Frausuchen - blogerka


W tę całkiem zwyczajną noc 2016-12-31 23:41

Jeśli myślicie, że będę Wam życzyła wszystkiego najlepszego, to się mylicie. I szczęścia, i pomyślności – też skucha. Nie życzę Wam również sukcesów w pracy, bo nie wiem, czy już zdążyliście się przekonać, ale ów sukces smakuje gorzko. Nie życzę Wam fury pieniędzy, bo one owszem – ułatwiają wiele spraw, ale często stają się obsesją, chorym pragnieniem, które po czasie staje się czymś naturalnym i niedocenianym. No właśnie, niedocenianym tak jak wszystko, co człowiek ma, choć wcale tego nie zauważa. Tak więc nie życzę Wam rzeczy materialnych, namacalnych ani urojonych i standardowo upragnionych. Ludzie często wspominają również o zdrowiu jako towarze deficytowym. Szkoda jednak, że i tak go nie szanują. „Szlachetne zdrowie, nikt się nie dowie jako smakujesz, aż się zepsujesz...” - pisał dawno, dawno temu pewien Jasiu, który upominał swoich ziomków w wielu sprawach, o dziwo niezmiennie aktualnych. Nic się nie zmienia. Niczego ludzie się nie uczą, nie wyciągają żadnych wniosków. Ludzkość to najgłupszy, najmniej konsekwentny w działaniu gatunek na całej kuli ziemskiej.


Wiecie, czego Wam życzę? Niczego. Tak, niczego. Bo czymże są życzenia? Zwłaszcza te pobożne? Mrzonką, iluzją, próbą zaczarowania rzeczywistości. Pełnią magiczną funkcję językową, ale nic poza tym. Nic samo się nie stanie. Jeśli sami nie zadbacie o siebie i o swoją przyszłość, nikt niczego Wam nie zapewni. Nie spadnie żadna manna z nieba. Żadne tam pierdolenie o Szopenie, że cuda się zdarzają. Że żeby wygrać, trzeba grać. W każdym losowaniu totosroto, multisrulti i w innych loteriach wygrywa ten, kto nie oddał losu, bo zostaje mu w kieszeni tych kilka złotych, które gracze wydają licząc właśnie na mannę czy cud. Pewnie, że nie na wszystko mamy wpływ, więc może jednak czegoś Wam pożyczę. Tego, żebyście jak anonimowi alkoholicy nauczyli się, że: są rzeczy, na które mamy realny wpływ i warto wtedy zaangażować się całym sobą w kreowanie swojego życia; są rzeczy, których, choćbyśmy się zesrali na rzadko, nie zmienimy; istnieje jeszcze jedna, najważniejsza umiejętność – odróżniania tych pierwszych od tych drugich. A to bardzo trudna umiejętność. Tak więc życzę Wam, choć nadal podtrzymuję, że życzenia to mrzonki, żebyście się tego nauczyli. Życie będzie znacznie prostsze.


Będzie prostsze, gdyż posiądziecie wówczas wiedzę bezcenną. Że nie warto się nieraz szarpać, zabiegać, główkować, łudzić, martwić na zapas. Że nasze marzenia mogą stać się naszym przekleństwem, a obawy i problemy tak śmieszne, że aż strach. „Życie to nie bajka” - mawiała moja babcia, mawia moja mama i mnie czasami wyrywa się taka mądrość ludowa. Jakie to głupie stwierdzenie. A czymże jest bajka albo baśń? Kto czytał Andersena czy braci Grimm, a mniemam, że nie ma takiej osoby, która ich nie czytała, ten wie, że w tych psychodelicznych nieraz baśniach działy się straszne sceny. Zupełnie jak w normalnym, realnym życiu. Więc śmiało można rzec, że życie to bajka. I tak jak w bajce lub baśni pojawia się na końcu morał. A fajnie by było, gdyby ludzie zdołali go odszukać chociażby w połowie swojej wędrówki po ziemskim padole. Tak oto zrodziło się moje kolejne życzenie (a jednak!), choć znowu podtrzymuję, że życzenia to mrzonki. Życzę Wam, żebyście w codziennej kotłowaninie zdarzeń umieli znaleźć morał. Niech uczucie porażki przekuje się w pouczającą lekcję, a posmak spełnienia nie stanie się przyczynkiem do bufonowatego przekonania o byciu królem lub królową świata.


Jeszcze jedno. Nie róbcie tych idiotycznych postanowień noworocznych. Błagam, nie róbcie z gęby cholewy. Sami nie wierzycie w to coroczne rzucanie palenia czy zbędnych kilogramów. Albo, że ni z tego, ni z owego nagle dzięki magii Nowego Roku staniecie się innymi ludźmi, zaczniecie znajdować czas na to, na co do tej pory go nie mieliście, odnowicie kontakty z tymi, których nie widzieliście od lat, zakończycie toksyczne związki, będziecie spędzać więcej czasu ze swoimi dziećmi, nie będziecie się przejmować duperelami w pracy, skończycie z piciem piwska, od którego rośnie brzuch i zaczniecie uprawiać sport. Noc sylwestrowa jest taka sama jak każda inna. Nie ma żadnego pstryk! - i amen. Nie, nie, moi mili. Każdy dzień, każda noc jest tak samo dobra na wprowadzenie zmian w swoim życiu, więc nie uciekajcie się do nędznej wymówki, że to właśnie po północy w Sylwka zdarzy się cud i Wasz mózg przeprogramuje się. Zresztą wyraziłam już swoje zdanie na temat cudów.


Kto się bawi, niech się bawi. I nie zaprząta sobie głowy postanowieniami. Kto zdecydował się tak jak ja spędzić tę noc w domu, w ciepełku, z bliskimi, niech się delektuje tą niepowtarzalną chwilą. A kto siedzi sam jak palec, niech nie rozpacza. Ta noc naprawdę nie jest wyjątkowa. Sam jak Palec Człowieku, na pewno przeżyłeś wiele bardziej ekscytujących nocy, podczas których Twoje życie zmieniło się o 180 °. Młodzi Rodzice czuwający przy swoich dzieciach, nie żałujcie, że skończyły się dobre czasy. Radujcie się, póki Wasze pociechy są małe i grzecznie śpią w łóżeczkach. Gdy zaczną szwendać się po imprezach, wtedy westchniecie z nostalgią na wspomnienie dzisiejszego dnia. Poza tym, kiedy te małe gadziny wyfruną z gniazda, jeszcze zaszalejecie.


Zaraz zaczną strzelać korki od szampana. Dobra, koniec, powiedział zaskroniec. Zacznijmy od nowa, powiedziała sowa ;)




Gdzie w tym wszystkim żłóbek? 2016-12-25 23:29

Jestem w połowie świąt. Od rana napadało trochę białego puchu. Gdy wstałam z łóżka, podeszłam do okna i mimowolnie uśmiechnęłam się na widok wielkich, wirujących na wietrze płatów śniegu. Prawdziwe Boże Narodzenie, powiedziałoby wielu ludzi z nizin. Po śniadaniu poszłam do starego, drewnianego kościoła stojącego obok domu Kasprowicza. Był on wypełniony po brzegi turystami i miejscowymi. Od razu wiadomo było, kto jest kim. Górale i góralki ubierają się na takie okazje w stroje ludowe. Nawet małe dzieciaki poubierane były w sweterki z owczej wełny. Chłopcy trzymali w rączkach kapelusiki z piórkiem i muszelkami. Dziewczęta miały włosy zaplecione w warkocze, na ich ramionach zaś spoczywały barwne chusty. I kobiety, i mężczyźni mieli na sobie kożuszki z wyszytym tradycyjnym wzorkiem. Fajnie jest poobserwować taki żywy skansen.


Msza się zaczęła. Były śpiewy i modlitwy. I kazanie. Muszę przyznać, że do pewnego momentu podobało mi się jego przesłanie. Bo rzeczywiście „Boga nie znajdzie się w karczmię, w barzę, w telefonię, lecz w kościelę”. I tylko „w kościelę” nad „człowiekię” roztacza się „gorąca moc Dziecięcia”. Nikogo nie trzeba przekonywać do tak mądrych słów. Jednak w pewnej chwili ksiądz zaczął niebezpiecznie skręcać w kierunku, w którym moim skromnym zdaniem nie powinien podążać. Padły słowa o polityce. Jednak. A już myślałam, że obędzie się bez indoktrynacji. To naprawdę cenne, że radził on, by rządzący kierowali się zasadami chrześcijańskimi. Bo któż jak nie chrześcijanin powinien kochać bliźniego swego jak siebie samego, dążyć do zgody, szanować drugiego człowieka, być szczerym, uczciwym? No kto?Zaiste, to byłoby piękne, gdyby w świecie polityki, do której zdaniem kaznodziei kościół MA PRAWO się wtrącać, zapanowały chrześcijańskie zasady. Gdyby każda ekipa miała prawo wypowiedzieć się w każdej kwestii. Gdyby każdy obywatel, również ten innego wyznania lub niewierzący, mógł żyć według własnego kodeksu moralnego, o ile nie krzywdzi w ten sposób innych. Gdyby uczciwie przeprowadzano konsultacje społeczne w istotnych sprawach bezpośrednio ingerujących w życie obywateli. Gdyby nie dyskryminowano nikogo za poglądy czy styl życia. Oprócz tego nie ubliżano każdemu, kto ma inne zdanie na dany temat. Czy to po chrześcijańsku nazywać kogoś „gorszym sortem”, „komuchem”, „złodziejem”, nawet, gdy nie ma się ku temu podstaw? Czy to ładnie zwracać się do kogoś: „spieprzaj dziadu”?


Dlatego jestem za wprowadzeniem chrześcijańskich zasad do parlamentu. Ale nie jestem zwolenniczką wpuszczania doń kościoła. Nie kościoła jako instytucji. Kościół jako zbiorowość ludzka jest czymś pięknym. Kościół jako instytucja reprezentuje wiele negatywnych postaw i zachowań. I uważam, że dzisiejsze homilie w zacnych katedrach były nie na miejscu. Niektórzy hierarchowie nie uciekali się nawet do wymyślnych aluzji, lecz walili prosto z mostu, o co chodzi. Niemal pokazywali palcem kto jest cacy, a kto bebe. To łaszenie się do pewnej grupy politycznej jest po prostu niesmaczne. Historia pokazuje, że takie postępowanie nigdy nie przyciąga wiernych. Wręcz przeciwnie – wielu zniechęci i odstraszy. Nie neguję integrującej roli kościoła w trudnych czasach reżimowych. Ale teraz należałoby zachować dystans. Nauczać, ale nie pouczać, nie napuszczać jednych na drugich, nie budzić antagonizmów, bo to się zawsze źle kończy. „Kto pod kim dołki kopie, sam w nie wpada”.


Znowu przy okazji jednego z najważniejszych świąt zapomniano o tym, co istotne. A właściwie o OSOBIE, dzięki której w ogóle obchodzimy te święta. I ponownie na wszelkie sposoby wycierano sobie gęby JEGO imieniem. Przyklejano łatki i oceniano. A gdzie w tym wszystkim zwykła, naiwna, szczera miłość do bliźniego i pochylenie się nad prostym żłóbkiem?




Ten wyjątkowy czas 2016-12-21 20:33

            Jakoś mnie w tym roku jeszcze nie ruszyło. Wokół światełka, piosenki, dźwięk dzwoneczków, w radio rozdają prezenty i forsę. Ludziska przeżywają, chodzą jak w amoku, pucują chaty, jakby przez cały rok tego nie robili. Faceci wylizują auta, a kobity stają w kolejkach po zapasy, dzięki którym śmiało mogłyby wyżywić całą dywizję. Co niektórzy mają lekkiego nerwa, śmigają jak meteory realizując kolejne punkty planu działania. Świat miga im przed oczami, czas przelatuje przez palce i gdy w końcu nadejdzie ten wyjątkowy moment,  nawet się nie obejrzą i będzie po wszystkim. „Święta, święta i po świętach” – powiedzą.


            W tym roku obieram kurs na południe Polandu. Trochę się obawiam tego rejwachu pode samiuśkimi Tatrami. Całe szczęście, że dom stoi w dość ustronnym miejscu, choć turyści i tak pewnie nie zawiodą i zawloką się w każdy możliwy zakamarek. Ale poza tym dominuje tam taki swojski, wiejski klimacik. Żarła będzie dużo, na pasterce od gorących chuchów witrażyki zaparują, szerokobiodre baby okutane w kożuchy rozsiądą się jak kwoki, a przy akompaniamencie rzępolących skrzypek pod niebiosa poleci wyjący śpiew. Biedne Dzieciątko Jezus. Po pasterce wiadomo – after party w domu ;) No co – już można. Dzieciska będą gapić się w nowe cuda wygrzebane prosto z worka Mikołaja lub spod choinki wysokiej, że aż strach. A dorośli rozpieczętują gozałeckę dla lepszego trawienia spożytych wigilijnych pokarmów.


            Potem przez dwa dni, zgodnie z tradycją, naprzemiennie będzie jedzenie, odśnieżanie, jedzenie i picie na rozgrzewkę, odśnieżanie, spacer, modły w starym, zabytkowym kościele, jedzenie i picie. Łapy będą bolały od łopaty i podnoszenia kubka z grzańcem. W niektórych domach, również zgodnie z tradycją, dojdzie do burdy związanej z podjęciem jednego z ryzykownych tematów, a mianowicie: Temat 1. Polityka; Temat 2. Religia; Temat 3. Ciapate;. I tym podobne. Po awanturze zapadnie milczenie. Chłodne pożegnanie i każdy wróci do swoich spraw. Odwilż nastąpi w okolicy kolejnych świąt.


            A w moim domu będzie inaczej. Będzie nietradycyjnie. Nawet nie wszystkie potrawy będą takie jak trzeba, gdyż pewne składniki muszą być wyeliminowane. I bardzo dobrze. Odpadnie na przykład pieczenie ciast czy przygotowywanie potraw z mięsem wieprzowym. Na pasterkę raczej nie pójdziemy. W górach trwa ona zbyt długo. Poza tym nie każdy jest w stanie znieść zimno, chuchanie, rozpychanie się futrzaków i wycie. Oprócz tego ustaliliśmy, że dla dobra sprawy nie piśniemy nawet słówka na ryzykowne tematy. Być może dzięki temu znajdziemy wenę do dyskusji lub luźnej rozmowy o swoich sprawach, o rzeczach ważnych dla nas i naszych bliskich albo zwyczajnie będziemy oglądać po raz setny perypetie sprytnego Kevina pozostawionego w domu. Podzielimy się opłatkiem, posiedzimy razem, pośmiejemy się, będziemy w komplecie.


Nigdy nie wiadomo, czy za rok ten komplet będzie kompletny. Nikt nie ma takiej pewności.  Dlatego każdy powinien się zastanowić nad tym, czy te różne animozje wypływające przy stole naprawdę są aż tak istotne, że warto je rozbudzać. A może ten czy tamten członek rodziny, razem ze swoimi śmiesznostkami, drażniącymi na co dzień natręctwami, głupkowatymi komentarzami, siedzi z nami ostatni raz? Za rok może być tak jakoś pusto bez niego. Będzie brakowało jego tekstów, tego jak rozpycha się łokciami, jak leży później rozwalony na kanapie, jego trajkotania i tubalnego śmiechu. Każda rodzina jest na swój sposób wyjątkowa, niepowtarzalna. Jest jak szklana kula. Idealnie okrągła. A poszczególni członkowie rodziny wypełniają ją sobą. W środku mieszają się różne osobowości, rozmaite pierwiastki wchodzące ze sobą w interakcje. Ale razem tworzą kulę. W mojej kuli jest miejsce dla każdego. Chociaż w tym wyjątkowym czasie.




Jestem wiedźmą 2016-12-16 22:37

            Ludzie, zaczynam się siebie bać. Nie dalej jak wczoraj wypowiedziałam słowa: „Mam nadzieję, że społeczeństwo w końcu tak się wku….i, że zrobi dym”. I co? Przychodzę z pracy, włączam TiVi i widzę, że moje słowa stały się ciałem. Dotarło do mnie, że chyba jestem jakąś wiedźmą.


            Na Wsiowej bywało już nieraz ciekawie, ale dzisiejsze zdarzenia to prawdziwa jazda bez trzymanki. Zaczęło się tak niewinnie. Niby. Bo wcale nie wykluczenie pewnego pana z obrad było przyczyną całej zadymy, lecz ciąg wcześniejszych nietrafionych posunięć ekipy wiodącej. Od dłuższego czasu przyglądam się kolejnym próbom przekraczania granic tolerancji oraz cierpliwości różnych grup społecznych i politycznych. Ekipa wiodąca badała teren jak saper. I oto dziś wysadziła się sama. A to dopiero początek. Myślę też, że jej lider przeliczył się, przecenił swoje siły i popełnił jeden zasadniczy błąd – nie docenił oponentów, a także tej części społeczeństwa, która reprezentuje odmienne poglądy.


Nie wziął również pod uwagę tego, że mieszkańcy Polandu przyzwyczaili się do innego stylu życia, do nieograniczonej wolności, swobody wyrażania swojego zdania. Przede wszystkim młodsze pokolenie nie pojmuje, jak to możliwe, że ktokolwiek chce mu coś narzucić, nakazać lub zabronić. Pozostali pamiętający czasy, które z takim sentymentem wspomina lider (choć wówczas nie był nikim znaczącym) chcą korzystać z dobrodziejstw, jakie daje demokracja. Chcą być nie tylko częścią Polandu, ale Europy, a nawet świata. Nie chcą odczuwać ani ksenofobii, ani homofobii, ani rusofobii, ani germanofobii, ani żadnej innej fobii. Wszelkie kompleksy, poczucie małości, braku sprawczości, już dawno odeszły w niepamięć. Ludzie nauczyli się, że mają prawo do odmienności i walczą o nią. Prawo do życia według własnego uznania, a nie pod dyktando jednego człowieczka z przerośniętym ego. Prawo do gromadzenia się i protestowania.


Władza nie jest dana raz na zawsze, a obecna sytuacja dobitnie temu dowodzi. Tak jak bywa się dyrektorem, prezesem, kierownikiem, tak bywa się politykiem. Podobno jeśli spaść to z wysokiego konia. Lecz trzeba wziąć pod uwagę, że upadek ten może być wyjątkowo bolesny. Z dużej wysokości można sobie nabić sporego guza lub obić tyłek. Politycy powinni jeszcze pamiętać, że nie reprezentują stada baranów czy skończonych idiotów. Szczerze mówiąc czekałam, kiedy nastąpi to, co właśnie ma miejsce. Serce rośnie patrząc na tę polandowską przekorę i zadziorność. Jesteśmy narodem, który pięknie jednoczy się w chwilach zagrożenia, prób odebrania nam wolności. Mam jednak pytanie: Dlaczego nie potrafimy zjednoczyć się tak zwyczajnie, pokojowo – przy urnach wyborczych? Dlaczego tak łatwo rezygnujemy z naszego prawa dokonywania wyboru tych, którzy w naszym imieniu wkroczą na Wsiową? Którzy będą nas reprezentować za granicą, będą odpowiadać za relacje z innymi państwami, będą zabiegać o ważne umowy międzynarodowe, korzyści dla naszego kraju? Którzy będą decydować o kształcie wielu dziedzin życia, między innymi takich jak: edukacja, służba zdrowia czy obronność.


Nie ma idealnych ekip politycznych. W ogóle polityka to takie bagienko, które ani ładnie nie wygląda, ani ładnie nie pachnie. I choć nieraz naprawdę wybór jest szczególnie trudny, gdyż kolokwialnie rzecz ujmując, nie ma w czym wybierać, to warto zdecydować się na tak zwane mniejsze zło. Żyjemy w takim, a nie innym ustroju. Wprawdzie jeden z rezydentów Wsiowej, ten któremu zgodnie z jego dawnym życzeniem należałoby teraz napluć w twarz, proponował obalenie systemu. Nie potrafił jednak odpowiedzieć na proste pytania dziennikarzy, co proponuje w zamian. Bo państwo musi jakoś funkcjonować, musi być jakiś porządek, według którego wszystko się kręci.


Tak sobie pomyślałam, czy przypadkiem nasi przodkowie walczący o niepodległość, nie przewracają się teraz w grobach. Czy ofiary komunistycznego reżimu też nie załamują rąk. Czy o taką Polskę walczyli? Czy po to przelewali swoją krew? I czy dziś, kiedy znowu możemy być łakomym kąskiem, ludzie zdają sobie sprawę z tego, że historia kołem się toczy? Dlaczego stajemy ramię w ramię w kryzysowych momentach, a gdy już obrastamy w tłuszcz, zachowujemy się jak dzieci bijące się w piaskownicy o łopatki i foremki? Nie mamy wolności – źle. Mamy wolność – też źle. A do tego niektórzy w czasie pokoju nadal żyją przeszłością i upajają się słowami pieśni: „Ojczyznę wolną racz nam wrócić Panie”. Co za Matrix…




Ach, jak ja chciałabym być mężczyzną! 2016-12-11 17:25

            Ach, jak ja chciałabym być mężczyzną! Patrzę na zdjęcie mojego ulubionego pisarza, czytam jego felietony w moim ulubionym czasopiśmie, czytam jego książki namiętnie i marzę, żeby być takim mężczyzną jak on. Od zawsze zazdrościłam facetom tego, że są facetami. Proszę nie dopatrywać się w tym wyznaniu żadnego podtekstu. Nie mam tu na myśli tego, że źle czuję się w ciele kobiety. Ja po prostu chciałabym urodzić się, być i żyć jako mężczyzna.


              A zaczęło się to tak. Kiedy byłam dziewczynką, zauważyłam, że bycie człowiekiem płci żeńskiej wcale a wcale nie jest fajne. Bo ciągle czegoś ode mnie chciano. Żebym była grzeczna, posłuszna, cichutko w kącie się bawiła i za dużo nie mówiła. Żebym sprzątała (nie tylko po sobie, ale i po bracie), psa wyprowadzała, do sklepu chodziła (jako ta bardziej rozgarnięta) i pilnowała młodszego brata. Na podwórko szłam ubrana czyściutko i w takim też stanie wracałam, nawet po zabawie w piaskownicy. Nie wypadało być fleją z rozczochranymi włosami, więc codziennie, najpierw mama, a potem ja sama, zaplatałam je w dwa mysie ogonki. Byłam ładną dziewczynką, muszę to nieskromnie przyznać. Ale wolałam być nieładnym, za to dziarskim chłopakiem.


            Z powodu mej grzeczności miałam kłopoty w kontaktach z rówieśnikami. Wiadomo – w szkole nie można być za bardzo ułożonym, gdyż przepada się z kretesem w konfrontacji z dziećmi wyszkolonymi na podwórkowych poligonach. Miałam jedną, istotną zaletę, która do dziś mi pozostała – byłam i jestem bacznym obserwatorem. Baczną obserwatorką – powinnam napisać. Sami widzicie, wygrywa jednak zamiłowanie do męskiego pierwiastka. Nieważne. Bacznie obserwowałam, jakie prawa rządzą szkolną dżunglą. I pewnego dnia kierując się obowiązującymi w niej normami, strzeliłam w pysk kolegę, który co rusz dla żartu ciągnął mnie za te chude warkoczyki. Wiecie, co się stało? Dostałam uwagę! Mój kolega nie dostał nigdy uwagi, choć pani dobrze widziała, co robi, gdyż siedziałam w pierwszej ławce przy jej biurku. Hm… Pomyślałam. Acha, dobra, niech mam tę uwagę. Nawet dobrze się stało. Uczeń bez uwagi i dwói to jak żołnierz bez karabinu. Tak mawiał mój Dziadek.  Między innymi dzięki tej sytuacji zrozumiałam, że niefajnie być grzeczną dziewczynką, ponieważ, gdy słodka, niebieskooka blondyneczka się wkurzy i wymierzy słuszną karę swemu koledze, uwagę otrzyma ona, a nie on. Bo chłopcy już tacy są, że psocą, żartują, ciągną za warkoczyki, dokuczają innym oraz tłuką się na przerwie. I trzeba to zrozumieć. Co innego dziewczynki. Tu zrozumienia dla ich wybryków nie ma i nie będzie.


            Potem poszło lawinowo. Maleńkie ziarenko buntu, które zostało raz zasiane, rosło i rosło, aż wydało obfity plon. Zaczęłam łazić z łobuzami po drzewach, dachach garaży, robić fiflaki na trzepaku i przeskakiwać przez płoty. W tajemnicy przed rodzicami udawałam się z nimi na zakazane tereny pobliskiej ziemniaczanki. Raz nawet o mały włos wszyscy byśmy się potopili w ziemniaczanej pulpie wylewanej na łąkę. Ale co tam. Ponadto chadzaliśmy na niewinny szaberek na działki. Czy komuś wiele ubyło, gdy zjedliśmy trochę porzeczek czy wiśni? Bez przesady. W szkole skończyło się tzw. babci sranie i gdy tylko ktoś zasadzał się na mnie i mój dziewczęcy honor, potrafiłam posłać taki pocisk, że delikwent zapominał języka w gębie. Fizycznie nie mogłam się obronić, ale ciętą ripostę zawsze miałam w zanadrzu. Boże, jak ja wtedy chciałam być takim chłopaczurem z mutacją, puszkiem pod nosem, kłakami na nogach i rozmierzwioną czupryną! No czemu urodziłam się dziewczyną?! Czemu??? Rozpacz. Tym większa, kiedy pojawiło się to coś, nad czym kobiety nie panują. Burza hormonów. I takie tam inne babskie przypadłości, o których nie będę wspominać.


            Czasy studenckie tylko wzmogły uczucie rozczarowania. Moi koledzy byli poważniej traktowani na zajęciach. Młode, zwłaszcza atrakcyjne kobiety, w mniemaniu większości profesorów, znajdowały się nieco niżej na drabinie bytów. Gdy studentka powiedziała coś inteligentnego, profesor kwitował to krótko: „Yhm, tak, ma pani rację”. A kiedy rzekł coś chłopak, jego słowa nabierały tajemniczej mocy nakłaniającej prowadzącego do dyskusji. Następowało zjawisko wzajemnego piania z zachwytu nad górnolotnością myśli oraz śmiałymi tezami wygłaszanymi przez myślicieli wszech czasów. Dostąpiłam zaszczytu przebywania w tej śmietance towarzyskiej w trakcie seminarium magisterskiego. Byłam jedną z trzech kobiet w zacnym gronie wybrańców profesora T. Pozostałymi wybrańcami zostali oczywiście mężczyźni. Miałam niewątpliwą satysfakcję, że ostatecznie to ja – istota o malutkim rozumku, jako pierwsza zaprezentowałam rozdział swej pracy magisterskiej. I wszyscy, łącznie z profesorem T. słuchali w absolutnej ciszy, co też urodziło się w mej kobiecej główce. A później popłynęły z ust profesora pochwały. Jedna za drugą. Zatkało mnie. Przyzwyczajona do zupełnie innego traktowania, czegoś takiego się nie spodziewałam. Dodam, że obroniłam się jako pierwsza z tej elitarnej grupy. Osiągnięcie to było okupione zarwanymi nocami, gdyż w czasie, kiedy kończyłam studia, już pracowałam. Nie wiem, jakim cudem udało mi się pogodzić dzienną naukę z dość absorbującymi obowiązkami zawodowymi.


            Cóż jeszcze? Pamiętam, że w trakcie rozmowy o pracę, padło pytanie, które paść nie powinno: „Czy ma pani dzieci? Jakie ma pani plany życiowe? (czyt. małżeńsko-rozrodcze)”. W pracy do dnia dzisiejszego często spotykam się z łagodniejszym traktowaniem mężczyzn, ich niedociągnięć, opóźnień w wykonywaniu zadań. Gdy koledzy czegoś nie zrobią tak, jak należy, obracają to w żart. Uchodzi im o wiele więcej niż kobietom. Ścieżka awansu niby jest ta sama, ale to kobiety są poszkodowane, ponieważ wydłuża się ona z powodu urlopów macierzyńskich czy nieobecności spowodowanej chorobami dzieci. Dzieci, o których liczebność tak zajadle od lat walczą różne opcje polityczne. Oprócz tego, gdy facet zgłasza jakiś problem, podchodzi się do niego poważnie. Gdy robi to kobieta, uważa się ją za rozhisteryzowaną, miotaną przez huśtawkę hormonalną, emocjonalną wariatkę.


Nadal chciałabym móc cofnąć czas, mieć jakąś czarodziejską różdżkę, dzięki której urodziłabym się jako chłopczyk. Dziś nie przeżywałabym wielu rozterek, nie musiałabym dokonywać nieraz bardzo trudnych wyborów typu: ja albo rodzina. Mogłabym razem z kumplami urządzić pępkowe, zamiast najpierw zwijać się z bólu na porodówce, a potem przez najbliższe miesiące nie spać, nie móc spokojnie się ogarnąć, zjeść czy sama wyjść na spacer lub gdziekolwiek, choćby w diabły. Po pępkowym, naturalnym biegiem rzeczy najpierw wzięłabym urlop ojcowski, pomogła żonie, a następnie wróciłabym do pracy. Spałabym w oddzielnym pokoju, bo przecież jakoś muszę się wyspać. Z roboty wracałabym zmęczona, ale inaczej niż ta zapuszczona baba z wrzeszczącym dzieciakiem na ręku, która wita mnie w drzwiach. Od czasu do czasu wzięłabym wózek i ruszyłabym się poszwendać, żeby babsko się nie czepiało i nie narzekało potem matce, że jej nie pomagam. Pomyślałabym, cały czas jako ten mężczyzna, że jak dzieciak podrośnie, to dopiero ja pokażę, jakim jestem wspaniałym ojcem.


            I tak dalej... 




"Kto pyta, ten błądzi" i takie tam złote myśli 2016-12-04 19:29

            Mówisz – masz. A ja wam powiem, że jest zgoła inaczej: „Nie mówisz i masz”. Oprócz tego: „Kto pyta, ten błądzi”. I jeszcze jedno: „Nie proście, a będzie wam dane”. Przewrotne, lecz prawdziwe. Wiele razy przekonałam się na własnej skórze, że gdy opowiadałam wszem i wobec o swoich zamiarach, marzeniach, to przeważnie była z tego jedna wielka kupa. Jak u Gombrowicza. I gdy prosiłam o coś kogokolwiek, łącznie z Bogiem, nie wiem czemu, ale zazwyczaj sprowadzało się to do gorzkiego rozczarowania. Być może prosiłam mało skutecznie, może dotyczyło to rzeczy niemożliwych, nierealnych, nie dla mnie w danym momencie. Albo po prostu byłam niecierpliwa w oczekiwaniu na spełnienie moich próśb. Nieraz po latach paradoksalnie okazywało się, że oto ni z gruszki, ni z pietruszki, dawne mrzonki stawały się faktem. Tylko, że ja wówczas dawno o nich zapomniałam albo zracjonalizowałam ich dotychczasowy brak. I wcale ich już nie chciałam. W takim właśnie momencie sprawdzało się: „Nie proście, a będzie wam dane”.


            Co się tyczy: „Kto pyta, ten błądzi”, przedstawić mogę różne przykłady na prawdziwość tych słów. Najprostszy, prozaiczny z nich dotyczy sytuacji mających miejsce w pracy. Każdy stary wyjadacz wie, że jeśli chce się mieć względny spokój, nie należy zbyt mocno dociekać jak coś ma być zrobione lub czy coś ma być w ogóle zrobione. Świeży narybek musi się jeszcze sporo nauczyć na temat zdrowego podejścia do swoich obowiązków zawodowych. Młody pracowniku, młoda pracownico, jeśli na tablicy ogłoszeń nie widnieje twoje nazwisko w przydziale różnych zadań, nie idź do szefa, żeby uprzejmie zapytać, czy celowo, czy jednak omyłkowo ciebie pominięto. Jeśli pójdziesz, z pewnością ten niewybaczalny błąd zostanie natychmiast naprawiony. Ponadto, nie wychodź przed szereg z różnymi propozycjami z kosmosu, gdyż zostaniesz unicestwiony negatywną energią przez grono współpracowników. Pamiętaj, w realizację twojego pomysłu będą musieli włączyć się inni, a niekoniecznie mogą tego chcieć. Zwłaszcza, jeśli są już zaangażowani w milion cudownych inicjatyw zleconych im odgórnie przez nadgorliwego szefa. No chyba, że chcesz być samotnym wilkiem i po kilku miesiącach wylądować na kozetce u specjalisty. I nawet nagroda, medal czy inna odznaka nie osłodzi ci goryczy depresji.


            Doskonale za to sprawdza się przytoczona niegdyś przeze mnie dewiza, sprzedana mi przez koleżankę redaktorkę pewnej telewizji. Leci to tak: „Miej wyj…ne, a będzie ci dane”. To naprawdę działa! Jeśli do tego pozostaniesz człowiekiem, zaczniesz żyć swoim życiem i dasz żyć innym, osiągniesz harmonię. Spłynie na ciebie fala wspaniałych emocji, spokoju i to jest największa nagroda – balans. Mimo zmęczenia fizycznego, które można odreagować, odespać, poczujesz wewnętrzny spokój. A dodatkowo pojawią się profity tym bardziej doceniane przez ciebie, że całkowicie niespodziewane, niewyproszone, nieoczekiwane, niewypowiedziane. Odkąd nie biorę się za bary z życiem, tylko pozwalam sobie płynąć z prądem, jestem bardziej pogodzona z tym, co mnie spotyka. Wierzę, że wszystko dzieje się po coś. Czasami ulegam emocjom i jeszcze nieraz próbuję wierzgać kopytkami, jednak szybciej przychodzi otrzeźwienie i akceptacja losu. A boli on nieraz, ten los. Lecz czy ktoś obiecywał, że będzie lekko?




Co cię dotyka, to ciebie dotyczy... 2016-12-04 12:43

            Tydzień właśnie dobiega końca. W ciągu ostatnich dni nasłuchałam się tylu narzekań, skarg na los niesprawiedliwy, przyjęłam tyle cudzego żalu z powodów mniej lub bardziej uzasadnionych, tyle obaw, że w pewnym momencie w mojej głowie zapaliła się czerwona lampka. „Uwaga! Oto nadciągnęło tsunami ludzkich nieszczęść” – pomyślałam. I jednocześnie zdałam sobie sprawę z tego, że nie chcę tego przeżywać. Nie chcę brać tego na swoje barki i tak już obciążone wieloma problemami. Posiadam chyba jakiś magnes przyciągający ludzi, którzy mają przemożne pragnienie wylania z siebie całej zalegającej żółci, a także bólu, obaw, smutku. Ludzi miotających przekleństwa na oczywistą niesprawiedliwość, ludzi upadających po kolejnym ciosie i mających już wszystkiego dość. Sama nie wiem nieraz, czy to powód do radości, czy jednak do zmartwień. Bo są chwile, kiedy ja już nie chcę tego słuchać, nie chcę nic wiedzieć i jedynym moim marzeniem jest znalezienie się w jakimś dźwiękoszczelnym pomieszczeniu, w jakiejś kapsule wystrzelonej w kosmos.


            Mimo wszystko mam w sobie naprawdę wiele empatii. Jednego tylko nie toleruję – nieuzasadnionego malkontenctwa. To mnie wyjątkowo irytuje. A miałam z takim zachowaniem do czynienia w tym tygodniu. Przykład? Proszę bardzo:


            Gość na oko ponadczterdziestoletni, z lekkim brzuszkiem. Głowa ogolona na zero, dość sympatycznie wyglądająca twarz. Spotykam go zawsze w piątek w pracy. Na początku wpatrywał się we mnie jak sroka w gnat. A że ja raczej miła jestem, uśmiechnęłam się. I to był błąd. Od tamtego niewinnego gestu z mojej strony zaczęło się. Tani podryw, komplementy na poziomie niezbyt rozgarniętego licealisty, bajer prosto z remizy strażackiej. Koleś myślał, że będę oszołomiona jego opowieściami o tym, że przez kilka lat pracował w Anglii, a teraz niedługo wyjeżdża do Niemiec. Na dodatek przechwalał się, że zna angielski i zaledwie zaczął się uczyć niemieckiego, a już szprecha tak, że na luzaku prowadzi rozmowy telefoniczne. Hm… ciekawe, bardzo nawet ciekawe. Ja nie należę do tłumoków i nieskromnie muszę przyznać, że mam dość spore zdolności lingwistyczne, ale nie jestem aż tak bystra, by pomimo ponad dwóch lat nauki niemieckiego nawijać w tym języku jak nakręcona. A może jednak jestem gamonicą? Cóż, postanowiłam wystawić na próbę talenty mego interlokutora. Przeszłam na angielski, następnie po kilku zdaniach powoli, aczkolwiek płynnie, przeskoczyłam na niemiecki. I co? I nic. Po raz kolejny przekonałam się, że krowa, która dużo ryczy, mało mleka daje. Ale to nieważne.


            Najważniejsze jest to, co teraz chcę napisać. Otóż, wczoraj ten as przestworzy językowych na dodatek okazał się być malkontentem. Bardzo brzydkim malkontentem. Takim co to ledwo liznął życia za granicą, a już gardzi wszystkim, co nasze – polandowskie. Według niego „w tym kraju” nic nie zmieniło się od czasów komuny. Ostatnio był na zebraniu rodziców w szkole, do której chodzi jego córka i dosłownie poczuł się jak w komunie. Ponadto jego córka nie może się oswoić z nową szkołą, chociaż chodzi do niej dopiero od września bieżącego roku i to całkiem naturalne, że dziecko potrzebuje trochę czasu na oswojenie się z nowym otoczeniem. Polandowska buda w jego oczach jest beznadziejna tak jak dawniej. Mam pewną teorię dotyczącą takiego podejścia dorosłych do instytucji, jaką jest szkoła. Otóż, z dużą dozą prawdopodobieństwa rzucali oni w nią kamieniami lub omijali szerokim łukiem, na dodatek nie błyszczeli na apelach. No chyba, że w czasie odczytywania nazwisk największych gagatków, którzy dawnym zwyczajem (co dziś byłoby nie do pomyślenia) musieli stać na środku sali i z opuszczoną głową słuchać opieprzania dyrektora. I to wszystko na oczach całej braci szkolnej.


Tak więc, obecna szkoła to syf jakich mało. Nie to co angielska school. Tam wszystko jest przezajebiste. Oprócz tego ulice „w tym kraju” są szarobure, a ludzie mijani na nich to gbury, mruki, przymuły z permanentnym wkurwem w oczach. No co ja miałam panu powiedzieć? Taki mamy klimat. Polityczno-społeczny. A poza tym to nieprawda, że wszyscy są ponurzy. Wielu, zwłaszcza młodych ludzi, to wolne, kolorowe ptaki nieskażone komunistyczną zarazą lęku o każdy kolejny dzień. Próbowałam to wyartykułować, ale facet nie dał mi dojść do słowa. Nie miałam możliwości mu powiedzieć, żeby dobrze się rozejrzał. Czy on naprawdę nie widzi żadnej różnicy między Polandem dziś i dawniej? Bo ja widzę sporą różnicę już od co najmniej kilkunastu lat, niekoniecznie od momentu wejścia dobrej zmiany. I mam na myśli również inny model myślenia, prawdziwą wolność w wyrażaniu swoich poglądów, swobodę poruszania się po świecie, rozwój kulturalny. Widzę różnicę w funkcjonowaniu rodziny, jakiś postęp w postrzeganiu roli kobiety w społeczeństwie, śmiało wyrażany krytycyzm w stosunku do instytucji będących do tej pory nie do ruszenia. Widzę czyste miasta, piękniejący krajobraz wsi, coraz lepsze drogi. Pojedźcie na przykład na Ukrainę czy do Bułgarii, to docenicie nasze obśmiewane krajówki i autostrady. Gdy patrzę dookoła, dostrzegam estetyczne podwórka na osiedlach, odnowione bloki i domy, odrestaurowane starówki miast, piękne parki, miejsca do uprawiania sportu, ścieżki rowerowe. Mogłabym wymieniać bez końca. A może ja jestem ślepa albo mam różowe okulary na nosie?


Nie cierpię malkontentów. Nie cierpię opluwania TEGO KRAJU przez maluczkich, zakompleksionych Polaczków, którzy niejednokrotnie swoim prymitywnym zachowaniem przynoszą wstyd całemu narodowi za granicą i którzy nie potrafią powiedzieć niczego miłego o swojej ojczyźnie. Nie przemawia przeze mnie ckliwy patriotyzm. Uważam jednak, że należy szanować TEN KRAJ, skończyć nareszcie z uderzaniem w martyrologiczne tony i zacząć być dumnym z tego, że po ’89 roku w końcu podnieśliśmy się i nieustannie rozwijamy jako naród i kraj. Nie było lekko, ale należy docenić, że od dwudziestu siedmiu lat żyjemy w wolnej ojczyźnie, możemy się kształcić i robić wiele rzeczy, o których nasi rodzice czy dziadkowie mogli pomarzyć.


A wiecie, co było najzabawniejsze w tej całej rozmowie ze wspomnianym facetem? Że sam okazał się ponurakiem z krzywą gębą. Sprawdziła się zasada brzmiąca: "Jeśli coś cię dotyka, to zapewne ciebie dotyczy”.  



e-szablony
  e-blogi.pl  [Załóż blog!] rssSubskrybuj blogi
[Zamknij reklamy]