Frausuchen - blogerka


Powrót na stare śmieci... 2016-07-31 15:12

  Zakwasy w nogach powoli odchodzą w zapomnienie, skóra zarumieniona od przebywania na słońcu, włosy lekko spłowiałe,  czyli wszystko jest w jak najlepszym porządku. Gdy zamykam oczy, widzę piękne miejsca, czuję klimat odwiedzonych zaułków, w uszach pobrzmiewają rozmowy przechodniów porozumiewających się różnymi językami. Naprawdę wszystko było i jest tak jak powinno. Przez ten niedługi czas czułam się częścią wielkiego świata, okruchem, który razem z innymi okruchami został przywiany akurat na tamten skrawek Ziemi. Uwielbiam to uczucie... Ale zawsze nadchodzi czas powrotu. I tym razem nie było inaczej. Wróciłam do domu. Wcale nie z żalem. Przekraczając jego próg jak zwykle przez moment moje lokum wydało mi się obcym miejscem. Tak jakbym weszła do kogoś, a nie do siebie. Omiotłam wnętrza zmęczonym wzrokiem, pootwierałam okna, głęboko odetchnęłam i pojawiła się znajoma ulga. Wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej.


   Toboły stały na korytarzu do następnego dnia. Trudno. Najważniejszy jest prysznic zmywający całodniowy kurz podróży i pot oblepiający ciało. Potem herbatka, coś na ząb i frrru do łóżeczka! Swojego łóżeczka zaścielonego swoją pościelą. Jak cudownie przytulić się do swojego jaśka idealnie pasującego do karku i głowy. Jeszcze przez tę pierwszą noc po powrocie mieszają się różne rzeczywistości. Rano, zanim otworzy się oczy, nie wiadomo, gdzie właściwie się jest - tam czy tu? Tu. Miły dotyk pościeli zniechęca do wstania. A więc oto choć krótka chwila na przeciąganie się, kotłowanie, wiercenie się, przekładanie rozgrzanej stopy na chłodną część prześcieradła. O tak... Dopiero potem powoli podnoszą się powieki. Ziewnięcie, siad, nieprzytomne spojrzenie, mrugnięcie raz, dwa, trzy... No dobra. Nogi na podłodze szukają kapci. Są. Człap, człap do łazienki. Przy porannej toalecie rodzi się plan dnia. Tyle trzeba załatwić. Podskoczyć to tu, to tam, odwiedzić tego i owego, rozdać suweniry, zrobić po drodze zakupy, bo w lodówce ubogo. Takie tam istotne i nieistotne rzeczy.


   Ci sami sąsiedzi witają z uśmiechem, te same ulice zwijają się pod kołami samochodu, sklepy nęcą promocjami. Nic się nie zmieniło, choć czas dla mnie i dla tego miejsca biegł inaczej przez ostatnie dwa tygodnie. Czyż to nie wspaniałe? Wrócić na swoje stare "śmieci"? Najmilszy moment - pukam, dzwonię, dobijam się do babci. Jest nieco przygłucha, więc wiadomo - muszę uzbroić się w cierpliwość, zanim usłyszę charakterystyczny głos pytający: "kto tam?". W końcu udało się. Zgrzyt klucza w zamku i w drzwiach pojawia się siwa, niska kobieta. W błękitnych, mętnych oczach widzę niemałe zaskoczenie. Na twarzy radość. "Przyjechałaś, już przyjechałaś?" - usłyszałam. "Tak, już jestem" - odparłam i uścisnęłam ją delikatnie, żeby nie zabolały ją stawy. "Niespodzianka" - dodałam. Kawka, pytania i odpowiedzi, opowieści, przeskakiwanie z tematu na temat... "Dobrze, że wróciłaś..." - nagle padły słowa, które połaskotały mnie gdzieś w środku. Trochę zaszkliły mi się oczy. Tak jak wtedy, kiedy odczytałam jeszcze tam, daleko, esemesa od innej ważnej osoby, że już tęskni. To naprawdę cudowne, że ktoś tęskni, czeka i cieszy się z kolejnego spotkania. Tak. Wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej. Choćby to były nawet nie wiadomo jak stare "śmieci"...


  




Szur-szur-szur 2016-07-16 23:24

  Choć wielu młodych nie zastanawia się nad tym, jak to będzie kiedyś, kiedy zapuka do nich starość, w wielu przypadkach ona i tak do nich w końcu przyjdzie. I to nie będzie jasny sygnał - oto jesteś już starym człowiekiem. To się będzie stawało powoli i niepostrzeżenie. Starość... Rodzi ambiwalentne uczucia. W rzeczywistości, w której obowiązujący stał się kult młodości, urody, sprytu życiowego, nie ma miejsca na starość. Ostatnio padły nawet słowa, że nie powinno się tworzyć domów dziecka przy placówkach dla osób w podeszłym wieku. No tak, niech dzieciaczki dorastają nieświadome tego, jakie być może kiedyś będą. Niech staruchy zejdą z oczu i nie pokazują się z tą swoją nieudolnością, brzydotą i chorobami. A kysz! Paszli won! Zamknąć się w czterech ścianach i nie być zawalidrogami, zgredami, pomarszczonymi rodzynami wystawiającymi bezwstydnie swe ciała na widok publiczny!


   Reklamy, plakaty, billboardy ukazujące uśmiechnięte babcie i dziadków... Ile w nich prawdy, a ile iluzorycznej migawki wyrwanej z codzienności pełnej rutyny, samotności i zagubienia. Bo codzienność jest zupełnie inna niż reklama. W szalonej gonitwie rodzina nie zawsze znajduje czas dla staruszków. A oni ciągle czekają. Przyjdzie ktoś czy nie? O! Słychać kroki na klatce schodowej. Może to córka, syn, wnuk, wnuczka? Cicho, cicho... Nie. Jednak nie. Kroki oddalają się. Słychać pukanie do drzwi sąsiadów. No cóż... Szur-szur-szur. Pozostaje wypatrywanie przez okno. Pod parapetem w kuchni stoi taboret. Dobrze jest mieć taki taboret. Można go lekko przesunąć nogą lub laską, usiąść, odchylić firankę i pogapić się na ulicę, po której mkną samochody. Po pasach przechodzą ludzie i idą chodnikiem ciągnącym się wzdłuż bloku. Gdy się dobrze przyjrzy, to można nawet dostrzec, co ten przechodzień ma w jednorazowej reklamówce ze znanego marketu. O! Niesie pomidory! No tak, w ulotce było napisane, że będzie promocja. Jaka szkoda, jaka straszna szkoda, że nie można z niej skorzystać. Bo jak tu iść samemu przez ruchliwą ulicę do sklepu, jak potem donieść zakupy do domu? A przecież wiadomo, że oprócz tych pomidorów to jeszcze coś tam wpadnie do koszyka. Szkoda, szkoda.


   Dobra. Koniec patrzenia przez okno. To może teraz by tak włączyć telewizor. Niech będzie. Szur-szur-szur do pokoju. Na kanapę. Całe szczęście, że teraz są telewizory na pilota. Nie to co dawniej. Trzeba było za każdym razem wstawać i przełączać kanał. A tak to sobie człowiek leży i - pyk. Coś tam ględzą o wydarzeniach w kraju i w wielkim, nieznanym świecie. Pudło rozbębnione na full, żeby cokolwiek z tego ględzenia usłyszeć. W pewnym momencie głosy rozmywają się, stają coraz mniej wyraźne, w końcu giną w chaosie drzemki. Nagle! Telefon dzwoni. Ło matko! Trzeba się jakoś podnieść. Najpierw usiąść, potem rozbujać się lekko i jeśli się uda za pierwszym razem unieść tyłek to bombowo, bo jest szansa, że się zdąży odebrać. Po kilku sygnałach telefon milknie. Cały wysiłek poszedł na marne. Chociaż niekoniecznie. Bo oto pęcherz daje znak, że natychmiast trzeba go opróżnić. Natychmiast! Więc żółwi sprint do łazienki. Cholera jasna... poleciało po nogach. Są pieluchy lub wkładki, ale jakie to głupie i upokarzające nosić coś w gaciach, skoro można normalnie iść do toalety. Jak człowiek. Trudno. Wytrze się jakoś. Dzisiaj nie będzie kąpieli. Woń moczu nie jest aż taka okropna. Są gorsze zapachy.


   Śniadanie, obiad, kolacja. Wstawanie i spanie. Szuranie, wypatrywanie, nasłuchiwanie. Czekanie. I tak w koło Macieju. Chciałoby się zrobić coś jak dawniej. A to ugotować, a to uprasować, weka porobić, uszyć coś fajnego, zająć się wnukami lub prawnukami, pomóc. Być użytecznym i potrzebnym. Tymczasem "człowiek jest już całkiem do niczego", "co to się z człowiekiem porobiło"... I dlaczego inni traktują "jakby staruszek był tak samo głupi jak jest stary"? Szur-szur-szur...


 






Dobrze jest zwyczajnie 2016-07-13 18:26

  Idę ja sobie dzisiaj lekkim, energicznym krokiem, słońce przypieka mi kark, powietrze - o dziwo! - nie jest poruszane żadnym silnym podmuchem wiatru, więc jest cudownie. Zwyczajnie cudownie. Przez przyciemnione okulary dostrzegam pewną młodą dziewczynę zamieniającą kilka słów ze starszą panią o misternej fryzurze przypominającej kask. Dziś ta fryzura ma spore szanse pozostać nienaruszoną, pomyślałam. W związku z brakiem wiatru rzecz jasna. Obie kobiety żegnają się życząc sobie nawzajem miłego dnia i rozchodzą się z uśmiechem powoli gasnącym na ich twarzach. I to wszystko tu, w krainie zamieszkiwanej przez permanentne marudy, które jak chyba żaden naród na świecie, potrafią narzekać po mistrzowsku. Idę dalej. Raźno mi i wesoło. Bo jest ciepło, słonecznie, pachnie ziemią i trawą.


   Udałam się do pracy po skierowanie na badania okresowe. I weszłam do budynku bez ścisku żołądka, bez szybszego bicia serca, bez absolutnie żadnych paliptów i innych niepokojących oznak świadczących o powracającej alergii na to miejsce. Dobrze. Bardzo dobrze. Stwierdziłam, że jednak ta długa praca nad sobą przyniosła jakiś efekt. Weszłam, wzięłam papiery i wyszłam. Natknęłam się na tylko jedną osobę - koleżankę po fachu, która akurat również wychodziła. Która nie wiedzieć czemu od jakiegoś czasu nie patrzy na mnie w trakcie rozmowy, unika albo zdawkowo odpowiada. Trudno. I oto idziemy razem w tym samym kierunku. Nagle spotykamy kolejną koleżankę zmierzającą w przeciwną stronę. Gadka szmatka. Co słychać? Jak samopoczucie? Czy boję się powrotu do roboty? Standard. Ona akurat patrzy mi prosto w oczy. Oddaję radosne spojrzenie, choć wiem, że w jej spojrzeniu czai się lisi spryt oraz chęć usłyszenia, że oto stoję nad przepaścią myśląc o końcu wolności i konieczności wejścia w tryby codziennej harówy. Obie teraz patrzą. A co tam. Niech patrzą, bo jestem zadowolona z życia i nie mam do niego zastrzeżeń. Uśmiecham się, bo nie mam powodów do narzekania. Uśmiecham się jak moja mama, która nawet w trudnych chwilach zachowuje pogodę ducha, nie wyżywa się na otoczeniu z powodu kłopotów i krętych ścieżek, po których nieraz przyszło jej wędrować. Więc się uśmiecham i patrzę szczerze na nie, na tę z krzywą miną i tę rozweseloną. O nieee, moje panie, nie usłyszycie niczego negatywnego ode mnie. Sorry. Ta z krzywą wtrąca kilka swoich gorzkich groszy, posypuje je piołunem. Nie widać w niej ani krztyny radości. Straszne. Lisi wzrok tej wesołej ślizga się po mojej sylwetce. Tak, schudłam. I to nie za sprawą jakiejś diety cud. Ot, po prostu miałam mnóstwo czasu na spokojne jedzenie, przygotowywane przeze mnie, z produktów wyszukiwanych bez pośpiechu. Zrezygnowałam ze słodyczy, przesiadłam się na rower. I już. Ześlizgnęła się ze mnie. Żeby nie podtrzymywać sztucznie rozmowy bez głębszego sensu, rzekłam "na razie, do zobaczenia" i poszłam. Sprężystym krokiem.


   Idę. Jak to wspaniale tak iść i iść! Stopy w wygodnych sandałach same mnie niosą. Na wprost zauważam Rudą z tymi jej wspaniałymi, wiecznie rozwichrzonymi włosami. Nieprawda, że rudzielce są fałszywe. Ta konkretna Ruda jest jedną z moich bliskich koleżanek. Z ogromnym poczuciem humoru, gotowością do niesienia pomocy i bezkompromisowością. Cenię ją za to. Obie mamy nieźle skopane tyłki przez los, ale radzimy sobie jakoś. Nasze rozmowy nie są jałowe, pełne nieufności i gierek słownych. Witamy się zatem uradowane. Co za różnica w porównaniu z kontaktem mającym miejsce dosłownie przed chwilą. Wesoła Ruda kontra Tamte. Przy Rudej pełen luz, przy Tamtych skupienie i koncentracja. Po paru zdaniach z Rudą - odprężenie, po Tamtych - dziwny osad. Jak dobrze jest jednak spotykać ludzi z pozytywną energią. Rudziutka, wiem, że to czytasz. Baw się dobrze na wyjeździe. Gdy się zobaczymy po naszych wojażach, poopowiadamy sobie o naszych przygodach i wrażeniach. Będziemy pić Tokaja, wsuwać jakieś żarełko i nawijać jak nakręcone. I śmiać się, bo jak znam Ciebie i siebie, będzie z czego.


   Jak to właściwie jest, że niektórzy ludzie nie potrafią cieszyć się z tego, co mają? Mimo posiadanego zdrowia, bezpieczeństwa finansowego, rodziny, miłości, względnego spokoju i równowagi. No nic ich nie jest w stanie wyrwać z marazmu i niezadowolenia. A z kolei inni miotani przez różne wichry, borykający się nieustannie z jakimiś trudnościami, gimnastykujący się, by przeżyć od wypłaty do wypłaty, stojący w rozkroku między różnymi wyborami - radują się jakimiś drobiazgami. Może dotykają tylko ułamków szczęścia, jakichś jego przebłysków, ale jednak doceniają te ulotne chwile. Bo nie istnieje coś takiego jak szczęście w skali ŁAŁ, taki księżyc w pełni, szklanka wypełniona po sam brzeg. Zawsze jest jakaś szczerba, uroniona kropla i czegoś tam brakuje. Tylko wszystko zależy od tego, JAK spojrzymy na rzeczywistość. Ona jest jaka jest, ale to my w sobie posiadamy pryzmat, przez który wpadają promienie tego świata. My jesteśmy współtwórcami tej rzeczywistości. Dzisiaj DLA MNIE przybrała ona kształt spaceru po skąpanym w słońcu zakątku mojego rodzinnego miasta, po jego starej dzielnicy z małym ryneczkiem pełnym świeżych owoców, warzyw, małych sklepików z ciuchami, butami, mięsem, pachnącym pieczywem, środkami czystości,garami i naczyniami. Jednym słowem można tu kupić mydło i powidło. No i posłuchać prostych, mądrych rad, zażartować, powdychać miejscowego folkloru mającego swój specyficzny koloryt. Tak. Dobrze jest i zwyczajnie.


  


  




Obrazy w głowie 2016-07-02 10:20

  Hello. W chacie syf trwa w najlepsze, a w samym jego środku ja. Nie cierpię bałaganu. Wprowadza chaos, w którym nie umiem odpoczywać, a o efektywnej pracy czy myśleniu w ogóle nie ma mowy. Nie mogę się skupić. Lubię ład i porządek. A tu lipa. Na dworze upał, więc jest nadzieja, że sprawy remontowe zakończą się w zamierzonym terminie. Pan Malarz uwija się i skacze po drabinie jak pasikonik. Naprawdę się stara. Doceniam to. Tak jak wiele innych cech, na przykład punktualność, dokładność, znajomość tematu, w którym się ktoś obraca, komunikatywność i luz. Czuję się niekomfortowo w towarzystwie wiecznie spiętych ludzi. Ludzi permanentnie niezadowolonych z życia, wkurzonych na wszystko i wszystkich, dwulicowych, cwaniakowatych lanserów. Omijam. Szerokim łukiem.


   Niebawem wyruszę stąd w kolejną podróż. Najpierw na południe Polandu do krainy z wysokimi, budzącymi respekt górami, pięknymi dolinami, po których wędruje człowiecze mrowie. Żyją tu specyficzni tubylcy. Dla ceprów są jak element skansenu. Zabawni, posługujący się śmiesznie brzmiącą gwarą, o porywistej i zmiennej jak pogoda naturze, skrupulatnie liczący dutki. Tam będę już niedługo. Może nawet wybiorę się gdzieś wysoko, żeby posłuchać mrocznych pomruków wydobywających się spomiędzy skał. Żeby dojrzeć z daleka przybliżającą się kropeczkę powoli stającą się ludkiem dźwigającym plecak. Powiemy sobie "cześć", "dzień dobry" lub "ahoj", po czym każdy pójdzie w swoją stronę. Może zauważę w oddali kozice, a nawet mimo kiepskiego wzroku jakiegoś świstaka ukrywającego się na szarym tle. Albo nade mną przeleci wysoko piękne, drapieżne ptaszysko. Kto wie. Kto wie...


   A potem wyruszę z moim Towarzyszem Życia jeszcze dalej na południe. Do innej krainy. Tam to już na pewno się nie dogadamy w tubylczym języku. Niby nasze narody tworzą brać zgodnie pomachującą szabelką i wznoszącą szklanicą toasty, ale ten język mimo moich niewątpliwych zdolności, jest dla mnie nie do przejścia. Na szczęście pozostaje uniwersalny anglik i niemiec. Jeśli dodatkowo opanuje się sztukę porozumiewania się na migi, można mieć nadzieję na owocną konwersację. Aż nie mogę się doczekać włóczenia się starymi ulicami dawnej Budy, Pesztu czy Obudy. Pamiętam, gdzie znajduje się ta magiczna knajpa, której ściany, sufit, dosłownie każdy kąt, są pokryte karteczkami od turystów. Przygrywa tam rockowa kapela. Wymiatają na elektrycznych gitarach. Można napić się znakomitego piwa, jeść orzeszki ziemne zrzucając skorupki bezpośrednio na podłogę pokrytą słomą i poskakać w międzynarodowym tyglu. Zajebiste miejsce! Przy ulicy idącej od zielonego Mostu Wolności. Prawdopodobnie zaciągnę mojego Towarzysza do pięknej synagogi - świadka wojennej tragedii miejscowych Żydów. Podskoczymy na Wzgórze Gellerta, by jeszcze raz zachwycić się widokiem na Dunaj i miasto. Zajedziemy do Wyszechradu, Szentendre i innych ciekawych miast i miasteczek. Kamieniste uliczki, małe kawiarenki i restauracyjki, cudne widoki. Skąpani w słońcu będziemy razem.


   Przez kolejne tygodnie, miesiące będę naładowana pokładami pozytywnej energii. Gdy dopadnie mnie szara codzienność, zamknę oczy i przypomnę sobie te chwile, poczuję ciepło rozlewające się po ciele i umyśle. I już będzie lepiej. Już łatwiej. Lubię kolekcjonować piękne wspomnienia. Nie trzaskam miliona zdjęć, tylko koduję w głowie obrazy. Może jak kiedyś będę stara, dopadnie mnie jakaś choroba czy zdziwaczeję, to one się skasują, przetransformują. Nie wiem. Ale myślę, że gdzieś w zakamarkach mózgu pozostaną. Na zawsze.



e-szablony
  e-blogi.pl  [Załóż blog!] rssSubskrybuj blogi
[Zamknij reklamy]