Frausuchen - blogerka


Czy zwierzęta mają duszę? 2016-11-27 20:54

            Dziś przygotowywałam sobie pyszny obiadek niedzielny i jednocześnie słuchałam radyjka. Z początku grała jakaś miła muzyczka, która podtrzymywała mój znakomity humorek na dość wysokim poziomie szczęścia. Później zaczęła się rozmowa pani redaktor z bliżej mi nieznanym gościem. Nagle! Nadstawiłam uszu, gdyż ów gość przedstawił się jako… Animalpastor. Że co??? Zdziwiłam się i skonsternowana jeszcze bardziej wsłuchałam się w to, co mówił. Animalpastor, no ja cię kręcę. Nie wiedziałam, że istnieje ktoś taki. No dobra, pomyślałam, posłuchajmy, cóż mądrego ma on do powiedzenia. I przyznam szczerze, że przyjemnie się go słuchało. Pikanterii dodaje fakt, iż jest to były ksiądz, obecnie mąż i ojciec. A do tego Animalpastor! Animalpastor, który wbrew religii katolickiej twierdzi, że zwierzęta mają duszę. Że wcale nie zostały dane człowiekowi we władanie i nie zostały stworzone po to, by nam – ludziom służyć. Że są one równorzędnymi istotami Bożymi, a ludzie powinni się nimi opiekować, tak jak całą przyrodą, a nie eksploatować do granic możliwości. O, czemuż nie usłyszałam tego, gdy byłam dzieckiem?


            Bo gdy byłam dziewczynką urządzającą wraz z ojcem kolejne pogrzeby swoim zwierzaczkom, płakałam gorzko, że już nigdy ich nie spotkam. Z ludźmi była prosta sprawa – wierzyłam, że zmarłych spotkam ponownie, kiedyś, TAM. Ale co z moimi pupilami? Co z moim ukochanymi chomiczkami – Misią i Nuką? Co z najukochańszą suczką Perełką? Gdzież one podziewały się przez te lata rzekomego niebytu? Rzekomego, gdyż wpojonego mi na lekcjach religii, kiedy na moje dociekliwe pytania na temat życia pozagrobowego zwierząt usłyszałam, że one takowego nie wiodą. Z prostej przyczyny – nie mają duszy. Amen i kropka. A jednak jest nadzieja, że pohasamy razem po rajskich łąkach. Pod warunkiem oczywiście, że i ja trafię do raju, co nie jest takie oczywiste ;) To nie wszystko. Pan animalpastor zwrócił uwagę na to, że kartezjańskie „Cogito, ergo sum” powinno zostać przekształcone na: „Czuję, więc jestem”. Kartezjusz zwyczajnie nie wziął pod uwagę zwierząt, które być może kierują się bardziej instynktem niż rozumem, lecz zasługują na szacunek, miłość i troskę, tak jak ludzie.


            Pamiętam ostatnie miesiące życia ukochanej Perełki. Staruszka nie miała już siły wychodzić na dwór. Znosiłam ją na rękach, gdyż nie mogłam patrzeć, jak kuśtykając próbuje samodzielnie zejść, a potem wskrobać się na drugie piętro. Potem doszły ataki padaczki i załatwianie potrzeb fizjologicznych w domu. Wiele osób z mojego otoczenia namawiało mnie, żebym ją uśpiła. Przez długi czas kategorycznie odmawiałam. Aż pewnego dnia wstałam rano i ujrzałam psinę trzęsącą się jak galareta, próbującą oprzeć się choćby na przednich łapach, unurzaną w moczu i piszczącą żałośnie. Płakałam jak bóbr głaszcząc ją po łebku. Obudziłam mamę. Owinęłyśmy Perełkę w kocyk, wsiadłyśmy do samochodu i pojechałyśmy do jedynej dyżurującej w weekendy przychodni weterynaryjnej. Możecie mi wierzyć lub nie, ale ten pies, który był mi najwierniejszym przyjacielem przez ponad piętnaście lat, ten pies… płakał razem ze mną całą drogę. Ostatnią wspólną drogę. Perła zawsze lubiła jeździć samochodem lub motorem. Zajmowała przednie siedzenie w aucie lub wciskała się przed kierowcę motocykla i dumnie wypinała swą pierś. Niewątpliwie kochała wiatr we włosach ;) Tym razem jednak leżała zwinięta w kulkę. Taka jakaś mała, wychudzona, mizerna. A łzy płynęły z jej wielkich, brązowych oczu. Byłam przy niej do końca. Głaskałam i szeptałam do ucha, żeby spokojnie zasnęła i odpłynęła gdzieś, gdzie nie będzie już cierpiała. Umarła cicho. Mnie pozostała w rękach smycz i obroża. I głupia pustka, gdy wracałam skądś do domu.


            Jakoś mi lepiej z tym „czuję, więc jestem”. Tak jakoś mi bliżej do tej filozofii niż do bezdusznych założeń katolicyzmu w tej kwestii. I nie pierwszy raz zresztą pomyślałam, że nie zamierzam ślepo przyjmować za własne przekonań, które ktoś tam sobie wydumał, wyimaginował podpierając się wyselekcjonowanymi bądź wyssanymi z palca prawdami objawionymi. Tak więc liczę na to, że cała horda kotów, psów, chomików, świnek morskich, ptaków, w tym te wszystkie zgarniane z ulicy przybłędy, którymi opiekowałam się dłużej lub krócej, czekają na mnie w zaświatach i będą ujadać, piszczeć oraz miauczeć ile wlezie, na przekór tym, którzy uznali, że ich służalczy żywot kończy się na ziemi.


PS Jeśli jesteście zainteresowani Panem Animalpastorem, wpiszcie w  wiadomą przeglądarkę po prostu: „animalpastor”.


 




Jeszcze będzie pięknie... 2016-11-23 19:03

Posłuchajcie bracia miła! Ja gorąco protestuję, apeluję, dyscyplinuję! Ja się nie mogę pogodzić z tym, że tak wielu obywateli Polandu nie może pogodzić się z galopującą dobrą zmianą! No ludzie, ogarnijcie się, przestańcie jawnie i skrycie, a’la Machiavelli bojkotować, szydzić i stawać okoniem. Czyż nie widzicie, ileż to wspaniałych innowacji właśnie ma miejsce lub niebawem nastanie? Naprawdę nie zauważacie wszędzie panującego (nareszcie) porządku? Czy wy ślepi, czy głupi jesteście? A może jesteście karłami narodu, wichrzycielami i sabotażystami, hę?


W końcu jutrzenka zaświeciła nad naszą skrwawioną, umęczoną, zdradzoną wielokrotnie ziemią. Idzie ku dobremu.  Oto coraz więcej brzuchatych kobiet przechadza się tu i ówdzie. Silnie zmotywowane dodatkową kasą, zaczęły bez ociągania wypełniać swe obowiązki małżeńskie i partnerskie. Mężczyźni czując się męscy w swej roli, nie są już kastrowani psychicznie na każdym kroku przez kobiety stawiające im coraz większe wymagania i bezczelnie żądające realnego równouprawnienia. Wreszcie z listy chorób łóżkowych zniknęła migrena, napięcie przedmiesiączkowe, miesiączkowe i pomiesiączkowe. Niebawem Poland zostanie zaludniony niczym Chinland albo i lepiej. Cóż jeszcze? Rozejrzyjcie się dobrze. Ze stołków strącani są dotychczasowi oszuści, kombinatorzy, prezesiki od siedmiu boleści, którzy bezterminowo zasiedli przy korytach. Mało tego! Niegdyś na różnych stanowiskach umieszczali swoje matki, żony i kochanki, synów, zięciów i inne pociotki. A to się nazywa nepotyzm, moi mili. Nie to co teraz. Posady otrzymują kompetentni, wykształceni w odpowiednim kierunku fachowcy, prawdziwi znawcy tematu. Posłuchajcież mego głosu! Oni sprawią, że kasa ze spółek skarbu państwa popłynie szerokim strumieniem zasilając budżet i likwidując jego dziurę wielką jak dziura ozonowa. Licznik deficytu przestanie bić i przyszłe pokolenia będą mogły spać spokojnie. Zwłaszcza, że nowo narodzone potomstwo pokolenia 500+ z pewnością kiedyś ochoczo pójdzie do pracy i w rytm piosenki: „Podaj cegłę, podaj cegłę, zbudujemy nowy dom…” przyłoży swą dłoń do odbudowy ojczyzny wolnej, którą raczył nam wrócić Pan (Bóg). Skończą się lata ucisku, machlojek i biedy.


To nie finto wołania mego. W szkołach podstawowych, ośmioklasowych, dzieci poczują się bezpiecznie, zwłaszcza maluchy spotykające na korytarzu swych kilkunastoletnich przyjaciół. Ponadto uczniowie doznają iluminacji i zaczną się uczyć pilniej niż dotąd. Szczególnie religii, odkłamanej historii i wychowania do życia w normalnej rodzinie oraz poznają smak prawdziwego patriotyzmu. Apele, akademie, lekcje wychowawcze ukształtują zastępy młodych obywateli gotowych do najwyższych poświęceń dla drogiego Polandu. Koniec z seksualizacją, dżenderem, helołinami i innymi szkodliwymi trendami. Po zakończeniu edukacji wielu wskoczy w kamasze i będzie uczestniczyć w manewrach przygotowujących do walki przeciwko potencjalnym zielonym ludzikom zza wschodu. Wiadomo, obrona terytorialna górą. Wszelkie bomby, rakiety, nowoczesne myśliwce od żabojadów mogą się schować, gdy naprzeciw nim stanie żołnierz z weekendowej armii.


Do tego wspaniałe pomysły z podatkami, które nie kłują w oczy, gdyż markety i banki sprytnie wliczą je w koszty usług i towarów tak, że klient nawet się nie zorientuje. Po co psuć ludziom humor. Niech żyją w przekonaniu, że państwo (!) dało, państwo zadbało, zaopiekowało się i państwo czuwa nad tym, by nikomu niczego nie brakowało. Więc stop! Nie narzekać, nie siać defetyzmu mi tu. Ci, którzy czują się zawiedzeni, rozczarowani niespełnionymi obietnicami, cicho siedzieć i czekać. Nie każdą zmianę można wprowadzić tak szybko jak  500+ czy reformę oświatową. Zamiast marudzić, wziąć się za robotę, rodzić, brać paragony w sklepach, uczyć się konkretnego fachu i zasuwać jak najszybciej, byleby do przodu. A co będzie później? Jak to co? Raj. Tylko jeszcze trzeba pogonić małych i dużych przedsiębiorców. Niech przestaną strzelać focha na obecną władzę i zaczną inwestować, żeby gospodarka ruszyła z kopyta. Nnno! 


A tak na serio: "Jeszcze będzie pięknie, mimo wszystko. Tylko załóż wygodne buty, bo masz do przejścia całe życie..."


 




I can't do it 2016-11-18 22:37

„Jestem taka, jestem taka zmęczona 
Bolą mnie ręce, boli mnie cała głowa 
Tyle dzisiaj, tyle się dzisiaj stało 
Boli mnie serce, boli mnie całe ciało…”


Ten tekst w pełni oddaje stan mojego ducha i ciała. Jestem zmęczona. Jestem bardzo zmęczona. Jestem kurewsko zmęczona, wykończona, schechłana, a nawet śmiem rzec – wyjebana. Tak. Dokładnie. I nie zamierzam przepraszać za wulgarne słownictwo, gdyż żadne inne nie jest wystarczająco adekwatne. Najbardziej przeraża mnie fakt, że wcale nie będzie lepiej. Ani w następnym tygodniu, ani w kolejnym miesiącu, ani w przyszłym roku. Nigdy. Co weekend mam cichą nadzieję, że mój organizm przyzwyczai się na nowo do tego szalonego tempa. Że moja praca stanie się choć odrobinę mniej absorbująca i jednocześnie będzie bardziej sensowna, a mój cenny czas przestanie przeciekać mi przez palce. Ileż spotkań, rozmów, dupogodzin jest totalnie pozbawionych głębszego znaczenia. Ile spraw jest omawianych, oglądanych z każdej możliwej strony, ile włosów dzielonych na czworo. A można by tak po męsku – raz dwa i koniec tematu. Ciągle czuję jakby wszystko dookoła toczyło się poza mną, jakbym stała z boku albo za szklaną ścianą i pełniła funkcję zadziwionego obserwatora.


Niedawno otrzymałam symulację wysokości mojej emerytury. Gorzko się zaśmiałam. Jeśli dożyję tego momentu, gdy Zakład Utylizacji Składek wypłaci mi choć jedną, jakże ciężko wypracowaną emeryturę, nie pozostanie mi nic innego, jak udać się do Miejskiego Ośrodka Patologii Skończonej. Najpierw jednak będę musiała wyprzedać wszystko, co mam, a potem stoczyć się, wyglądać dość przekonująco, by otrzymać jakąkolwiek pomoc. Najprawdopodobniej jednak ten wariant nie wypali i będę zmuszona pracować do końca swych dni, przez całe życie zachodząc w głowę, co też stało się ze składkami odprowadzanymi przez lata do zacnego Zakładu Utylizacji Składek? Jak to możliwe, że pracowałam w dwóch miejscach, zarabiając wcale nie takie małe pieniądze, a tymczasem moja emerytura niewiele różni się od emerytury minimalnej przeznaczonej dla osób, które przepracowały zaledwie połowę tego, co ja? Będę więc główkowała, choć pewnie i tak nie rozwiążę tej zagadki. Bo to przechodzi ludzkie pojęcie.


A dziś w radio usłyszałam, że kolejny rząd zamierza wprowadzić swoje dobre zmiany związane z MOIMI pieniędzmi zgromadzonymi w Ogołoconym Funduszu Echolokacji. Tak sobie rządzący żonglują forsą obywateli i wrzucają raz tu, raz tam, byleby na papierze zgadzał się deficyt budżetowy, a dług publiczny mniej kłuł w oczy. Cóż, grunt to kreatywna księgowość. Powiem szczerze – w emeryturę nie wierzę. O, nawet się zrymowało. Pięknie. I wszystko byłoby do przyjęcia, gdyby nie to, że pracować w tym kraju do końca żywota oznacza niezbyt długi ten żywot. Bo wmawia się nam, że pracujemy za mało, nieefektywnie, nigdy wystarczająco dobrze, solidnie, wciąż zbyt wolno. Nigdy w sam raz, żeby zasłużyć na naprawdę godziwe zarobki. By każdego dnia iść do pracy z nową energią i radością, bez ścisku żołądka oraz bólu głowy mielącej bez przerwy miliony informacji. Gdy już naiwnie wierzymy, że opanowaliśmy jakiś level, okazuje się, że jednak można „citius, altius, fortius”. I to mnie dodatkowo załamuje. Odcięłam się emocjonalnie od pracy, ponieważ inaczej nie mogłam sobie poradzić z permanentnym stresem. Ale jak odciąć się cieleśnie, zwłaszcza, gdy całe ciało jest przemęczone i boli? Codziennie chodzi mi po głowie piosenka Kory, która nie chce mnie opuścić. Boję się, że w końcu nadejdzie taki moment, kiedy żadna, nawet największa siła woli, nie zwlecze mnie z łóżka.


Przed powrotem do pracy kupiłam sobie słynny plakat pt. „We can do it” i powiesiłam w kuchni w widocznym miejscu. Zawsze, gdy czekam, aż ekspres zaparzy mi kawę, patrzę na tę dziarską kobitkę dumnie prezentującą swój biceps. Wcześniej mimowolnie uśmiechałam się na ten widok. Ostatnio myślę sobie: „Sorry, but I can’t do it”. A Wy?




Przychodzi baba do lekarza... 2016-11-14 20:43

            „Przychodzi baba do  lekarza…”. Po tych słowach zazwyczaj ma miejsce zabawna historyjka, której puenta ukazuje głupotę lub hipochondryczne zapędy rzeczonej baby. Któż nie zna tego typu kawałów opowiadanych w towarzystwie zarówno przez mężczyzn, jak i kobiety. I wszyscy mają ubaw po pachy. Bo jakże te baby z kawałów są durne! Przyłażą do doktorka i zawracają mu głowę pryszczem na dupie, jedną dłuższą piersią albo inną pierdołą. Hahaha! Głupie baby! Zafiksowane na punkcie swojego zdrowia bez reszty! W prawdziwym życiu też nie jest lepiej. Każą chłopu leźć do lekarza, a przecież nic mu nie jest. Wynajdują jakieś choroby z kosmosu. A daj babie komputer i dostęp do neta, to na bank znajdzie ci jakąś dolegliwość. Ba! Zdiagnozuje jakby co najmniej miała tytuł doktora nauk medycznych. A przecież ona na niczym się nie zna. Wyolbrzymia, imaginuje sobie niestworzone rzeczy, truje i marudzi tak, że wreszcie dla świętego spokoju trzeba iść do cholernej przychodni i odstać kilka godzin z numerkiem 135 w dłoni!


            Tak, tak, Drodzy Mężczyźni. Ciężki Wasz los z tymi kobietami, nie ma co. Wy wiecie lepiej, co Wam dolega, a co nie. To odbicie w lustrze, które kontemplujecie codziennie, przedstawia najprawdziwszego Adonisa. Koszula opinająca brzuch to dowód na posiadanie zajebistej sylwetki i pięknie wyrzeźbionych mięśni. Twarz okrągła jak księżyc w pełni  i rosnący lub już istniejący drugi podbródek to kwintesencja prawdziwie męskich rysów z wyraźnie zaznaczoną szczęką. W ogóle cali jesteście idealni, bez jakichkolwiek defektów urody. To kobiety są jakieś nienormalne. Same niech lepiej spojrzą na siebie. Afrodyty się znalazły! Przed ślubem paradowała taka w mini, ciągle będąc na jakiejś diecie. Rano leciała do łazienki „się zrobić”, więc człowiek sądził, że ona niby taka piękna się już urodziła i każdego dnia pięknieje coraz bardziej. Włosy miała przeważnie długie, zawsze ułożone, kręcone lub wyprasowane. Wenus wyłaniająca się z morskiej piany to nic przy tym przedślubnym lub przedzwiązkowym  bóstwie! A potem… Szkoda gadać. Dresy, wałki na głowie, maska na twarzy. Norma. Żadnego skrępowania przy mężu czy partnerze, no żadnego! Wstydu nie ma za grosz! Pokazuje na plaży te udziska wyglądające jak tylne łapy dinozaura i zwiędły brzuch po dwóch ciążach. Piersi bezlitośnie ulegają prawu ciążenia i żaden magiczny pusz-ap nie pomoże. Masakra jakaś. A nie daj Boże zapyta: „Kochanie, jak wyglądam w tej sukience?”. Człowieku, przepadłeś z kretesem. Nie ma bata – każda odpowiedź jest z gruntu zła. I do tego wszystkiego taka kobita śmie się przypieprzać do faceta, że jest gruby, rozlazły i ma w końcu zacząć dbać o swoje zdrowie.


            Smażonego nie, słodkiego nie, za dużo kawy, za dużo piwa, wódka w ogóle odpada, fajki to zabójstwo w biały dzień! Badaj się, oglądaj się, każ sobie wkładać jakieś rurki we wszystkie możliwe otwory, żeby sprawdzić, czy jakieś cholerstwo się w środku nie zagnieździło. I jeszcze trochę ruchu by się przydało, zamiast wozić się tą furą kupioną nie po to przecież, żeby stała bezczynnie. Że rower lepszy? Śmiech na sali! Tylko frajer jeździ do pracy na rowerze. Na urlop w góry, a nie nad morze. A jak już nad morze, to głupiemu babsku spacerków się zachciewa! Ludzieeee…


            To oczywiście przerysowany obraz. I nie każdego dotyczy. A przynajmniej nie we wszystkim. Prawda jest jednak taka, Kochani Mężczyźni, że w głębi duszy my – kobiety zwyczajnie martwimy się o Was. I słowa „martwimy się” nie są eufemistycznym określeniem do „przypierdalamy się”. To całe nasze trucie o ruch, o dietę, o zadbanie o siebie, nie jest aktem złośliwości z naszej strony. Wy nam jesteście potrzebni, ale zdrowi i sprawni. Nie chcemy z Wami latać po klinikach i szpitalach, kiedy pozostanie już tylko nadzieja na wyzdrowienie. Nie chcemy patrzeć, jak odchodzicie przed nami. A statystyki są nieubłagane. Czas robi swoje i nikt nie wymaga, żebyście wyglądali jak za młodych lat. Ale patrząc w lustro, zachowajcie odrobinę samokrytycyzmu. Przyznajcie się sami przed sobą, że nieco się zapuściliście i coś z tym trzeba zrobić. Wielu z Was oczekuje od swojej wybranki, że do końca życia zachowa witalność, dlaczego zatem nie stawiacie sobie takich wymagań? Dlaczego wyśmiewacie się z kobiet, którym z biegiem lat zmieniło się ciało? Owszem, część z nich zaniedbała się, ale weźcie też pod uwagę fakt, że kobiety rodzą, godzą wiele obowiązków i bardzo często są przepracowane. A potem, kiedy dzieci są już samodzielne i wydaje im się, że nareszcie odpoczną i będą miały trochę czasu dla siebie, muszą opiekować się swoimi rodzicami, teściami, a na końcu mężem bądź partnerem. Tak się jakoś złożyło, że przeważnie to właśnie kobiety stają przed takimi zadaniami. A ich mężczyzna, który miał być podporą, woła: „Grażynkoooo, Kasiuuuu, Jolciuuuuu, Eluniuuuu… ratuj!”.




Ciało to nie śmietnik 2016-11-12 19:46

            Ich esse keine Süβigkeiten… Warum? Es ist ungesund. Proste? Nie jest proste. Gdyż cukier, słodycze działają jak narkotyki. Warto zwrócić uwagę na to, co się je i pije. Wiem, że zmiana nawyków jest bardzo trudna, ale jeśli człowiek uważnie wczyta się w etykietki znajdujące się na opakowaniach różnych produktów, to mu się włos na głowie jeży! Ogłupiające reklamy też robią swoje. Tempo życia, brak czasu, praca non stop – to wszystko stanowi dodatkową wymówkę, że zdrowe odżywianie staje się niezwykle problemowe. A jeśli spojrzymy na ceny żywności bio, zaczynamy jeszcze kalkulować. No tak, przy czteroosobowej rodzinie koszt nieco przeraża.


O wiele łatwiej, szybciej i taniej zaserwować jakieś niewymagające danie. Oprócz tego niektórzy nie wyobrażają sobie obiadu bez mięsa, kanapki bez szynki, kolacji bez kiełbasy. Koniecznie od czasu do czasu trzeba zjeść jakieś danie z grilla. Latem nic nie smakuje tak dobrze jak karkówa, boczek lub kiełba zapijana piwem! Oprócz tego w kuchni musi znaleźć się kostka rosołowa, mieszanka do zup zawierająca całą tablicę Mendelejewa, sosy z paczki, ketchup, majonez, tłusta śmietana, jogurty smakowe, niedrogie makarony, pszenne lub niby ciemne pieczywo, a najlepiej świeże, ciepłe kajzerki. Poza tym chipsy, cola, inne gazowane, słodkie napoje, soki a’la sama natura, solone orzeszki ziemne, wafelki, batoniki, ciastka, cukierki, cukier w cukiernicy… W kinie ko-niecz-nie popcorn w pudełku wielkości wiadra i cola w drugim wiaderku. Urodziny dziecka muszą być zorganizowane w przybytku serwującym fastfoodowe zestawy o rozmiarach wprowadzających w zdumienie – czy ta porcja frytek, hamburger, kawałki kurczaka, napój ustawione ładnie na tacy naprawdę zmieszczą się w żołądku wielkości pięści dorosłego człowieka?!


Kiedyś moja znajoma lekko zbuldoczyła się na komentarz lekarza rodzinnego, który zwrócił uwagę na to, że jej syn ma nadwagę. W istocie chłopiec będący w wieku 11 lat ważył więcej ode mnie, miał wałeczki, boczki, pultaśne policzki. Co z tego, że regularnie chodził na basen i próbował udzielać się na boisku szkolnym, skoro mamusia tuczyła go po każdym treningu. Powiedziała, że dzieciak potrzebuje dużo energii, więc co takiego się stanie, gdy zje jeden obiad w szkole, drugi w domu, a w tak zwanym międzyczasie batonika? No co? Przecież potem to wybiega i wyskacze. Nie. Nie wybiega i nie wyskacze wpompowanych w organizm niepotrzebnych składników, szkodliwych substancji niszczących wszystkie organy wewnętrzne, żyły i tętnice. Tu nie chodzi tylko o kalorie. Tu się rozchodzi o zdrowie pojęte jako sprawność ciała w każdym kawałku.


Jak to jest, że dbamy o małe dzieci, o noworodki, niemowlęta, a potem im dziecko starsze, tym mniejszą wagę przywiązujemy do zdrowego odżywiania? A dorośli? Dlaczego wielu zapomina, że ciało to integralna część istoty ludzkiej? To „świątynia duszy”. Jeśli szwankuje ciało, zaczyna szwankować umysł. Gdy cokolwiek nas boli, nawet przysłowiowy paluszek i główka, przestajemy normalnie funkcjonować, nieprawdaż? Gdy nie możemy zaspokoić podstawowych potrzeb fizjologicznych, nie myślimy racjonalnie. Dlatego powinniśmy dbać o to, by ta powłoka cielesna służyła nam jak najdłużej, by była w jak najlepszej formie. Drugiej nie dostaniemy.


W związku z tym, między innymi - ich esse keine Süβigkeiten. A żeby zaspokoić narkotyczn, słodyczowy głód, wczoraj i dziś piekłam ciasteczka eko. Bez cukru, proszku do pieczenia, glutenu i innych świństw. Oto przepis:


Składniki: szklanka płatków jaglanych, szklanka płatków gryczanych, szklanka mąki gryczanej, 100 g żurawiny suszonej, 3 łyżki słonecznika łuskanego, 3 łyżki pestek dyni, 3 łyżki rodzynek, pół łyżeczki cynamonu, ćwierć łyżeczki soli himalajskiej, płaska łyżeczka stevii (zamiast cukru), 3 łyżki owoców goi suszonej, 2 łyżki oleju kokosowego, 5 łyżek oleju lnianego, 1 banan, 1 jajko (oczywiście od niezestresowanej kury;). Przygotowanie: Wszystkie suche składniki wymieszać. W osobnej miseczce rozgnieść banana, wbić jajko, dodać olej lniany i kokosowy oraz wszystko wymieszać. Potem dodać do miski z suchymi składnikami i ugnieść na masę. Z masy formujemy ciasteczka i pieczemy na blasze wyłożonej papierem w 180 ᵒ C przez 20 minut. Mniam! Power gwarantowany!


 


 




Nie daj sobie wcisnąć dziecka w brzuch 2016-11-09 21:01

            Kiedy czujesz, że wokół ciebie zrobiła się gęsta atmosfera, kiedy widzisz, że ktoś unika twojego wzroku i na twoje pytania odpowiada półgębkiem, kiedy wchodząc do jakiegoś pomieszczenia zauważasz, że nagle zapadła cisza i kiedy ktoś robi śmiertelnie obrażoną minę, a ty nie bardzo wiesz, o co chodzi – bądź pewien, że nic ci się nie wydaje. Twoja intuicja cię nie myli. Oto stałeś się ofiarą czyjejś manipulacji, plotek, pomówień lub próby przypisania ci rzekomych błędów w celu zamaskowania cudzych zaniedbań.


            Kiedy ignorujesz te dziecinne zachowania, dajesz sygnał, że nie zamierzasz wplątywać się w żadne gierki. Robisz dalej swoje i już. Z dużym prawdopodobieństwem narażasz się jednak na bezpośredni atak, bo ludzie, którzy poświęcili tyle energii na obrobienie ci tyłka, tak łatwo nie odpuszczą. Muszą w końcu dać upust swoim podgrzanym do czerwoności emocjom. Więc rzucają granaty w twoim kierunku, podszczypują kąśliwymi uwagami albo pochylają ci się nad głową i bombardują pytaniami nie czekając na odpowiedź. Nie są gotowi na konstruktywną rozmowę, usłyszenie wyjaśnień, więc ogranicz się do powtarzania metodą zdartej płyty krótkiego komunikatu, że wykonałeś swoje obowiązki zgodnie z wcześniejszymi ustaleniami, podałeś wszystkie niezbędne informacje i nie masz sobie nic do zarzucenia. Zastanów się, co spowodowało, że twoi oponenci tak się zachowują? Dlaczego przypuścili zmasowany atak? Może czegoś się boją np. że wyjdzie na jaw to, że zapomnieli zrobić czegoś ważnego i szukają kozła ofiarnego? Może mają coś na sumieniu? A może nie umieją normalnie wyjaśnić pewnych spraw i wolą strzelić focha sądząc, że tym sposobem popsują ci dobre samopoczucie? Być może grupa sama padła ofiarą sprytnego manipulatora.


            Jeżeli jesteś w pełni przekonany, że robisz dobrze, nie daj sobie wcisnąć dziecka w brzuch. Cudzymi fochami się nie przejmuj. To, że ktoś zamierza chodzić naburmuszony, to jego problem. Niech on wytraca swoje zasoby energii na bzdury, nie ty. Obrażony książę lub księżniczka w końcu zrozumieją, że nic w ten sposób nie osiągną. Pokaż swą siłę nie uginając się pod presją i nie tłumacząc się z czegoś, czemu nie jesteś winien. I obserwuj. Często działa tu zasada: „Uderz w stół, a nożyce się odezwą” i główny mąciwoda przychodzi z białą flagą w dłoni proponując rozejm i deklarując, że „nie chce się kłócić”, choć jeszcze niedawno chętnie spaliłby cię na stosie. Przyznaj w duchu – kosztowało cię to wszystko trochę nerwów mimo tego, że zachowałeś kamienną twarz. Ale pomyśl, ile to kosztowało tych, którzy tak kipieli w środku, że nie udało im się tego zamaskować? Jedno jest pewne – następnym razem dwa razy się zastanowią, czy warto bawić się z tobą w coś takiego. Jesteś członkiem stada. Stada w dżungli. W dobrej formie pozostaje nie ten, kto pokaże najdłuższe pazury albo podstępnie ukąsi, lecz ten, kto ma wewnętrzną siłę, której nie musi udowadniać za wszelką cenę. 




Jak rozmawiać o śmierci? 2016-11-06 14:32

 


            Jak rozmawiać o śmierci? Nigdy wcześniej nie zastanawiałam się nad tym. Bo po cóż poruszać TAKIE tematy, gdy jest się młodym, zdrowym i sądzi się, że cały świat stoi otworem? No po co sobie zatruwać życie czymś, co ma je zakończyć. To COŚ i tak kiedyś nadejdzie – wiadomo, ale nie dziś, nie teraz, nie już ani jutro, pojutrze. W ogóle nie w najbliższym czasie przecież. Jeszcze tyle planów czeka na realizację, tyle marzeń do spełnienia, tyle do powiedzenia i zobaczenia, tyle szans i oczekiwań… A tu nieraz, moi mili, nie ma zmiłuj. Śmierć nie zawsze przychodzi powoli jak żółw. Może przygalopować na rączym rumaku niczym Czterej jeźdźcy Apokalipsy Albrechta Dürera. Albo ni z tego, ni z owego, z gęba uśmiechniętą od ucha do ucha zaprosi nas do swojego tańca niczym Śmierć z drzeworytów Hansa Holbeina. Hahaha, chodź no tu, bracie, nie ociągaj się! Dalej, rusz to swoje leniwe dupsko! I to już! A czasami skrada się niepostrzeżenie, na chwilę odchodzi dając złudną nadzieję, i znowu wraca, by nieodwołalnie zebrać swoje żniwo.


            Ludzie przez wieki próbowali jakoś ją oswoić. Przedstawiali na rysunkach, opisywali w karykaturalny sposób, uciekali się do rozmaitych eufemistycznych określeń. Byleby nie powiedzieć wprost tego, co im rzeczywiście chodziło po głowach, nie wyartykułować obaw, wątpliwości, nie przyznać się samym przed sobą do prawdziwych myśli. Do dziś zmagają się z tym problemem i gdy doświadczają poważnej choroby lub gdy doświadczają jej ich bliscy, gdy tracą kogoś ważnego w wypadku bądź w innym nagłym zdarzeniu, nie bardzo wiedzą, jak postępować i jak uporać się ze swoimi emocjami. Niektórzy, moim zdaniem, niesłusznie utrzymują swoje dzieci w błogiej nieświadomości i gdy zdechnie domowe zwierzątko, po kryjomu kupują podobne, by potem móc wcisnąć kit, że to ten sam Puszek czy inny Niuniuś. Albo gdy umiera ktoś z rodziny, nie zabierają dziecka na pogrzeb. Mówią, że ten czy tamten wyjechał gdzieś daleko lub co gorsza – całkowicie uciekają od rozmów na ten temat. A dzieci wcale nie są takie głupie i czują przez skórę, że coś tu nie gra, że wszyscy robią je w balona. Kiedyś i tak prawda wyjdzie na jaw, kiedyś mogą mieć żal za te głupie kłamstwa, za uniemożliwienie pożegnania się z umarłym rodzicem, dziadkami czy innymi ważnymi członkami rodziny, położenia kwiatków na ich grobie, przepłakania tej straty. Poza tym śmierć jest częścią życia i warto to uzmysłowić dzieciom, oczywiście w sposób dostosowany do ich wieku.


            Śmierć to nie kostucha z kosą. To nie rozkładające się kobiece (?!) ciało. To także nie jest czarna zjawa czy anioł, który po nas przychodzi. Z biologicznego punktu widzenia to ustanie czynności życiowych organizmu. Z filozoficznego… No właśnie, czym jest śmierć z takiej perspektywy? Jak radzą sobie ze świadomością nieuchronności śmierci ludzie niewierzący? Bo dla wierzących to tylko furtka do życia wiecznego. Ale niewierzący? Albo wątpiący, którzy mimo najszczerszych chęci, mimo wielu prób zepchnięcia swoich wątpliwości w najdalszy kąt podświadomości, nadal nie potrafią z pełnym przekonaniem powiedzieć, że wierzą.


     Poza tym pozostaje jeszcze kwestia tego, jak pomóc choremu żegnającemu się ze znanymi mu miejscami i ludźmi… Boli patrzenie na bliską osobę cierpiącą, miotającą się między życiem a nadchodzącą śmiercią. Podwójnie boli świadomość, że chwilami nie wiadomo, jak postępować, co powiedzieć lub czego nie mówić, kiedy zwyczajnie zamilknąć i po prostu być, jak zgadnąć, czego chory naprawdę potrzebuje, gdyż na różnych etapach odchodzenia zachowuje się on inaczej. Czasami znajdując się w stanie rozchwiania emocjonalnego, sam nie wie, czego chce albo nie umie o to poprosić, zaprotestować przeciwko przedmiotowemu traktowaniu, porozmawiać o faktach odrzucając złudne nadzieje, powiedzieć wprost: „ja naprawdę umieram”, zamiast do samego końca udawać przed sobą i innymi, że to nieprawda.


     O tym wszystkim pisze Elisabeth Kübler – Ross w książce pt. „Rozmowy o śmierci i umieraniu”. Nie jest to książka do podusi, na rozluźnienie po całym dniu. Ale uważam, że KAŻDY powinien ją przeczytać. Bo każdy prędzej czy później kiedyś umrze, zetknie się z umierającym lub będzie zmagać się z utratą najbliższych, choć wielu w codziennym pędzie zdaje się o tym nie pamiętać.



e-szablony
  e-blogi.pl  [Załóż blog!] rssSubskrybuj blogi
[Zamknij reklamy]