Frausuchen - blogerka


Siła paramiłości 2016-08-28 13:05

  Wczorajsze, leniwe popołudnie zawisło w bezruchu. Przyjemne ciepło wlewało się do mieszkania. Siedziałam ja sobie przy stole i poprawiałam makijaż przed wyjściem w miasto. Gdzieś w tle dobiegały odgłosy wydobywające się z pudła (czyt. telewizora). Gdy w pełnym skupieniu, powolnymi ruchami nakładałam cienie na powieki, nagle usłyszałam strzępki rozmowy toczonej przez bohaterów jakiegoś programu. Słucham, słucham... Dziewczyna i chłopak rozważają sens ich trwającego już siedem lat związku. Absurdalne wywody mimowolnie przykuły moją uwagę. Zerknęłam w ekran pudła i oto cóż ujrzałam.


   Ona - dwudziestokilkutelnia blondynka, całkiem ładna, lekko puszysta, ubrana w workowaty sweter mający zapewne ukryć tych parę zbędnych kilogramów. On - chyba jej rówieśnik, brunet, w okularach, uroda przeciętna, zęby okropne, postura zwiastująca możliwość zostania w niezbyt odległej przyszłości klasycznym, kanapowym misiaczkiem. Dialog prowadzony przez nich wbił mnie w krzesło. W kilku słowach streszczając, można go określić jako wzajemne dopierdalanie sobie na każdym polu. W jej oczach On jest: zaniedbany, leniwy, nic nie robi oprócz oglądania (cyt.) "telewizora", nie pracuje, nie sprząta, choć wymaga tego od niej, nie gotuje, kałdun mu urósł, jakby był w połowie ciąży i... (uwaga! najważniejsze!!!) nie chce się jej oświadczyć, mimo tego, że ona wali mu tym oczekiwaniem prosto w oczy średnio dwadzieścia razy dziennie. Ona według niego: zapuściła się, ma bebzon większy od niego, nie ma za grosz ambicji, gdyż zgłębianie wiedzy zakończyła na drugiej klasie szkoły średniej, robi mu notorycznie siarę w towarzystwie nie mając nic mądrego do powiedzenia, nie potrafi dobrze sprzątać, a przecież od tego jest, żeby prać, sprzątać, gotować itp. Dramat. Jedynym polem wzajemnego porozumienia jest seks. Ponadto on wypiera się jakoby kiedykolwiek mówił, że ją kocha i w ogóle nie bardzo wie, co to miłość. Nie chce się z nią ożenić, bo skoro ona teraz nie dba o siebie i jest gruba to co będzie po ślubie? Całkowicie sczeźnie. Ona uważa, że jak on da jej w końcu ten cholerny pierścionek, to będzie miała motywację do tego, żeby się... zmienić. A jak ona się zmieni, to i on się odmieni i niczym żaba pocałowana przez księżniczkę, w cudowny sposób stanie się księciem z bajki. W ogóle jak padnie sakramentalne "tak" to on nie będzie miał wyjścia - będzie MUSIAŁ jej słuchać i być tym księciem. No nie ma innej opcji. Po prostu. Jeny, jakie to proste - oboje się zmienią i miłość zapłonie w ich oczach z niespotykaną siłą. Powiem krótko - zamarłam z głupią miną. Tak, widziałam tę minę w lusterku. Spojrzałam we własne, zdumione odbicie i jedyne, co przyszło mi na myśl, to słowa stanowiące kwintesencję mego zdumienia, oszołomienia, niedowierzania: "ja pierdolę".


   Wzięłam pilota do ręki i sprawdziłam, cóż to za ambitny program przyszło mi oglądać. A tam stało jak byk, że to (uwaga!) program dokumentalny. DOKUMENTALNY! Nie paradokumentalny. Nie, nie. Naprawdę? Ludzie, powiedzcie, że to jednak nieprawda. Że po świecie jednak nie chodzą tacy idioci, którzy mają na dodatek wspólne plany matrymonialne. Gdy On dodał, że chciałby po sobie coś zostawić, prawie padłam trupem. Chłopie - ty lepiej niczego po sobie nie zostawiaj. A już w żadnym wypadku swego kodu genetycznego, który w połączeniu z jej kodem może stanowić mieszankę wybuchową totalnej głupoty. Po co unieszczęśliwiać biedne dziecko, które jak wiadomo, na wybór rodziców nie ma żadnego wpływu. Acha, on czułby się spełniony, gdyby jego kobieta była bardziej ambitna od niego, żeby go CIĄGNĄĆ W GÓRĘ. Kiciuniu, to ciebie trzeba ciągnąć za rączkę, bo sam z siebie nie jesteś w stanie wykrzesać odrobiny inicjatywy i chęci?


   Język, jakim wobec siebie posługiwała się ta para, wołał o pomstę do nieba. Zero szacunku, zero zrozumienia. To, co ich łączy, to chora, toksyczna relacja podszyta równie chorymi stereotypami na temat roli kobiety i mężczyzny w związku. I jeszcze to myślenie życzeniowo - oczekujące. Skoro nie potrafią być ze sobą w obecnej konfiguracji, to po co w ogóle ciągną tę patologiczną sytuację? Liczą, że dopiero, kiedy się ZMIENIĄ, to wszystko się ułoży? I to są ludzie mający po dwadzieścia parę lat? W takim razie świat młodych robi się coraz bardziej infantylny. Dżizas! A ja w swej naiwności myślałam, że wszystko idzie do przodu. A tu taki regres...


   Finał tej historii nagranej ku pamięci był taki, że ona ostatecznie postanowiła się zmienić i nie truć mu AŻ TAK CZĘSTO o zaręczynach (tak ze dwa tygodnie, bo potem wróci do starego zwyczaju) oraz zacznie ćwiczyć mięśnie brzucha, może nawet skończy szkołę. On także się zmieni i oboje odmienieni staną się parą idealną, a po paru miesiącach organista zagra im marsza weselnego. I będą żyli długo i szczęśliwie, w zdrowiu i w chorobie, na dobre i na złe. DOPÓKI śmierć ich nie rozłączy albo jej z powrotem nie urośnie dupa, a jemu brzuch.




Po cholerę włączyłam to pudło?! 2016-08-25 16:27

  Jakby co to żyję. Po prostu skończyły się dobre czasy i nadszedł moment podjęcia przygotowań do pracy. Żeby było jasne - nie chadzam do pracy z pełną glorii pieśnią na ustach. Z dwóch powodów: po pierwsze - nienawidzę wstawać rano, o czym już kiedyś pisałam, a po drugie - gdy już muszę wstać o kosmicznej godzinie do TEJ pracy, z ust mych padają zazwyczaj dosadne słowa rodem z "Dnia Świra", czyli: "o kurwa, ja pierdolę". Nie gorszą one nikogo, gdyż wymawiam je szeptem, tudzież tylko w myślach.Co wieczór odmawiam modlitwę do świętej Rity i świętego Judy w nadziei, że w końcu znajdę robotę, którą pokocham całym sercem i w związku z tym przestanę w gruncie rzeczy pracować, gdyż "kto kocha to, co robi..." i tak dalej... Czekam na efekt modłów od lat, ale wspomniani święci pozostają głusi na me prośby. Choć, kto wie, może słuchają i już tam w niebiesiech rodzi się jakiś tajny plan, podług którego losy różnych ludzi mają się dziwnie spleść tak, że w końcu ja otrzymam pracę marzeń, a przy tym i inni zostaną usatysfakcjonowani. Życzę tego i sobie, i tym "innym".


   Dzisiaj od samego rana pięknie świeci słońce. Oczywiście wobec takich sprzyjających warunków wzięłam rower między nogi i pognałam załatwiać resztę spraw, zanim zaleje mnie lawina obowiązków zawodowych. Jadę sobie grzejąc przy tym odkryte partie ciała, po drodze przekazuję przesyłkę koledze, robię zakupy na rynku, prowadzę dysputy mniej lub bardziej poważne z panią Renią i panem Wiesiem ze spożywczaka, mijam znajomych i tak jakoś mi fajnie, wesoło, pogodnie. Jakiż piękny jest ten świat, myślę i mknę przez miasto ścieżką rowerową wioząc w koszyku umocowanym do bagażnika zakupione frykasy. Wstawię obiad, zrobię sobie kawkę z mleczkiem, wezmę pojemniczek z malinkami i zalegnę na słonecznym balkonie. O tak... Lubię się wygrzewać niczym salamandra... I lubię zapach rozgrzanej skóry. Cieszy mnie ta perspektywa. Jadę. Uśmiecham się do mych myśli. Wszystko jest OK, nawet wtedy, gdy pewien kierowca rozklekotanym samochodem o mały włos by mnie potrącił. Jego rozeźlona żona ryczy przez otwarte okno, że "przez pasy nie jedzie się rowerem". Odkrzykuję, że się jedzie, jeśli przez jezdnię przebiega ścieżka dla rowerzystów. Tak się składa, że mój facet doskonale zna przepisy ruchu drogowego i pouczył mnie w tej kwestii. Baba zrobiła głupią minę, pomruczała pod nosem. Rzęch ledwo, ale ruszył dalej. Chyba rozdrażniłam całą gawiedź siedzącą w jego wnętrzu, gdy skręcali w prawo, ponieważ przejechałam im znowu przed nosem. Ścieżką rowerową, zaznaczam. Czerwień pokrywająca twarz baby mówiła sama za siebie. Ale nic to. Jadę przyjaźnie nastawiona do całego świata. Podjeżdżam pod dom. Wyciągam frykasy. Wstawiam obiad. Zalegam na balkonie z kawą i malinami oraz rewelacyjną książką. Pięknie. Cudownie. La vita e bella.


   Obiad się zrobił. Jem gapiąc się w telewizor. Wiem, wiem, że nie powinnam. Na usprawiedliwienie dodam, że delektowałam się każdym kęsem gulaszu z kaszą. A gulasz wyszedł megapyszny. Zajadam. W telewizji lecą jakieś pierdolety. Przełączam. I po co? Od kilku dni w ogóle nie włączałam pudła, a dziś nie wiem co mnie pokusiło. Patrzę i co widzę? Nasz wschodni sąsiad, Władek, demonstruje swoją siłę. W TiVi niekończące się komentarze. Na którykolwiek kanał przełączę, gadające łby roztrząsają, jak interpretować to zdarzenie. Wielkie HALO rozlega się co chwila. Władkowi zapewne o to właśnie chodziło - zrobić szoł i podkurwić nieco sąsiadujące z jego imperium kraje. Być może zauważył również to, że te dalej leżące państwa olały jego prężenie muskułów ciepłym moczem i nie ekscytują się zanadto. Nie w głowie im teraz Władek z fryzem na zaczeskę, Władek udowadniający od czasu do czasu, że z niego jest chłop na schwał, samiec alfa, Władek, którego oblicze tatuują sobie jego krajanki uznając go za symbol seksu ever. Zachód skupia się teraz na sytuacji politycznej w Stanach oraz trzęsieniu ziemi we Włoszech. Może dlatego, że Zachód nie sąsiaduje bezpośrednio z Władkiem. A my tak. I my z mlekiem matki wyssaliśmy podskórny lęk przed imperialnymi zapędami wschodniego sąsiada. A historia, jak powszechnie wiadomo, lubi się powtarzać. 


   Wsuwam resztki obiadu i tak sobie myślę. Jak to było w przeszłości, gdy wybuchała kolejna wojna? Co czuli ludzie nagle postawieni w sytuacji bez wyjścia, naprzeciw wielkiej niewiadomej, jaką była ich przyszłość? Jesz sobie spokojnie obiad albo wieszasz pranie, bawisz się z dzieckiem w piaskownicy, kupujesz na rynku jajka ze wsi i nie zdajesz sobie sprawy, że oto paru takich Władków postanawia się zabawić w wielką rozpierduchę, a ty i reszta maluczkich nie może nic zrobić, by temu zapobiec. Całe dotychczasowe życie zostaje unicestwione. Nie ma ciepłego, bezpiecznego domu. Nie ma bliskich. Nic nie jest już takie oczywiste i zwyczajne, normalne, rutynowe, czasami nudne. Nie ma nawet tej wkurzającej pracy, do której szło się jak na ścięcie. Wszystko staje się ognistą lawą ogarniającą swoim zasięgiem coraz rozleglejsze tereny, wypalającą dziury w ludzkich sercach, zamieniającą Dekalog w Antydekalog.


   Ale póki co żyję sobie jak gdyby nigdy nic. Należę do drugiego pokolenia nieznającego goryczy wojny. Nauczyliśmy się żyć w stanie względnego komfortu, umościliśmy swoje tyłki w wygodzie i stabilizacji. A co dopiero mają powiedzieć jeszcze młodsi, ci, którzy nie pamiętają nawet zmierzchu Peerelu i przemiany ustrojowej. Dla nich ostatnia wojna miała miejsce całe lata świetlne temu. A to wcale nie było tak dawno... Gdy słucham opowieści starszych ludzi, którzy byli naocznymi świadkami lub uczestnikami niewyobrażalnych, strasznych scen, uzmysławiam sobie, że mam bardzo dużo szczęścia żyjąc tu i teraz. I nie wyobrażam sobie, że wszystko, co mnie otacza, mogłoby nagle zniknąć przez jakieś ważne figury siedzące na szczytach władzy jak jacyś pieprzeni bogowie olimpijscy mający cały ziemski padół za nic. No po cholerę włączyłam to pudło?! Jednak niezdrowo jeść przed telewizorem...


  








Do właścicielki szklanych szpilek 2016-08-15 18:39

  Dziś robiłam porządki w szafce, w której trzymam wszystkie papiery potrzebne do pracy. To newralgiczny punkt na mapie mojego mieszkania. Zazwyczaj panuje tam chaos. Od wielkiego dzwonu zabieram się do poukładania stosu kartek, karteluszek, notatek z nauki języków, pierdołek oczywiście niezbędnych jakże. Gdy już każda rzecz znajduje się w odpowiedniej przegródce, segregatorze, pudełku, zabieram się za szafkę znajdującą się obok. To dopiero jest wyzwanie! Posegregowanie i ułożenie płyt, przyborów do szycia, guziczków, tasiemek, paragonów ukrytych po różnych szkatułkach to czynność wymagająca nie lada cierpliwości i samozaparcia. A kable, ładowarki do telefonów, laptopów i innych urządzeń, stanowią pokaźnych rozmiarów węzeł gordyjski. Nie cierpię sprzątać tej szafki! Ale dziś coś mnie tknęło, żeby tam zajrzeć.


   W pewnym momencie, w ferworze pracy... zatrzymałam się. Otworzyłam starą, przedwojenną, porcelanową szkatułkę. To ważny przedmiot. Nie dość, że ma w sobie ukrytą historię, to jeszcze został znaleziony przez mojego ojca, który następnie ofiarował go mnie. Szkatułka ta jest niezwykłą pamiątką. Nieduża, o finezyjnym kształcie, z malunkami przedstawiającymi jakieś mitologiczne scenki. Można by uznać ją za nieco kiczowatą. Ale. Jest z najprawdziwszej porcelany. Na spodzie widać pieczęć przedstawiającą koronę i ślady osmalenia po pożarze. Jakimś cudem jednak to kruche cacko uchowało się przed zniszczeniem w czasie wojennej zawieruchy. Może dlatego, że wraz z innymi porcelanowymi naczyniami było schowane w metalowym wiadrze odwróconym dnem do góry i zakopanym w piwnicy. W mojej miejscowości do dziś ludzie znajdują przypadkiem przedmioty ukryte na starych strychach czy w piwnicach kamienic zamieszkiwanych niegdyś przez Niemców. W owej szkatułce odnalazłam swoje dawne srebrne kolczyki i pierścionki z czasów, kiedy byłam smarkulą. Zupełnie o nich zapomniałam... Oprócz nich znajdowało się w niej siedem szklanych szpilek do włosów. Wyjęłam je delikatnie. Spojrzałam z niedowierzaniem. O ich istnieniu też nie pamiętałam. Przez głowę przemknęło wspomnienie. Dawno temu, gdy po raz pierwszy otworzyłam tę szkatułkę, zdziwiłam się widząc kilka przezroczystych, długich pręcików zakończonych kolorowymi kuleczkami. Z początku nie wiedziałam do czego one mogły służyć. Ale kiedy poznałam ich przeznaczenie, używałam ich upinając swoje długie wówczas włosy. Potem włosy ścięłam, a szpilki schowałam. Tym sposobem przetrwały.


   Dzisiaj wyjęłam je ponownie. Patrzyłam na nie tak jak wtedy, gdy widziałam je pierwszy raz. W głowie ponownie zrodziły się pytania. Kim byłaś ty, która je nosiłaś? Musiałaś mieć piękne, gęste włosy. Zapewne upinałaś je rano siedząc przed toaletką, a wieczorem szukałaś kulistych końcówek szpilek badając palcami kok. Kim byłaś? Ile miałaś lat, gdy w panicznym strachu przed zbliżającą się Armią Czerwoną pakowałaś swój dobytek, by ukryć go w piwnicy licząc na to, że kiedyś tu wrócisz? Czy udało ci się uniknąć koszmaru, który spotkał wiele miejscowych kobiet? Może uciekłaś w odpowiednim momencie wystarczająco daleko, bardziej na zachód? Wiesz... Twoja kamienica przetrwała. Była zniszczona tak jak pozostałe 70% miasta, ale została odbudowana, a nie rozebrana do ostatniej cegły. Stoi nadal. W twoim dawnym rodzinnym mieście niewiele jest zabytkowych budynków. Oswobodziciele z zapałem niszczyli wszystko, co napatoczyło się im na drodze do Berlina. Niczym szarańcza potrafili spenetrować każdy zakątek, by coś przywłaszczyć, zgwałcić, zniszczyć, spalić. Zostawiali po sobie zgliszcza, śmierć, kiłę i swój kod genetyczny. Wielu Twoich ziomków po wojnie ulegając presji nowych władz wyjechało zostawiając swój uszczuplony dorobek życia. Niektórzy z nich przyjeżdżają tu i spacerują próbując odnaleźć dawne ulice i domy, które przez lata żyły w ich pamięci.


   Nieopodal w lasach nadal można przejść się długimi, głębokimi rowami, wejść do starych bunkrów i uruchomić wyobraźnię. W tych samych lasach znajdują się dwa zabytkowe cmentarze -  na jednym z nich spoczywają ciała jeńców wojennych z czasu I wojny światowej, zaś na drugim znajdują się groby żołnierzy radzieckich i polskich z okresu II wojny. Zwłaszcza ta druga nekropolia budzi wiele kontrowersji i od czasu do czasu pada ofiarą aktów wandalizmu. Ziemia ta przez wieki przechodziła z rąk do rąk. Zabory, traktaty podpisywane gdzieś "na górze" powodowały przesuwanie granicy dzielącej ludzi różnych narodowości. Ludzi, którzy jak małe mrówki pieczołowicie budowali swoje gniazda, by później je opuszczać. Ludzi, którzy zdążyli zapuścić korzenie, a potem musieli je odciąć, zostawić i podążać dalej. Zupełnie jak pionki lub takie małe ludziki Lego byli przesuwani z miejsca na miejsce. Jak rzecz. Jak ty - długowłosa była właścicielko szklanych szpilek...




Ziarenka szczęścia 2016-08-11 19:35

  Znowu jestem od tygodnia poza domem. I znowu in Deutschland. Powoli nadchodzi chłodny wieczór. Zupełne inny od wieczorów przeżywanych całkiem niedawno in Hungary. Och, jakże tam rozkosznie było wyjść na taras, by odetchnąć po całodniowym dreptaniu w upale... A upał ten wcale nie był uciążliwy. Nieważne, że ciało lśniące od potu nie wyglądało zbyt ponętnie (choć może było wręcz odwrotnie), nieważne, że trudno było określić, czy stopy obute w sandały są tak opalone czy okurzone, nieważne w końcu było zmęczenie i ciężki oddech. I tak kocham gorąco. Nie cierpię zaś zimna, ponurości i braku słońca. Wenn die Sonne scheint habe ich immer gute Laune - tak brzmi gotowa formułka ze znanej książki do nauki niemieckiego. Podpisuję się pod nią obiema rękami. Myśl o tym, że niebawem ciemności będą panowały już od późnego popołudnia, wydaje się być mi wstrętna i odpychająca. Ten karłowaciejący dzień w obliczu panoszącej się nocy, dzień rozwiewany podmuchami wiatru, biczujący strugami deszczu, chowający się za grubymi jak pierzyny chmurami - tylko dobitniej pokaże, że oto czas przyspiesza nieubłaganie...


   Nic nie stoi w miejscu. Przekonuję się o tym coraz częściej. I dobrze to i niedobrze. Wiadomo - w chwilach złych, bolesnych człowiek pociesza się, że one miną jak wszystko na świecie. W dobrych zaś chciałoby się zaczarować rzeczywistość, żeby trwała i trwała bez końca. Niestety. Dobry czas jest jak pies leżący u stóp i ogrzewający je swoim psim ciałem, jak kocur łaszący się i owijający ogon wokół łydki, jak pyszne danie powoli zapełniające kubki smakowe, jak cudowny widok z góry na dół po trudach wspinaczki, jak wytchnienie po pracy, której owoce cieszą oko... W pewnym mądrym czasopiśmie znalazłam jedną z recept na szczęśliwe życie. Do spisu koniecznych działań prowadzących do uzyskania pożądanego stanu upojenia radością należą: wyrażanie wdzięczności losowi, akty dobroci wobec innych ludzi, pielęgnowanie drobnych przyjemności, wybaczanie, zaangażowanie w relacje z bliskimi, troska o ciało i radzenie sobie ze stresem. Jakie to oczywiste. Jakie proste i trudne jednocześnie. Łatwe, choć wymagające włożenia wysiłku w pracę nad sobą oraz odrobiny jakże drogocennego czasu. Bo przecież aby zastanowić się chociaż raz w tygodniu, za co właściwie mogę być wdzięczny losowi, pożera ileś tam chwil. A przepuszczenie kogoś w kolejce, kogoś marnie wyglądającego i ledwo trzymającego się na nogach, to znowu utrata kilku minut. Skupienie się na jedzeniu zamiast wrzucanie w siebie bezmyślnie kawałków posiłku jedną ręką, a drugą klikanie w telefonie może i wydaje się być czymś naturalnym w obecnych czasach, jednak czy nie pozbawia nas prawdziwej przyjemności spożywania czegoś pysznego? Czyż nie lepiej spotkać się z kimś oko w oko niż przesyłać sobie lapidarne wiadomości i komentarze przez telefon lub przez inny komunikator? Jasne, że taki kontakt będzie trwał dłużej, będzie wymagał ruszenia tyłka, wybrania się czasami w najodleglejszy rejon miasta, patrzenia w oczy rozmówcy, być może udzielenia mu pomocy, wysłuchania, ale to jest właśnie najbardziej naturalny sposób utrzymania bliskości. A wybaczanie? Troska o ciało? No i ten paskudny stres... Jak to ogarnąć w zwariowanym świecie?


   Można. Naprawdę można. Nie wszystko naraz. Ale można zrobić tak wiele dla innych i dla siebie, by życie stało się bardziej satysfakcjonujące, pełne, wartościowe. Tylko trzeba się zatrzymać w tym szaleńczym biegu. Codziennie wykraść maleńką cząstkę doby i zastanowić się nad sobą i tym, co właściwie teraz się dzieje. Kiedyś pewna osoba powiedziała mi, że ona nie snuje żadnych wydumanych rozważań, nie myśli za wiele o swoim wewnętrznym JA i jak to JA współgra z resztą świata. Za to moim zdaniem za dużo myśli o tym, że ktoś zachował się w określony sposób, że zrobił jakieś świństwo, wyglądał tak czy inaczej i jaki to w niej zostawia ślad, jak dalece zajmuje jej uwagę na cały wieczór. Bo demony najczęściej napadają po zmroku i dręczą, wpuszczają swój jad, nakłaniają do grzebania w śmietniku goryczy i rozżalenia, niewykorzystanych szans, poczucia krzywdy i niesprawiedliwości. Męczą obsesjami i nerwowym snem. A może należałoby jednak nieco podumać. Tylko nieco, nie zbyt wiele. Pomyśleć jakie dobro dziś przyszło do mnie, ile z niego zostało skierowane w drugą stronę. Zdać sobie sprawę z tego, że ludzie są, jacy są - niedoskonali i trzeba im wybaczać, bo wybaczenie uwalnia wybaczającego od ciężaru. Że to nie cały świat dostosuje się do jednostki, lecz ona musi sobie radzić z obowiązującymi normami społecznymi.


   Niełatwo być człowiekiem, niełatwo. I do tego szczęśliwym... Hm... A może te chmurzyska zakrywające słońce przez większą część roku wcale nie są takie złe? Właściwie wieczory przy ciepłym świetle lampki oświetlającej stronice książek mają w sobie jakąś magię. Deszczowe zaś można spędzić w przytulnej knajpce z przyjacielem. W końcu barowa pogoda nie na darmo jest nazywana barową ;) Tak. To nic, że lato'2016 powoli odchodzi w przeszłość... Idzie jesień, która także zawiera piękne ziarenka radości i przyjemności. Trzeba je tylko znaleźć i nanizać na łańcuszek szczęścia.


  




Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia 2016-08-03 13:53

   Mija trzeci dzień sierpnia. Siedemdziesiąt dwa lata temu w Warszawie czuć było w powietrzu nie tylko proch, lecz i podmuch wiary, że mimo raczej niewielkich szans, TO się uda. Powstańcy z dumą nosili opaski na ramieniu, cywile pomagali, jak mogli i witali ich z uśmiechami na twarzach. Tak, pokładali w tych młodych, pełnych zapału do walki ludziach, całą nadzieję, ufność, że jakoś przetrwają tę hekatombę i niedługo ta okropna wojna nareszcie się skończy. I znowu zacznie się normalne życie. Niestety euforia minęła po tym, jak okupant bezlitośnie potraktował ludność cywilną, jak pętla strachu i bezradności coraz bardziej zaciskała się na szyjach bezbronnych mieszkańców ukrywających się w piwnicach, ruinach, gdziekolwiek, jak z ulic zniknęły psy i koty, ptactwo zostało przetrzebione, gdyż zapasy żywności okazały się niewystarczające. Po rzezi Woli i Ochoty, po wtargnięciu armii Dirlewangera i jej zwierzęcych odruchach, po rozpaczliwych próbach wydostania się z płonącego miasta, zamiast błogosławieństwa z ust cywili często padały przekleństwa kierowane pod adresem powstańców. 


   Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Do dziś toczą się zażarte dyskusje na temat Powstania Warszawskiego, jego sensu, przebiegu i skutków. Czy gdyby nie wybuchło, to i tak stolica nie ległaby w gruzach na rozkaz Hitlera? Czy gdyby przetrwała do momentu wkroczenia Armii Czerwonej i tak nie zostałaby przez nią zrównana z ziemią? Czy my - współcześnie żyjący mamy prawo oceniać decyzje i motywacje walczących, którzy chcieli z podniesioną głową przeciwstawić się bezwzględnemu okupantowi? Pytań jest wiele, a odpowiedzi jeszcze więcej. Kontrowersje, w które one obrosły, często budzą skrajne emocje. Najbardziej irytujące jest nieustanne upolitycznianie kolejnych obchodzonych rocznic, ubierania w piękne, górnolotne słowa faktów i naginanie ich do aktualnie panujących trendów, wycieranie sobie gęby tą tragedią, brak poszanowania dla kombatantów, gwizdy i wyzwiska pod adresem niektórych z nich. Wielu rodaków uwielbia pławić się w martyrologicznym sosie, z uporem maniaka odmieniać przez przypadki słowo "krew", składać kwiaty pod pomnikami, mienić się prawdziwymi patriotami, a jednocześnie nie potrafi szanować się nawzajem, uczciwie pracować, płacić podatków, dbać o najbliższe otoczenie. Dzisiejszy patriotyzm nie powinien polegać tylko na rozpamiętywaniu historii, lecz na byciu użytecznym członkiem społeczeństwa.


   Jedno uderzyło mnie osobiście, gdy pierwszego sierpnia słuchałam w TiVi przemówienia Jaśnie Nam Panującego - jego słowa skierowane do małej grupki przybyłych Powstańców, że warszawiacy nie mają do nich żalu o to, co się stało w 1944 roku. Uważałabym z deklaracjami tego typu. Po pierwsze - nie należy wypowiadać się za wszystkich, po drugie - może warto poczytać, co na ten temat sądzili ci, którzy przeżyli ten koszmar, po trzecie - nigdy nie poznamy opinii tych, którzy zginęli, często mordowani w bestialski sposób, kobiet i dziewczynek, które były gwałcone, a potem zabijane albo wyrzucane jak ścierwo na ulicę, grupek duszących się w piwnicach, do których wrzucane były granaty rozrywające zgromadzonych na strzępy, tych, którzy w czasie ewakuacji kanałami topili się w gównie... I tych mieszkańców, którzy przeżyli powstanie, ale ich już nie ma wśród żywych. Punkt widzenia naprawdę zależy od punktu siedzenia. Myślę, że zamiast wydawania osądów, wystarczyłoby uczcić pamięć zmarłych i oddać hołd żywym. A także zadbać o to, by ich starość nie była uwłaczająca ludzkiej godności. Bo pięknymi słowami wygłaszanymi przez mikrofon raz w roku nie wypełnią oni swoich żołądków ani nie napalą zimą w piecu.



e-szablony
  e-blogi.pl  [Załóż blog!] rssSubskrybuj blogi
[Zamknij reklamy]