Frausuchen - blogerka


No co?! 2017-01-28 18:26

            Codziennie w mieszkaniu obok rozlegały się te same odgłosy porannego przygotowywania się do nowych wyzwań. Oprócz szumu wody nalewanej do wanny, potem ślizgania się w niej czyjegoś tyłka, następnie dźwięku chyba lekko zużytej suszarki do włosów, można było usłyszeć trzaskanie, rumor, szczekanie psa i… jazgot Zdzichy próbującej wywalić z wyra swą młodszą córkę – Dżesikę. Starsza córunia, Amanda, miała już tę szkołę życia za sobą i najszybciej jak mogła,wyfrunęła z domowych pieleszy. Tak więc w tamtym czasie, o którym obecnie mowa, Dżesika bywała dzień w dzień wyrywana z głębokiego snu wysokimi tonami Zdzichy. Tym wyższymi, im dłużej Dżesika ociągała się i marudziła. Jeszcze do niedawna wstawała równo z matką, lecz wkraczając w głupkowaty, nastoletni wiek, podobnie jak większość jej rówieśników, lubiła gnić do południa i miała cały świat wiadomo gdzie.


            Rytuał musi być zachowany. Domowe zwyczaje, tradycje, podział ról i inne bzdetne nieraz porządki trwają latami niezmienione. Zdzicha darła ryja bez opamiętania i zupełnie bezkarnie, zwłaszcza, że w tym czasie jej mąż, Janusz, był już w pracy. Janusz nie cierpiał hałasu. Ale wychodził wczesnym rankiem, więc Zdzicha niczym nie skrępowana trenowała swój sopran przechodzący w krańcowym etapie wkurwienia w alt. Poranna pogawędka brzmiała tak:


- Dżesika, wstawaj, bo zaśpisz do szkoły! – Zdzicha wparowywała do mniejszego pokoju, powiedziała, co miała do powiedzenia i… jeb! drzwiami.


- Zaraz… - odpowiadała do poduszki Dżesika. I zapadała ponownie w sen.


Po chwili Zdzicha znowu przystępowała do ataku:


- Wstawaj, kurwa, bo zaśpisz, krowo jedna!!!


- Ja pierdoleeee – mruczała pod nosem poirytowana córka, ale cicho, żeby matka nie słyszała, bo jeszcze dostałaby w łeb. Ze starą lepiej było nie zadzierać.


- Dalej, kurwaaaa!!! – sopran docierał już do uszu sąsiadów, którzy jak w każdy dzień roboczy myśleli: „Co za pojebane babsko” i zakopywali się pod kołdrą, bo wiadomo było, że zaraz nastąpi ciąg dalszy.


            Tymczasem pies rasy kundellos kręcił się pod nogami i ujadał jak wściekły, bo zwyczajnie chciało mu się siku. Latał po mieszkaniu w nadziei, że zostanie dostrzeżony. W końcu Zdzicha go zauważyła:


- Gdzie się, kurwa, kręcisz sierściuchu jebany!!! – odpowiedział jej skowyt zwierzęcia, które otrzymało kopniaka w zadek.


- DŻESIKAAAA!!!


- COOOO?!


- GÓWNO!!!


            No.


 


Po nieudanym małżeństwie i odchowaniu Bogu ducha winnych dzieci, Dżesika wróciła tam, skąd przyszła.Od kilku  lat wstaje rano w równym stopniu niechętnie jak w czasach swojej młodości. Zwleka się, bierze szybki prysznic, szykuje śniadanie dla dwóch osób, je, ubiera się i wbiega do mniejszego pokoju. Szybkim ruchem zdziera z niej kołdrę i przewraca na bok.


- No nie, znowu zlałaś się w łóżko?! Czemu zdjęłaś pampersa?! – krzyczy zniecierpliwiona. – Znowu przez ciebie spóźnię się do roboty! Kiedyś mnie w końcu wypierdolą i ciekawe z czego będziemy żyć!


                        Ona odwraca w milczeniu głowę. Nie chce patrzeć, jak córka z malującą się na twarzy wściekłością, wykonuje mechaniczne ruchy. Każe wstać, poprawia folię rozłożoną na materacu, szybko zmienia prześcieradło, ściąga z niej koszulę nocną. A ona stoi jak święty turecki i drży z zimna.


- Co się tak trzęsiesz jak gówno w przeręblu? Dalej, dawaj ręce do góry. No, koszula założona. Wskakuj do łóżka, bo mi się rozchorujesz jeszcze i wtedy dopiero będzie! – gdy córka zrzędzi, stara, niedołężna Zdzisława próbuje rozeznać się w sytuacji. Mózg przeżarty przez demencję nie nadąża za komunikatami wystrzeliwanymi jak pociski z karabinu maszynowego.


            Potem Dżesika zakłada płaszcz, otwiera drzwi i w locie rzuca:


- Zaraz przyjdzie do ciebie opiekunka! Tylko bądź grzeczna!


- Co??? – pyta przygłuchawa Zdzicha.


- Gówno.


            No.


 


 




Jedyne, co potrafię to WSPÓŁ-CZUĆ 2017-01-20 20:27

            Próbowałam, naprawdę wiele razy próbowałam. Jakoś pojąć rzeczy nie do pojęcia. Jestem inteligentnym człowiekiem, oprócz tego mam bardzo rozwiniętą inteligencję emocjonalną. Zawdzięczam to splotowi wielu niefortunnych zdarzeń w swoim życiu. Ale paradoksalnie właśnie dzięki nim potrafię WSPÓŁ-CZUĆ drugiemu człowiekowi. I dochodzi do tego usilne staranie się, zabieganie o zrozumienie czyjegoś położenia, pokręconego myślenia, podejmowania irracjonalnych decyzji. Ale są sprawy, których mimo licznych prób, nie jestem w stanie pojąć.


            Przyznaję się – nie umiem zrozumieć matek, które nigdy nie powinny zostać matkami. Matek, które biernie przyglądają się, jak ktoś inny krzywdzi ich dzieci. Bije, wykorzystuje seksualnie, dręczy psychicznie i wyprawia inne brewerie. I to wszystko dzieje się w domu, wśród domowników, którzy powinni tworzyć rodzinę. Taką ciepłą, kochającą się, wcale nie idealną, bo takie nie istnieją, lecz dającą poczucie bezpieczeństwa i akceptację. Nie rozumiem matek udających, że pewnych rzeczy nie widzą, odpychających dzieci zwierzające się z najwstydliwszych sekretów powierzonych im „w tajemnicy” przez agresora. Matek czekających z niecierpliwością, aż jakaś instytucja wreszcie odbierze im dziecko sprawiające problemy, które zresztą nie wzięły się znikąd. Aż ten bachor-balast pójdzie w diabły, a one będą mogły zrobić sobie kolejnego, ślicznego dzidziusia w miejsce tego nieudanego potomka.


            Nie obejmuję swoim rozumem postępowania rodziców zrzucających odpowiedzialność za wychowanie i opiekę swoich dzieci na innych. Oni spłodzili, ale resztą niech zajmie się szkoła, Miejski Ośrodek Patologii Skończonej, ośrodki wychowawcze i inne przechowalnie. Nie chcą nauczyć się, jak radzić sobie z problemami, nie dostrzegają żadnych kłopotów albo dostrzegają, ale wolą rozłożyć bezradnie ręce. „Ja sobie z nim nie radzę”, „ja już mam dość”, „ja nie wiem, co mam robić” – mówią najczęściej matki, gdyż ojcowie przeważnie są jeszcze mniej zainteresowani swoimi dziećmi. Tacy rodzice nie upatrują też żadnego związku między sytuacją domową a zachowaniem dziecka. To nie oni pokazali, że można kogoś tłuc bez opamiętania, nie oni wydzierają się na całe gardło, nie oni piją na umór, nie oni przestawiają słabszych od siebie po kątach, nie oni całymi dniami pierdzą w fotel i sterują nie swoim życiem, lecz telewizorem przez naciskanie guzików na pilocie. Nie oni mają cały świat głęboko w poważaniu, a potem nie oni dziwią się, że ich własne dzieci do złudzenia przypominają ich samych. Owszem, zdarzają się sytuacje, kiedy rodzice uczą wartościowych postaw i wpajają zasady moralne, ale dzieciak i tak zbacza na kręte ścieżki. Zwłaszcza w tak zwanym „trudnym wieku”. Ale nie oszukujmy się – takie przypadki nie stanowią reguły.


            Nigdy nie zrozumiem traktowania dziecka jako karty przetargowej w konfliktach między dorosłymi. Ani jako zabezpieczenia zasiłków z Miejskiego Ośrodka Patologii Skończonej. Takim ludziom nie drżą serca w obawie przed utratą dzieci, lecz przed utratą zasiłków, zapomóg i innych benefitów, dzięki którym mogą dalej wegetować i żerować na pozostałej części społeczeństwa. Bulwersuje mnie fakt, że wielu rodziców, po rozstaniu z dotychczasowym partnerem czy partnerką, traci zainteresowanie dziećmi. Są to przeważnie mężczyźni, początkowo weekendowi ojcowie, wpadający na godzinkę, góra dwie, by znowu ulotnić się na kolejne dni, tygodnie albo miesiące. Czasami są to całe lata, po których skruszony tatuś pojawia się znienacka i oczekuje rozgrzeszenia. A nieraz nie pojawia się nigdy i mijając dorosłe dziecko na ulicy udaje, że go nie poznaje. Gdy ono również mija je pozornie obojętnie, choć serce bije mu szybciej, tatuś odwraca się i patrzy. Patrzy i stoi jak słup soli. Matki również bywają okrutne. Aby ukarać niedobrego byłego już męża, utrudniają kontakt z dziećmi na wszelkie możliwe sposoby. Dla kochających ojców kara ta jest bolesna. Dla dzieci straszna i niezrozumiała.


            Jedyne, co potrafię, to WSPÓŁ-CZUĆ tym wszystkim dzieciom. Takim DDA, DDD i tym jeszcze małym, ze smutnymi, pełnymi żalu i beznadziei w oczach. Często wydaje się, że mają przemożną chęć opowiedzenia swojej historii, bogatej mimo niedługiego stażu na tym marnym świecie. Jednak rezygnują ze snucia opowieści z różnych przyczyn. Ze wstydu, strachu czy tkwiąc w przekonaniu, że i tak nikt im nie pomoże. Bo do tej pory pomoc nie nadeszła, chociaż tak bardzo starali się zwrócić na siebie uwagę kradnąc, bijąc rówieśników, klnąc jak szewce, niszcząc cudze mienie, żebrząc pod marketami, uciekając z przeklętego domu, chodząc na wagary, mając w dupie jedynki i liczne uwagi, które rodzice też mają w dupie. Potem ich los toczy się jak kula śnieżna. Niewielu pazurami wydziera cząstkę normalności w dorosłym życiu. Większość obraca się wokół znanych sobie klimatów i urządza podobne piekło kolejnemu pokoleniu. Jedni i drudzy pewnego dnia pękają gdzieś w środku i na trzeźwo lub po pijaku opowiadają, przez co przeszli, by znaleźć się tu i teraz. Z ich trzewi wylewa się powódź okropnych wspomnień, żalu, goryczy. Rzygają tym tak długo, tak strasznie długo. Niektórzy do samego końca.




Zła bajka 2017-01-13 17:50

„Opowiem Wam bajkę.


Jak kot palił fajkę,


a kocica papierosa.


Upaliła kawał nosa…”


 


            … i tak się wkurwiła, że postanowiła tego papierosa zgasić na czole swojego syna. Takiego małego, wrażliwego, strachliwego kotka. Kotek chodził potem przez dwa tygodnie naznaczony pieczęcią nieszczęścia. Wszyscy pytali: „Co ci się stało?” albo: „Coś ci wylazło na czole? Fuj!”. I odsuwali się od kotka koledzy. Nawet ci z tego samego podwórka, wokół którego wznosiły się obdrapane mury kamienicy i oficyny. Na podwórko wiodła brama, regularnie obszczywana przez okolicznych meneli. Mogliby się oni odlać w zbitym z desek kiblu stojącym koło szopek albo marnej imitacji toalety na klatce schodowej, ale tam gorzej cuchnęło niż w bramie. Poza tym szkoda męczyć poplątanych nóg, by dojść do tegoż marnego przybytku uwłaczającego wszelkim dwudziestojednowiecznym standardom.


            Kotek, nazwijmy go Miluś, chodził do kociej szkoły i na co dzień starał się udawać, że jest taki sam jak reszta kotków. Takich z dobrych domów, w których pachnie obiadem, a mamy czasem drą się, ale o duperele, na przykład oceny niższe niż piątka. Ojcowie zaś, lepsi lub nieco gorsi, ale obecni, przydzwonili nieraz swoim kotkom w łeb za pyskowanie. Jednak byli. W przeciwieństwie do ojca Milusia. Bo jego nie było, nie ma i nie będzie. Miluś nawet nie wie, kim był jego tajemniczy ojciec. Ba! Sama matka Milusia nie potrafiłaby ustalić, z którym klientem spłodziła swego nie pierwszego i bynajmniej nie ostatniego kiciusia. Albowiem trudniła się nierządem dającym jako taki piniądz umożliwiający przetrwanie. Żadna normalna praca jej nie interesowała. Gdyby takową podjęła, musiałaby rano zrywać się z wyra, zasuwać z kotkami po przedszkolach, szkołach i żłobkach, a następnie biegiem lecieć do roboty przynoszącej zarobek niższy niż suma zasiłków i zapomóg z Miejskiego Ośrodka Patologii Skończonej (MOPS). A ona nie taka głupia ani żadna z niej frajerka! Dlatego pani Milusińska wolała oddawać się za piniądze, póki jeszcze ktokolwiek był gotów połasić się na jej wydziargane, zniszczone życiem ciało.


            Tymczasem Miluś pewnego dnia miał dość. No zwyczajnie miał dość takiego gównianego życia. Zadekował się w kociej szkole i pomyślał, że ni chuja nie ruszy się stamtąd. Do tej zapuszczonej, zagrzybionej, śmierdzącej nory. Do starszego rodzeństwa tylko czekającego, by go wygnać na szaber lub zmusić do innych bezeceństw. Do mamy Milusińskiej wkurwionej po telefonie pani z MOPS-u, że Miluś siedzi w kociej szkole i nie zamierza wrócić do domu. Już on dobrze wiedział, co go czeka, gdy zawita w domowych progach. Mama Milusińska chcąc nie chcąc musiała ruszyć swą niemłodą już dupę i iść po ukochanego, aczkolwiek niesubordynowanego kiciusia. Była po kilku głębszych, więc stojąc przed brudnym lustrem próbowała zamaskować czerwoność twarzy paroma maźnięciami taniego pudru. Znalazła nawet szczoteczkę do zębów i szybko przejechała odrobiną pasty po wybrakowanym uzębieniu. Po drodze złorzecząc Milusiowi kupiła gumy do żucia zamiast dajmy na to puszki piwa. Żuła namiętnie całą drogę, by ta durna opiekunka kiciusiów w kociej szkole nie pruła się, że stara przyszła pod wpływem. Ale niestety ta durna opiekunka zauważyła, wyjęła telefon i…


            Jeśli myślicie, że będzie z tego morał albo dobre zakończenie, czeka Was zawód. W życiu jak w prawdziwych bajkach, nie ma dobrych zakończeń. Zawsze są ofiary, mimo tego, że obiektywnie rzecz biorąc dobro zwycięża, a zło zostaje ukarane i takie tam bzdury. Nie podam zakończenia. Dopiszcie je sobie sami.




Krótka cisza 2017-01-12 21:58

      Któregoś dnia Pan Włodek objął mnie ramieniem i powiedział tak zwyczajnie: „Wszystko będzie dobrze”. Spojrzałam Mu w oczy i naiwnie zapytałam: „Naprawdę tak pan uważa?”.  „Oczywiście” – odparł i uśmiechnął się. Uścisnął mnie. „Lepiej?” – spytał. Lepiej. Było lepiej. Bo widziałam, że ten pogodny jak zwykle człowiek, naprawdę dobrze mi życzył. Zawsze, gdy wchodziłam do sklepu, a jego akurat nie było za ladą, wyskakiwał zza regału i witał mnie głośno, radośnie, tak że robiło mi się ciepło na sercu. Dobrze wiedział, co chcę kupić i błyskawicznie układał na blacie chleb pełnoziarnisty albo taki pszenny z ziołami, nie wiadomo dlaczego nazywany „Tygryskiem”. Potem kolejno wyciągał z lodówki najlepszy twaróg, śmietankę i osiemdziesięciodwuprocentowe masło. Wszystko pakował do torby. Żartowałam, że jestem najlepszą, najsympatyczniejszą klientką. A On oraz towarzysząca Mu codziennie Pani Renia przytakiwali. Wtedy ja mówiłam, że to najlepszy, prowadzony przez najsympatyczniejszych ludzi sklepik.


            Tematów do rozmów było wiele, więc zakupy nigdy nie kończyły się ot, tak, raz-dwa. Kiedy wchodzili inni klienci, na chwilę przestawaliśmy toczyć dyskusje, by po chwili do nich wrócić. Ile razy śmialiśmy się… Głośno i szczerze. Czasami było smutno. Wówczas wystarczyło kilka miłych słów i zły czar pryskał. W małym sklepiku na targowisku panował gwar oraz serdeczna atmosfera. Aż nie chciało się wychodzić.


Wpadam tam od lat w drodze z pracy do domu. Jedno okienko, brązowe drzwi wejściowe. Przez okno widać leżące na półkach bochenki chleba, rogale w koszykach, drożdżówki ułożone na wysuwanych tacach. Pan Włodek sam wybierał najładniejsze produkty. Especially for me. Przed ostatnim Bożym Narodzeniem robiłam zakupy w pośpiechu. Wiadomo – przed świętami czas jest na wagę złota, a ja przed planowanym wyjazdem miałam jeszcze tyle spraw do załatwienia. Wpadłam więc do sklepiku, popytlowałam chwilę i poleciałam do domu. Nie pamiętam dokładnie, ale wydaje mi się, że spieszyłam się na jakieś zajęcia. Życzyliśmy sobie nawzajem wesołych świąt. O! Przypomniałam sobie, że życzyłam Panu Włodkowi i Pani Reni bogatego Gwiazdora z wielkim worem i ogromną rózgą, hehe. Hahaha, hihihi. Wesoło. Szybko. Do domu. Do zobaczenia.


            Dzisiaj od samego wejścia poczułam się dziwnie. Pani Renia i jej koleżanka stały jakieś osowiałe. Ciemne jak węgle oczy Pani Reni kryły głęboki żal. „Czemu jest pani taka smutna?” – rzekłam, a mój uśmiech gasł powoli. Krótka cisza. „A bo Włodek nie żyje”. Pan Włodek spadł ze schodów. I już nie ma Pana Włodka.




Smogowy smok 2017-01-09 23:17

            Wychodząc z pracy odetchnęłam pełną piersią. „Uff… nareszcie jestem wolna” – pomyślałam. Przekraczając próg mego miejsca zatrudnienia wbijam się w ciasny uniform zasad i konwenansów, zaś opuszczając ten budynek zrzucam ów męczący balast. I dzisiaj otwierając drzwi, robiąc krok tuż za nimi, zaciągnęłam się licząc na wypełnienie płuc mroźnym, zdrowym powietrzem. Sztachnęłam się na całego. Lecz to, co poczułam w nozdrzach, sprawiło, że skrzywiłam się z obrzydzeniem. Znowu jakiś cham palił plastikiem w piecu! Ten ohydny smród rozpoznaję z daleka! Plastik lub inne sztuczne gówno cuchnące, trujące, wywołujące choroby, w tym raka, którego boję się jak jasna cholera, o czym już wspominałam wczoraj. Nieopodal na płocie wisi balszoj transparent z hasłem: „Nie truj dzieci i nie pal śmieci”. Wszędzie w mediach i na portalach społecznościowych trąbi się o słynnym smogu wiszącym nad miastami jak olbrzymia, zakurzona poducha, gotowa przygnieść i udusić małe ludziki przechadzające się po ziemi. Kampanie, alerty, reklamy społeczne – wszystko na nic. Najzabawniejsze jest to, że turyści jadąc na przykład w góry na narty wierzą, że tam ich płuca odżyją. Płacą nawet za to opłatę klimatyczną. Dobre sobie. To turystom górale powinni płacić za pobyt w kotlinach, nad którymi unosi się paskudny dym z kominów.


            Wracając do domu pędziłam bezbronna wobec plastikowych wyziewów. Gdy na obiad jadłam zdrową kaszę bulgur z warzywami, korzystając z wolnej chwili, postanowiłam rozeznać się w aktualnej sytuacji w Polandzie i na świecie. Włączyłam TiVi i co usłyszałam? Pomijając podpisanie przez Andrew ustawy wprowadzającej reformę oświaty (brak słów), komentarze i dywagacje na temat sejmowej sagi (również brak słów), pojawiła się informacja o zagrożeniu spowodowanym przez SMOG. Na mapie Polandu jak pryszcze na twarzy nastolatka widniała masa kropek ilustrujących skalę tego zjawiska. A ile z tych kropek było czerwonych! Olaboga! I w tych naznaczonych miejscach władze miast łaskawie zaproponowały darmową komunikację miejską oraz apelowały o pozostawanie w domach. W domach, w których niektórzy hajcują starymi butami, ubraniami, opakowaniami po żywności i napojach oraz wszelkiej maści ścierwem wykonanym z różnych komponentów, które paląc się w piecu tworzą smogową chmurę. Do tego dochodzą spaliny samochodów, bez których większość leniwych kierowców nie może się obejść, nawet jeśli z punktu A do punktu B dzielą ich zaledwie dwa, trzy kilometry. Wielu z nich nie wyobraża sobie jazdy autobusem czy tramwajem. Kiedyś pewna pańcia powiedziała mi, że komunikacją miejską jeździ śmierdzący plebs. Ot, żarcik taki. Jakoś mało zabawny.


            I po co ja się zdrowo odżywiam? Po cóż ujeżdżam rowerem? Czytam te wszystkie metki na opakowaniach, na ubraniach, dociekam, co one zawierają? Chcę być odpowiedzialnym konsumentem. Ograniczam kupowanie odzieży, butów, innych niekoniecznie potrzebnych towarów. Wszystko po to, by być bio, eko, fit, a tymczasem jest to zwykły bulszit! Bulszit wobec piecowych kłębów dymu, wobec samochodowych rur wydechowych, zwłaszcza diesli z usuniętymi filtrami, wobec braku wiatru przepędzającego smogowego potwora gdzie indziej, nad inne niebo, byle nie wisiał tu nad nami. SMOG jak smok straszy w dzień i w nocy, rozsiadł się wygodnie i ani myśli iść gdziekolwiek. Ani z naszego polandowskiego nieboskłonu, ani z naszej polandowskiej mentalności. Żadna ustawa, groźba mandatu, unijne kary nie zmienią tego stanu rzeczy. Jakakolwiek zmiana jest uzależniona od uświadomienia sobie przez społeczeństwo problemu, a następnie zmiany sposobu myślenia. A jak wiadomo – z tym jest zawsze najtrudniej. 




Ja - baba, przymuł i mameja 2017-01-08 19:26

Znowu wróciłam z wojaży. Jestem w domu, popijam latte macchiato i delektuję się świętym spokojem. Trochę bolą mnie nogi, trochę kręgosłup i tyłek, ale te robaki w tyłku gnające mnie po drogach Polandu i nie tylko, zostały zaspokojone. Za jakieś trzy tygodnie ponownie wyjeżdżam, choć nie do końca mam na to ochotę. Nie jestem już takim globtroterem jak kiedyś. Coraz częściej marzy mi się kanapa, ciepły kocyk, herbatka i dobra książka zamiast włóczenia się tu i tam. No chyba że chodzi o długie spacery lub jazdę rowerem. To co innego. Ale tak w ogóle, nie chce mi się wyłazić z domowego zacisza. Jestem kocurem – piecuchem. Nie dla mnie zimowe eskapady. Dzisiaj gnałam więc do domu z pragnieniem spędzenia w nim resztek swojego wolnego czasu. Słońce ogrzewało moją twarz, podczas gdy asfalt zwijał się pod kołami samochodu. Pola były pokryte białą pierzynką. Przede mną droga. Dla podróżujących na szczęście czarna. Na nieszczęście dla mojego auta posypana solą, której kryształki pozostawały na karoserii po wyschnięciu wody.


Niewiele jest rzeczy i osób na świecie, których się boję. Boję się ciężkich chorób. Na przykład słowo: „rak” przyprawia mnie o szybsze bicie serca i wywołuje suchość w ustach. Boję się nieobliczalnych ludzi. Pozwolę sobie nie rzucać nazwiskami. Część z nich jest powszechnie znana. Boję się również śmierci. Mam wobec niej ambiwalentne uczucia, gdyż takie same uczucia żywię do spraw metafizycznych. Wolałabym też wierzyć, że istnieje życie po życiu. Choć wolałabym zbyt szybko się o tym nie przekonywać. I dlatego też boję się jeszcze czegoś, a raczej kogoś – wariatów drogowych. Oszołomów, którzy nigdy nie powinni otrzymać prawa jazdy. Czubków, którzy lekceważą przepisy sądząc, że są one po to, by je nagminnie łamać. Półgłówków bez wyobraźni czujących się za kierownicą jak królowie szos i mających innych za nic, łącznie z nieszczęsnymi pasażerami, których wiozą. A powinni oni zdać sobie sprawę z tego, że samochód może stać bardzo niebezpiecznym narzędziem w ich rękach.


Niby każdy wie, że jazda z nadmierną prędkością wiąże się nie tylko z groźbą otrzymania mandatu i punktów karnych. Zresztą to i tak najmniej istotna konsekwencja. Gdy mija się auta roztrzaskane lub zgniecione jak puszki po napojach, przechodzą człowieka ciarki. Leżące na ziemi ciała przykryte czarnymi workami straszą. Znicze zapalone pod przydrożnymi krzyżami przypominają o ofiarach nieszczęśliwych wypadków lub zwyczajnej brawury. A jednak za każdym razem, gdy pokonuję kilometry po polanowskich drogach, mijam psycholi, którzy nie szanują życia. Dzisiaj mimo tego, że jechałam naprawdę szybko, co chwilę byłam wyprzedzana przez innych kierowców. Z pewnością nie byłam zawalidrogą snującą się jak smród po gaciach. Po prostu jechałam z maksymalną dozwoloną prędkością. I widząc we wstecznym lusterku zniecierpliwione miny kierowców jadących za mną, z wkurwem w oczach, gdy cholerna podwójna ciągła jednak powstrzymywała ich przed karkołomnym manewrem, patrzyłam na nich z politowaniem. „No jedź sobie, jedź, bo przecież musisz udowodnić, że jesteś lepszy, szybszy, zajebistszy niż jakaś baba” – myślałam, gdy król szos w końcu mógł wdepnąć w gaz i zapierdalać na złamanie karku. Swojego lub czyjegoś.


Najbardziej boję się wyruszać w podróż w newralgicznych okresach, kiedy spory procent prowadzących jedzie na podwójnym gazie lub na kacu. A jest ich wielu, lecz niestety udaje im się nie wpaść w sidła kontroli drogowej. Szkoda. Powinien istnieć jakiś specjalny radar namierzający pijaków. Potencjalnych morderców, którzy działają z premedytacją. Bo jak inaczej zakwalifikować czyn człowieka siadającego za kierownicą po alkoholu lub innych środkach odurzających? On to potencjalny morderca. Samochód to potencjalne narzędzie zbrodni. Pasażer wsiadający do środka razem z takim kierowcą jest współwinny i również powinien odpowiadać karnie.


Najsmutniejsze jest jednak to, że ofiara szaleńca lub kierowcy – pijaka nie będzie miała szansy otrzepać się, wstać i pójść dalej przez życie. Ofiara pozostanie na zawsze ofiarą. Opłakiwaną przez członków rodziny i przyjaciół ofiarą, której kruche życie lub zdrowie ktoś inny zlekceważył i nie uszanował. W imię bycia szybciej u swojego celu, pochwalenia się możliwościami swojej bryki oraz pokazania faka wszystkim babom, starym dziadkom i innym ciotom, mamejom i przymułom oraz zaoszczędzenia kilkunastu złotych na taksówkę w przypadku spożycia alkoholu. I choć jestem odpowiedzialnym kierowcą, boję się jeździć. Lubię, ale się boję. Ja – baba, przymuł, mameja.


 



e-szablony
  e-blogi.pl  [Załóż blog!] rssSubskrybuj blogi
[Zamknij reklamy]