Frausuchen - blogerka


Co mam w głowie? 2016-04-27 14:04

  Podobnoż oczy są zwierciadłem duszy. I nie potrafią kłamać. Trudno się z tym nie zgodzić. Bo rzeczywiście, oczy potrafią powiedzieć wiele. To dlatego, gdy z kimś rozmawiam, nie strzelam gałami gdzieś na boki. Deprymuje mnie również sytuacja, w której rozmówca ślizga się wzrokiem dookoła mojej postaci jakby miał oczopląs jakiś. Nie lubię takich rozmów. Nie przepadam też za zdawkowymi odpowiedziami, unikaniem tematów, które czasami po prostu trzeba podjąć, a także za przemilczeniami czy niedomówieniami. Ileż to nieporozumień ma w nich swoje źródło. A można by zwyczajnie, po ludzku rozmawiać uchylając choć tyci tyci drzwi do wnętrza siebie. Po co te kamuflaże, maski i kiepsko grane role. Nawet, jeśli nie patrzysz na kogoś, mowa ciała cię zdradzi w try miga. Więc naprawdę - daruj sobie i bądź sobą!


   Ostatnio usłyszałam pytanie: "Co ty masz w tej głowie?". Pojawiło się ono po serii sprośnych żartów wygłoszonych przez kilka osób i moim komentarzu, wśród powszechnego rechotu, zawstydzonego hihihi i ocierania łez cieknących po policzkach. No rozbawienie padło na zebranych jak plaga egipska, przed którą nie można było się nigdzie schronić. Pikanterii dodawał fakt, że owe sprośności i salwy śmiechu wybrzmiały w dawnej salce katechetycznej w obecności figurki pewnego świętego, która to figurka stała sobie grzecznie w kącie i mimo tych wszystkich zasłyszanych świństw, nie zwiędły jej uszy, nie rozleciała się na pół ani nie zdarzył się żaden cud wskazujący na choćby cień oburzenia. Nie spadły na nas też żadne gromy z jasnego nieba ani nie rozstąpiła się pod nami ziemia. Jak widać można śmiać się bezwstydnie nawet w miejscach, w których na co dzień panuje nabożny nastrój. W zasadzie myślę, że Bóg wcale nie jest taki sztywny jak nam się wydaje. Myślę też, że ma poczucie humoru i nie jest zbytnio drobiazgowy, tak jak w piosence śpiewanej przez Edytę Geppert. Więc warto wrzucić trochę na luz, rozluźnić pośladki, śmiać się głośno i bez skrępowania. No.


   A co mam w głowie? Oj, wiele tam się mieści. Są i ambitne plany, marzenia, sny pokręcone jak jasna cholera, wspomnienia, przemyślenia rozmaite, ślady różnych doświadczeń, róże z kolcami, ciepłe plaże i ciekawe zakątki świata będące zapisem ludzkich istnień. Jest jeszcze cała masa, istny kogel-mogel innych spraw bardziej lub mniej zaprzątających mój umysł. A to wszystko spoczywa sobie spokojnie na wieeeelkiej furze siana. Tak. Mam też w głowie siano. Siubździu zwyczajne. Wcale się tego nie wstydzę. A co - czy to zawsze trzeba być śmiertelnie poważnym? Nie, nie i jeszcze raz - nie! Nie będę udawać, że nigdy przenigdy nie myślę o głupotach, że mojego intelektu nie skalała żadna haniebna rysa trywialności, że nie mam ataków nieprzyzwoitych skojarzeń i że absolutnie zawsze panuję nad sobą i tfu tfu - nie używam wyrazów kaleczących nasz przebogaty język, nasze dziedzictwo narodowe z trudem niemałym przekazywane z pokolenia na pokolenie. Otóż, niestety, a może stety - niekiedy jestem postrzelona i sama doprawdy nie wiem, dlaczego tak się dzieje. Dziwią mnie tylko reakcje niektórych ludzi udających, że im się to nie zdarza. Zaklinam więc wszystkie Damy Pik i Jaśnie Panów - od czasu do czasu wyjmijcie połknięty przez siebie kij, rzućcie w kąt tę bibułkę, przez którą jecie bułkę i schowajcie mały paluszek u dłoni odchylony nie wiadomo po co przy trzymaniu filiżanki z kawą. To naprawdę wygląda bardziej komicznie niż najsprośniejszy żart.


   Śmiej się dużo, a płacz mało i przez życie swe krocz śmiało! I tym oto akcentem kończę swe wywody. Idę jeść kopytka z kapustą zasmażaną. Mniam!




O trendach, hitach i must have'ach 2016-04-20 09:45

  W odniesieniu do wpisu Pana Zdzisława postanowiłam dodać skromnie parę słów od siebie. Oto one. Powszechnie znane powiedzenie głosi, że o gustach się nie dyskutuje. I ja wcale nie zamierzam dyskutować, nikogo przekonywać, nakłaniać do zmiany, zniechęcać itepe. Przedstawiam, podobnie jak Pan Zdzisław, swój punkt widzenia, do którego mam pełne prawo. Otóż, zagadnienie mody nie jest mi obce, aczkolwiek nie poświęcam mu zbyt wiele uwagi. Owszem, wiem, czym jest "must have". Co nie zmienia faktu, że będąc wyposażoną w pewne, nieustannie poszerzane zasoby intelektualne, nie podążam ślepo za lansowanymi trendami. Mało tego - nie obchodzi mnie to, że grubo ponad połowa Polandu chadza obecnie w dziurawych spodniach 7/8. Mnie się to po prostu nie podoba. Poza tym uważam za dużą przesadę płacenie za te łachy tyle samo co za normalne spodnie. Mam w szafie parę lekko znoszonych modeli  posiadających kilka newralgicznych miejsc, w których dziury niebawem powstaną samoistnie, więc jeśli zmienię punkt widzenia, postaram się "mimochodem" im pomóc w owym powstaniu. Wentylacja gwarantowana. Akurat na upały. Choć z tym może być problem i prędzej mole wyżrą resztę materiału, niż słońce zacznie porządnie grzać w naszym poplątanym klimatycznie regionie. Ale zauważyłam, że ani mróz, ani lodowe igiełki wbijające się w każdy odkryty kawałek ciała, ani wiatr wdzierający się w nieopatulone zakamarki, nie zniechęcają sporej części społeczeństwa do zakładania ubrań niedostosowanych do pogody.


   Przedstawiam niepełny przegląd zaobserwowanych przeze mnie "hitów": Dziewczyny w kusych kurteczkach odkrywających gołe plecy nawet w siarczysty mróz. Dżinsy-biodrówki, z których wylewają się tłuściutkie boczki i brzuch. Bluzki z dekoltem do pasa, wymagające ciągłego poprawiania, żeby zbyt wiele nie ukazały. Suknie ślubne z gorsetem, bez ramiączek, ledwo trzymające się na biuście. Nie trzeba chyba pisać, co czuje panna młoda, która znalazła się w ramionach żwawego tancerza, obracającego ją wte i wewte, podskakującego i podobnych podskoków od niej oczekującego. Albo suknia z trenem, który po uroczystościach kościelnych jest upięty na tyłku przypominającym wówczas kaczy kuper. Wysokie szpilki, w których niestety nie każda kobieta umie ładnie się poruszać i przechadza się pokracznie po dziurawych chodnikach ryzykując, że nabawi się poważnej kontuzji. Klapki rozłażące się pod stopami na górskich szlakach. Lato, krótkie spodenki, T-shirt i... wełniana czapka na głowie. Półbuty założone na zupełnie gołe nogi. Dresy i sportowe obuwie koniecznie ze znanym logo. Inna wersja jest nie do przyjęcia. Trzy paski, łyżwa, skaczący kot w mylący sposób określają status ich posiadacza. Okulary przeciwsłoneczne w charakterze opaski na włosy nawet wtedy, gdy za oknem spadł już pierwszy śnieg. Do tego w przypadku kobiet zawsze i wszędzie pełen makijaż, nawet na basenie, na półmaratonie, na plaży w upalne lato. No wszędzie. Bo nie daj Boże ktoś odkryje, że tak naprawdę kobiece powieki nie są kolorowe, usta malinowe, a rzęsy tak długie, że uniemożliwiają otwarcie oczu.


   We wszystkim musi być zachowany umiar i zdrowy rozsądek. Kupowanie różnych rzeczy za niebotyczne kwoty uważam za nieetyczne i zwyczajny przejaw próżności. W ogóle kupowanie w nadmiarze jest nieekologiczne, niepotrzebne. Wystarczy co jakiś czas zrobić remanent we własnej szafie, by przekonać się, że "must have" to zwykły chwyt marektingowy różnych firm chcących wydrenować kieszenie klientów. I że takich "must have'ów" mamy aż w nadmiarze. Żeby wyrzucić kupę forsy dla jakiegoś niby extra, a jednak badziewia wykonanego w Chinach, Bangladeszu czy w innym kraju traktującym pracowników jak niewolników, trzeba albo nie mieć wyobraźni, albo mieć problem z własną samooceną. Poza tym warto czasami przejrzeć się w lustrze. Nie zawsze to, w czym ktoś inny wygląda świetnie, musi idealnie pasować do mnie. Trochę samokrytycyzmu też się przyda. Dramatycznie wyglądają dzidzie-pierniki, mamuśki naśladujące swoje nastoletnie córki oraz tatuśkowie chcący cofnąć licznik o jakieś dwadzieścia lat. Nikt nie każe nikomu chodzić w worku pokutnym, "bo w tym wieku to nie wypada", ale należy uważać, żeby nie popaść w śmieszność. I jeszcze jedno - tyle się mówi ostatnio o pladze indywidualistów chcących wyróżniać się w tłumie. Jakoś trudno to zauważyć w dobie owczego pędu za głupią modą. Po ulicach chodzą przeważnie same kalki. A gdy już pojawi się ktoś wyglądający odmiennie, jest wytykany palcami i obśmiewany za plecami.


   Niedawno pewien młody człowiek zadał mi pytanie: "Nie będzie głupio, jak wyjdę w tym na dwór?". "Czemu uważasz, że będziesz wyglądał głupio?" - odparłam. "Bo to stare spodnie dresowe" - usłyszałam. "A czy lepiej byłoby, gdybyś wyszedł pojeździć na rowerze ubrany w strój galowy?". Młody człowiek się zaśmiał. I ja też. Bo strój powinien pasować również do okoliczności. Wiadomo przecież, że nikt przy zdrowych zmysłach nie udałby się na rozmowę o pracę w bikini. A ponadto należy czuć się zwyczajnie dobrze, sobą. Kiedyś młodzież dbała o image, który miał być wyrazem wyznawanego światopoglądu. A dziś?




Ale dzisiaj piździ! 2016-04-19 18:27

   Wynurzyłam się dzisiaj z domu z powodu ubogiego asortymentu lodówkowego. A jeść trzeba. Nawet w moim przypadku to nie jest konieczność, lecz czysta przyjemność. Mmmmm... Jedzonko...  No więc nie bacząc na to, że mój wiatromierz kołysał się nader niebezpiecznie wskazując na pizgawicę wszech czasów, wylazłam z domu. Najpierwej udałam się na pocztę, potem na spacer z moją równie hardą przyjaciółką, którą z tego miejsca, obecnie ciepłego i przytulnego, serdecznie pozdrawiam. Mam nadzieję, że obie unikniemy jakiegoś paskudnego przeziębienia. W końcu hartowanie się od dziecka powinno pełnić funkcję pewnego zabezpieczenia na wypadek właśnie takich sytuacji, kiedy rozłożenie parasola grozi wydłubaniem sobie oczu, więc lepiej już skapitulować i wystawić się na działanie siekących strug deszczu. Jak to się dawniej mawiało - z cukru nie jesteśmy, nie rozpuścimy się.



   Tak więc spacer trzeba było zakończyć szybciej niż się spodziewałyśmy i każda poszła w swoją stronę. Ja udałam się do znanego sklepu dla biedaków, żeby wynagrodzić sobie te niedogodności pogodowe czymś pysznym. W duchu mamrotałam przekleństwa na wiatr i dziękowałam ludzkości za wymyślenie ciepłych marketów, dzięki którym mogę w jednym miejscu kupić wszystko, czego potrzebuję. Powolutku skanowałam półki sklepowe, licząc na to, że moje dżinsy i buty wyschną na tyle, żebym poczuła się choć trochę komfortowo. Tak też się stało. Gdzieś w tak zwanym międzyczasie dostrzegłam koleżankę. Wpadamy tam czasem na siebie. Ileż radości może dostarczyć przebywanie w takim oto przybytku. Po zapłaceniu za zakupy udałyśmy się przed wejście i kontynuowałyśmy naszą rozmowę. O czym? O dzieciach tejże koleżanki, które to dzieci, a dokładnie córki, od października są szczęśliwymi posiadaczkami indeksu uczelni wyższej. Obie naraz, gdyż to bliźniaczki. Jak łatwo się domyślić, lekko rodzicom nie jest. Zwłaszcza, że nie załapali się na żadne 500+. Cóż, córunie skończyły osiemnaście lat, więc sorry, zamiast bezczelnie skupiać się tylko na nauce, musiały wziąć dupę w troki i w każdej wolnej chwili chwytać się jakiegokolwiek zajęcia, byleby choć trochę zasilić domowy budżet. Można? Można - skonkludowałaby pani B. pokazując na tymże przykładzie, że student nie potrzebuje finansowego wsparcia od państwa.



   Co się tyczy dalszych planów naszych młodych bohaterek, są one już z grubsza zarysowane. I nie ma w nich mowy o pozostaniu w naszej pięknej ojczyźnie. Nie za wszelką cenę. Wykształcą się i jak wielu ich znajomych, wyjadą gdzieś za chlebem, z nadzieją na lepsze życie niż to, które wiodą ich rodzice. Smutne to, ale cóż - taki mamy klimat. Polityczno-gospodarczy. "Życie..." - jak mawia młodzież, która nie oglądając się za siebie, idzie do przodu śmiało patrząc w przyszłość. Nie czując się związaną z ojczyzną w wymiarze makro i mikro. Dla wielu młodych dom jest tam, gdzie jest im dobrze. Można go stworzyć wszędzie, gdzie są ku temu dogodne warunki. Można ściągnąć tam rodzinę, a do kraju przyjeżdżać na święta lub raz na ruski rok po to tylko, aby przekonać się, że tu nadal wspomnianych warunków nie ma. I jeszcze do tego piździ. Czym kompletnie nie przejmuje się dość popularna w okolicy matka sporej gromadki obsmarkanych dzieciaków niosąca codziennie w jednorazowej reklamówce kilka brzęczących butelek piwa.




Ach... za moich czasów... 2016-04-19 11:33

  Za moim oknem znajduje się między innymi wiatromierz. Nie, nie taki zwyczajny wiatromierz, o jakim uczą się dzieci w szkole na przyrodzie. To latarnia. W dodatku nieczynna. Nigdy nie widziałam, żeby rozświetlała cokolwiek wokół siebie. Na szczęście zresztą, gdyż stoi ona tuż przy domu i gdyby w nocy jarzyła się ostro, dostałabym chyba szału. Nie potrzeba mi kolejnych bodźców uniemożliwiających zakopanie się w efektywnym, twardym śnie. Ale latarnia w moim mniemaniu śmiało może być wyznacznikiem tego, jak bardzo wkurzający będzie dziś wiatr. Bo ostatnimi czasy wieje prawie codziennie, a jak rzekli artyści ze znanego kabaretu: "najgorszy jest wiatr, bo jak jest ciepło i wieje, to jest zimno, a jak jest zimno i nie wieje, to jest ciepło". Pokrętna logika, ale zawsze jednak logiką pozostaje. Coś w tym jest. NIENAWIDZĘ WIATRU. Ale jednak siłą woli wyganiam siebie na zewnątrz, bo jakoś dziwnie tak spędzić cały dzień w murach. No dziwnie. Niezwyczajna jestem.


   Psucie fryzury, łzawienie oczu, zapychanie ust tak, że nie można oddychać, fruwanie pyłków, niższa odczuwalna temperatura, kurzawa. Ale twardo idę przed siebie. Choć z nostalgią pytam się ja: Kiedy nadejdzie wreszcie dzień, w którym po prostu będzie świeciło słońce, które oprócz samego świecenia zacznie porządnie grzać, no i nie będzie wiało? Chcę prawdziwej wiosny. Takiej, jaką znam z dzieciństwa, kiedy to często o tej porze było tak cudownie ciepło, a w maju wszystkie dzieciaki urzędowały po podwórku w koszulkach z krótkim rękawkiem, spodenkach lub spódniczkach i sandałach. Do późnego wieczora. Dopóki mamy poirytowanym i nieco już jadowitym tonem starały się zagonić do domów swoich brudnych jak nieboskie stworzenia potomków. Potem wiadomym było to, że tuż po zamknięciu drzwi od mieszkania, czekał jazgot, a groźby dożywotnich kar sypały się jak z rękawa. Cielesne konsekwencje nieposłuszeństwa też się zdarzały. I nikomu nie przyszłoby do głowy straszyć krewkich rodziców telefonem na niebieską linię, bo takowa nie istniała. A milicja? Cóż, nie cieszyła się zbyt dużą popularnością. Ale co tam kary... Raz się żyje - myślał dzieciak. I następnego dnia apiat' to samo. Po jakimś czasie skóra muskana codziennie przez słońce brązowiała, włosy z kolei płowiały. Nawet pannicom i zarywającym je chłopakom. Dziewczyny nie chodziły na żadne solarium, żeby się podrasować ani do fryzjera w celu zrobienia sobie pasemek lub rozjaśnienia na bufetowy blond. Amanci wyrabiali swą rzeźbę grając nieustannie w piłkę, przeskakując przez płoty, wspinając się na drzewa lub dachy garaży i biegając niczym rącze konie chcąc zaimponować swoim upatrzonym wybrankom muskulaturą i sprawnością fizyczną. Która nie miała być namiastką ukrytą za napakowaną fasadą ciała, lecz rzeczywistą zdolnością do pokonywania różnych przeszkód, szybkością i zwinnością.


   Sprzyjały temu i odmienne czasy, i mentalność dzieci oraz młodzieży, brak tak wysoko rozwiniętej techniki (kto miał komputer Commodore albo ruską gierkę elektroniczną, był megagościem ;) Wizja podwórkowych popisów pobijała na łeb nawet możliwość pogrania na wypasionym Atari  - jednego jedynego egzemplarza na całym osiedlu, egzemplarza należącego do znanego, anemicznego, bladego i dobrze rokującego kolegi, który jak się później okazało, tylko dobrze rokował. O wiele lepiej radziły sobie z życiowymi przeszkodami podwórkowe łobuzy, uczestnicy i uczestniczki hałaśliwych zabaw, w czasie których padały pod nosem brzydkie wyrazy, a niekiedy dochodziło do dzikich awantur. Oczywiście były i spokojne formy spędzania wolnego czasu, a z biegiem lat zawiązywały się przyjaźnie trwające do dziś. Nikt z dorosłych nie ingerował w te rozgrywki, każdy musiał i CHCIAŁ radzić sobie sam.


   Teraz wiatr, słońce, kurzawa, mżawka, mróz, brak słońca, wilgoć w powietrzu, taka sobie aura - no same przeszkody. Lepiej poleżeć na kanapie, ćwiczyć sprawność dłoni grając entą godzinę na kompie, gapić się w rozbębniony telewizor lub kontemplować cudze życie na fejsie. Po szkolnych korytarzach przetaczają się małe ludzkie baryłki, których liczebność z każdym rokiem wzrasta. W fastfoodowych restauracjach w ramach atrakcyjnego spędzania czasu z rodziną lub przyjaciółmi zamawia się niewyobrażalne porcje żarcia, chyba dlatego tak duże, żeby ten wspólny czas trwał jak najdłużej. Gdy czyjeś sześcio-, siedmio-, ośmioletnie lub starsze dziecko lata po dworze, w dodatku BEZ RODZICÓW (olaboga!), zjawisko to budzi zdziwienie zmieszane z zazdrością ("szkoda, że mój wiecznie siedzi przyspawany do kompa"). Faktycznie, dość rzadki widok. Pozostali, dobrze rokujący, tacy sprytni od małego, że wiedzą jak rozpykać najbardziej skomplikowany problem w wirtualnym świecie, w owym świecie rozwijają swoje wirtualne umiejętności, w tym interpersonalne. Wirtualne słońce smaga ich skórę na wirtualnych wczasach, wirtualna broń zabija wyimaginowanego wroga, a wirtualni przyjaciele widziani są tylko przez ekran monitora. Straszne.




Dlaczego jestem kim jestem i do czego to wszystko prowadzi 2016-04-18 13:32

    Czasami zastanawiam się, dlaczego życie poszczególnych ludzi przebiega takim a nie innym torem. Co ma na to wpływ? I które z przekonań jest prawdziwe – przypadek, przeznaczenie czy całkowicie wolny wybór kieruje zdarzeniami w naszym życiu? Czy maczają w tym palce jakieś siły wyższe, czy to wszystko to theatrum mundi i na ile człowiek ma realny wpływ na otaczającą go rzeczywistość?


   Moment historyczny, miejsce i środowisko – znajome hasła deterministyczne wyznaczają pewien kierunek myślenia o sobie i kształcie egzystencji. Bo w zasadzie zupełnie inaczej potoczyłyby się moje losy, gdybym dajmy na to urodziła się nieszczęśliwie w czasie II wojny światowej i w dodatku jako córka żydowskiego kupca z Łodzi. Albo jako córka niewolnika zarzynającego się, by nadludzkim wysiłkiem wybudować piramidę dla boskiego faraona. Bądź jako młoda Afrykanka przywieziona na jakąś amerykańską plantację bawełny na początku XIX wieku. W wersji dużo bardziej optymistycznej mogłabym być pierworodnym SYNEM obrzydliwie bogatego francuskiego arystokraty w czasach prosperity dla tej grupy społecznej. Lub po prostu mężczyzną. Dziś. Ile problemów ominęłoby mnie szerokim łukiem. Z pewnością męska część odbiorców nieco się oburzyła na te słowa, ale Panowie – odpowiedzcie sobie SZCZERZE na pytanie: Czy chcielibyście urodzić się kobietą? Pomijam oczywiście tych, którzy borykają się ze zidentyfikowaniem swojej płciowości. Pytam facetów takich powiedzmy – standardowych. Wiem, wiem, wam też nie jest łatwo. No ale. Gdyby była możliwość podmianki za pomocą jakichś czarów-marów, skorzystalibyście?



   Nie chcę się zbyt długo rozwodzić na temat wad i zalet przynależności do tej czy innej płci. Interesuje mnie jednakowoż to, kim jestem i jak to się właściwie stało, że jestem MNĄ. A co, jeśli faktycznie istnieje reinkarnacja? Co zatem miałam przepracować w swoim życiu, że urodziłam się jako ja? Co mi zostanie oszczędzone, a co będzie dodane w ewentualnym przyszłym wcieleniu? I czy istnieje obiektywna sprawiedliwość w tym względzie oraz kto lub co nad nią czuwa?



   Nieraz wyobrażam sobie, że jestem kosmonautką i patrzę z dalszej perspektywy na Ziemię, płynę w czarnej przestrzeni. Wtedy jeszcze dobitniej uświadamiam sobie własną małość, śmieszność swojego istnienia. Przeraża mnie wizja porwania przez tę nieograniczoną próżnię, w której zawieszonych jest zbiór różnych, kolorowych kulek – w tym Ziemi, czy innych brył, pyłów, mlecznych dróg i tym podobnych dziwnych elementów niesamowitej układanki, której początek i koniec niezmiennie stanowi nieodgadnioną zagadkę. A najbardziej absurdalna wydaje się myśl, że nie wiadomo, do czego TO WSZYSTKO prowadzi i po co się dzieje?




Błogosławieństwo porannej ciszy 2016-04-06 09:49

   Lubię tych kilka chwil, kiedy dzień jeszcze nie jest w pełni dniem, a noc już powoli przestaje być nocą. Na przykład godzina czwarta lub piąta rano. Cisza. Boże, jaka wtedy panuje cisza. Budzę się przeważnie z całkiem prozaicznego powodu – pęcherz mnie ciśnie. Więc wygrzebuję się spod kołdry i z zamkniętymi oczami, po omacku idę do łazienki. Robię co trzeba i człapię się z powrotem do łóżka. Przez chwilę nie mogę zasnąć. W ogóle mam problem ze snem. Dlatego, kiedy próbuję kontynuować swoje śnienie od momentu, w którym się ono skończyło, staram się nie myśleć o sprawach ważnych, trudnych, o kłopotach i istotnych decyzjach.


   Nie myślę, nie myślę – powtarzam w głowie jak mantrę. Ale to też myślenie. Zatem przeważnie uciekam do miłych wspomnień wakacyjnych. Leżę sobie na ciepłym piasku, ciepłe morze szumi, leniwie płynie czas. Jest mi ciepło i przyjemnie. Albo siedzę gdzieś w zwiedzanych ruinach. Kamienie pode mną są rozgrzane, więc nie boję się, że złapię wilka. To sobie siedzę. Przymykam powieki i odwracam się w stronę słońca. Przez zasłonę powiek patrzę na życiodajne światło. Jak dobrze… Jestem daleko od domu, w zupełnie obcym miejscu, wśród obcych ludzi. Jestem elementem egzotycznego krajobrazu. Języki narodów plączą się w toczonych tuż za rogiem dyskusjach. Wieża Babel, a jednak jakoś wszyscy się dogadują.


   Czasami to działa i odpływam. Nieraz nawet udaje mi się we śnie znaleźć w tych pięknych miejscach, do których być może już nigdy się nie wybiorę. Kiedy więc uda mi się do nich przenieść choćby w snach, ogarnia mnie pełnia szczęścia. Ale nie zawsze ten sposób pomaga. Żeby nie zmarnować czasu na uczucie irytacji, które rośnie zwłaszcza wtedy, kiedy za niedługo muszę wstawać do pracy, skupiam się na tej ciszy. Serce miasta bije jeszcze wolno. Nikt za ścianą się nie kręci, nie otwiera szaf i nie wyciąga ubrań, nie włącza czajnika z wodą na herbatę ani radia, z którego dobiega muzyka przeplatana komentarzami spikera. Nikt nie pluska się i nie łupie drzwiami od kabiny prysznicowej. Jeszcze sąsiadka nie wali obcasami po schodach i nie towarzyszy temu szczekanie wkurzonego psa z naprzeciwka, który tej sąsiadki szczerze nie cierpi. Sprzątaczka nie dzwoni miotłą o balustrady. Samochody grzecznie stoją na parkingu pod domem, więc nie słychać rzężenia lub terkotania silników. Ani trzaskania drzwiami. Ani niczego. Nic. Cisza.


   Teraz, gdy rodzi się wiosna, nad ranem ćwierkają małe ptaszki. Ooo, takie dźwięki są miłe dla ucha. Choć znam osobę, która po miesiącu śpiewu „tych pierdolonych ćwirków”, dostaje szału, gdyż ich gniazdo znajduje się na drzewie, tuż za oknem i dzień w dzień cała ptasia orkiestra włazi jej niemalże do sypialni. A ja tam lubię to pitu-pitu, fiu-fiu-fiu, tirli-tirli. Ale najbardziej kocham ciszę. Spokój i ciszę… Moje delikatne struny ukryte gdzieś głęboko, łagodnie się stroją. W ciele nie ma napięcia nawet w najmniejszym mięśniu. Przeze mnie wolno przepływa rzeka oczyszczająca duszę. Pomału wiotczeję… i już, już… czuję błogostan. Zanurzam się w wodzie w jakiejś zatoczce i obserwuję, jak na dnie bawią się promienie słoneczne, wokół krystaliczna czystość dająca poczucie bezpieczeństwa i jasności. Poruszam rękami i nogami. Płynę… płynę… płynę…




Pozostawmy kobietom prawo wyboru 2016-04-04 11:25

      Patrzę, słucham i nie wierzę… Odnoszę wrażenie, że codziennie budzę się w innym świecie, innej rzeczywistości niż w tej, do której zdążyłam już przywyknąć. A to trybunał, a to kolejna reforma oświaty, a to reprezentanci różnych instytucji unijnych, którzy przyjechali na darmo… Ale radykalizacja ustawy antyaborcyjnej rozłożyła mnie na łopatki. No ręce, dupa, cycki mi opadły aż do samej piwnicy.


   Zaczynam się zastanawiać nad tym, czy pozostali obywatele Polandu, którzy nie głosowali na drużynę wiodącą, naprawdę nie mają nic do powiedzenia. Bo na to wychodzi, że wszyscy należący do ponad 60 – procentowej grupy społeczeństwa, mają siedzieć cicho pod groźbą otrzymania łatki najgorszego sortu, animalistów, morderców i jawnogrzeszników, którzy będą się smażyć w piekle. A co, jeśli ktoś w piekło nie wierzy, albo smażenie kojarzy mu się tylko z plażą na Wyspach Bahama?


   Dziś w „niesłusznej” TiVi toczyła się rozmowa pomiędzy panią X głoszącą prawo wyboru w tej kwestii a panem Y stojącym za opcją bezwzględnie odbierającą możliwość jakiegokolwiek wyboru. Kobieta ma rodzić ZAWSZE niezależnie od okoliczności. Pośród licznych argumentów pojawiły się oczywiście również i te rażące demagogią, absurdalne i brzmiące co najmniej niewiarygodnie w ustach mężczyzny. Nie będę ich przytaczać, gdyż były one wielokrotnie głoszone w przestrzeni medialnej i publicznej. I żeby było jasne – JA nie zamierzam nikogo ani namawiać do aborcji, ani zniechęcać. Nie spotkałam się nigdy z taka sytuacją i nie słyszałam od żadnej kobiety, którą znam, aby wywierano na niej presję, żeby usunęła ciążę, jak to przedstawił pan Y. Słyszałam z kolei wielokrotnie o tym, że ZAWSZE była nakłaniana do ponownego przemyślenia swojej decyzji. Naprawdę nikt nikogo nie jest w stanie zmusić „do zabijania życia poczętego”. Po miastach i wsiach nie grasuje czarna wołga i nie zaciąga siłą na fotel ginekologiczny. To, że czasami ksiądz, rodzina czy partner próbują wywrzeć nacisk na przyszłej matce - zdarza się, owszem, ale ostateczna decyzja należy do kobiety. I to ona w każdym przypadku ponosi jej konsekwencje. Jaka by nie była. Mało tego. Powtórzę to kolejny raz, bo już o tym kiedyś pisałam – żadna ustawa niczego nie zmieni. Może nieco utrudni, ale podejścia do tego tematu nie zmienią przepisy, nakazy, zakazy. Dowodem na to jest istniejące i mające się świetnie podziemie aborcyjne. A także możliwość wyjazdu do sąsiednich krajów i wykonanie zabiegu bez najmniejszego problemu. Jedynym problemem mogą być pieniądze, choć te, jak życie wielokrotnie pokazuje, jakoś się znajdują.


   Co mnie najbardziej bulwersuje? Odbieranie kobietom prawa wyboru. Oczywiście nie należy traktować pigułki „po” ani aborcji jako formy regulacji narodzin, ale te trzy wyjątki ujęte w kompromisowej ustawie, funkcjonującej dotychczas, uważam za dopuszczalne, otwierające przed kobietą jakąś furtkę, pozwalającą na podjęcie jakże trudnej decyzji. Dodam, że niestety częstokroć ustawa ta i tak nie jest w pełni przestrzegana, ponieważ przed ciężarnymi przeżywającymi ów dylemat, stoi tyle przeszkód do pokonania, że ten dwunastotygodniowy czas mija i ostatecznie są one zmuszone do porodu mimo gwałtu, mimo uszkodzenia płodu lub narażenia zdrowia i życia kobiety.


    Co jeszcze mnie irytuje? Że w sprawach seksu, rodzenia, ilości dzieci w rodzinie wypowiadają się przeważnie mężczyźni i kobiety, które okres rozrodczy mają dawno za sobą. Albo ci, którzy są radykalnymi wierzącymi chcącymi narzucić innym siłą swój światopogląd. I tu brawo dla prowadzącego program w „niesłusznej” TiVi – na pytanie, co z tą częścią społeczeństwa, która ma inne poglądy, pan Y nie potrafił logicznie odpowiedzieć. Powtarzał te same argumenty kierując się metodą zdartej płyty, że każdy ma prawo do życia od chwili połączenia komórki żeńskiej z męską. Sensowna odpowiedź nie padła również na pytanie, co zrobić w sytuacji, gdy zgwałcona nastolatka zajdzie w ciążę. Szkoda, że nie istnieją czarodziejskie różdżki. Można by nimi dotknąć co niektórych radykałów tak, żeby choć na chwilę stali się brutalnie zgwałconą nastolatką. Kobietą chorą lub której życie jest zagrożone, stojącą przed wyborem – albo ja albo ono. Szczęśliwą mamuśką z dumą idącą do ginekologa na kontrolę, której szczęście pryska jak bańka mydlana, kiedy dowiaduje się, że płód ma bezmózgowie czy inną, poważną wadę rozwojową. Wizja wychowywania chorego dziecka w tym kraju jest czarniejsza nawet od Czarnej Dziury.


   A już za szczyt wszystkiego uważam list biskupów w sprawie zaostrzenia ustawy o aborcji. Ja naprawdę rozumiem, że religia katolicka jednoznacznie zabrania usuwania ciąży. Wierzę głęboko, że równie głęboko wierzące katoliczki nigdy tego nie zrobią, choćby nie było w tym względzie żadnych regulacji prawnych. Ale do jasnej cholery – w tym kraju nie żyją sami katolicy. A sfera sacrum, do jakiej przynależy kościół i sfera profanum, czyli instytucje państwowe POWINNY FUNKCJONOWAĆ NIEZALEŻNIE.




Nie rób z igły wideł 2016-04-02 12:21

    Nie wiem, czy mam już taki dystans do wielu spraw, czy w ten sposób ukształtowało mnie życie pełne zawirowań, że niejednokrotnie jestem zaskoczona postawą niektórych ludzi. Ludzi robiących problemy z niczego. Dzielących włos na czworo, analizujących każdą minę, gest, spojrzenie i zastanawiających się nad tym, jaki to może mieć wpływ na losy jego mikroświatka. Wiem, nie należy bagatelizować cudzych większych bądź mniejszych zagwozdek, ale doprawdy nie mogę pojąć, jak coś błahego może stanowić jakikolwiek kłopot.


    Na przykład. Koleżanka weszła do pracy i nie powiedziała ci „cześć”. A może się po prostu zamyśliła? Może w środku coś głęboko przeżywa albo po prostu dzieciak jej się pochorował i ona się martwi. Innym razem szef miał srającą minę i nie odparł z uśmiechem „dzień dobry”. Cóż, z szefami różnie bywa. Przeważnie przez ich głowy przepływa milion myśli na sekundę. Czasami mają zły dzień, strzelają focha i już. No ale trudno – to ich foch. Można go mieć w pewnej części ciała i nie psuć swojego humoru. Ktoś siedzi i patrzy milcząco? Jeśli chowa w sobie jakąś zadrę i nie chce tego otwarcie powiedzieć – niech mu się sączy jad z tej zadry do środka. Przynajmniej nie zaleje nim ciebie i innych, skoro nie chce porozmawiać, by wszystko wyjaśnić. Albo oto ktoś organizuje domówkę i pominął dwie, trzy osoby spośród znajomych. Dlaczego? Bo akurat chciał się w tym dniu spotkać z tymi ludźmi. A przy innej okazji z innymi. Niekoniecznie z wszystkimi naraz. Czy zawsze trzeba we wszystkim dopatrywać się często nieistniejącego, drugiego dna?


    Naprawdę nie można uzależniać swojego nastroju od wydumanych, irracjonalnych interpretacji różnych postaw czy zachowań. Nie ma sensu tracić czasu na snucie bezsensownych rozważań, lecz zwyczajnie – kawa na ławę – porozmawiać i uciąć ciąg domysłów, niepewności i rozterek. Właściwa komunikacja jest podstawą poprawnych relacji. Poza tym świat nie kręci się wokół poszczególnych jednostek, które powinny mieć tego pełną świadomość. Nieraz ktoś nawet nie zdaje sobie sprawy z naszego żalu hodowanego i rozrastającego się do niewyobrażalnych rozmiarów. I co najistotniejsze – czemu ma służyć robienie z igły wideł? Człowieku, zastanów się, czy to, co określasz mianem problemu, rzeczywiście nim jest. Bo, jeśli byle duperela jest w stanie wytrącić cię z równowagi, to prawdziwe problemy rozerwą cię na strzępy.



e-szablony
  e-blogi.pl  [Załóż blog!] rssSubskrybuj blogi
[Zamknij reklamy]