Frausuchen - blogerka


Ech... 2016-06-29 11:06

   Włączyłam tryb wakacyjny. Megawakacyjny. Pełen luzik, jedzenie śniadania w piżamie, potem picie kawki (cały czas w piżamie), południowa toaleta i dopiero wyjście gdzieś w nie do końca wiadomym celu. Może kupię sobie trochę czereśni, jakieś młode warzywka na zupę, świeżego rogala w ulubionym, maleńkim sklepiku? Kto wie, dokąd mnie zaprowadzą nogi... I tak to sobie jadąc na jeszcze wolniejszym biegu niż przez ostatnie miesiące... nagle zderzyłam się z lawiną nieprzewidzianych zdarzeń, które nieco zburzyły mój święty spokój. Jak jest dobrze, to jest dobrze. Jak się coś chrzani, to następuje chyba jakaś kumulacja. Spadło na mnie kilka plag egipskich. Nie jestem malkontentem, więc nie będę wywlekać wszystkich szczegółów. Nadmienię tylko uprzejmie, że popsuło mi się kilka urządzeń i sprzętów w domu, a w łazience cieknie kran. Do tego zupełnie przypadkowo przyplątał się remont w kuchni, sprzedaż auta, kupno nowego, co wiąże się oczywiście z wydatkami. W chacie syf nieprzeciętny. Doszło parę innych trudnych spraw, które nawet w obliczu miłego akcentu, jakim stało się posiadanie fajnej fury na dalekie wyjazdy, stanowią sporą łyżkę dziegciu. Cóż, nie może być cały czas milusio.


   Wizja łagodnego wstępu w nadchodzącą porę na przygodę legła w gruzach. W chaosie, który na moment zapanował w mojej głowie, różne warianty sytuacyjne bulgotały jak lawa w wulkanie. Jak zwykle w krótkim czasie ogarnęłam się. Usiadłam i zaprowadziłam porządek w myślach. Stwierdziłam nie pierwszy raz, że tylko spokój nas uratuje. Z trybu wakacyjnego przeszłam na tryb zadaniowy w stanie wyższej gotowości do działania. Czasami dochodzę do wniosku, że jestem jakimś robotem. Tu i teraz trzeba coś załatwić, rozwiązać problem, skupić całą uwagę na rzeczach bardziej istotnych, przechodząc stopniowo do tych mniej ważnych. Potem będzie czas na sflaczenie, poryczenie sobie w kącie, walnięcie piwka albo i dwóch w celu poluzowania mięśni i nerwów, wygadanie się przed przyjaciółką. A tymczasem dupa w troki i do roboty. Mam taki mechanizm w sobie, który nakazuje mi trzymanie się w kupie na czas kryzysu. Gdy ta pieprzona lawina w końcu zejdzie, "za me męki, za me bóle rozpierdolę wszystkie ule!". Ale dziś "głowa do góry", "damy radę" i takie tam standardowe maksymy życiowe. Poza tym w obliczu PRAWDZIWYCH problemów takie problemiki są jak pryszcz na tyłku.


   Nieraz jestem tak zmęczona jakąś sytuacją, że w końcu macham ręką i rzucam moje ulubione stwierdzenie: "mam to w dupie" tudzież w innej części kobiecego ciała, w chwilach złości nazywanej niezbyt elegancko. Dzisiaj nadszedł właśnie ten moment. Co będzie, to będzie. Trudno. Zresztą uważam, że przeciwności losu dzieją się po coś. Nieraz po jakimś czasie od nieprzyjemnego zdarzenia dziękowałam za nie, gdyż okazało się, że TAK MIAŁO BYĆ. Gdy starsi ludzie mawiają: "co ma wisieć, nie utonie", "widocznie to było tobie pisane", wielu młodych uśmiecha się pod nosem sądząc, że to stek bzdur. Nie chcę tu roztrząsać kwestii filozoficznych czy metafizycznych, ale na serio, jak na ironię niekiedy coś uznawanego początkowo za porażkę, trudność, totalną masakrę, okazuje się być po prostu przestrogą, surową lekcją, mającą nas czegoś nauczyć lub wskazać inny kierunek w życiu. No i gdyby nie gorsze chwile, człowiek nie umiałby docenić tych dobrych. Tak więc kopniaki czy szturchańce są potrzebne i należy je przyjąć z pokorą i nadzieją na lepsze jutro.


   Młodzież ma również swoje stwierdzenie zgrabnie podsumowujące rozmaite problemy - "Życie...". W zasadzie nie można się do niego przyczepić. Bo życie to równanie z wieloma niewiadomymi. Pełne niespodzianek, a nie wszystkie niespodzianki są miłe. A człowiek po prostu musi posiadać umiejętność adaptacji do różnych warunków. Im szybciej ją zdobywa, tym lepiej sobie radzi. Wobec tego dopijam kawusię, wyskakuję z piżamki, wkładam wygodne ciuchy i wio! rowerkiem na rynek! I spokojnie, wszystko się ułoży...




Pamiętam 2016-06-23 15:48

  Piszę, bo nie umiem dobrze przemawiać. Piszę, bo w moich dłoniach mam magiczną moc umiejętnego wyrażania myśli i uczuć. A chcę być zrozumianą. Szczególnie dzisiaj, gdy znowu mam Ci tyle do przekazania. Nie myśl, że zapomniałam o Tobie albo ukrywam Cię gdzieś głęboko na dnie mojej pamięci. Pamiętam Cię doskonale. W mojej duszy już na zawsze pozostanie wypalona, czarna dziura. Ty najlepiej wiesz dlaczego, więc nie będę rozwijać tego wątku. 


   Jakiego Cię zapamiętałam? Jako małomównego, introwertycznego, pogubionego człowieka. W zasadzie jestem do Ciebie podobna. Dobrze się rozumieliśmy. Bez słów. Byłam Ci wdzięczna za tę powściągliwość. Pamiętasz ten moment, kiedy jechaliśmy samochodem i znienacka zapytałeś, co słychać u mojego ówczesnego chłopaka? Odparłam, że już od jakichś dwóch miesięcy nie jesteśmy razem. Twoje krótkie stwierdzenie: "I dobrze, bo to takie ciepłe kluchy były" rozbawiło mnie. No tak - faktycznie była z niego niezła klucha. Dosłownie i w przenośni. I tak jakoś lżej mi się zrobiło na sercu. Nigdy wcześniej nie dawałeś po sobie poznać, że on Cię irytuje, za co też jestem Ci wdzięczna. I za to, że choć tego jasno nie powiedziałeś, widziałam aprobatę w Twoich oczach, gdy poznałam tego Jedynego. Obaj siedzieliście i porozumiewaliście się w jakiś sobie tylko znany sposób. Jestem z Nim nadal. Szkoda, że nie ma Cię w naszym życiu. Pamiętam też, jak rzadko, ale jednak, odprowadzałeś mnie na dworzec, gdy jechałam na studia z plecakiem załadowanym do granic możliwości. Targałeś ten majdan i mknąłeś na peron, na którym stał już pociąg wypchany ludźmi, żeby zająć mi miejsce. Wyglądałeś z daleka jak młody, zwinny chłopak. Byłeś szczupły i silny. Nigdy nie widziałam Cię upasionego i leżącego bezczynnie na kanapie.


   Lubiłeś podróże. Pewnie odziedziczyłam po Tobie te robaki w tyłku nakazujące mi przemieszczanie się w przestrzeni. Lubiłeś spartańskie warunki, jazdę pociągami lub na stopa, nocowanie pod namiotem i granie na gitarze przy ognisku. Nauczyłeś mnie zresztą grać i choć nie zawsze mi się udawało drobnymi dłońmi dobrze ująć gryf i ułożyć palce na strunach, chwaliłeś mnie. Oszczędnie, ale chwaliłeś. W ogóle wiem, że byłeś ze mnie dumny. Z Twoich ust nie padły nigdy ani te dwa magiczne słowa, ani żadna emocjonalna deklaracja, ani czułe zdanie. Ale ja WIEM. I w przypadku naszej skomplikowanej relacji to wystarczy. Kochałeś ostrą muzykę. Wkurzało mnie, gdy włączałeś swój wychuchany sprzęt na full. Wszyscy znajomi patrzyli z podziwem na wzmacniacz i kolumny, które sam zmajstrowałeś. A wiesz, że mam w żyłach tę samą miłość do rocka i metalu? Tak, tak, pozwalam sobie nieraz na niezły czad!


   Spokój, porządek, różnorodne zdolności wymieszane z nutką szaleństwa i nieprzewidywalności - to cały Ty. I ja. Jestem jaka jestem, bo miałam okazję być przy Tobie. Nauczyłeś mnie wiele. Nie wszystkie lekcje były dobre, lecz nawet najlepszy nauczyciel popełnia błędy. Jedna lekcja była jednak wyjątkowo pouczająca - że ludzie naprawdę szybko odchodzą. Jak w wierszu Twardowskiego. Nigdy nie mogę dobrnąć do końca tego tekstu. Łzy zamazują ostatnie wersy. Bywa i tak, że ryczę już od samego początku. Bo to święta prawda. WIEM, że nie wolno zwlekać z istotnymi sprawami, wyznaniami, wyjaśnieniami. WIEM, że czasu, słów, gestów nie można cofnąć. WIEM, że potem bolą wyrzuty sumienia, uczucie braku, niespełnienia. Nic dwa razy się nie zdarza. Niby wracasz do mnie w snach, ale to nie to samo. Wyobrażam sobie, że jesteś w różnych ważnych momentach mojego życia. WIEM, że byłbyś świetnym dziadkiem, teściem i ojcem, gdybyś mógł. Ale nie możesz. Już od dawna nie mogłeś.


   Co ja mam Ci powiedzieć? Byłeś niewiele starszy ode mnie, gdy odszedłeś na zawsze i nie mam gwarancji, że kiedykolwiek znowu się spotkamy. Chętnie spędziłabym ten dzień zupełnie inaczej. Jest bardzo ciepło, więc pewnie pojechalibyśmy nad jakieś jeziorko, wziąłbyś swoje wędki i inne akcesoria, składane krzesełka i siedzielibyśmy sobie tak nic nie mówiąc. Nakładałbyś mi robale na haczyk (wiesz, że się ich brzydzę), a ja bym zarzucała wędkę i patrzyłabym na spławik jak zahipnotyzowana. W ogóle nie zdawałabym sobie sprawy, że oto dzieje się coś, co kiedyś będę wspominać z sentymentem. Że oto chwila jedna na milion, którą będę odtwarzać wielokrotnie. Tak jak Twój ryzykowny bieg przez tory, by mi zająć to miejsce w pociągu wiozącym mnie w lepszą przyszłość, o jakiej Ty mogłeś pomarzyć. A później stałeś i machałeś. WIDZIAŁAM to. Machałam, aż stałeś się maleńką kropką. W końcu znikłeś. To był peron numer dwa. Pamiętam. Tato.




Czy warto szaleć tak przez całe życie? 2016-06-12 15:29

  W dużym skupisku ludzkim dostrzegłam dziś pewnego faceta, którego znam dość dobrze. Dokładniej mówiąc, znamy się od dziecka. Jesteśmy rówieśnikami. Nasze matki swego czasu łączyła zażyła relacja. Razem z X. bawiliśmy się, wygłupialiśmy oraz powoli wkraczaliśmy w dorosły świat. W czasach dumnej i durnej młodości wyjeżdżaliśmy na rozmaite zloty młodzieżowe, w czasie których pobieraliśmy nauki radzenia sobie w trudnych sytuacjach, takich jak chociażby podróż dawnymi pociągami PKP. Kto choć raz spróbował tej wątpliwej przyjemności, nigdy jej nie zapomni, zwłaszcza jazdy w kiblu, stania jak śledź na korytarzu czy włażenia do wagonu przez okno, żeby w ogóle załapać się na kurs, na który miało się już wykupiony bilet. Gorąco, smród, brud i takie tam atrakcje. Po kilku karkołomnych przesiadkach w końcu docieraliśmy na miejsce pobytu taniego i w związku z tym bez wygód. Zbita z desek buda jako toaleta i jeden kranik z zimną wodą w charakterze prysznica na dwa tysiące osób - oto standard podstawowy.


   Rozbijaliśmy ważące ze dwadzieścia kilogramów, przemakające namioty (wcześniej dzielnie targane przez chłopaków). Dodam, że swój rozkładałam sama i moja siedziba w niczym nie ustępowała tym rozłożonym przez facetów. Następnie każdy nadmuchiwał gumowy, przepuszczający powietrze materac (były specjalne łaty na dziury), rozwijał śpiwór i czuł się jak panisko. Wówczas robiliśmy rekonesans po okolicy. Po zlokalizowaniu barów mlecznych, sklepów monopolowych i ewentualnych akwenów wodnych (stanie w kolejce do kraniku mogło doprowadzić do szału), uznawaliśmy, że możemy zacząć godny wypoczynek wakacyjny. Nasze portfele nie były wypchane forsą od rodziców, lecz marnymi wypłatami za pracę na czarno wykonywaną przez miesiąc, półtora lub dwa po zakończeniu roku szkolnego albo akademickiego. To zależało, na jakim poziomie edukacyjnym akurat się człowiek znajdował. Ale sam fakt, że mieliśmy swoją kasę, napawał nas dumą i skłaniał do kilkakrotnego obracania każdą wydawaną złotówką. Nie były to wczasy all inclusive, ale w świetnym towarzystwie, bez marudzenia i wybrzydzania, wywyższania się i szpanowania, gdyż dla nas liczył się wspólnie spędzony czas, zabawa, radość z dupereli i szalonej młodości. A działo się, oj działo...


   Mniejsza o to. Wróćmy do X. Zawsze był z niego oryginał przez duże O. Jego matka wielokrotnie nieomal padła na zawał, ponieważ synek dysponował niezliczoną liczbą pomysłów na własne życie zatruwając przy tym życie innym. Z najciekawszych była opcja zostania księdzem po tym, jak już wypił ilość alkoholu znacząco przekraczającą średnią przypadającą na jednego obywatela rocznie, popróbował innych fantastycznych używek i mimo zlasowanego mózgu jako tako ukończył szkołę. Długo ów pomysł się nie utrzymał. Tuż po zrzuceniu habitu udał się na wędrówkę, która zaprowadziła go do burdelu. Nie, nie. Nie zatrudnił się tam jako męska dziwka. Otrzymał stanowisko szefa kuchni w tym zacny przybytku. I sprawdził się! Bo co jak co, ale gotować on potrafił wy-śmie-ni-cie. Zdolności kulinarne doprowadziły go z kolei do sporej nadwagi, a właściwie otyłości. Po czasie pojawiła się astma, nadciśnienie i inne dolegliwości będące skutkiem niezbyt zdrowego trybu życia. W burdelu nie zagrzał miejsca. Powrócił na rodziny łono, co jednakowoż nie wykluczało dalszych wyskoków. Gdy większość naszych wspólnych znajomych pomału wychodziła z małpiego rozumu, u niego proces ten dopiero raczkował. W pewnym momencie człowiek jednak sam wyznacza sobie pewne granice wariactwa i spontanu. "Miło szaleć, kiedy czas po temu" - pisał Jan Kochanowski. Owszem, czas na szaleństwo nie trwa 24h/dobę i należy to przyjąć do wiadomości. Tymczasem X. tuż po odratowaniu go w przychodni lekarskiej po ataku astmy, wychodził i nonszalancko odpalał papierosa od papierosa. A co!


   I dzisiaj ujrzałam go. I nie mogłam uwierzyć, że to on. Szedł powłócząc nogami. Niedawno miał udar. Za małżowinami usznymi miał założone ledwo widoczne aparaty słuchowe. Tusza nadal imponująca, choć jakby nieco mniejsza. Szok mimo wszystko. Do licha, przecież to mój rówieśnik - pomyślałam. Do czego on doprowadził? Przypomniało mi się powiedzenie, że "ciało jest świątynią duszy". Kiedyś, dawno temu ciało było pojmowane jako ta gorsza część człowieka, jako źródło grzechu, cielesnych uciech sprowadzających na manowce. Więc średniowieczni asceci umartwiali je, tłamsili, okaleczali, traktowali jak ścierwo. Później na szczęście oraz jak zwykle, zmieniła się ideologia i zaczęto ciało szanować, uznawać za dar Boży nie mniej ważny jak dusza. Oczywiście kult ciała to z kolei przeginanie w drugą stronę. Ale ważne jest zwracanie uwagi na to, co i ile się je, pije, czy uprawia się sport lub jakąkolwiek formę ruchu, ubiera stosownie do pogody, robi regularnie badania, leczy, jeśli zachodzi taka potrzeba. W końcu ta marna powłoka ma służyć jak najdłużej, jak najlepiej. Jeśli odpowiednio o nią zadbamy, będziemy sprawni, nie będziemy dla innych ciężarem.


   Złe nawyki żywieniowe, nadużywanie alkoholu i innych używek, leżenie na kanapie, przyspawanie tyłków do krzesła przy biurku, a rąk do myszki komputerowej, permanentny stres, w końcu dadzą znać o sobie. Należy to wziąć pod uwagę choćby dlatego, że w przypadku różnych chorób nie możemy liczyć na dobre funkcjonowanie systemu opieki zdrowotnej. Lepiej zapobiegać, niż mierzyć się z wyhodowaną na własne życzenie chorobą. Oczywiście zdarzają się i takie przypadki, kiedy ktoś bardzo dbający o zdrowie zachoruje, co może doprowadzić otaczających go ludzi do wniosku, iż te wszystkie kampanie prozdrowotne to bulszit, ale jeśli zdecydujemy się na wolną amerykankę, jest więcej niż pewne, że prędzej czy później otrzymamy rachunek za krzywdy wyrządzone swemu ciału.


   Obecnie X. nie jest w stanie pracować. Rodzina musi go wyręczać w zwykłych czynnościach. X. jest rencistą, choć jest jeszcze stosunkowo młody. Nie może tańczyć i bawić się, jeździć na rowerze, o samochodzie nie wspominając. Z trudem korzysta ze schodów, a na mieszkanie z windą go nie stać. Błędnik mu wariuje nawet na prostej drodze. Porusza się jak robot. O dawnych uciechach może zapomnieć na zawsze. "Czy warto było szaleć tak, aż do bólu..."?


  




Żenada i brak słów 2016-06-09 22:48

  Dzieje się, oj dzieje... W TiVi co rusz pojawiają się niusy dotyczące coraz większego bajzlu w Polandzie. Jakoś ta opiewana szumnie "dobra zmiana" nie ma się za dobrze. Ekipa wiodąca zderza się z ponurą rzeczywistością. Problemów przybywa z każdym dniem i niedługo naprawdę nie przemówią do ludu tłumaczenia, że wszystkie kłopoty to pokłosie działań poprzedniej ekipy. Nawet jeśli tak jest, lud zacznie być zainteresowany tym, jak namaszczeni przez swego idola prymusi zamierzają uporać się z całym bagnem. Dobra, niech będzie - poprzednicy powalili Poland na kolana, zadłużyli po uszy, doprowadzili do upadku moralności oraz ruiny, ale do jasnej ciasnej co dalej?! Jakież ambitne propozycje przedstawią najzajebistsi fachowcy w każdej z możliwych dziedzin życia politycznego, społecznego i wizerunkowego. Bo niestety ów wizerunek Polandu jest systematycznie nadszarpywany. Niewiele brakuje do uzyskania przez naszą piękną ojczyznę miana zaściankowego, zacofanego, niewiarygodnego partnera w najważniejszych strukturach eurolandowskich, do których jeszcze nie tak dawno się dobijaliśmy. Bez akceptacji zasad demokracji obowiązujących w każdym wysoko rozwiniętym kraju, znowu staniemy się wyrzutkiem, pośmiewiskiem i godnym pożałowania kurduplem.


   Zamiast obrzucać się nawzajem błotem słownym, ludziki wiercący się na swoich stołkach w budynku przy ulicy Wsiowej, powinny wziąć się do uczciwej roboty, o ile zabawę w politykę można określić mianem uczciwej. Powinny opuścić swój kokon, rozejrzeć się, uderzyć w piersi i zniżyć do poziomu zwykłych mieszkańców borykających się z realnymi kłopotami dnia codziennego. Powinny przestać charchać w ludzi pustymi frazesami, wytykać palcami dramatyczne sposoby walki o własną godność i choć od czasu do czasu usiąść na dupach przy wspólnym stole w celu wypracowania przemyślanych, sensownych rozwiązań. Ale nieeee... Od kiedy sięgam pamięcią, przez wszystkie lata funkcjonowania wolnej ojczyzny, żadna frakcja polityczna nie potrafiła sensownie zarządzać oświatą, służbą zdrowia, służbami mundurowymi, górnictwem czy rolnictwem. Idiotyczne reformy wprowadzały jeszcze większy chaos. Czy ktoś przy zdrowych zmysłach sądził lub sądzi, że oświatę uleczyć mógł obowiązek noszenia mundurków, stworzenie potwora w postaci gimbazy albo zafundowanie darmowych podręczników, w tym debilnych elementarzy? A służba zdrowia? Jak może funkcjonować dobrze skoro notorycznie tonie w długach, ponieważ usługi medyczne są wyceniane za nisko w stosunku do realnych potrzeb? Jak to jest możliwe, że młode, zdrowe byczki, nie zawsze z narażeniem życia biegające za bandziorami lub z karabinem na wojnie, przez wiele lat przechodziły na wcześniejszą emeryturę już po piętnastu latach pracy? Czy każdy pracownik kopalni rzeczywiście powinien korzystać z górniczych przywilejów? A rolnicy? Czy wszyscy są faktycznie tacy ubodzy, że płacą KRUS a nie ZUS, tak jak robi to wielu drobnych przedsiębiorców niejednokrotnie ledwo wiążących koniec z końcem? Przyjemnie jest połasić się do tej czy innej grupy zawodowej, tylko nikt nie myśli o konsekwencjach. O romansie rozmaitych ekip wiodących z kościołem nawet nie będę się wypowiadać. Krótko podsumuję ten wątek - daj palec, a użrą ci całą łapę.


   Świeży problem dotyczy strajku pielęgniarek, które (cytuję:) "posunęły się za daleko". W swoim kolejnym już proteście zwróciły uwagę na wiele kwestii stanowiących problem od lat - m.in. zarobki i liczba etatów na oddziałach. Oczywiście, zakładnikami protestu stały się niewinne dzieci, ale jak inaczej przemówić do łbów nie zawsze mądrze gadających ze szklanego ekranu? Że powinny flagi powiesić? Transparenty jakieś? A kto by wówczas chciał z nimi w ogóle rozmawiać, skoro dopiero po tygodniowej eskalacji problemu obecny minister zdrowia zaszczycił je swoją obecnością? W ten sposób "strajkowali" już nauczyciele i choć opinia publiczna o tym nie wie, zostali zrobieni w Karolka. Do dziś nie otrzymali pełni obiecanych podwyżek, a rzekomo wysokie zarobki zarówno pielęgniarek, jak i nauczycieli, są wysokie właśnie rzekomo. Warto wspomnieć, że nikt jakoś nie wpadał w święte oburzenie, gdy to lekarze odeszli od łóżek. Ale to elyta przecież. Elyty nie ma co porównywać do plebsu. W tym chorym kraju nikt nigdy nie wygrał zachowując się w grzeczny sposób. Liczy się jubel na ulicach, palenie opon i burdy. Wtedy jest jakaś szansa. A grzecznym pozostaje kopniak w tyłek.


   Komentarze o powołaniu, misji i tym podobnych pustych słowach są zwyczajnie żenujące. Bo jak słusznie powiedziała jedna ze strajkujących pielęgniarek - powołaniem nie wyżywi rodziny. Skoro tak łatwo szasta się wartościami, dlaczego jaśnie wielmożni zasiadający na Wsiowej nie karmią się tym powołaniem czy misją? Korzystają z licznych przywilejów, nieopodatkowanych diet, a tymczasem przeciętny Kowalski płaci i płacze, zasuwa prawie całe życie wiedząc, że otrzyma głodową emeryturę. ŻE-NA-DA. Szkoda słów. Troszkę się podkurwiłam, zupełnie niepotrzebnie. Gdyż jak głosi mądre powiedzenie: "Denerwowanie się to zemsta na własnym zdrowiu przez głupotę innych".





e-szablony
  e-blogi.pl  [Załóż blog!] rssSubskrybuj blogi
[Zamknij reklamy]