój wujek nie potrafi gotować. Prawdziwy kuchenny wirtuoz. Nie, nie jest kucharzem z zawodu. Nie ukończył nawet gastronomika ani żadnego kursu. Po prostu sam się nauczył i wyczarowuje takie przysmaki, że na samą myśl o nich aż ślinka cieknie. Dobrze, że z nim nie mieszkam, gdyż po miesiącu łatwiej byłoby mnie przeskoczyć niż obejść. Albo córka mojej koleżanki. Jak to dziecko cudnie śpiewa! Nie pochodzi z rodziny muzycznych czempionów. Żadne z nich nie przejawiało nigdy szczególnych uzdolnień w tej dziedzinie. A może je przegapili? A ona została odkryta na pewnej imprezie szkolnej i z dnia na dzień stała się małą gwiazdą. Spod maszyny innej znajomej wychodzą niespotykane kreacje. Przynoszę stary, niemodny ciuch, a tu nagle jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki pojawia się coś oryginalnego i niepowtarzalnego.


   Projektowanie wnętrz, florystyka, pisanie, pieczenie słodkości, renowacja starych przedmiotów, sztuczki barmańskie, baristyczne popisy i wiele, wiele innych umiejętności - mogą być pasją, przynosić radość i satysfakcję. Mogą też stać się sposobem na życie i źródłem dochodu. Prawdą jest znane powiedzenie: "Jeśli robisz to, co kochasz - nie przepracujesz ani jednego dnia w swoim życiu". Hm... Warto to przemyśleć...



e-szablony
  e-blogi.pl  [Załóż blog!] rssSubskrybuj blogi
[Zamknij reklamy]