Frausuchen - blogerka


Kobiecy śmiech przez łzy... 2016-05-25 08:25

   Czym się różni młoda kobieta od młodego mężczyzny? Jedni mówią, że poza wiadomymi przymiotami ciała - niczym. Od najmłodszych lat wielu rozsądnych ludzi uczy swoje dzieci, że płeć nie ma znaczenia, że to nieprawda, że chłopaki nigdy nie płaczą, a dziewczynki nie są zbyt rozgarnięte w nauce przedmiotów ścisłych. Że panuje równość pod każdym względem i takie tam. Inni mówią - różnią się wszystkim. Kobiety są z Wenus, a faceci z Marsa i w ogóle to dwie skrajnie odmienne istoty, w porozumienie których nie należy pokładać zbyt wielkiej nadziei. A ja powiem tak: i ci, i tamci gadają bzdury. Nie ma ŻADNEJ dobrej odpowiedzi na postawione pytanie, ŻADNEJ obiektywnej prawdy i recepty na wychowanie dzieci w tej kwestii. BO.


   Bo wystarczy wejść małymi kroczkami w dorosłość, by na własnej skórze przekonać się, jak to właściwie jest. I można by podawać wiele przykładów na brak lub potwierdzenie istniejących, bądź też nieistniejących różnic pomiędzy przedstawicielami obu płci. Ale ja poruszę tylko kilka bieżących kwestii. A mianowicie miałam szczęście (?) spotkać się ostatnio z dwiema młodymi matkami. Koleżankami, którym niebawem kończy się urlop macierzyński. Dodam, że decyzję o swoim pierwszym dziecku długo odkładały z powszechnie znanych względów - studia, praca, mieszkanie na kredyt, starania o umowę o pracę, a potem strach przed jej utratą, podejrzliwe spojrzenia szefa i współpracowników, niestosowne pytania o plany na przyszłość (czytaj: kiedy pani planuje ciążę)... No w końcu bach! Stało się i oto zostały dumnymi mamusiami. Jednak wielokrotnie wszem i wobec oznajmiały, że po urlopie chcą wrócić na zawodową ścieżkę. I tu spotkało je rozczarowanie, którego gorycz odczuwają każdego ranka. Oto jedna z nich podjęła intensywne działania w celu znalezienia pracy w nowym miejscu zamieszkania (codzienne dojazdy kilkadziesiąt kilometrów w te i wewte dla młodej matki to zadanie wprawdzie wykonalne, lecz graniczące z absurdem). Na każdej rozmowie kwalifikacyjnej wszystko szło jak po maśle do momentu, gdy PRZYZNAŁA SIĘ (!), że ma małe dziecko. Niby nikt jej tego nie powiedział wprost, niby grzecznie powtarzano tę samą formułkę typu "odezwiemy się do pani", ale wyraźnie poczuła, że dla potencjalnych pracodawców jest elementem niepożądanym, śmierdzącym jajem, bombą z opóźnionym zapłonem, która będzie wybuchać w najmniej odpowiednich momentach i rzucać na biurko co rusz zwolnienie. Zabolało. Nieraz. I pewnie jeszcze wiele razy zaboli.


   Druga z dziewczyn przeżyła i nadal przeżywa fakt, że mimo tego, iż w ciąży zasuwała do roboty i nie wykorzystywała swego błogosławionego stanu, nie rozczulała się i była zaprzeczeniem przekonania o lenistwie ciężarnych, w ostatecznym rozrachunku została wygryziona przez młodego mężczyznę zatrudnionego, gdy ona musiała udać się już na zwolnienie lekarskie. Jej żal nie miałby miejsca, gdyby ów rywal nie był gorzej wykształcony, zabłysnął jakimś innowacyjnym działaniem lub chociażby przykładał się do wykonywania swoich obowiązków, nie był synem wpływowych rodziców, miał tyle ukończonych dodatkowych kursów co ona i gdyby wcześniej szefowa miała do niej jakieś zastrzeżenia. Ale nie. Szefowa zawsze wypowiadała się o jej pracy w samych superlatywach. Szefowa była zapewniania przez tę dziewczynę o chęci powrotu. Szefowa jednak mimo wszelkich starań nie znalazła dla niej choćby pół etatu, ale dla młodego mężczyzny jakimś cudem wykroiła to i owo. Dlaczego on, a nie ona? "A dlaczego pani, a nie on?" - usłyszała odpowiedź, która ścięła ją z nóg i która odebrała jej mowę, a tym samym zdolność wypowiedzenia wcześniej przygotowanych, wyżej wymienionych argumentów. Otworzyła tylko buzię i stała jak wryta czując się upokorzona całą sytuacją. Poczuła też wkurw, jakich mało.


   Ta sytuacja oraz usłyszane od ludzi uwagi, w których pomiędzy wierszami krył się komunikat o tym, że urodzenie teraz dziecka to nie był najlepszy pomysł, wkurwiły ją maksymalnie. Nikt nie będzie mówił o jej dziecku, że jest przeszkodą, balastem. Nikt nie będzie jej mówił, kiedy ma rodzić, a kiedy nie. To jest jej sprawa i gówno to kogoś obchodzi! Każdy, kto miał do czynienia z rozgarniętą matką dobrze wie, że nikt, absolutnie nikt nie jest tak dobrze zorganizowany jak matka. Matka nie marnotrawi czasu, wykonuje czynności według logicznego porządku, nie zajmuje się głupotami, jest jak wielozadaniowy robot. Bach, bach i zrobione! Potem do domu, do rodziny, do dzieciaków. Matka potrafi znaleźć balans. Z trudem, lecz jakoś jej się to udaje. A najistotniejsze jest to, że matka rozróżnia sprawy ważne od mniej ważnych i wie, że praca to nie jedyny sens jej życia.


  Nasze społeczeństwo, pracodawcy, prawodawcy nie dojrzali do poszanowania wartości takich jak rodzina. Nie zmieni tego 500+, nie zmieni tego prawo, które pozwala na umowy śmieciowe lub kombinowanie w nieskończoność z umowami o pracę na czas określony, nie zmieni tego wydłużony urlop macierzyński. Zmienić musiałaby się mentalność ludzi, a jak wiadomo, z tym jest najtrudniej. Najdotkliwiej boli traktowanie młodych matek przez inne kobiety, które swoje dzieci mają już odchowane. Brak zrozumienia i empatii, amnezja, zwykła złośliwość - tworzą przepaść między pokoleniami. A dzisiaj wychowanie dziecka jest nie mniej trudne niż kiedyś, kiedy istniała jeszcze instytucja niezastąpionej babci. Owszem były pieluchy tetrowe, gotowanie mleka, stanie w kolejkach i zdarzało się, że matki nie miały na podorędziu nikogo do pomocy. Były też jednocześnie ogólnie dostępne żłobki, przedszkola i w miarę uregulowany czas pracy. Dziś o to wszystko młode kobiety muszą walczyć jak lwice niejednokrotnie połykając łzy i starając nie rozpaść się na tysiąc kawałków, gdyż dobitnie przekonują się, jak okrutnie zostały zrobione w Karolka tymi mitami o cudownym macierzyństwie. Tak na marginesie dodam, że ani jedna, ani druga z moich koleżanek nie załapie się na 500+, gdyż zarobki ich mężów są nieznacznie za wysokie, żeby mieścić się w progu dochodowym. Są za "bogate" na zasiłek, ale za biedne, by pociągnąć kredyt mieszkaniowy i inne wydatki. Znalazły się w czarnej dupie.


   Młode kobiety przy młodych mężczyznach wypadają słabo. Przynajmniej na rynku pracy. Niestety taka jest ponura prawda. Jeśli nawet uda im się zdobyć jakieś zajęcie, to potem zderzają się z kolejnymi przeszkodami w drodze do sukcesu, ścieżka ich awansu jest dłuższa niż w przypadku mężczyzn, zarabiają mniej od swoich kolegów na tych samych stanowiskach. Spotyka je "kara" zamiast nagrody za urodzenie dziecka, a radość z powodu rosnącego brzucha ukrywają, żeby przypadkiem szef się ich nie pozbył i przedłużył umowę. W tych okolicznościach słowa pełnomocnika rządu do spraw równego traktowania i społeczeństwa obywatelskiego, jakoby "szklany sufit jest w głowach samych kobiet" brzmią niczym kpina. Można się oczywiście pośmiać, lecz jest to śmiech przez łzy. Kobiet rzecz jasna.




Gdzie ci mężczyźni... 2016-05-20 12:38

  No jak to gdzie?! Tu, tam, wszędzie! Może nieraz trzeba wyostrzyć wzrok, żeby dostrzec pozytywne przykłady, o jakich śpiewała Danuta Rinn, ale jednak zdarza się spotkać w tłumie jakiegoś orła czy sokoła ;) Serio. Osobiście się o tym przekonałam nie raz. A dziś, kiedy lekko zziajana przemierzałam moje miasto rowerkiem, również miałam okazję spotkać bardzo pomocnego mężczyznę. Wprawdzie był pozbawiony górnej dwójki, ale i tak uśmiechał się całkiem ładnie. Zresztą nie o uśmiech tu chodziło, tylko o naprawę tegoż roweru. Ale o tym za chwilunię. Poza tym jednym grzecznym mężczyzną, jak na razie w dniu dzisiejszym, spotkałam też... jakby to dyplomatycznie ująć... no nie orła i nie sokoła bynajmniej. A było to tak...


   Podjechałam do jednego z Najbardziej Znienawidzonych Urzędów (skarbówka) i z duszą na ramieniu weszłam jak zwykle naiwnie wierząc, że załatwię swoją sprawę raz dwa. Bez bólu, bez odsyłania, bez donoszenia jakichś papierów niezbędnych do wystawienia jednego świstka. Ale cóż. Pomyłka. Musiałam zapłacić odpowiedni haracz za ów marny świstek, lecz w urzędzie zlikwidowano kasę i w tym celu trzeba było jechać do banku lub na pocztę. Co robić? Wsiadłam na mój Fahrad i rura! Podjechałam do bankomatu i ujrzałam dwóch panów, na oko jakieś ważne figury, rozprawiających o czymś konspiracyjnym głosem. Spytałam grzecznie, czy też stoją w kolejce do ściany płaczu. Na co oni wyszczerzyli swój zębostan (pełen i biały jak z reklam blend-a-med) i odparli, że nie, ale nawet gdyby, to takiej damie ustąpiliby miejsca. Haha... Panów poczucie humoru nie opuszczało i zaproponowali, żebym sobie wypłacała kasę podwójnie, potrójnie, do woli. Na co ja z kolei rzekłam, że bardzo chętnie bym to uczyniła, gdyby istniała możliwość wypłaty z ich kont. Tylko o platynową kartę i pin poproszę. Wówczas mogłabym wypłacać nawet poczwórnie i w ogóle dogłębnie. Haha... Dobre sobie. OK. Koniec pitolenia, bo czas mi przeciekał przez palce. Forsę (niestety ze swojego konta) zgarnęłam i skierowałam się do bankowego wejścia. Jeden z Panów spytał, czy idę do kasy. Przytaknęłam. I w tym momencie padły słowa, które nie powinny paść. "A szkoda, myślałem, że do mnie... Hahaha...". Wiedziałam, wiedziałam, że to jakiś Prezes Banku Zbożowego czy inna szycha. Spojrzałam swoimi wielkimi ślepiami w sposób, który przyprawia niektórych o dreszcze. Nie rozkoszy, nie. "Nie dla psa kiełbasa, ohydne dziadzisko!" - to mówiły moje oczy. Po chwili pod wpływem mojego bazyliszkowego spojrzenia jego uśmiech zamienił się w głupkowaty grymas. Koniec pieśni. Odwróciłam się od chamidła i poszłam. To był przykład tego nie-orła, nie-sokoła, choć on sam pewnie myślał zupełnie inaczej. Zdarzało mi się w życiu otrzymywać nieprzyzwoite propozycje (np. wybierze się pani ze mną na przejażdżkę? - właściciel sportowej fury:/), wysłuchiwać seksistowskich komentarzy (a z taką ładną panią to z miłą chęcią porozmawiam - pracownik urzędu z durnowatym uśmieszkiem), lecz nigdy nie robiło to na mnie wrażenia. Chyba, że złe. Skąd niektórzy faceci czerpią inspirację do tego typu zachowań?


   Ale co tam. Później za to spotkałam tego Miłego Pana bez zęba. I choć nie wyglądał imponująco (nie szata zdobi człowieka), zachował się bardzo kulturalnie. Również miał poczucie humoru, tylko na innym poziomie. Dla takiego nie-orła Miły Pan to zapewne ktoś przezroczysty, żadna konkurencja w świecie samic i samców. Tylko, że to właśnie Miły Pan pasował idealnie do tekstu wspomnianej we wstępie piosenki, a nie ten typ. Miły Pan od grzebania w moim rowerze pobrudził sobie ręce. Miły Pan potrafił zrobić użytek z fajnego urządzonka z różnymi kluczami do regulacji przerzutek, dokręcania śrubek, wkręcania pedałów i innych elementów. Miły Pan pracuje w sklepie i pewnie kiepsko zarabia, lecz jest miły, wesoły i chętny do pomocy. Zrobił więcej niż to, o co go prosiłam. I nie skasował za te dodatkowe czynności. Potem przy kasie westchnęłam, że mężczyźni naprawdę są potrzebni. "Dam pani telefon, niech pani to powie mojej żonie" - zaśmiał się mój bohater.


   W tym oto miejscu dziękuję wszystkim Mężczyznom przez duże M za to, że są i od czasu do czasu udzielają pomocy, potrafią rozbawić, pokazują swój punkt widzenia pełen dystansu do rzeczywistości. Ponadto a to dokręcą śruby niezdarnie przykręcone przez kobietę (to o mnie;), a to ustawią przerzutki (nie zauważyłam, że w ogóle nie działają i dlatego ciężko mi się jeździło ;), a to wywiercą dziurę (nie tylko w brzuchu ;), wesprą silnym ramieniem i dobrym słowem (miej wyjebane, a będzie ci dane ;) oraz pozwolą się wypłakać i obsmarkać przy tym ich ulubioną koszulę (rycz mała, rycz...). I choć jak żadne inne stworzenie na świecie ekspresowo potraficie podnieść ciśnienie, bez Was ten świat byłby uboższy o wiele barw...


  




Cudze fochy niech pozostaną cudze 2016-05-16 10:34

  O nieeee... Nie, nie i jeszcze raz NIE! Nie należy poddawać się czyimś humorkom i nastrojom. A już w szczególności cudze fochy należy mieć tam, dokąd słońce nie dochodzi. Jedna z moich podstawowych dewiz życiowych brzmi: "W dupie mam czyjeś (tu należy wstawić imię lub pseudo konkretnej osoby) fochy". Chce się ktoś taplać w magmie swoich urojonych problemów, niewypowiedzianych lub wypowiedzianych, lecz często nieuzasadnionych pretensji - to proszę bardzo, ale beze mnie. Taplać to ja się mogę co najwyżej w pięknej, szmaragdowej wodzie w jakimś egzotycznym miejscu.


   Jestem impregnowana na wszelkie sztuczki manipulacyjne, szantaże emocjonalne, bierną przemoc i inne wyrafinowane formy wywierania nacisku. Jakby to ująć - jestem już na to za hm... zbyt doświadczona. Owszem, mam świadomość, że muszę popracować jeszcze nad tym i owym, doskonalić się w dziedzinie psychologii i innych nauk humanistycznych, choć tu raczej pasowałoby inne trafniejsze określenie, a mianowicie nauk życiowych. Są one niezwykle istotne w codziennej grze zwanej życiem, kiedy to na szachownicy ciągle zachodzą jakieś interakcje między poszczególnymi figurami. I żeby nie być byle jakim pionkiem traktowanym przez większość graczy z ledwo skrywaną pogardą, trzeba uzbroić się w umiejętności zapewniające przetrwanie, poczucie własnej wartości i niepodeptanie godności. Swojej i czyjejś. Bo można brnąć przez meandry dbając o siebie, jednocześnie nie paląc za sobą mostów, lecz rzucając choćby marną, ale zawsze jakąś, kładkę umożliwiającą złapanie kontaktu i wyjaśnienie sobie wielu kwestii. Raczej oczywistym jest fakt, że człowiek to zwierzę stadne, więc nawiązanie i  utrzymanie właściwych relacji z innymi to podstawa funkcjonowania w społeczeństwie.


   Zdanie warte zapamiętania: "Tak, jak traktujesz siebie, tak inni będą traktować ciebie". Jeśli więc pozwolisz sobie na bezczelne wykorzystywanie, włażenie na swoje terytorium z buciorami i zawłaszczanie twojej przestrzeni, jeśli nie szanujesz siebie i swoich praw, nie spodziewaj się tego samego ze strony otaczających cię ludzi. Dlatego należy być dla siebie dobrym, kochać siebie, nie zapominając przy tym, by nie popaść w narcyzm, skrajny egoizm czy chamstwo (często mylone z asertywnością). I jasno komunikować swoje prawa respektując prawa innych. Nasza wolność kończy się tam, gdzie zaczyna się wolność drugiej osoby. Ostatnimi czasy wymienione pojęcia są błędnie rozumiane, niepoprawnie interpretowane. Kiedyś liczyła się zbiorowość, dziś wielu mówi i myśli tylko w kategoriach JA JA i jeszcze raz JA. A jak już wielokrotnie pisałam, popadanie ze skrajności w skrajność to chybiony pomysł. Tak więc reasumując, cudze fochy i frustracje niech pozostaną cudze, nie nasze. A tymczasem, że się tak wyrażę - Alleluja i do przodu ;) Oto mamy nowy dzień. Wilgoć w powietrzu uwolniła piękną woń ziemi i roślinności... Rozkoszujmy się tym... Ileż tracą Fochmeni i Fochmenki...




Co to się porobiło? 2016-05-13 12:54

  Każdy ma swoje codzienne rytuały. Ja również. Należy do nich między innymi kawusia po śniadanku, koniecznie w filiżance, z dodatkiem mleczka i od niedawna bez cukru, gdyż wyczytałam, że działa on jak narkotyk. Coś w tym chyba jest, bo kiedy przestałam jeść słodycze, które kocham, chodziłam nabuzowana i nie mogłam sobie znaleźć miejsca. Ale wracając do kawusi. Piję ją jednocześnie czytając swoje ulubione czasopisma dla animalsów. I dziś po raz kolejny zetknęłam się z artykułem opisującym rozdźwięk, jaki powstał na bazie trwających od kilku miesięcy wydarzeń politycznych. Jeśli słyszysz o czymś raz - myślisz sobie: "Aj tam...". Jednak jeśli zdarza się to już któryś raz, zaczynasz się zastanawiać. Tak więc zaczęłam. I wnioski z moich refleksji wcale nie są optymistyczne.


   W zasadzie wychodzę z założenia, że tematy związane z polityką i religią są bardzo niebezpiecznie. Zawsze należy dobrze przemyśleć, czy po pierwsze jest sens prowadzenia dyskusji, a po drugie, trzeba ustalić, czy jest się skłonnym zaakceptować skutki takiej rozmowy, które mogą nas przerosnąć. Ponadto raz postawiony mur między zwaśnionymi stronami trudno potem zburzyć. Mam to szczęście, że właściwie oprócz jednej osoby z mojej rodziny, pozostała część wyraża poglądy zbliżone do moich, więc nasze dywagacje toczą się w racjonalnym i spokojnym klimacie. Doprecyzuję - użyłam sformułowania "na szczęście" nie dlatego, że mam coś przeciwko antagonistycznym przekonaniom tego jednego członka rodziny. Po prostu nie jestem narażona na niezręczne sytuacje w trakcie spotkań przy jednym stole. A bywa tak, że ów rzadko pojawiający się członek potrafi stosować prowokacyjne chwyty, czekając potem na odzew. Niby żartem, niby od niechcenia rzuca hasło jak odbezpieczony granat i przygląda się. Będą trupy czy nie? Ufff... Każdy tylko uśmiecha się pod nosem i obraca wszystko w żart. Jak dobrze mieć wokół siebie ludzi potrafiących zachować dystans. Aczkolwiek muszę przyznać, że kiedyś nastąpiła wymiana zdań, podczas której nikt nikogo nie zabił, nie zranił (ani dosłownie, ani w przenośni) i nawet udało się wysnuć istotny wniosek - jeśli ktoś nie przyjmuje racjonalnych argumentów, powtarza w kółko te same slogany, NIE SŁUCHA, tylko wyrzuca z siebie potok słów, wówczas należy dać sobie spokój. Szkoda zdrowia. Pożyjemy, zobaczymy kto miał rację. Przyjęcie pozycji obserwatora bywa bardzo pożyteczne.


   Niestety nie w każdym kręgu znajomych czy rodzinnym panuje taka zgoda. Czasami w powietrzu latają pociski rozwalające wszystko, a odłamki pozostające gdzieś głęboko, są nie do usunięcia. Ryzykowne bywają nawet z pozoru niewinnie zaczynające się rozmowy w sklepie, pociągu czy u lekarza. Miałam okazję się o tym przekonać. Nauczona doświadczeniem nigdy sama nie inicjuję wymiany poglądów na kontrowersyjne tematy. Najpierw uważnie słucham, co ma do powiedzenia mój interlokutor, następnie oceniam poziom emocji towarzyszących jego wystąpieniu, a dopiero potem staram się rozeznać, w jakim stopniu jest on nastawiony na dyskusję, a w jakim na wyplucie zalegającej w jego wnętrzu światopoglądowej wydzieliny. I jeśli uzyskam pełen pakiet informacji, podejmuję decyzję co do swojego postępowania. Kontynuuję dyskurs lub grzecznie się wycofuję oszczędzając tym samym czas, dobre samopoczucie i wewnętrzny spokój.


   Co to się porobiło między ludźmi? Żeby naród tak dał się podpuścić i skłócić? To trzeba mieć wyjątkowe zdolności, wręcz talent, aby do tego doprowadzić. Przychodzi mi do głowy zatrważające skojarzenie z pewnymi wydarzeniami z nie tak dawnej przeszłości. A historia lubi się powtarzać. Historia kołem się toczy. Dziś zostanie ogłoszony werdykt w sprawie polandowskiego ratingu. Cóż, nie należy spodziewać się pozytywnej decyzji. Może to choć trochę otworzy oczy tym zaślepionym Dobrą Zmianą. Ciekawe, kiedy nastąpi przebudzenie i jaką formę ono przyjmie. Istnieje jednak realna obawa, że nawet jeśli ono w końcu nadejdzie, odbudowanie dobrej pozycji Polandu w Eurolandzie może znowu zająć całą masę czasu. A odbudowanie poprawnych relacji międzyludzkich może w ogóle nie nastąpić. Zaufanie i szacunek łatwo stracić, a trudniej odzyskać. Koszty poniesiemy wszyscy. Więc zamiast się kłócić, warto zacząć ze sobą rozmawiać w cywilizowany sposób posiłkując się twardymi danymi, wynikami analizy bieżących wydarzeń, bez wyświechtanych haseł i uprzedzeń. No nie może być tak, że osią sporu jest ktoś oderwany od rzeczywistości i leczący swoje głęboko skrywane kompleksy, ktoś podsycający ciągły strach i czerpiący z niego energię do dalszych działań. Niech Dobra Zmiana będzie rzeczywiście dobrą zmianą, nie zaś demolką i chęcią wyrządzenia jeszcze większych szkód niż te, które zostały poczynione wcześniej. Bo trudno zaprzeczyć faktom, że nie wszystkie działania poprzedniej drużyny wiodącej były właściwe. Nie można też twierdzić, że nasza droga Ojczyzna była w totalnej ruinie i dopiero teraz dźwiga się z kolan. Trzeba przede wszystkim pamiętać o jednym - nie liczą się jednostkowe cele czy cele wybranej grupy społecznej, lecz całokształt i szeroko pojęty interes całego kraju.


  




Chwilami brakuje słów... 2016-05-12 10:33

   "Sprytny niszczyciel", "wredny i tajemniczy", "podstępny" - oto niektóre epitety określające małego, imponująco wyglądającego potworka. Z bliska przypomina barwne mikroby połączone w sieć. Wystarczy jego jedna, maleńka cząstka, aby stworzył pokaźnych rozmiarów armię przyjaciół bezwzględnie atakujących swojego wroga. Jego metody działania są nie do końca przewidywalne, plany zakrojone na dużą skalę, cel bardzo prosty - wyssać co się da i zniszczyć, nawet, jeśli samemu się przy tym marnie skończy. Jego przeciwnicy dwoją się i troją, by choć czasami nieco go wyprzedzić albo gdy już zaatakuje, szybko zahamować jego dalsze zapędy. Niestety właśnie ta nieprzewidywalność, ciągłe mutacje, zwroty akcji wprowadzają chaos, budzą lęk i poddają w wątpliwość siłę rozumu. Najbardziej irytujący jest fakt, że gdzieś tam, w świecie są dostępne metody walki z nim, ale akurat na tym skrawku ziemi uznaje się je za nieefektywne i zbyt kosztowne. Wobec tego proponuje się substytuty równie kosztowne i bezsensowne, gdyż zupełnie nieskuteczne i dające złudną nadzieję na wyzdrowienie.


   Kto choć raz przestąpił wrota piekieł wie, co mam na myśli. Kto stał w długaśnych kolejkach czekając na swój numerek na życie, przypomina sobie bez trudu to uczucie, kiedy człowiek poci się takim zimnym potem ze strachu. W głowie kołacze się tysiąc wariantów, zarówno tych optymistycznych, jak i pesymistycznych, z ogromną przewagą tych drugich. W domu szpera się w dokumentach, znajduje właściwą teczkę i informuje rodzinę, że oto polisa na życie (!?), leczenie i inne ewentualności, o których nie mówi się wprost. Bierze się dłuższe zwolnienie z pracy i zamienia w numer ID w jakimś centrum onkologii. Przechodzi z kolejki do kolejki, mija wzrokiem ludzi podobnych do siebie. Ci nowi na polu walki mają przerażenie w oczach, wiarusy spokojnie siedzą lub stoją bez zbędnych ekscytacji, z kolei ludzkie cienie patrzą obojętnie licząc na to, że niebawem TO się skończy. Najgorsze teksty, jakie można w takiej sytuacji usłyszeć, są te o wyczerpanych limitach, kosmicznych terminach dalszych badań albo gdy już wreszcie ma się wyniki, że stadium jest zaawansowane. Że gdyby przyszło się wcześniej to i owszem, ale w tej sytuacji szanse są niewielkie. Że skuteczne formy leczenia są tu niedostępne bądź nierefundowane. Że zostało kilka tygodni, w najlepszym wypadku kilka miesięcy życia. Acha, i żeby uporządkować swoje sprawy rodzinne. No tak. Zrobić porządek, posprzątać po sobie i bye, bye. Następny proszę.


   Z wojny zwycięsko wracają do swych domów nieliczni. Pokiereszowane ciało to nic w porównaniu ze zniszczoną psychiką. Większość długo nie może się pozbierać. Śmierdzący strach na zawsze pozostaje. Ale to są prawdziwi bohaterowie. I bohaterami są ci, którzy zginęli na polu walki. Tylko system niezmiennie pozostaje obojętny i bezduszny tak jak sprytny, wredny i podstępny potworek. Biorąc pod uwagę to, że środowiska naukowe przewidują lawinę zachorowań na raka, tym bardziej dziwi fakt, że tak mało uwagi poświęca się polityce zdrowotnej obejmującej właściwą profilaktykę, diagnostykę i leczenie. Dlatego podskoczyło mi ciśnienie, gdy przeczytałam artykuł w czasopiśmie dla animalnej części naszego społeczeństwa, że Agencja Oceny Technologii Medycznych i Taryfikacji wydała negatywną opinię na temat nab-paklitakselu, leku dającego wymierne efekty leczenia raka trzustki, leku dużo tańszego niż wiele innych, mogącego przedłużyć życie nawet do trzech lat. A to tylko jeden z przykładów. Wiele skutecznych form terapii stosowanych za granicą u nas jest nieosiągalnych. Pytam naiwnie: Dlaczego?


   Czego brakuje całemu systemowi? Empatii jego przedstawicieli. W jakim kierunku powinna zdążać Dobra Zmiana? Skoncentrować swoją uwagę na sprawach istotnych, do jakich z pewnością należy zdrowie. Zamiast marnować czas na walki w budynku przy ulicy Wsiowej, cała banda zasiadająca w tym przybytku mogłaby wreszcie zająć się czymś pożytecznym. Gdy oglądam Antyfakty lub inne Niusy w TiVi, myślę sobie: Boże, w jakim kraju przyszło mi żyć?... A tak poza tym chwilami brakuje mi słów na wyrażenie swojego żalu, bezradności i niemocy.




Jak cię słyszą, tak cię piszą 2016-05-08 21:07

  Stało się. Wróciłam na ojczyzny łono. I od razu postanowiłam uczcić to doniosłe wydarzenie w gronie najbliższych mi osób. Oczywiście uczyniłam to niezwłocznie. Nasze rozmowy toczyły się wokół rozmaitych spostrzeżeń i uwag dotyczących tematów społeczno - politycznych. Ale nie tylko. Nie tyl-ko! Otóż, najwięcej uwagi poświęciliśmy zagadnieniu niezwykłej wagi, a mianowicie jakże bogatemu zasobowi naszego rodzimego języka. Im więcej podróżuję, tym częściej dochodzę do wniosku, że żaden, ale to absolutnie żaden język nie dorównuje naszemu w jednym - tylko polszczyzna posiada tak wiele określeń powiedzmy - dosadnych. Delikatnie rzecz ujmując. Oprócz tego żadne angielskie "fuck", "shit", żadne niemieckie "Scheiße" nie odda w pełni emocji buzujących w trzewiach tak jak zwykła, polandowska "kurwa". Z góry uprzedzam, że dalsza część niniejszego wpisu nie jest przeznaczona dla dzieci i osób szczególnie wrażliwych na występowanie w przestrzeni publicznej brzydkich wyrazów.


   Podczas naszej jakże owocnej debaty wspólnie doszliśmy do wniosku, że zwłaszcza trzy wulgaryzmy niosą wiele językowych możliwości. Są to: wspomniana "kurwa" oraz "pierdolić" i "jebać". Nie trzeba być wirtuozem słowa, żeby utworzyć od nich nowe wyrazy. Wystarczy podstawowa znajomość słowotwórstwa i można popłynąć na fali własnych, dotąd nie w pełni uświadomionych umiejętności lingwistycznych. Dodając odpowiednie przedrostki i przyrostki zbudujemy naprawdę imponujący spis czynności, cech i nazw. No na przykład do "kurwić", "pierdolić" lub "jebać" dodajmy przedrostki: "przy-", "za-", "pod-" "wy-", "w-". Albo do podstawy słowotwórczej "kurw-" dodajmy przyrostki: "-iszon", "-isko", "-iszcze" i mamy nowe określenia barwnie nazywajace najstarszy zawód świata. Jeśli do tego dołączymy imiesłowy "popierdolony", "pojebany", "pokurwiony", to możemy się pochwalić już całkiem długą listę tfu tfu (!) nieprzyzwoitych słów. Oczywiście to nie wszystko. O nie, nieee. Kto nie wierzy, niech przycupnie czasami gdzieś w pobliżu boiska szkolnego albo na podwórku, na którym przesiaduje kwiat naszego narodu - młodzież. Bycie wolnym słuchaczem w szkole życia jest niezwykle pouczające. I naszła mnie pewna refleksja. Że o wiele efektywniej uczyłaby się owa młodzież różnych deklinacji i koniugacji, gdyby zamiast nudnych, frajerskich wyrazów, nauczyciele kazali odmienić którykolwiek powszechnie znany wulgaryzm. Założę się, że znajomość przypadków, czasów, trybów, rodzajów weszłaby jak masełko do niejednej makówki. I doprawdy zabrakłoby w skali ocen właściwej cyfry mogącej docenić błyskawicznie przyswojoną wiedzę.


   Ponadto, gdy przebywam gdzieś za granicą i słyszę na ulicy "kurwa" jako często występujący przecinek, od razu przychodzi mi do głowy okrzyk ze znanego, wiekopomnego dzieła: "Nasi!". Ostatniej nocy w Deutschlandzie doświadczyłam tegoż uczucia, kiedy pewien nocny Marek najwidoczniej musiał dać upust swojej nienawiści do pewnego klubu sportowego, gdyż krzyczał na całe gardło: "Kurrrwaaaa! Jebać L...! L... to stara kurwa, L... jebana jest...". I tak dalej. W ciemności niósł się jego pijacki śpiew. Niekiedy nie wiadomo czy się śmiać, czy płakać. Podobnie czułam się, gdy pewien obcokrajowiec chciał się pochwalić, że co nieco tam potrafi powiedzieć w naszym języku. Oczywiście było to kilka wspomnianych słów i bonus w postaci rymowanki, w której pewna znana celebrytka ma mu (cyt.) "zrobić loda". No brawo! Prawdziwa ojczyzna-polszczyzna. Zastanawiam się wówczas, czy nie lepiej czasami być incognito i nie zdradzać swojej przynależności narodowej. Nie chcę być utożsamiana z wieloma zachowaniami i szlamem wydobywającym się z niektórych ust. Rozumiem, że nieraz ekspresja wymaga stosownego podkreślenia przekazu, ale żeby w wypowiedzi na palcach jednej ręki można było policzyć wyrazy nie będące wulgaryzmami? Wszystko jest dla ludzi, lecz należy zachować umiar oraz niekoniecznie zawsze i wszędzie dawać popis swoich słowotwórczych zdolności. W końcu nie tylko jak cię widzą, ale też jak cię słyszą, tak cię piszą.




Gdyby Jerzyk zachowywał umiar... 2016-05-05 13:42

   Dziś oprócz świergotu ptaszków za oknem obudziły mnie odgłosy dość żywej, jak na mieszkańców Deutschlandu, rozmowy. Towarzyszyły temu tubalne śmiechy i znajomy brzęk butelek oraz psssyt otwieranych puszek. "Hast du etwas zum Trinken?", "Ja natürlich, haha". Brzęk. "Prosit". Prosit, prosit. No tak... Dziś obchodzony jest tu Dzień Mężczyzny. Dawniej był to Dzień Ojca, ale później przedzierzgnął się w takie oto święto. Wstałam, poczłapałam się do salonu i otworzyłam drzwi balkonowe. Pogoda nie była tak podła jak wczoraj. Można było nawet mieć nadzieję na coś więcej niż niemrawe błyski słońca próbujące przedostać się przez chmury.


   Na ulicach spokój. Nic nowego. W końcu to dzień wolny od pracy. Za szybami marketów i mniejszych sklepików panowała ciemność. Za to niewielki ruch pojawiał się co jakiś czas na rozległym parkingu po drugiej stronie ulicy. Przed moimi oczami roztaczał się taki oto widok: siedzi trzech, czterech mężczyzn ubranych w dość luźne ciuchy, obok nich na ławce stoi kista piwa lub torby z bliżej nieokreśloną zawartością. Po chwili pojawia się samochód prowadzony przez kobietę, faceci pakują siaty i kisty do bagażnika, po czym wsiadają i... odjeżdżają w siną dal. Świętować. W ciągu kilkunastu minut mogłam zaobserwować podobny obrazek trzy razy. Imponująca statystyka, zwłaszcza na Kleinstadt. Tuż pod balkonem z kolei swój Mantag celebrowali przedstawiciele męskiej części młodzieży. Z dużym powodzeniem zresztą. Jak się bawić, to się bawić. I chyba nie mają tu znaczenia różnice kulturowe. Mężczyźni wszystkich krajów łączcie się! - tak mogłoby brzmieć naczelne hasło dnia dzisiejszego. Od razu przychodzi mi na myśl skecz pt. "Jerzyk dzisiaj nie pije". Biedny Jerzyk. Siedział i patrzył, jak kumple i bodajże szwagier wlewali w siebie kolejne kieliszki wódki. "Tak jakby sam Jezusek bosą stópką przeszedł się po gardle" - relacjonowali swoje głębokie przeżycia z tym związane. Katusze Jerzyka pozostawiły swój ślad w postaci głębokich bruzd na czole. Jakże on cierpiał. Aż serce się człowiekowi krajało. No, żeby chłopina nie mógł se dziabnąć na zdrowie solenizanta. Lecz cerber (czytaj: żona) siedzący obok był niewzruszony. Jerzyk nie pije i koniec pieśni.


   Dlatego szczerze mówiąc zdziwił mnie widok niemieckich kobiet wcielających się w role taksówkarek obwożących męskie zwłoki od knajpy do knajpy lub w rozmaite ustronne miejsca, w których można zaszyć się i spokojnie nawalić w cztery dupy. Jakiś wewnętrzny głos mówi mi, że w Polandzie byłoby to mało prawdopodobne. Dlaczego? Gdyż - bez obrazy - wielu naszych mężczyzn wychodzi z założenia, że ich święto wypada częściej niż raz do roku. I kobietom za każdym razem krew się gotuje w żyłach, gdy widzą, że ich własny Jerzyk znowu wraca do domu na bani. Albo mimo nawet zaawansowanego wieku nadal nie potrafi określić, gdzie przebiega ta cienka granica między byciem na lekkim rauszu a stanem totalnego zwiotczenia wszelkich mięśni i zaniku procesów myślowych. A gdyby Jerzyk zachował umiar, gdyby na imprezie potrafił zachować się godnie do samego końca, gdyby nie znikał pod pretekstem wyjścia po papierosy i gdyby wracał o przyzwoitej porze, to  ten raz w roku, no niech już będzie dwa albo i trzy razy - żona Jerzyka wsiadłaby do auta, zgarnęła jego przyjaciół i zapewniła najcudowniejszą rundę po wszystkich knajpach w okolicy. A tak to... jedna wielka klapa :( Gdyż jak niegdyś śpiewał Kazik: "<gdyby> to najczęstsze słowo polskie".




Ich bin in Deutschland... 2016-05-02 18:11

  Ich bin in Deutschland und ich bin froh, dass ich hier bin. Warum? Kleinstadt ma swoje zalety. Zwłaszcza niemieckie. Życie toczy się tu leniwie, mieszkańcy niezależnie od wieku nigdzie się nie spieszą. Nie słychać klaksonów nerwowych kierowców, dzieciarnia nie wydziera się pod oknami, a w sklepach ekspedientki uśmiechają się i spokojnie obsługują równie spokojnych klientów. Panuje tu rowerowy raj. Fahrradowcy przemierzają swoje trasy bez obawy, że zostaną potrąceni przez niefrasobliwych właścicieli samochodów. Drogi dla jednych i drugich są gładkie jak lustro i człowiek ma wrażenie, że płynie w przeciwieństwie do wielu podróżujących próbujących przedostać się z punktu A do punktu B w naszym rodzimym Polandzie.


   Jedzie więc sobie ludzik tu i tam, rozgląda po wypielęgnowanych domostwach i kontempluje ciszę przetykaną śpiewem ptaków. Überall gibt es Ordnung und Ruhe. I choć dla wielu gości pochodzących z naszych stron jest to trudne do przyjęcia, ja nie mam nic przeciwko temu stanowi rzeczy. U-wiel-biam spokój, ciszę i porządek. Ponadto jestem pod wrażeniem tubylczej uprzejmości i cierpliwości. Bez napinki, pomalutku każdy zdąża do celu. Ordnung obejmuje również przemyślaną infrastrukturę miasteczka - w centrum można załatwić wszystkie ważne sprawy. Dla starszych ludzi to niezwykle istotne. Dla młodszych także. Młode mamy nigdzie nie pędzą. Mając zapewnioną realną pomoc państwa, spacerują za rączkę ze swymi pociechami, bawią się z nimi na placach zabaw, nie zastanawiając się, co włożą do garnka lub z jakich własnych potrzeb będą musiały zrezygnować na rzecz potrzeb dziecka. W nawet niewielkich pipidówach są domy spokojnej starości lub domy opieki dziennej, w których seniorzy spędzają czas, kiedy członkowie ich rodzin skupiają się na wykonywaniu swoich obowiązków zawodowych, nie zerkając przy tym nerwowo na zegarek i nie myśląc o tym, jak zdołają pogodzić pracę z opieką nad rodzicami.


   Ten błogi spokój burzy nieco obawa przed napływającymi grupami uchodźców mających zająć opuszczone i aktualnie odnawiane budynki mieszkalne. Bo dodam, że ze znalezieniem spółdzielczego mieszkania do wynajęcia, nie ma tu najmniejszego problemu. Mało tego. Jeśli ktoś ma niskie zarobki, miasto w dużej mierze dokłada się do czynszu i innych opłat. Tak więc dla uchodźców również miejsca nie zabraknie, choć wbrew pozorom wcale nie są tu tak mile widziani. Wielu imigrantom zarobkowym, w tym naszym rodakom, troszeczkę otwiera się nóż w kieszeni, gdy szykując się do pracy, widzą jak jeden czy drugi uchodźca wyleguje się w słoneczku przed blokiem buszując w necie na swoim smartfonie. Cóż, samo życie. W Polandzie taki obrazek to także nic nowego. Tylko rolę imigranta odgrywają miejscowi spadkobiercy wielopokoleniowej linii klientów opieki społecznej. Teraz, kiedy na każde dziecko królowa rodu otrzyma 500+, jeszcze bardziej utrwali się przekonanie, że do żadnej roboty nie opłaca się iść. Grunt to zadbać o połączenie komórek męskich z żeńskimi ku chwale ojczyzny i w celu zapewnienia wymiany pokoleniowej. A że dzieci zrodzone z tegoż chlubnego programu w większości przyjmą podobny tok myślenia, to już raczej nie zaprząta umysłów naszych szanownych pomysłodawców. Cóż, co kraj to obyczaj... U nas akurat w ten sposób postanowiono poradzić sobie z niskim przyrostem naturalnym.


   Co jeszcze przykuło moją uwagę? Niższe lub porównywalne do naszych ceny wielu produktów żywnościowych, środków czystości i innych pierdołek. Różnica w stosunku cen do przeciętnych zarobków tu i u nas jest kolosalna. Wiele rzeczy bardziej opłaca się kupić w Deutschlandzie nawet przeliczając ceny na złotówki. Jak to możliwe? Ano w Polandzie cena zawiera horrendalną akcyzę lub inne podatki i marże. Koszty związane z utrzymaniem mieszkania stanowią największą pulę miesięcznych wydatków, a tu dla porównania, przy niskich dochodach można je znacząco zminimalizować dzięki wspomnianym zapomogom. Oprócz tego nie ma tutaj parcia na posiadanie własnościowego lokum. Bardzo dobrze funkcjonuje rynek mieszkań do wynajęcia. Gdy Niemcowi wspomina się o dożywotnim kredycie na kilkadziesiąt metrów kwadratowych, patrzy on na Polandowca, jakby ten urwał się z choinki. Mało kto z przeciętnie zarabiających zabiega również o wypasione auto czy dizajn mieszkania według najnowszych trendów. Jeśli coś jeszcze dobrze działa, to po co to zmieniać? Jeśli auto jest sprawne, po co inwestować w nowsze? Inna mentalność. Owszem, w niektórych landach ludzie żyją na poziomie, o jakim wielu naszych krajan może sobie pomarzyć. Ale to już inna liga. Patrząc na tę grupę zbliżoną do większej części naszego społeczeństwa, trzeba przyznać, że patrzymy zupełnie inaczej na wiele spraw i przywiązujemy zbyt dużą wagę do MIEĆ a nie BYĆ.


   Tak, tak... Poland to piękny kraj. Ale poznając inne kraje można by przeszczepić kilka sprawdzonych recept na dobre, godne życie. Tylko najpierw należałoby się pozbyć uprzedzeń, stereotypów, dziwnych wyobrażeń i przekonania o własnej, stojącej ponad innymi wyższej kulturze i tradycji. W końcu "Polandowiec potrafi", więc co stoi na przeszkodzie?


  





e-szablony
  e-blogi.pl  [Załóż blog!] rssSubskrybuj blogi
[Zamknij reklamy]