Frausuchen - blogerka


Ach, co to była za Dziewczyna... 2016-09-25 12:05

   Gdy w zniemczonej szkole Frau Müller uczyła dzieci nowego, szczekliwego języka, Zosia nie zamierzała poddać się procesowi edukacji w niemieckim wydaniu. Jej siostra otrzymywała czekoladowe cukierki za pilność, ona zaś dostawała po łapach za niesubordynację. Frau Müller nie mogła wyjść z podziwu patrząc na hardą dziewczynę, której nie zrażały czerwone pręgi od szpicruty. Bo Frau Müller nie znała Zosi tak dobrze, jak jej bliscy. A bliscy dobrze wiedzieli, że z Zochą nie ma co zadzierać. Zocha powiedziała, że trzeba iść skombinować jedzenie, to znaczyło, że należy wziąć dupę w troki i zasuwać w pole. Brakowało drewna na opał? To co? Będą tak wszyscy stać i czekać, aż ono samo przypełznie z lasu? Nie. Siekierka w dłoń i w drogę, po kryjomu narąbać gałęzi w lesie należącym kiedyś do dziedzica, a teraz do niemieckiego zarządcy. Potem trzeba to wtargać na sanie i mimo zasp zaciągnąć do domu. I nie ma żadnego marudzenia, że jesteś małą, chudą, młodszą siostrą. Drepczesz posłusznie, wpadasz po pas w śnieg i nie piśniesz słowa skargi. Trochę wymiękasz, lecz boisz się poskarżyć. Zwierzęta nie miały co jeść? Ni stąd ni zowąd w korytkach znalazły się liście lucerny. Wstrętna ciotka poniewierała najmłodszą siostrę? Zocha chwyciła drąg i w kilku żołnierskich słowach wyraziła swą dezaprobatę. W zamian usłyszała, iż jest czarnym diabłem. Myślicie, że sobie coś z tego robiła? Wolne żarty. Diabeł nie diabeł, Zośka szła przez życie jak czołg. Nie gniotsa, nie łamiotsa.


   Pod grubą z pozoru skórą kryła się ciepła, kochająca dziewczyna. Skora do zabawy i do żartów. Do tańca i do różańca. Znająca życie jak mało kto. Bo to Zośka jako jedyna z sióstr pamiętała, jak ich młoda mama umierała na suchoty, jak potem tata ożenił się po raz drugi, a potem urodzili się dwaj przyrodni bracia. I jak ojciec żegnał się z całą gromadką w 39’, po czym już nigdy nie pojawił się w progu domu. Zosia jako prawa ręka ukochanej macochy rządziła w domu i nie tylko. Nikt jej nie podskoczył i gdyby nie ona, nieraz naprawdę byłoby ciężko przeżyć trudne chwile. Niby taka ostra i twarda, ale to właśnie ona pomogła rodzeństwu, które stawiało pierwsze kroki w dorosłe życie. To ona wyjechała do miasta i potem przez jej mieszkanko przewinęli się kolejno dorastający smarkacze. Ona potrafiła załatwić to, co było nie do załatwienia. Przy tym gotowała tak, że Magda G. mogłaby się schować ze wstydu. Piekła najpyszniejsze ciasta, a jej wuzetka to już było mistrzostwo świata. Przytulała dzieci, wycierała obsmarkane nosy i kochała je niepomiernie. Nieraz tupnęła nogą, a za chwilę złość jej przechodziła jak ręką odjął. Jaki tam z niej był diabeł…


        Kiedy ubijam schab na kotlety, to trzymam w ręku tłuczek od Niej. Kiedy ucieram masę na ciasto, to robię to drewnianą gałą od Niej. I kiedy wałkuję ciasto na pierogi, to czynię to wałkiem od Niej. Mam też miseczki, serwetki i inne drobiazgi. Moje kuchenne skarby od cioci Zosi. Już zawsze, gdy będę otwierać szufladę i sięgać po któryś z przyrządów, pomyślę o Niej. Ciągle słyszę jej głos… I śmiech… Na szczęście zdążyłam z Nią dłużej porozmawiać. Nie tak zdawkowo, o pogodzie i zdrowiu, które szwankowało od dawna. Ale zabrałam Ją w daleką podróż. Wspólnie otworzyłyśmy furtkę do ogrodu wspomnień. Pamięć ludzka jest przedziwna. Przeważnie trudno przypomnieć sobie to, co działo się kilka dni prędzej, ale odległa przeszłość przesuwa się pod zamkniętymi powiekami jak kadry filmu. Naciągnęłam Ją na zwierzenia, których z otwartymi buziami słuchały Jej najstarsza córka i Jej siostra, a moja Babcia. Przyznały, że nigdy wcześniej Zośka nie opowiadała o niektórych sprawach. Moja Babcia powiedziała, że ja to tak zawsze rozkręcam dyskusję, że z czyichś ust wylewa się najpierw wąski strumień, który stopniowo poszerza swoje koryto, aż staje się rzeką trudną do opanowania.


        W pewnym momencie zapytałam Ciocię, czy wie, co oznacza Jej imię. Nie wiedziała, więc wyjaśniłam, że „Zofia” oznacza „miłująca mądrość, mądra”. „A, to pasuje do mnie” – odparła i zaśmiała się. Cała Zosia. Mogłaby być coachem uczącym, jak żyć i cieszyć się życiem, być dobrym człowiekiem otwartym na innych ludzi, nie zapominając przy tym o sobie. Bo jak rzekła: „Czasem trzeba się zabawić, bo ileż można siedzieć w domu przy garach i dzieciach”. Pełen balans i harmonia. Podejrzewam… Nie – jestem pewna, że w tym niepełnosprawnym już ciele kryła się jeszcze bardzo młoda dusza skora do młodzieńczych psikusów, wyrywająca się do pracy, na długie spacery, śpiewająca piosenki zasłyszane dawno, dawno temu… Gdy tak patrzyłam na Nią i na moją Babcię, widziałam nie dwie niedołężne staruszki, lecz wspaniałe „dziewczęta”, jak mawiała o nich ich „druga Mama”, a moja Prababcia. Dziewczęta będące jak ogień i woda, na co dzień zatrzaśnięte w niemocy, w takich chwilach jak tamta na nowo stające się dawnymi żywiołami. Zosia władcza i energiczna. Moja Babcia cicha i spolegliwa, znowu stawała się tą chudziutką, młodszą siostrą posłusznie idącą za saniami załadowanymi drewnem na opał.


        A wczoraj… Wczoraj Zośka dołączyła do obu mam, taty, trzeciej z sióstr – Anny. Boże, co TAM się teraz dzieje… Aż strach pomyśleć… Rejwach i zamieszanie. I z pewnością rozlega się wszędzie tupot Zosinych butów, głos goniący do roboty oraz śmiech. Uwaga! Do niebios trafił czarny diabeł we własnej osobie! Będzie kusił wuzetką, drożdżówką z dużą ilością kruszonki, pierogami i innymi frykasami, od których podskakuje cukier we krwi. Koniec z niemrawymi chórami anielskimi! Teraz Zocha pośpiewa! Ha! I zatańczy. W ogóle zrobi porządek. Frau Müller już na wieki pozostanie z wybałuszonymi gałami. Bo co to za dziewczyna z tej Zochy, mein Gott…




A teraz niech mnie wszyscy pocałują w... 2016-09-19 16:55

  O prawdzie zawartej w starych jak świat przysłowiach pisałam już nieraz. Jak to się jednak dzieje, że człowiek nigdy nie mądrzeje na tyle, by przyjąć jakieś przesłanie bez szemrania i już.  Bez prób i popełnianych przy tym błędów, bez przekonywania się na własnej skórze. Zapewne znacie przysłowie: "Nie chwal dnia przed zachodem słońca". Znacie? Pewnie, że znacie. Ja też. Ale jednak ostatnio o nim zapomniałam. I tak po pracy, wprawdzie schechłana niczym koń po westernie, postanowiłam sprawić sobie przyjemność. Bo ja w ogóle po powrocie do kieratu codziennego powzięłam mocne postanowienie, że każdego dnia będę robić sobie dobrze. Jakkolwiek.


   Więc taka schechłana, wzięłam rower i pomknęłam nad pobliskie jezioro. Kilka kilometrów przejechanych dość szybkim tempem i znalazłam się na prawie pustej plaży. Słońce grzało jak szalone, od wody wiał delikatny wiaterek, wokół szumiały drzewa, piasek był cieplutki. No raj! Istny raj! I to w Polandzie utożsamianym przez wielu jego mieszkańców z ziemią skrwawioną, wiecznie pijącą zachłannie tę krew, ziemią domagającą się ofiar, wyrzeczeń, zaciskania pasa, smutnych rocznic, wydarzeń przekuwanych z porażek w moralne zwycięstwa. A tu proszę - raj. Rozwaliłam się zatem w nieprzyzwoitej pozie na ręczniku, położyłam zmęczoną głowę i zamknęłam oczy. Jeszcze kilka głębokich oddechów... Boże, jaki spokój. Święty spokój. Jak to w raju, wiadomo. "Teraz niech mnie wszyscy pocałują w dupę" - pomyślałam. Tak, w sam środek dupy. Bo w dupie miałam wszystko i wszystkich. I nawet, gdyby sama szefowa zadzwoniła wtedy do mnie czy chociaż wysłała smsa, tobym rzekła: "Proszę wybaczyć... a właściwie niech mi pani nie wybacza, bo to ja powinnam pani wybaczyć, że mi tu znowu pani zawraca dupę w moim wolnym czasie, ale teraz leżę se na plaży i nie interesuje mnie absolutnie nic. Null. Biss dann". No.  


   Leżąc myślałam tylko o tym, jak mi dobrze, jak cudownie, wygodnie, ciepło, nikt i nic mnie nie wnerwia. Endorfiny zalały moje ciało, błogość zalała mózg, aż odpłynęłam. Gdyby tak jeszcze masował mi plecy jakiś przystojny umięśniony masażysta, inny podawał drinki z parasolką, a trzeci radiowym głosem czytał ciekawą książkę, to przeszyłyby mnie chyba spazmy orgazmu. Ale i bez tego czułam się cudownie. Wieczorem, w blasku zachodzącego już słońca ruszyłam w drogę powrotną. Naładowana pozytywną energią jechałam snując w głowie dalszy plan dogadzania sobie. Gdy przekroczyłam próg domu, zrzuciłam ubrania, umyłam twarz, a następnie nałożyłam maseczkę. "Ach... Jaka ja jestem dla siebie dobra, z jaką łaskawością traktuję swoje ciało, jak ja potrafię wprowadzić w życie te zalecenia, rady z czasopism psychologicznych"... Rozpływałam się w samozachwycie. Potem wzięłam prysznic, zrobiłam pyszną kolację, którą spożyłam w pełni wyciszona i zrelaksowana. Cóż, chciałam opisać ten stan, podzielić się swymi umiejętnościami odreagowywania stresu w parszywej robocie. Już odpaliłam kompa, już wpisałam hasło, już miałam palce gotowe do pisania... A tu co?! Jakiś wirus się wkradł do mojego laptopa! 


   "Spokojnie. Tylko spokój mnie uratuje" - powiedziałam do siebie. Przez dwie godziny cierpliwie próbowałam pozbyć się jakiegoś pieprzonego dodatku, który podczepił się do przeglądarki i robił niezłe zamieszanie. Dwie bite godzinny mojego jakże cennego czasu! Do tego router zaczął wariować. W końcu szlag mnie trafił! W powietrzu latały brzydkie wyrazy. Bardzo brzydkie. Takie na "k", "ch", "p" i wiele, wiele innych. W gardle urosła mi gula. Zawsze tak się dzieje, jak się porządnie wkurwię. Zadzwoniłam do kumpla, speca od komputerów. Razem tocząc rozmowę telefoniczną chcieliśmy zaradzić temu problemowi. Niestety po kolejnej godzinie skapitulowałam. Łzy wściekłości i bezradności poleciały mi po twarzy. 


   Kiedy ochłonęłam, ponownie przekręciłam do kumpla i umówiłam się na naprawę sprzętu u niego w serwisie. Zostałam bez kompa, bez afirmacyjnego wpisu, za to ze zszarganymi nerwami. Wszystkie endorfiny, tak skrupulatnie kumulowane, poszły w diabły. Cały spokój wyparował, tak się we mnie zagotowało. I gdy już minęła ta gorączka, stwierdziłam, że to było bardzo, bardzo głupie. Niepotrzebne. Bez sensu najmniejszego. Przecież nic takiego się nie stało. Zepsuło się coś? No i co z tego? Można naprawić, to super. Nie można? Trudno. Sama się sobie dziwiłam, że z takiego błogostanu przeskoczyłam w totalną szajbę. Wcześniej zachwycałam się pięknym dniem, a po kilku godzinach obróciłam w perzynę całą radość. Głupota, głupota i jeszcze raz głupota. No i sprawdziło się to cholerne przysłowie o niechwaleniu dnia przed zachodem słońca. Jakoś tak mi się wtedy przypomniało. Zamiast zamykać ten dzień wieczorem, mogłam nadal się relaksować, choćby czytając nowo kupioną książkę, oglądając film lub słuchając muzyczki, dajmy na to jazzu. A o tym wszystkim i towarzyszących temu doznaniach napisać po kilku dniach. Tak jak to czynię właśnie teraz. Komputer został naprawiony. Piję sobie pyszną kawkę. Przed chwilą zjadłam dwa ciasteczka zbożowe - taka mała dyspensa ;) I jest mi dobrze. Pełen relaksik. W ogóle muszę zacząć więcej jeść, żeby w mojej dupie pomieścić te wszystkie bzdetne rzeczy i sprawy, które zamierzam w niej systematycznie umieszczać. No i żeby każdy, kto próbuje zakłócić mój wolny czas, mógł mnie w nią całować bez końca.




Jednak nie jestem wredną suką... 2016-09-11 13:36

  Odgrzewam niedawno podjęty temat. Temat wychowania, stawiania granic, uczenia zasad itepe. Oto wróciłam z mszy w kościele. I nie jestem w nastroju uduchowionym. Wręcz przeciwnie - łeb mi pęka od nadmiaru wrażeń. Już od pierwszych, fałszywych dźwięków wydawanych przez organy, wiedziałam, że nie będzie łatwo wprowadzić się w stan wewnętrznego spokoju. A gdy usłyszałam mamroczący głos starego organisty, to poczułam ciarki na całym ciele. Młody, żwawy, niefałszujący organista widocznie ma urlop. Cóż za nieszczęście i niepowetowana strata! Żółwie tempo, niezrozumiale brzmiące słowa pieśni potrafią doprowadzić do szału nawet najspokojniejsze osoby. Ale to był jeszcze pikuś. Czynnikiem wysoce ryzykownym jest znalezienie się w miejscu, w którym skumulowała się grupa rodziców z małymi dziećmi. Takimi jeszcze w głębokich wózkach, spacerówkach i tymi mierzącymi około jednego metra wzrostu, a już rozłażącymi się po wszystkich kątach. No i masz! Wchodzę do kaplicy bocznej, w której czuję się jakoś tak lepiej, intymniej, jest tam mniej bodźców rozpraszających uwagę. Niestety dzisiaj miała tam miejsce inwazja dzidź w różnym wieku, w tym chodzących i biegających.


   Szajka licząca siedmioro osobników płci żeńskiej lub męskiej zawładnęła tą przestrzenią na calutką godzinę. Dodatkowo docierało tu echo płaczu niemowlaków z głównej nawy. Pomyślałam sobie - nie bądź wredną suką i nie czepiaj się. Tak więc w kanonie rozmamłanych pieśni, słów księdza, ryku bobasów w wózkach, śmiechu i kwiku rozbawionych, małych biegaczy, próbowałam się wyłączyć. Uciec myślami daleko. I tak nic nie rozumiałam z kazania. Pojedyncze słowa piąte przez dziesiąte docierały do moich umęczonych uszu. Mózg zamienił się w magmę i nie był w stanie ustalić żadnego związku przyczynowo - skutkowego w przedstawianej historii. Po co się przemęczać. W duchu postanowiłam wielbić Pana na swój sposób - wspominać piękne miejsca, których był autorem, a które jak kadry przesuwały się w mojej pamięci. I byłoby naprawdę cudownie, gdyby nie fakt, że gwar i szum wzbierał wprost proporcjonalnie do podnoszenia głosu przez kaznodzieję. No i ciśnienie mi lekuchno podskoczyło. Mimowolnie. Ale zrobiłam kilka wdechów i wydechów. Dobrze...


   Boże, czemu wyposażyłeś mnie w zbyt dużą spostrzegawczość?! Patrzę, a tu impreza trwa w najlepsze. Kilkoro porozumiewających się dzidziowym slangiem maluchów bawi się w ganianego. Jeden prezentuje na ołtarzu bocznym kolekcję samochodów, drugi mu je podbiera, więc ten go goni i ryczy. Dziewczynki zdmuchnęły świece i omal ich nie przewróciły. Dobrze, że wcześniej zgasiły płomyki. Jeszcze pożaru brakowało. Nawet nie wiecie, ile krzepy może mieć dwóch chłopczyków - pieluchowców. Tak tarmosili wielkie, kute drzwi bramy do kaplicy, że zdołali je przesuwać w jedną lub drugą stronę. Fakt - drzwi jeżdżą na kółkach, ale jednak! Rosną nam normalnie nowi ciężarowcy na igrzyska olimpijskie. Może nie będą musieli korzystać z dopingu, żeby wygrać. Rozglądam się dalej, żeby zlokalizować rodziców. Gdzieś przecież muszą być. I są. Stoją lub siedzą spokojnie. Zaledwie dwie matki próbowały chwycić dzieciaki wyślizgujące się i wijące jak piskorze. Ludzie, jakie te maluchy są zwinne! Pozostali tatusiowie i mamusie albo udawali, albo rzeczywiście mieli stalowe nerwy, gdyż z błogim uśmiechem obserwowali poczynania potomstwa. Reszta wiernych zerkała na siebie nawzajem ze zgrozą w oczach. Nikt nie ważył się zwrócić komukolwiek uwagę. Dodam, że były też dzieci grzecznie siedzące, może nieraz coś je żgało w tyłek, ale pokręciły się chwilę, podrapały i znowu wróciły do poprzedniej pozy. Jednym słowem - ROZPIŹDZIAJ.


   Na końcu księdzu chyba puściły nerwy. Powiedział w kilku grzecznych słowach, że on rozumie, że dzieciom czasami się nudzi, mają gorszy dzień, ale można ulokować się z nimi blisko wyjścia i jeśli nastąpi spadek nastroju maleństwa, należy wyjść, przespacerować się chwilę i wrócić. Odbędzie się to z korzyścią i dla dziecka, i dla jego rodziców, i dla pozostałych zgromadzonych w kościele. No to teraz niech się księżulo liczy z falą hejtu święcie oburzonych. Przecież to msza dla dzieci. To są TYLKO dzieci. Ksiądz nie ma dzieci, więc nie wie, jak to jest. Niech się nie wypowiada. Heloł! Owszem, to msza dla młodszych, co nie oznacza, że mają oni roznieść w pył wszystko, co je otacza, jeździć resorakami po plecach siedzących przed nimi, puścić z dymem całą budę i najlepiej wpakować się na ołtarz, żeby inni oddawali im cześć. BO TO DZIECI. Tylko i aż.


   Pamiętam, jak chodziłam do kościoła będąc dzieckiem. Nigdy w życiu nikt nie odważyłby się tak zachować. Na mszy rodzic szturchnął, szepnął parę ciepłych słów do ucha rozrabiaki i był spokój. W czasie rekolekcji porządku pilnowało zaledwie dwóch panów, którzy za harce i wygłupy wyciągali delikwentów z ławek i dawali im wilczy bilet w danym dniu. Nikt nie martwił się, że jeden czy drugi stoi za drzwiami (uwaga!) BEZ OPIEKI. Teraz byłoby to nie do pomyślenia. Od razu w parafii pojawiliby się reporterzy, zrobiłby się dym, sprawa trafiłaby do sądu i w ogóle. Nie chcecie wiedzieć, co teraz wyprawiają dzieciaki na próbach do komunii (w obecności rodziców żywo dyskutujących między sobą) czy na rekolekcjach (cerberami są przymuszani do tego nauczyciele). Dlatego uważam, że religia powinna wrócić na swoje miejsce - do kościoła, a za wychowanie potomstwa powinni brać odpowiedzialność przede wszystkim rodzice. A swoją drogą oni sami powinni mieć certyfikat upoważniający do rodzicielstwa, bo jak widać, nie każdy nadaje się do pełnienia tak ważnej funkcji. A tymczasem spora część ludności zachęcana dodatkową forsą idzie w ilość, a nie w jakość.


   Na koniec nadmienię, że po wyjściu z kościoła, tu i ówdzie słyszałam komentarze, że CO TO BYŁO?! Co to był za sajgon na mszy?! Ufff... Czyli nie jestem wredną suką. Jestem normalna...






Pokłosie 2016-09-06 18:41

   Wczoraj we wszystkich wiadomościach i antyfaktach w TiVi szeroko omawiany był przypadek nastolatki stosującej od trzech miesięcy przemoc wobec matki. Apogeum miało miejsce ostatnio, kiedy niepokorne dziecię doprowadziło rodzicielkę do stanu, który uniemożliwił jej normalne funkcjonowanie. Cóż było powodem agresji kilkunastoletniej „dziewczynki” (jak była określana przez komentatorów)? Otóż, blokowanie przez matkę dostępu do Internetu. Zapewne w wyniku nieco spóźnionych działań wychowawczych zaprowadzonych w domu ni z gruszki, ni z pietruszki, dziecko dostawało regularnie szału, a finalnie wyżyło się na głównej winowajczyni – matce.


            Cóż winna matka? – zapyta ktoś. Ano winna i niewinna. Trudno oceniać, gdyż niejeden znakomity rodzic, świadomie wychowujący dziecko OD URODZENIA, a nawet dbający o jego rozwój już w okresie prenatalnym, niestety może zderzyć się z ponurą rzeczywistością. A ponurość polega na tym, że w pewnym, nieuchronnie nadchodzącym momencie dziecko wymyka się spod kontroli, ma swoje, odrębne życie i wara innym do niego. Każdy, kto ma już dorosłe, bądź zaledwie dojrzewające pociechy, wie, o czym piszę. Z czasem rolę przewodników duchowych zaczynają pełnić rówieśnicy, idole i wszelkiej maści autorytety. A także błogosławiony i zarazem przeklęty Internet. Gdzieś jednak na tej drodze do dorosłości nadal stoi rodzic, który mimo wielu trudności, powinien być z dzieckiem, a nie obok niego. Rozmawiać, a nie zbywać, dopytywać i szpiegować. Uczyć tolerancji, odpowiedzialności, dokonywania wyborów, nieulegania presji czy manipulacji, ŻYCIA w realu, a nie w świecie równoległym. A przede wszystkim WŁASNYM przykładem pokazywać jak kroczyć przez zawiłe ścieżki, na których pojawiają się różne przewidziane i nieprzewidziane zdarzenia. Wobec tego należy zadać pytania: Według jakich zasad zmaltretowana matka wychowywała wcześniej swoją córkę? Czy w domu w ogóle obowiązywały jakieś zasady, między innymi te związane z ograniczeniami czasowymi dotyczącymi korzystania z Internetu?


            Jeden z psychologów komentujących całą sytuację nareszcie (!) powiedział otwarcie to, co myśli wielu przedstawicieli starszego pokolenia lub pokolenia pamiętającego siermiężny PRL łącznie ze szkołą, w której na przerwach uczniowie spacerowali parami dookoła korytarza. A mianowicie psycholog ów rzekł, że współcześni rodzice zapominają o stawianiu dzieciom granic, że te granice zacierają się. Warto dodać również to, że często dzieciom się ustępuje w obawie przed wybuchem gniewu czy fochami. Po co użerać się po całym dniu spędzonym w porąbanej robocie? Niech bachor da spokój, niech zamknie gębę i robi co chce, byleby był spokój. Niech rąbie na kompie w debilne gry, siedzi w necie do nocy, naparza na komórce. A tymczasem umordowana matka i ojciec chcą skorzystać ze swego prawa do odpoczynku – od wszelkich obowiązków, w tym również rodzicielskich. Całą odpowiedzialność za ukształtowanie młodego człowieka zrzucają na różne instytucje, począwszy od żłobków, a skończywszy na uczelniach wyższych. To opiekunowie, nauczyciele i wychowawcy mają nauczyć, wpoić elementarne reguły życia w społeczeństwie, nakarmić i udzielać pomocy. Rodzic ogranicza się tylko do wyrażania swoich oczekiwań i respektowania ich... przez innych. Nie przez siebie. Jeśli ktokolwiek ich nie spełnia – to huzia na Józia! Zawsze przecież można głośno wyartykułować swoje pretensje i wyładować frustracje na zbyt wymagającej nauczycielce, zwracającej uwagę sąsiadce czy urzędniczce w MOPSie. A co!


            Po latach nieudolności wychowawczej rodzic pewnego dnia budzi się z ręką w nocniku. Próbuje, znowu nieudolnie, zaprowadzić porządek, choć to już nie jest taka prosta sprawa. I zbiera cięgi, bo to oczywiste, że swawolny Dyzio do tej pory utrzymywany w przekonaniu, że cały świat leży u jego stóp, tak łatwo nie odpuści. Nikt nie chce, by mu odbierać dobra, do których jest przyzwyczajony. A swoją drogą przykład wspomnianej we wstępie nastolatki pokazuje, że wyroki sądu bywają naprawdę zaskakujące. Czy umieszczenie jej w zakładzie wychowawczym naprawdę przemieni ją w anielicę? Znowu z matki zdjęto chomąto i nałożono je komuś innemu – to raz. A dwa – należałoby pomyśleć, czy dziewczyna przypadkiem nie wyjdzie z ośrodka jeszcze bardziej zdemoralizowana. Wszak „z kim przestajesz, takim się stajesz”…




Spojrzeć prawdzie w oczy 2016-09-04 18:55

   O sile ludzkiego rozumu rozpisywali się już wielcy filozofowie i uczeni. O podstępnej sile podświadomości również. Jesteśmy wobec niej bezbronni jak małe dziecko i nieważne jest to, ile aktualnie mamy lat. Jednakże czasami zaskakująca bywa moc wypierania pewnych faktów przez ludzki rozum. Racjonalizowanie, myślenie życzeniowe, pozorne wyrzucenie z pamięci - oto sposoby na radzenie sobie z niewygodną prawdą o rzeczywistości. Wiem, wiem, można by dyskutować nad tym, czym jest rzeczywistość. Można by również powiedzieć, że prawda bywa względna. Ale często mają miejsce sytuacje, które w oczach wielu postronnych obserwatorów lub uczestników danego zdarzenia, są postrzegane w sposób spójny, nieemocjonalny, lecz... zupełnie inny niż spojrzenie osoby będącej głównym "bohaterem". W pewnym sensie fascynująca jest fałszywa umiejętność niedostrzegania spraw oczywistych, zaprzeczania ich istnieniu, gdyż to świadczy o nieograniczonych możliwościach pokrętnej psychiki.


   Spójrzmy na przykład na kobietę, która podejrzewa, że jej partner czy mąż ją zdradza. Najpierw nie zauważa pewnych symptomów niestandardowego zachowania. Potem snuje domysły. Wyostrza wzrok i słuch. Jednocześnie każdy podejrzany krok próbuje interpretować w wygodny dla siebie sposób. Późno wraca z pracy? No cóż, ma nawał obowiązków, co zrobić, takie czasy, że ludzie coraz więcej pracują. Zawsze nosi komórkę przy tyłku? Pewnie czeka na ważną wiadomość, po co potem oddzwaniać. To nic, że rozmowy toczą się szeptem, często są szybko urywane, czasami zdarzają się głuche telefony, a nieraz w towarzystwie połączenie w ogóle nie jest odbierane. Na pytanie: "kto to?" pada odpowiedź: "A ten durny Zdzichu znowu zawraca mi dupę. Boże, co za namolny facet..." albo: "Jezu, co ta Kaśka znowu chce. Głupie babsko, nie chce mi się z nią teraz gadać...". Ostatnimi czasy bardziej o siebie dba, stroi przed lustrem jak przed wyjściem na galę Oskarów, ćwiczy intensywnie, choć nigdy wcześniej nie była to jego ulubiona forma spędzania wolnego czasu? Ale to chyba fajnie, widocznie w końcu bierze się za siebie. Ona chyba też zacznie. Przychodzą dziwne esemesy późno w nocy? Czyta: "Tęsknię...", "Dziś było cudownie...", "Dziękuję za niespodziankę...". Wchodzi na stronę internetową, loguje się u swojego operatora sieci i sprawdza połączenia. Jest. Ten sam numer powtarza się po dwadzieścia razy dziennie. Chyłkiem udaje się do łazienki, wystukuje z jego komórki ten numer. Chce wiedzieć czy to kobieta, czy facet. Acha. Czyli jednak. No ale to przecież niemożliwe. Przecież wczoraj było tak cudownie w łóżku. Przecież nie tak dawno byli na wspaniałych wakacjach. A te zapewnienia o miłości? A kwiaty? A biżuteria w jego teczce przypadkiem znaleziona? Nie, to niemożliwe. Nie-mo-żli-we!


   Teraz niech będzie mężczyzna, który od dłuższego czasu prowadzi niezdrowy tryb życia (a któż prowadzi?- zapyta). Pije alkohol - tylko trochę, pali papierosy - tylko kilka dziennie, nie ćwiczy ani nie uprawia żadnej formy ruchu - no jak to? Ostatnio był pieszo w sklepie mieszczącym się sto metrów od domu. Ulubione dania należą do tradycyjnej, polskiej kuchni. Koniecznie musi być mięcho, sos i ziemniory. Dużo. Zupa? To może być jako preludium i to niekoniecznie. Tylko się sikać po niej chce. Chłop taki z dumą prezentuje pokaźnych rozmiarów bojler (czyt. brzuszysko) i nie przeraża go wizja nieuchronnej lustrzycy zaawansowanej. Ponadto nie chodzi do lekarza, nie robi badań, na wszelkie bóle zażywa w nieograniczonych ilościach specyfiki z reklam TiVi. I co? Żyje? Żyje. A że ostatnio sra dalej niż widzi albo nie może oddać moczu, w płucach charczy, z trudem wchodzi o własnych siłach na drugie piętro, to za przeproszeniem, ma w dupie. Lekarz patrząc na wynik w końcu wykonanych badań (baba truła, więc zrobił dla świętego spokoju), macając, oglądając, mówi wprost: "Ma pan guza w jelicie grubym. Na oddział i to na cito", "Musi pan poszerzyć zakres badań. Niestety podejrzewam nowotwór", "Ma pan nadciśnienie i miażdżycę, grozi panu zawał", "Powinien pan zmienić dietę i zacząć się ruszać". Ale nieeee... Facet śmieje się w twarz przerażonej żonie, bo te konowały gówno się znają. Jaka dieta, jaki ruch? Skoro na wyniku nie jest wprost napisane jak byk: RAK, to nie ma sensu panikować. I otwiera lodówkę, wyjmuje dwa pęta kiełbasy, grzeje ją w garze, a potem zajada zastanawiając się nad dokładką.


   I znowu kobieta. Wyszła za mąż, choć wiele osób z najbliższego otoczenia zwracało jej uwagę na jego porywczy charakter, chamskie odzywki w towarzystwie, notoryczne upijanie się na spotkaniach. Jak się ożeni, to się odmieni. Poza tym nikt go nie zna tak dobrze jak ona. Ludzie zawsze tak gadają, bo: zazdroszczą jej miłości,a jemu pieniędzy; są do niego uprzedzeni; nie wiedzą, że on jest zupełnie inny, kiedy są sami; lubią wpieprzać się w nieswoje sprawy. Po ślubie proza życia. Poniżanie, przemoc, szmacenie na przemian z bukietami kwiatów na przeprosiny, przyrzeczeniami poprawy i łzami jako dodatkiem potwierdzającym szczerość uczuć i zamiarów. Pewnego razu po kolejnej awanturze nie ma już kwiatów ani łez. Jest bezczelna obojętność i szyderczy śmiech. Gdy w końcu w wyniku pobicia ona trafia do szpitala, on nawet nie interesuje się jej stanem zdrowia. Rodzina, lekarze, przyjaciele mówią: "Odejdź od niego", "zrób obdukcję". Jakie odejście, jaka obdukcja? Czy wszyscy oszaleli? Ona się przewróciła, uderzyła przypadkowo w kant szafki w wyniku czego ma teraz wstrząśnienie mózgu i gębę spuchniętą niczym bokser po nokaucie, potknęła się o dywan i upadła na podłogę łamiąc rękę, a zęby straciła przez paradontozę. Wraca do domu, do niego, bo ona go kocha.


   Zdumiewające? Wcale nie. Oto szara rzeczywistość wielu ludzi. Ta zdradzana kobieta powie po latach, że "do tego można się przyzwyczaić" i żyć normalnie jak gdyby nigdy nic. Ten facet pożerający kiełbasę na kolację w końcu dostanie jasny komunikat, że oto zostało mu kilka miesięcy życia. A ofiara przemocy domowej po tym, jak jeszcze wiele razy wyląduje w szpitalu, doczeka się wreszcie tej wymarzonej miłości - mąż będzie się nią opiekował, kiedy będzie umierała na guza mózgu. Co musi się wydarzyć, by zaślepiony człowiek przyjął do wiadomości prostą, aczkolwiek brutalną prawdę? Jak spojrzeć tej prawdzie w oczy? Kobieto, twój facet cię zdradza i to od lat, i raczej się nie zmieni, a po każdym romansie wraca do ciebie nie dlatego, że cię kocha, tylko dlatego, że tak mu wygodnie. Stary, żyjesz jak nie przymierzając prymitywna świnia! Ogarnij się! Jesteś człowiekiem, więc żyj jak człowiek, a nie bydlę dbające o zaspokojenie zaledwie podstawowych potrzeb. Szanuj zdrowie i życie. Babo, jaki chory łańcuch zależności trzyma cię przy tym damskim bokserze? Jak długo zamierzasz oszukiwać innych i siebie? Otoczenia i tak nie oszukasz. I to otoczenie w pewnym momencie będzie miało dość wyciągania cię z opresji, a potem słuchania, że całe zajście było nieporozumieniem. Jeśli masz dzieci, skazujesz je na traumę ciągnącą się za nimi przez całe życie. Nie, nie zawsze trzeba utrzymać związek za wszelką cenę, bo: dzieci powinny mieć ojca, każdy musi dźwigać swój krzyż, ponosić dożywotnio konsekwencje wcześniejszych wyborów, a małżeństwo zawarte przed Bogiem MIMO WSZYSTKO trzeba ciągnąć dopóki śmierć nie rozłączy. Każdy popełnia błędy, myli się, kluczy po meandrach zawiłych przemyśleń. Ale z każdego labiryntu można się wydostać. Trzeba spojrzeć prawdzie w oczy, zmierzyć się z nią, CHCIEĆ coś zmienić i zrobić pierwszy krok. Potem następny. I kolejny. Jeszcze jeden. Powoli, ale konsekwentnie do przodu. Bo życie jest jedno i warto przejąć stery, by podążać tam, dokąd chcesz.



e-szablony
  e-blogi.pl  [Załóż blog!] rssSubskrybuj blogi
[Zamknij reklamy]