Frausuchen - blogerka


Czołg powinien być rodzaju żeńskiego 2016-10-27 13:50

            Czołg powinien być rodzaju żeńskiego. Tak. Dokładnie. Bo czołg idzie naprzód i nie tak łatwo go zniszczyć. Irmina do niedawna była jak niezniszczalna, gruboskórna maszyna, jednak co jakiś czas zadawała sobie to samo pytanie: Ile jeszcze? Ile jeszcze musi znieść, by wreszcie zapanował w jej życiu bezwzględny spokój?


            Miesiąc. Może dwa. Tyle zostało jej ojczymowi. Trzydzieści albo sześćdziesiąt dni. Siedemset dwadzieścia lub tysiąc czterysta czterdzieści godzin. Takie były szacunki mądrych głów. Nawet w swoich najczarniejszych myślach liczyła na kilka miesięcy, może rok. A tu taka wiadomość. Niczym granat rzucona w sam środek domu, zamieniając go w gruzowisko. W centrum domowego wszechświata leży On, a po jego orbicie krążą inni ludzie. Jego żona – matka Irminy, nie odstępuje Go na krok. Próbuje zatrzymać czas i każdą minutę przesiewa wielokrotnie. Ona to dopiero musi być czołgiem. Takim mega-hiper-zajebistym. Musi i chce. A poza tym nie ma wyboru. Iron Man, Spider-Man czy inny Man, gdyby istnieli naprawdę, nie byliby godni całować jej po stopach. Ona musi być jeszcze silniejsza, bardziej impregnowana na cierpienie, wyrozumiała, cierpliwa, a ponadto obdzielić swoją siłą pozostałych członków rodziny. Opiekowała się swoim ojcem umierającym na raka, pochowała pierwszego męża, który zginął nagle, bez pożegnania, a teraz przyjmuje na klatę kolejne wyzwanie. Prawdziwy czołg.


            Irmina też ma ten gen. Tak jak wszystkie kobiety w jej rodzinie. Nie gniotsa, nie łamiotsa. Faceci padają jak muchy, kobiety – strażniczki domowego ogniska, dzielne matki godzące pracę z wychowywaniem dzieci, zaradne, inteligentne – brną przez życie z podniesioną głową. Czasami popłakują cicho w kącie, rogiem fartucha ukradkiem wycierają łzy, biorą głęboki oddech i wio! Do przodu! Na ich twarzach zmarszczki tworzą mapę przeżyć. Choroby własne i cudze, problemy finansowe, depresja, kłopoty w związkach. Wszystko to ląduje w wielgachnym worze z napisem: „Doświadczenie życiowe”. Ostatnio Irmina zauważyła u siebie coraz więcej takich śladów. I worki pod oczami od niewyspania, i dwie pogłębiające się bruzdy między brwiami. Nie może w nocy spać, a nawet, jeśli uda się jej zatopić w głębokim, kilkugodzinnym śnie, następnego dnia wstaje jak z krzyża zdjęta. Po wczorajszym płaczu musiała rano zamoczyć twarz w zimnej wodzie, żeby nie iść do roboty z gębą spuchniętą, jakby pokąsał ją rój os. Jedząc śniadanie ze swoim dwunastoletnim synem zdała sobie sprawę, że właśnie przeżywa coś wyjątkowego. Coś, co mogłoby się nie wydarzyć, gdyby ponad rok temu los nie okazał się dla niej tak łaskawy. To jasnowłose dziecko było dla niej najukochańszą osobą na całym świecie i borykając się z chorobą, nieustannie myślała tylko o nim.


- Mama, ale ty wiesz, że musisz być silna? Bo jak pojedziesz do babci, to musisz jej pomóc to jakoś wytrzymać – ni stąd, ni zowąd, pomiędzy jednym kęsem bułki a drugim, w krótkim komunikacie zawarł myśli krążące po jego małej głowie.


 - Tak, wiem… - odparła zaskoczona. „Mały facecik” – pomyślała. Czasami warto posłuchać dzieci. Mają takie trzeźwe, logiczne i proste spojrzenie. No tak…




Historie miłosne i inne perypetie 2016-10-24 23:52

            Pani Halino, dzięki Pani wierszowi przypomniały mi się moje własne perypetie natury miłosnej. Nie wiem, czy jest to powód do chwały, ale i ja niestety mam na koncie kilka złamanych męskich serc. Oj, tak… Pamiętam wielu swoich absztyfikantów. Niech pomyślę…


Pierwszym adoratorem był pewien Tomek K. Chodziliśmy razem do jednej klasy i na lekcjach przesyłaliśmy sobie zakodowane liściki. Nawet, jeśli taki liścik wpadłby w niepowołane ręce, i tak nie zostalibyśmy zdemaskowani. A dzięki tej korespondencji umawialiśmy się na pierwsze w życiu randki. Spotykaliśmy się na odludziu koło torów kolejowych. On częstował mnie gumą balonówą z historyjkami o Kaczorze Donaldzie. Potem nieco onieśmielony chwytał mnie za rękę i tak sobie spacerowaliśmy w tajemnicy przed całym światem, gdyż w owym czasie niedopuszczalne było paradowanie pary czternastolatków po ulicach. Jeszcze matka by się dowiedziała i dopiero by było!


Potem w wakacje, które spędzałam u cioci, poznałam Andrzeja. Przez cały wieczór nie mogłam przypomnieć sobie jego nazwiska. Niewiarygodne! Jak mogłam! Przecież tyle razy pisałam na kartkach pamiętnika swoje imię obok jego nazwiska wyobrażając sobie, że to właśnie TEN będzie moim wybrankiem serca na wieki wieków. Dziewczyny, kobiety, przyznajcie – Wy też tak robiłyście choć raz, co nie? Też snułyście plany matrymonialne z jakimś chłopakiem i zastanawiałyście się, czy jego nazwisko będzie pasowało do Waszego imienia. Tak więc, mimo odległości dzielącej mnie i Andrzeja, nasza love story kwitła dzięki sporadycznym spotkaniom przy okazji ferii i wakacji oraz listom pisanym na pięknej, pachnącej papeterii. Tak, tak, było jak w piosence Niemena. Od jego listów pachniało w sieni… Mama dla żartu kazała robić mi dziesięć przysiadów, gdy pierwsza natknęła się w skrzynce na list ze znajomym obrazkiem na kopercie. Robiłam zatem te przysiady, a potem z wypiekami na twarzy czytałam jakieś sto razy ten wyczekany, wytęskniony list. Dacie wiarę, że wtedy nie było nawet zwykłych telefonów? Nie mogliśmy do siebie zadzwonić, pogadać, pomilczeć znacząco. Były tylko i aż zwykłe, papierowe, niezastąpione listy przesyłane pocztą. Ach… Uzbierała się ich całkiem spora kupka ukryta w pudelku po butach. Dodam, że Andrzej zrobił mi kiedyś niesamowitą niespodziankę. W wakacje pojechałam na spotkanie młodzieży katolickiej (hehe… co tam się działo…). Zaledwie o tym wspomniałam w jednym ze swoich listów. Któregoś dnia szłam w kierunku pola namiotowego, gdy nagle zauważyłam go. Stał przy bramie kościelnej i próbował mnie znaleźć w ponad dwutysięcznym tłumie. Zaniemówiłam. Zaprosił mnie na lody (tylko bez skojarzeń ;) i na kawę. Potem długo spacerowaliśmy. Zupełnie nie wiedziałam, jak mam mu to powiedzieć. Że się na tym zjeździe zakochałam. W kimś innym.


Cóż, obiekt moich uczuć okazał się być nieczuły na me wdzięki i z ogromnym smutkiem musiałam w końcu przyznać się sama przed sobą, że to beznadziejna sprawa. A tymczasem przez kilka dni nie zauważałam, że jeden z kumpli, Michał S., robił do mnie maślane oczy. I Przemek K. też, choć przyznał się do tego w żartobliwy sposób dopiero wtedy, gdy już przywdział habit. Jeśli chodzi o Michała S., to zorientowałam się w ostatnią noc. Było ciemno, cicho. Właśnie nasza paczka przyjaciół w składzie: dwie dziewczyny (w tym ja) i bodajże sześciu chłopaków, rozeszła się do swoich namiotów po wypiciu pożegnalnego piwka. Wtedy Michał zdobył się na odwagę i wyznał mi swoje uczucia. Pocałowaliśmy się jeden jedyny raz i to tak niewinnie… Co było dalej? Jak to co. Listy. Papierowe, pachnące. Piękne. Michał pisał najpiękniejsze listy. Nie żadne tam smęty. Potrafił tak pisać, że za każdym razem nie mogłam uwierzyć, że facet może TAK pisać. Może. I może zachować zasuszony kwiat od dziewczyny. Tęsknić tak bardzo, że brak mu tchu. Byliśmy przyjaciółmi. Spotykaliśmy się raz do roku na tych spotkaniach młodzieży katolickiej. Zawsze czekaliśmy na siebie w umówionym miejscu. Nigdy nie zostaliśmy parą.


W tak zwanym międzyczasie super niespodzianki robił mi inny kolega. Michał C. zawsze wpadał do mojego miasta znienacka. Wracałam sobie jak gdyby nigdy nic ze szkoły do domu, a tu przed blokiem na ławce siedział on. Za każdym razem mnie zaskakiwał swoją wizytą. Uśmiechał się, gdy widział, jak powłóczę nogami wykończona niepomiernie. W liceum dawali nam ostro w kość, więc po ośmiu lub dziewięciu godzinach spędzonych w szkolnych murach nie wyglądałam zbyt ponętnie. Lecz on łagodnie się uśmiechał, zeskakiwał z ławki i mówił ot, tak: „Cześć”. Zapraszałam go do mieszkania. Moja mama lubiła go. Jedliśmy razem obiad, potem trochę posiedzieliśmy i on musiał wracać. Odprowadzałam go na dworzec PKP. Żeby dojechać do siebie, musiał dwukrotnie się przesiadać, odczekać swoje w zapyziałych, dworcowych poczekalniach. Naprawdę podziwiałam go za to, że chciało mu się tak poświęcać. Gdy skończyłam już liceum, odwiedził mnie ostatni raz. Odprowadziłam go jak zwykle. Staliśmy koło pociągu, który miał zaraz odjechać. Oboje nie wiedzieliśmy, co powiedzieć. Milczeliśmy więc. Gdy usłyszeliśmy gwizdek konduktora, on nagle pocałował mnie w usta, wskoczył do pociągu. Drzwi zamknęły się. Koniec.


Był też krótki epizod z moim obecnym Ukochanym. Epizod przerwany pierwszym poważnym związkiem. Z Markiem K. I jak to z pierwszymi poważnymi związkami bywa, było poważnie, pouczająco, trudno, chwilami męcząco. Skończyło się. Basta. Na szczęście. Później był rok detoksu. Żadnych deklaracji, toksycznych relacji, scen zazdrości, szantaży emocjonalnych czy zobowiązań. W tym czasie dużo nauczyłam się od nad wyraz dojrzałego Mariusza Z., który potrafił łazić ze mną godzinami po mieście, rozmawiać na różne tematy i obściskiwać na parkowych ławkach. Czułam się przy nim bezpiecznie. Jak z ojcem. No właśnie – jak z ojcem, więc niestety ten układ się nie sprawdził. Ponadto wyszalałam się z chłopakami tworzącymi nieodłączne trio – Darkiem, Rafałem i Robertem, którzy o zgrozo! odwiedzali mnie dość często w bursie i swoim wyglądem wzbudzali spore zainteresowanie u płci przeciwnej. Hm… Trzech metalowców (w tym nieziemsko przystojny Robcio!)  mogło budzić konsternację. Nie ma to jak imprezy w akademiku lub klubach studenckich ;) Dodam, że inicjatorem naszych balang był jeden ze wspomnianego trio. Jego serce długo krwawiło, gdy po świętach Bożego Narodzenia wróciłam na uczelnię z pierścionkiem zaręczynowym. Albowiem w owym czasie zdążyłam zrozumieć, że szczególnie bliski jest mi mój najlepszy przyjaciel, czyli obecny i niezmiennie aktualny Ukochany.


Gdzieś pomiędzy opisanymi sytuacjami było jeszcze kilka przebłysków fascynacji mijającej szybciej niż spadająca gwiazda. Krętymi ścieżkami podąża miłość, by w końcu trafić na tę właściwą drogę. Gdy można nią podążać przez życie z kimś naprawdę wyjątkowym, z kim się zjadło beczkę soli, to ma się ogromne szczęście. I jeśli to kruche uczucie, jakim jest miłość, zostało zbudowane na przyjaźni, a nie chwilowej fanaberii, to już połowa sukcesu. Druga połowa zależy od ciężkiej pracy nad związkiem, gdyż nic nie jest dane raz na zawsze. Budowanie związku to, oprócz namiętności i bujania w obłokach, często pot, krew i łzy. Za to po latach spija się śmietankę i pławi we wzajemnym zrozumieniu oraz spokoju, którego nie burzą już spory o nieistotne sprawy.


Ech… Pani Halino… Dzięki Pani spędziłam cudowny wieczór. Słuchając jazzu popłynęłam… Dziękuję. 


PS Moje pudełko na listy, a właściwie pudło, trzymam nadal w otchłani piwnicy. Kiedyś musiałam poprosić tatę, by załatwił mi coś większego, gdyż tamten pierwszy "sejf"  całkowicie się rozwalił ;) 




Prawda, że zupełnie inna perspektywa? 2016-10-23 15:49

            Wokół tyle jęków i narzekań. A to robota do niczego. A to forsy mało. Tak jakby kiedykolwiek było jej wystarczająco dużo. No i pogoda do bani. Pada – źle, wieje – jeszcze gorzej, a na domiar złego piździ – wszak to „piździernik” ;) Cóż, to się raczej w naszej strefie klimatycznej nie zmieni. A przynajmniej nieprędko. Gdyby tak jednak przestawić zwrotnicę naszego myślenia. Wyobraźmy sobie, że ta deszczowa, ponurawa, szarobura jesień to nasza ostatnia jesień.


Idąc pod parasolem odbywamy właśnie jeden z ostatnich naszych slalomów pomiędzy kałużami. Uciekamy na bok po przejściu przez jezdnię, żeby nas nie ochlapał przejeżdżający samochodem wariat drogowy. Z naszych ust wczesnym rankiem wydobywa się obłok pary. Zapinamy szczelniej kurtkę i naciągamy kaptur na głowę. Uszy marzną, z nosa kapie, więc wyciągamy nieco zużytą chusteczkę z kieszeni i wycieramy go pospiesznie, po czym chowamy ręce, żeby nie były zziębnięte i chropowate. A gdy wyjątkowo na dworze jest pięknie, idziemy do parku, szuramy butami rozgarniając kolorowe liście. Wyłysiałe drzewa wyciągają swoje gałęzie do nieba, a słońce nieśmiało świeci nam prosto w twarz, gdy zadzieramy głowę do góry.


Niedługo potem przychodzi ostatnia zima. Plucha, chlapa, brudna, śnieżna breja na przemian z zamarzniętymi grudami ziemi wymieszanej z tą breją. Przedzieramy się do sklepu, jakbyśmy wybierali się na wyprawę życia. Nieraz jest pięknie, biało, można zostawić swoje ślady na dziewiczych płachtach, brodzić niczym w piance z ptasiego mleczka. Czasem jest tak mroźno, że każdy oddech aż boli. Wówczas człowiek zdaje sobie sprawę, jak bardzo jest kruchy i gdyby nie te warstwy ubrań, zamarzłby w trymiga. Jakże cudownie wejść potem do ogrzanego domu. Na całym ciele czujemy kłucie maleńkich igiełek, szczypanie, mrowienie…


I tak z każdą porą roku. Nic nam nie przeszkadza. Ani ziąb, ani upał, ani chlapa. Nic. Za to wszystko cieszy i fascynuje jakbyśmy na nowo odkrywali cały skomplikowany świat. Poznajemy go polisensorycznie. Dziwimy się, otwieramy szeroko usta i wyciągamy język, by płatki śniegu wylądowały na nim. Wyciągamy dłoń ukrytą w rękawiczce i łapiemy te płatki, oglądamy, widzimy, że każdy jest inny. Przyglądamy się mroźnym malunkom na szybach w oknach. Delikatnie dotykamy pierwiosnków ukazujących swoje malutkie główki. Przesypujemy między palcami nadmorski piasek, czujemy jego aksamitność i miałkość. Słuchamy szumu fal, które nas uspokajają. Kąpiemy się w lodowatej wodzie Bałtyku nie psiocząc, że sztywnieje nam od niej dosłownie każda cząsteczka ciała. Może latem uda nam się wspiąć choćby na jakąś niewysoką górę i popatrzeć dookoła po raz ostatni. Dojść do wniosku, że zmarnowaliśmy dotąd tyle czasu na głupoty i zamartwianie się na zapas.


Jeszcze tylko spotkanie z bliskimi ludźmi, dla których wcale nie jakimś cudem w końcu udało nam się wygospodarować parę chwil. Nagle jesteśmy w stanie powiedzieć tyle rzeczy, wyjaśnić, wybaczyć, wyciągnąć rękę do zgody. Puścić w niepamięć bzdurne urazy i żale. O co właściwie toczyliśmy różne boje? – pytamy samych siebie i dziwimy się. Znowu tak bardzo się dziwimy. Patrzymy na zgromadzone dobra materialne oraz pokaźną bądź znikomą kwotę na koncie. I o to było tyle zachodu? Tyle zarwanych nocy, nadgodzin, bólu karku, mięśni, stawów nadwerężonych, spuchniętych zwojów mózgu od ciągłego mielenia myśli… Żeby mieć ten samochód, ten dom, te graty… Spoglądamy na to jak małe dzieci, które nie są skażone materializmem, żądzą posiadania dla samego posiadania i udowadniania komuś czegoś. Dziwimy się…


A teraz rozsiadamy się wygodnie w fotelu, zmęczone nogi kładziemy na puf, opieramy głowę o miękki zagłówek i zamykamy oczy. Nareszcie możemy odpocząć. Jak cudownie… Prawda, że zupełnie inna perspektywa?




Nic nieznaczące etykietki 2016-10-22 18:36

            Zaszczyty, uznanie, czerwony dywan i szampan. Jakie to śmieszne i żałosne. Człowiek jest najbardziej próżną istotą na Ziemi. Wielu ludzi dla samego tytułu, tabliczki na drzwiach z napisem: „Dyrektor Taki Sraki” czy „Kierownik Siaki Owaki” byłoby w stanie dać się po śmierci pochłonąć piekielnej otchłani. Byleby być KIMŚ, byleby na diabelskim ruszcie obracać się nie jako przedstawiciel szarej masy, lecz jako Pan Prezes, Dyrektor, Project Manager czy inny bufon. Jeśli przy okazji zarabiają niezłe pieniądze, to już w ogóle euforia przyćmiewa wszystko, co znajduje się poza światłem reflektorów. Ale nieraz wystarczy tylko sam tytuł, by poczuli się oni tak, jakby znajdowali się o kilka stopni wyżej na drabinie bytów. A władza, którą dzierżą, wywołuje orgazm za każdym razem, gdy ktoś ze współpracowników zwraca się do nich w służbowy i służalczy sposób.


Jeszcze bardziej żałosne są zabiegi podwładnych, którzy za kilka stów nagrody daliby sobie ogolić na sucho pewną intymną część ciała. Zasuwają okrągły rok, skrupulatnie odnotowują swoje lub nie do końca swoje zasługi, by potem móc wypełnić tak zwaną „samochwałę” i czekać. Czekać, co się dalej stanie. Będzie nagroda czy nie? Jeśli pojawia się choćby mało zauważalna kwota na koncie, dochodzą do wniosku, że zostali docenieni. Nareszcie. Jeśli nie, sfrustrowani miotają przekleństwa pod adresem szefa lub szefowej, nazywając ich stosownie do płci „starym (do tego często łysym) chujem” lub „starą (grubą lub wysuszoną) pizdą”. A kolegów i koleżanki, którym tym razem, zasłużenie bądź niezasłużenie, się poszczęściło nazywają wazeliniarzami i cwaniakami. Albo zadają standardowe pytanie: „Za co? No za co ten czy tamten dostał nagrodę?!”. Mają tu trochę racji, albowiem niezbadane i nie zawsze uzasadnione są wyroki szefów.


            A ja wam powiem jedno – wali mnie to. Moja taktyka rozdzielenia życia prywatnego od służbowego jest niezwykle skuteczna. Niewplątywanie się w rozgrywki między współpracownikami, skupienie się na możliwie efektywnym spędzeniu czasu w pracy bez nawet mimowolnego wysłuchiwania cudzych żalów, wpływa zbawiennie na system nerwowy i stan emocjonalny. Nie – cier – pię marnowania czasu na czcze gadki nie na temat. Dlatego ściśle pilnuję, by rozmowy na spotkaniach służbowych nie zbaczały na boczne ścieżki. Może inni sobie pomyślą, że jestem bezczelna, gdy zwracam na to uwagę lub odnoszą wrażenie, że nie angażuję się tak jak powinnam (ich zdaniem) w życie zawodowe, lecz szczerze mówiąc, nie interesuje mnie to. Interesuje mnie to, by w możliwie najkrótszym czasie załatwić w sposób rzeczowy jak najwięcej spraw i iść do domu. Do swojego właściwego życia, gdyż praca nie stanowi podstawy mojej egzystencji. Nie dążę do tytułów, nie zależy mi na nagrodach, medalach i innej tego typu badziewnej biżuterii w mylny sposób dowodzącej, że jestem wybitnej klasy specjalistą w swojej dziedzinie. Oczywiście mam nieraz satysfakcję, gdy zrobię coś wyjątkowego, gdy widzę uśmiech na twarzach osób, którym udało mi się pomóc. Cieszę się z każdego, zwykłego „dziękuję”. Jednak praca to, według mnie, przede wszystkim źródło zarobku. Staram się wypełniać swoje obowiązki najlepiej jak potrafię i tyle. Nie oczekuję w zamian poklepywania po plecach, nie wpatruję się w jaśniejące bądź mroczne oblicze szefostwa w nadziei na dostrzeżenie choć cienia uznania.


Dlatego rano przekraczam próg swojego miejsca zatrudnienia, wykonuję obowiązki ograniczając jednocześnie kontakty z ludźmi, z którymi nie muszę niczego załatwić, a potem wychodzę, zamykam za sobą drzwi i zawodowe sprawy. W takim momencie biorę zawsze głęboki oddech i idę przed siebie. Czuję się wówczas wolna. Jednocześnie nie uciekam od życia takiego, jakie jest, czyli z cieniami i blaskami. I powiem coś jeszcze na sam koniec – tytuły i zaszczyty to tylko etykietki, które nie uchronią przed tymi cieniami i blaskami. W ostatecznym rozrachunku nie mają one żadnego znaczenia. Więc po cóż o nie zabiegać?




Irmina odsiewa ziarna od plew 2016-10-16 21:36

            Irmina kochała życie jak nie wiem co. Nawet wtedy, gdy była dziewczynką zdaną na dorosłych, którzy nie do końca wiedzieli, jak powinien wyglądać tak zwany normalny dom. Kiedy czuła się bezradna i bezbronna. I wtedy, kiedy jako zakompleksiona nastolatka szukała miłości. Tak bardzo pragnęła być kochana, jednocześnie obawiając się miłości, że wszystkich absztyfikantów traktowała z lekceważeniem. Szczerze mówiąc, nie bardzo wiedziała, co to znaczy kochać i być kochaną. To dlatego była głupiutką małolatą uważającą, że im bardziej będzie pomiatać facetami, tym bardziej będą się za nią uganiać. Trzeba jednak przy tym przyznać jej trochę racji, gdyż ta pokrętna teoria wielokrotnie się sprawdzała. Wróćmy do pierwotnej myśli - kochała życie mimo wszystko, gdyż wiedziała jedno – kiedyś się usamodzielni, przejmie stery i poprowadzi swój statek tam, dokąd ona będzie chciała i takimi szlakami, jakie ona wybierze.


            Co istotne, Irmina nigdy nie traciła nadziei i wiary we własną sprawczość. Zdarzały się chwile, w których zadawała najbardziej idiotyczne pytanie na świecie: „Dlaczego?”. I ryczała nieraz po kryjomu. Ale jak już jej gęba była wystarczająco spuchnięta, łez brakowało, a wokół walała się fura kawałków papieru toaletowego, którym wycierała obsmarkany nos – wtedy za każdym razem przychodził moment otrzeźwienia. Patrzyła w lustro i widząc własne potworne odbicie, sama do siebie mówiła: „No dobra, nie rycz już głupia cipo i weź się w garść. Zastanów się, co dalej”. Bo zawsze było jakieś „dalej”. Gdy już okrzepła, działała jak robot. Obmyślała strategie działania, rozmaite warianty oraz ich konsekwencje. W końcu chciała być sternikiem, a bycie sternikiem to nie żadne fafarafa. Trzeba mieć skórę grubą jak nosorożec i nie dać się przeciwnościom losu. Trzeba iść przez życie żołnierskim krokiem z pieśnią na ustach. Trzeba być twardym, a nie „miętkim”.


            Zanim pojęła, że wcale nie była głupią cipą wyjąc w rzadkich chwilach słabości, minęło wiele lat. Aby posiąść tę wiedzę, musiała przeżyć traumę dzieciństwa, kilka depresyjnych epizodów, wiele rozmaitych rozczarowań, choroby swoje i bliskich, jedną operację ratującą życie, a także lata permanentnego stresu w pracy. Dopiero, gdy w jednym roku nastąpiła kumulacja nieszczęśliwych zdarzeń, do jej zabetonowanych stref mózgu odpowiadających za emocje dotarło, że nie zawsze trzeba iść przed siebie jak ruski czołg. Że czasami trzeba pozwolić sobie na chwile słabości, na powiedzenie sobie: „Nie daję rady”, „Nie mam już siły”, „Pocałujcie mnie wszyscy w dupę” oraz „Nie, nie zrobię tego i już!”. Że jest tylko i aż człowiekiem, mającym prawo do komfortu, spokoju, własnego zdania, poglądów, stylu życia, nawet jeśli jest on odmienny od ogólnie preferowanego i lansowanego wszem i wobec na każdym kroku. I że ma prawo do popełniania błędów, bycia niedoskonałą, omylną. BYCIA SOBĄ.


            Nauczyła się także jednej istotnej umiejętności – jak w ogromnym worze codziennych spraw odsiewać jak ziarna te ważne od nieważnych, tych, na które ma jakiś realny wpływ od tych, które toczyły się ja kula śniegowa niezależnie od podjętych przez nią działań. I oto problem przestało stanowić 99 % rzeczy, a także 99,9 % związanych z życiem zawodowym. Bo cóż tak naprawdę stanowi prawdziwy problem w obliczu poważnej choroby czy utraty kogoś, kogo się kocha? Albo ryzyka utraty własnego życia? No NIC. Gdy zatem usłyszała, że On jest bardzo chory i ma marne szanse na przeżycie, beczała bez skrępowania całe popołudnie i wieczór oraz miała w głębokim poważaniu, że następnego dnia poszła do roboty wyglądając jak potwór z bagien. Poza tym nie wymyśliła niczego mądrego w obliczu zaistniałej sytuacji. Postanowiła iść z prądem, a nie pod prąd. 




Czy będzie jakiekolwiek jutro? 2016-10-12 19:31

            A więc jednak… Czarno na białym. Litery układają się w dramatyczną wiadomość. Przepadły ostatnie promyki nadziei. Koniec z oszukiwaniem siebie i innych. Z tym naiwnym przekonaniem, że wszystkie tragedie świata przytrafiają się – owszem, ale innym. W innych rodzinach, w innych domach. Nie mnie, nie nam.


            Irmina wpatrywała się bezmyślnie w smsa, który nadszedł dziś w południe, kiedy była jeszcze w pracy. Czytała tę wiadomość kilkakrotnie, ale nadal do niej nie docierał przekaz zawarty w dwóch lapidarnych zdaniach, a właściwie równoważnikach zdań. Rak. Z przerzutami. Lekarze otworzyli Go i zamknęli. Jak puszkę kryjącą jedną wielką niewiadomą. Puszkę Pandory. I gdy już się pozna zawartość tej puszki, rozchylając rozcięte kawałki ciała, wszystko staje się jasne - nieszczęście wypełzło na zewnątrz. Tak więc Irmina gapiła się jak sroka w gnat w ekran smartfona. W końcu wystukała Jego numer.


- Tak… - usłyszała. Jego głos nie brzmiał tak jak zwykle. Zawsze przeciągał „a”. Albo zamiast „tak” zabawnie mówił: „hal-loooo”. Jak hrabia jakiś. Tym razem było ciche, smutne „tak”.


- Cześć… - powiedziała. Cisza. Głupia cisza. I mądra zarazem. Pełna zrozumienia oraz empatii. Po chwili po drugiej stronie słychać było westchnienie. Łzy zakręciły się jej w oczach i poczuła ucisk w gardle. W końcu wydusiła: - Jak się czujesz?


- Źle. Chujowo.


- Ale boli cię mocno? – spytała Irmina.


- Boli jak cholera. Mówili, że nie będzie bolało, a boli.


- To poproś o leki przeciwbólowe. Bierz, ile tylko można.


- Dostaję maksymalną dawkę, ale i tak boli. Przy kichnięciu czy kaszlnięciu czuję, jakby ktoś rozrywał mi brzuch na żywca – Jego głos zadrżał.


- Wiem… – szepnęła. – Ale z każdym dniem będzie lepiej. Zobaczysz. Dobiorą ci chemię i wyzdrowiejesz.


- Może… A może to już koniec… Ja nie wiem, czy całkowicie wyzdrowieję. Dobrze, że pozałatwiałem ważne sprawy – mówił cicho.


            No tak. Ważne sprawy. O ważnych pamiętał, a tak nieistotne jak wymarzone wakacje „all inclusive” wymazał z pamięci. A mieli przecież jechać ostatniej wiosny we czwórkę – On z żoną i Irmina z mężem. Razem. Grzać białe tyłki na plaży, smakować miejscową kuchnię i co nieco pozwiedzać. Jakoś tak wyszło, że odłożyli wyjazd. A bo to jedyna okazja, żeby wyjechać? „Pojedziemy kiedy indziej” – stwierdzili. Ale ważne sprawy zdążył pozałatwiać. Postawił duży dom. Akurat niedawno miały miejsce ostatnie prace wykończeniowe. Dom otoczony jest przez piękny, kuty u kowala płot. Całe dwa wiosenne tygodnie kopał głęboki rów, by mógł stanąć mur oddzielający posesję od strumyka, który przy roztopach i ulewach zamieniał podwórko w jezioro łabędzie. Namęczył się, ale latem dumnie wypinał pierś prezentując płot znajomym. Przed udaniem się do szpitala podłapał niezłą fuchę za kilka tysięcy, żeby żona nie została bez pieniędzy. Żeby mogła jeździć do niego co drugi dzień, a w drodze powrotnej zahaczać o sanktuarium w Łagiewnikach. I błagać na kolanach o Jego uzdrowienie. Tyle już tych modlitw i pieśni posłała do Matki Bożej. Może w końcu wysłucha? Może zdarzy się cud? Podobno cuda się zdarzają.


            Irmina starała się pocieszać oboje, choć po każdej rozmowie czuła się jak perfidna, podła oszustka. Tak bardzo chciałaby mieć tyle wiary, co oni. Wierzyć wbrew zdrowemu rozsądkowi.


- Myślę o tobie i będę się za ciebie modlić – wydukała opanowując wzruszenie. – Tylko się nie poddawaj, słyszysz?


- Słyszę. Dziękuję.


- Do jutra.


- Do jutra.


            Czy będzie jakiekolwiek jutro?




Boję się... 2016-10-10 21:35

   „Boję się…”- usłyszałam wczoraj wieczorem przez telefon. Podskórnie poczułam ten strach. Znajomy strach. O zapachu zimnego potu, lepki, nieprzyjemny i obezwładniający. Gdzieś tam, w zakamarkach duszy starasz się uwierzyć w te wszystkie zapewnienia, że „wszystko będzie dobrze”, że „nie ma co martwić się na zapas”. I tu właśnie pojawia się to słowo – klucz: „starasz się”. Starasz się jeszcze nie martwić bliskich i zgrywasz gieroja lub ryczysz w samotności. Na przykład w łazience, przy zakluczonych drzwiach, z ręcznikiem przytkniętym do twarzy, żeby w razie czego nikt nie usłyszał skowytu, który wydobywa się mimowolnie z ust. Tak więc ty i rodzina oraz przyjaciele gracie w taką gierkę polegającą na tym, że ty udajesz dzielnego, a oni udają, że wcale a wcale nie ma powodu do zmartwień.


   Nigdy nie zapomnę widoku tłumów w Centrum Onkologii w B. Ludzi młodych, starych, pełnych nadziei i jej pozbawionych, kobiet, mężczyzn i dzieci, w dobrej kondycji lub wyniszczonych. I tego rozgardiaszu, dziwnego zapachu, stania w kilku różnych kolejkach, żeby w końcu otrzymać ID, numerek do lekarza, skierowanie i jeśli szczęście dopisze – termin na zabieg lub operację. Bo to nie jest takie oczywiste, jakby się wydawało. W tym piekle na Ziemi również obowiązują limity. Nie wierzcie w pakiet onkologiczny. W profilaktykę też. To bujda na resorach. Codziennie przez podobne centra przetaczają się setki, tysiące pacjentów modlących się do wszystkich możliwych świętych, którzy mają pomóc na początku w wyżebraniu szansy na wykonanie niezbędnych badań i postawienie jednoznacznej diagnozy, a potem na leczenie. Adnotację „CITO” otrzymują ci, których wynik od razu nie pozostawia złudzeń i ich stan jest naprawdę poważny. Reszta masy musi swoje odczekać, obgryzając z nerwów paznokcie, wyłączając się psychicznie z życia codziennego, popadając niekiedy w obłęd, gdyż myślenie krąży nieustannie wokół tego samych pytań: „A może to jednak nie jest złośliwy nowotwór?”, „A jeśli tak, to co dalej?”, „Jakimi prywatnymi kanałami dostać szybszy termin?”, „Ile te cholerne badania kosztują? Może lepiej zrobić je prywatnie?”, „Dlaczego, do kurwy nędzy, w tym kraju są jakieś pojebane limity?!”


   Nie zapomnę też długiego ogonka stojącego przed prywatnym gabinetem doktora habilitowanego X. Żeby dostać się do zapyziałego gabineciku, bez żadnego specjalistycznego sprzętu, trzeba było przejść przez bramę kamienicy, potem przez zaniedbane podwórko, a na końcu odstać swoje w obskurnej niby – poczekalni. Pani niby – rejestratorka zapisywała dane pacjentów na kartkach wyrywanych z zeszytu w kratkę. Wszyscy tłoczyli się, wiercili, kręcili jakby mieli robaki w tyłkach. Jedna młoda kobieta trzęsła się jak osika. Mąż obejmował ją i pocieszał. W pewnym momencie zapytała mnie, czy to prawda, że doktor X. jest dobrym lekarzem? I z czym ja przychodzę. Z tym samym, co ona. Popłakała się. A mnie utworzyła się klucha w gardle. Naprawdę chciałabym się rozbeczeć i wykrzyczeć całą swoją bezsilność, ale nie mogłam. Obok stała moja kuzynka w zaawansowanej ciąży. Nie chciałam jej denerwować. Więc tylko miętoliłam brzeg koszulki. W końcu weszłam na audiencję. Pokazałam wyniki, zdjęcia. Doktorek pomacał, popatrzył i dał skierowanie do centrum, w którym notabene zajmował stanowisko ordynatora na kluczowym dla mnie oddziale. Zabuliłam 150 PLN za dziesięć minut pitolenia, z którego nie dowiedziałam się niczego odkrywczego. Nie otrzymałam faktury, żeby móc ją potem przedłożyć w pracy razem z innymi rachunkami z prośbą o dofinansowanie. Nie dostałam nawet głupiego paragonu. Z bardzo prostej przyczyny – doktorek nie miał kasy fiskalnej. Trudno. Najważniejsze, że miałam przepustkę do centrum. Tak przynajmniej mi się wydawało.


   Jakże się myliłam. I tak musiałam zarejestrować się w ramach NFZ do lekarza w centrum onkologii, by od niego otrzymać kolejne (już trzecie) skierowanie na ten sam zabieg i badania (!). To z mojego miejsca zamieszkania wystawione przez onkologa było nieważne. To z prywatnego gabinetu było nieważne. Kiedy w końcu zdobyłam to właściwe, musiałam również grzecznie ustawić się w kilku kolejkach, by na końcu usłyszeć, że „obcięli im limity z trzystu do dziesięciu zabiegów miesięcznie i na ten miesiąc już nie ma miejsc”. Że co??? I w ryk. Bo już dłużej nie dałam rady udawać, że jestem silna i dzielna. Bo po ponad miesiącu dobijania się do różnych drzwi znowu byłam w punkcie wyjścia. Wróciłam na poczekalnię i wyłam jak głupia, gdyż głupia byłam naiwnie wierząc w jakieś pierdolone pakiety i zielone karty. Moja biedna, ciężarna kuzynka wyjęła mi z dłoni sfatygowaną listę innych placówek, w których wykonują podobne zabiegi i badania. Następnie wpakowała mnie w auto i ruszyłyśmy na podbój polandowskiej służby zdrowia. Znowu siedzenie. Tym razem na oddziale w klinice wojskowej. Czekanie na potencjalnego wybawcę trwało wieki. Siedziałam z opuchniętą od ryku gębą, a we łbie miałam gonitwę myśli…


   W moim przypadku ta przygoda zakończyła się szczęśliwie. Wybawca – kompetentny, niezwykle kulturalny i empatyczny człowiek – przyjął mnie w ciągu kilku dni na oddział, zoperował i kazał czekać na ostateczny wynik. Tym razem jednoznaczny i dla mnie szczęśliwy. Lecz gorzkiego smaku panicznego strachu nigdy się nie pozbędę. Bardzo mi żal ludzi, którzy skazani są na dłuższą wędrówkę po szpitalnych korytarzach, którzy wręcz mieszkają w szpitalu lub ich dom zamienił się w szpital. Bezduszna biurokracja, absurdalne procedury, niedofinansowanie służby zdrowia, brak szybkiego dostępu do specjalistów, przeciągająca się w nieskończoność diagnostyka oraz koszty, które ponoszą pacjenci chcący skrócić czas oczekiwania – wszystko to potrafi zadręczyć nie mniej skutecznie niż sama choroba. To jest straszne. Gdy słyszę: „Boję się”, to wiem, że to oznacza nie tylko lęk przed zapadnięciem wyroku, ale także przed dalszą walką, w której niestety na naszym polandowskim poligonie często wykorzystuje się broń nieskuteczną, gdyż skutecznej nie ma w spisie świadczeń refundowanych przez państwo. No i standardowo trzeba czekać. A czekanie też zabija.




Nie ma to jak kompromis 2016-10-03 20:43

            Veni, vidi, a czy vici, to się okaże… Grzeję teraz mój tyłeczek w cieplutkim szlafroczku. Pogoda nie była dziś sprzyjająca, ale dla chcącego nic trudnego. I gdy po pracy dotarłam na plac w moim mieście… Ale zacznę od początku.


            Rano wkroczyłam do arbajtu ubrana na czarno. Tak jak sobie to wcześniej założyłam. Szczerze mówiąc, myślałam, że będę w mniejszości, że będę tym nędznym promilem, tą garstką, o której wspominał dzisiaj pewien poseł. Jakież miłe zaskoczenie spotkało mnie już na samym wejściu. Przede mną stanęła najpierw jedna, nie najmłodsza już pani – cała w czerni.  Potem przemknęła kolejna – tym razem młoda matka, a później to właściwie naliczyłam zaledwie kilka na kilkadziesiąt osób, które ubrane były na kolorowo, a nie na czarno. Poczułam siłę kobiecej solidarności po raz pierwszy w tym dniu. Niestety nie każda mogła wziąć dziś wolne, ale chociaż w taki sposób zamanifestowała przyłączenie się do protestu. Wszystkie kroczyły korytarzem z dumnie podniesioną głową i doprawdy w żadnej nie dostrzegłam posłanniczki śmierci, lecz zwykłą kobietę nie zgadzającą się na proponowane zmiany.


            Przed szesnastą wraz z moją niezłomną Przyjaciółką udałyśmy się na plac w centrum miasta. Oczywiście, żeby się „zabawić”, jak to dyplomatycznie ujął inny błyskotliwy poseł w randze ministra. Zdążyłyśmy na czas. Tłum gromadził się i powiększał w coraz szybszym tempie. Kobiety młode, w średnim wieku i starsze, matki z córkami, mężowie z żonami, chłopaki ze swoimi dziewczynami, szefowe i pracownice wynurzające się z okolicznych kawiarni i sklepów. Mrowisko. Stanęłyśmy na murku, żeby widzieć i słyszeć jak najwięcej. I z góry widziałam morze czarnych parasoli, pod którymi nie zważając na deszcz i chłód stali jedni przy drugich bojownicy O PRAWO WYBORU. Nie o aborcję na życzenie, nie o pozbywanie się ciąży ot – tak, jakby to było wyrwanie zęba lub jedna z form antykoncepcji. Żadna z osób wypowiadających się publicznie nie powiedziała, że chce liberalizacji obecnie funkcjonującej ustawy antyaborcyjnej. Za to wszyscy protestowali przeciwko jej zaostrzeniu. Przeciwko odbieraniu obywatelom prawa wyboru, przeciwko traktowaniu kobiet jak istot niepoczytalnych i niezdolnych do decydowania o sobie, przeciwko narzucaniu przez kogokolwiek swoich poglądów. Tak było w moim mieście.


            Przed chwilą obejrzałam wiadomości i antyfakty. Często tak robię. Nie muszę chyba wspominać, że poszczególne elementy tych samych wydarzeń były różnie akcentowane. Moją uwagę przykuła wypowiedź młodej dziewczyny, która powiedziała, że „obecna kompromisowa ustawa to kpina”. I cóż, niestety ma ona sporo racji. Nie wiem, czy poparła to jakimiś argumentami, gdyż zostały zacytowane tylko te słowa. Ale wiem, że mimo tego, iż ustawa dopuszcza aborcję w trzech przypadkach, to często do niej nie dochodzi z różnych przyczyn m.in. przedłużania procedur do tego stopnia, że na zabieg jest już za późno, czy odmawiania wykonania go przez lekarza powołującego się na klauzulę sumienia i nie wyrażającego chęci wskazania kolegi po fachu, który nie ma takich obiekcji. W takim świetle rzeczywiście ta ustawa to ironia w czystej postaci. Niedługo z aptek znikną pigułki, plastry, krążki dopochwowe, a nawet prezerwatywy. Wszystko w imię walki z cywilizacją śmierci, która czai się w metodach innych niż kalendarzyk małżeński (!), metoda termiczna, Billingsów czy naprotechnologia.  


            Istnieje jednak nadzieja na „veni, vidi, VICI”, gdyż w antyfaktach pojawiła się informacja, że pomysł zaostrzenia ustawy antyaborcyjnej to projekt obywatelski i partia wiodąca umywa od niego ręce. Ręce, które nacisnęły guzik przeciwko liberalnemu projektowi, za to ochoczo poparły projekt skrajnie konserwatywny. Co za małe kłamczuszki. A obiecywali, że nie wrzucą do kosza żadnego projektu obywatelskiego. Ale szykują już coś na załagodzenie konfliktu – senatorski projekt. Czyżby całe zamieszanie wokół aborcji to badanie, gdzie przebiega granica społecznego przyzwolenia na działania rządu? Nieważne, jakiego użyją fortelu, by wyjść z tej sytuacji z twarzą. Ważne, by wsłuchali się w głos obywateli głoszących czasami skrajnie odmienne poglądy. I dlatego, żeby uszanować prawa jednych i drugich, nie ma lepszego wyjścia niż kompromis.


 




Pchli targ 2016-10-02 14:08

            Jestem kolekcjonerką nowych doświadczeń. Doświadczeń przeróżnych. Niekiedy one same włażą z butami w moje życie, nieraz szukam ich wodząc na pokuszenie swoją cierpliwość, ciekawość, żądzę wrażeń, chęć poczynienia obserwacji. Wszystko po to, by – górnolotnie rzecz ujmując – zgłębić sens ludzkiego istnienia. Mam okresy samotności, z którą mi dobrze. Ale są dni, i ich jest zdecydowanie więcej, kiedy pragnę kontaktu z innymi. I oto dzisiaj, w niedzielę (!), za namową nieco zwariowanej ciotki, poszłam na pchli targ, który odbywa się w moim mieście od dawna, a o którego funkcjonowaniu miałam mgliste pojęcie. Nadmienię, że wstałam wcześniej, niż to mam w niedzielnym zwyczaju, ekspresowo się wyrychtowałam i… ruszyłam na podbój targowiska. Ha! Nie jako klientka. Jako handlara!


            Troszku zdziwko chapnęło, co nie? Otóż, ja – pańcia zasuwająca w dni powszednie do pracy w żakietach, eleganckich spodniach, wysztafirowana ku chwale jakże zacnej instytucji, którą moja marna postać ma zaszczyt reprezentować, ja – pańcia chciałam spróbować swoich sił w sprzedaży różności za złotówkę. Ostatnio sukcesywnie czyszczę zakamarki mojego mieszkania i piwnicy, pozbywając się rzeczy niepotrzebnych, rzeczy nieużywanych od lat, kupionych chyba w stanie zaćmienia umysłowego. Część wystawiam koło śmietnika, a potem z żalem patrzę, jak dobre, czyste i sprawne poniewierają się po polbruku w altance śmietnikowej. Kiedy ujrzałam ten żałosny obraz ludzkiego nieposzanowania użytecznych przedmiotów i ubrań, stwierdziłam, że chyba niektórym się w dupach poprzewracało. Coś w tym jest, gdyż widzę na ulicach przedstawicieli bardziej lub mniej zaawansowanego stopnia patologii, lecz rzadko który z nich przechadza się nonszalancko w ciuchach i butach innych niż markowe. Takie zwykłe mogłyby niechcący uchylić rąbka tajemnicy ich ubóstwa. Zatem moje niefirmowe, wyprane i wyprasowane ubrania nie spotkały się z uznaniem w oczach okolicznych penetratorów śmietników.


            Wiele rzeczy rozdaję znajomym, rodzinie i znajomym rodziny. I o dziwo, każdy znajdzie coś dla siebie. Cieszę się, że komuś może przydać się coś, co u mnie skazane było na pobyt w czeluściach szaf. Kiedyś, gdy w centrum miasta istniał rewelacyjny komis, z dużym powodzeniem sprzedawałam w nim swoje „skarby”. Potem za uzyskane pieniądze kupowałam coś innego. A dzisiaj chciałam za grosze pozbyć się kolejnych ofiar mej manii przejrzystości i minimalizmu. W labiryncie stoisk znalazłam niezbyt chodliwe miejsce (te lepsze były już zajęte), rozłożyłam towar i przyglądałam się handlarzom oraz kupującym. Ci pierwsi zadziwiali szerokim i naprawdę budzącym moje zdziwienie asortymentem. Na stoiskach ładnych, brzydkich, poukładanych i niechlujnych można było znaleźć rozmaite elementy garderoby, telefony, lampy, stare wazony pamiętające czasy głębokiego PRL – u, serwety, ciasta własnej roboty, śrubki, wkręty i pierdołki, wyszczerbione naczynia, brudne pluszaki, mniej lub bardziej zdezelowane zabawki, pudełka z nićmi i igłami do szycia, pożółkłe firany, obszarpane książki, obrazy – niektóre piękne, inne kiczowate… Dosłownie wszystko, czego tylko dusza zapragnie oraz wszystko, co nagle wywołuje potrzebę posiadania, z pchłami prosto z pchlego targu w gratisie. Handlarzami były i eleganckie pańcie ;), i dzieciaki z dumą prezentujące swoje wysłużone klamoty, i faceci z petem w ustach, i kobiety znające życie jak mało kto, o czym świadczyły głębokie bruzdy wyryte na ich twarzach. Bruzdy będące śladem bólu oraz znoszenia codziennego trudu przetrwania. I byłam ja.


            To nie było moje pierwsze doświadczenie w handlu. Jako studentka dorabiałam sobie w każde wakacje. Jedną z najbardziej pouczających prac była fucha w sklepie mięsnym. Dzięki niej nauczyłam się rozróżniać karkówkę od łopatki, schab od biodrówki itp. oraz produkty świeże  od reanimowanych. Poza tym nabrałam jeszcze większego szacunku do pań stojących za ladą i z uśmiechem na twarzy obsługujących nawet najwybredniejszych, a chwilami naprawdę pierdolniętych i chamskich klientów. Potem po całym dniu harówy trzeba było ogarnąć lodówki, pomyć naczynia i posprzątać cały sklep. I to wszystko za marne wynagrodzenie. Dla mnie również były to najciężej zarobione pieniądze. Tym razem, na pchlim targu, nie zarobiłam nic. Wielkie zero. Trudno. Zauważyłam jednak, że nic się nie zmieniło od moich czasów studenckich. Stanie przy stoisku tak, że nogi włażą wiadomo gdzie, spoglądanie na ludzi przechadzających się ze srającą miną, patrzących, macających, niezdecydowanych, marudnych, patrzących z góry – swoiste, bolesne déjà vu.


            Cóż jeszcze? Dziś niedziela. Prawobrzeżni politycy najchętniej zakazaliby handlu w dniu, który miałby być przeznaczony na spędzanie czasu w domowych pieleszach, z rodziną, razem. Dobrze by było iść do kościoła, posłuchać, co też mądrego i życiowego ma do powiedzenia kapłan. W tym samym czasie reprezentanci innych zawodów np. pracownicy służby zdrowia, policjanci, strażacy, drukarze, robotnicy w fabrykach, opiekunowie w ośrodkach wychowawczych i internatach, wykładowcy w szkołach zaocznych i na studiach, ochroniarze, szatniarze, kelnerzy i wielu innych – oni nie muszą pielęgnować życia rodzinnego, święcić dnia świętego, tylko normalnie iść do arbajtu w zamian za dzień wolny w tygodniu lub za dodatkowe wynagrodzenie. Nie zmienia to jednak faktu, że niedzieli celebrować nie mogą, a w środku tygodnia pozostali członkowie rodzin odsiadują swoje godziny w szkołach, przedszkolach i w pracy, więc kontakt z nimi jest ograniczony. A tu proszę – niedzielny handelek kwitnie, tłumy przesuwają się spokojnie po targowisku i nikt nie wygląda jakby czuł się z tego powodu zniewolony psychicznie ani fizycznie. Wręcz przeciwnie – wszyscy są poniekąd ze wszystkimi w jednym mrowisku. Wszyscy po coś tam przyszli. Były tam też całe rodziny w komplecie i to po obu stronach lady. Tak więc życie rodzinne kwitło, interesy jakoś szły. Mnie niezbyt, więc chyba nie mam w sobie żyłki handlarki z prawdziwego zdarzenia.


            Wróciłam do domu. Zaraz zrobię obiad, potem odwiedzę babcię i gdy znowu wrócę, zajmę się papierkową robotą, na którą nie wystarczyło mi czasu w dni powszednie. A na pchli targ pójdę jeszcze kiedyś. Ale już jako klientka. I to z własnej, nieprzymuszonej woli. Bo ja nie lubię, jak ktoś próbuje mi narzucać swój styl życia, wciskać jakieś nakazy i zakazy pozbawione sensu. Niniejszym oświadczam, że będę korzystać z dobrodziejstw handlu w niedzielę, ile wlezie. A politykom radzę się dobrze zastanowić, zanim wprowadzą kolejne nieprzemyślane przepisy. Skądś trzeba przecież naskrobać forsy na 500+, więc zyski ze sprzedaży będą jak znalazł.


PS A jutro ubiorę się na czarno do pracy w imię ogólnopolskiego protestu przeciwko zaostrzeniu ustawy antyaborcyjnej. Mało tego, wezmę udział w czarnym marszu. Bo chcę. I jak na razie mam do tego prawo.



e-szablony
  e-blogi.pl  [Załóż blog!] rssSubskrybuj blogi
[Zamknij reklamy]