Frausuchen - blogerka


Niemiłe dobrego początki 2017-02-24 21:01

Nareszcie koniec tygodnia!!! Hurrraaaa!!! A niedługo koniec tego parszywego miesiąca. Dokonajmy zatem małego podsumowania. W ciągu minionych kilku tygodni… Najpierw rąbnęłam się płacąc ostatnią ratę kredytu za jakąś duperelę i tym samym naraziłam się na konieczność poniesienia kosztów tej absurdalnej pożyczki, na którą dałam się namówić, chociaż wcale nie musiałam jej brać. Miałam chyba pomroczność jasną. Trudno. I w chwili, kiedy robiłam ostatni przelew do pewnego banku, nie zauważyłam 90 groszy „końcówki”. Ocknęłam się po paru dniach i zrobiło mi się ciepło. Nie tak miało być. Miałam za-o-szczę-dzić. Jedno z moich ulubionych słów to właśnie „za-o-szczę-dzić”. W pośpiechu spróbowałam odkręcić tę sytuację, skleciłam piękne pismo łudząc się, że ów bank wbrew obiegowej opinii krążącej po necie, okaże miłosierdzie. I wyobraźcie sobie, że tak się stało! Nieomal spadłam z krzesła, gdy przeczytałam odpowiedź, że darowane mi będą koszty kredytu. Może przekonało ich moje zapewnienie, że zamierzam jeszcze skorzystać z ich szerokiej oferty? Hm… Tak na marginesie – jestem specjalistką w redagowaniu rozmaitych pism i tekstów.


Lecimy dalej. Ponad dwa tygodnie temu, gdy przebywałam w pięknych Tatrach, zostałam okradziona. Tak. O-kra-dzio-na. Zdecydowanie nie przepadam za tym słowem. Być okradzionym = czuć się jak jakiś frajer. Zwłaszcza, jeśli okazuje się, że złodziej był wyjątkowo bezczelny, a do tego należał do grona znajomych osób. Moje zaufanie do ludzi zostało lekko nadwerężone. Na szczęście złodzieja cechowała głupota. Większa niż jego zuchwałość. I drogą dedukcji oraz dzięki wrodzonej inteligencji doszłam do tego, kim on jest. Ten cham niemyty! Potem przeprowadziłam rozmowę w cztery oczy i z kamienną twarzą odkryłam wszystkie jego karty. Przyznał się. Mało tego! Oddał skradzione pieniądze! Drugi punkt dla mnie :)


A tak poza tym dowiedziałam się o planowanej reorganizacji w pracy. Najpierw się wściekłam, a potem lekko podłamałam. Ale dzięki przemiłemu spotkaniu z niezastąpioną Rudą oraz Kaczką i dzięki skierowaniu swojej uwagi na inne sprawy, poczułam wewnętrzny spokój. Muszę przyznać, że w tym wyciszeniu pomogły pyszne drinki oraz jedzonko. Mniam! Uwielbiam jeść. Gdy zjem coś dobrego, świat wydaje mi się wspaniały. A gdy popijam dobrego drineczka w dobrym towarzystwie, tocząc dysputy na ważkie tematy, wszelkie problemy maleją. Do innych sposobów ucieczki od przyziemności należą górskie wędrówki. Najlepiej takie hardcorowe, w trakcie których pot leje się obficie, w głowie układają się wszystkie klocki, a pokonywanie niedogodności i własnych ograniczeń wzbogaca wewnętrznie. Z wysokiego, dalekiego, rzadko odwiedzanego szczytu, pośród ciszy, mając u boku tego JEDYNEGO człowieka, nic nie jest ważniejsze od trwania tu i teraz. Jednak w obliczu niemożności wybrania się w góry, zorganizowałam klimatyczny wieczorek. Zadziałało. Niniejszym nadmienię, że w łapaniu równowagi pomogły mi liczne rozmowy z Przyjaciółką, z którą zjadłyśmy beczkę soli i która doskonale wie, jak postawić mnie do pionu. Dzięki, Szanowna Przyjaciółko. Acha, dziękuję też Kejt. Ta to potrafi jednym tekstem palnąć w łeb i dać szturchańca ;) Co ja bym zrobiła bez tak cudownych kobiet wokół siebie…


Dzisiaj wróciłam po całotygodniowym maratonie do domu tak wypruta, że jedyną rzeczą, której pragnęłam, był święty spokój. Cisza. Zjeść, walnąć się na kanapę, wypić kawę – oto moje popołudniowe marzenia. W chacie był syf, ale waliło mnie to. Najpierw liczył się mój komfort. Odwołałam zajęcia z angielskiego. Nie zamierzałam się po raz kolejny zbłaźnić, gdyż nie miałam ani siły, ani czasu, by cokolwiek sobie powtórzyć. Trudno. Nadrobię to w weekend. Zjadłam obiad i buch! – pod cieplutki kocyk. Przy komentarzach w TiVi dotyczących kursów giełdowych pomalutku odpływałam w niebyt. Zakodowałam tylko to, że wypowiedź jakiegoś pajaca z Hameryki spowodowała  spadek na giełdzie i… już było po mnie. Nawet nie wiem, czy dobrze zrozumiałam słowa zamieniające się w monotonny pomruk, brzmiący jak kołysanka. Swoją drogą makroekonomia jest fascynująca.


Po przebudzeniu wzięłam się za ogarnianie mieszkania, co zawsze dobrze wpływa na moją psychikę. Wykonywanie nieskomplikowanych czynności pomaga mi się odprężyć i nie myśleć o niczym. Nie ma to jak jazda na szmacie. Dzięki temu jestem teraz spokojna, nie mam gula w gardle i nareszcie nie boli mnie głowa. Wokół i we mnie panuje ład oraz porządek. A jutro zrobię sobie dobrze, gdyż w końcu po dwukrotnym przekładaniu wizyty u fryzjera, pójdę zrobić się na bóstwo ;) Mam także plany co do kasy za te cholerne nadgodziny, które mnie dobiły nerwowo. Zamierzam umówić się na różne zabiegi pielęgnacyjne twarzy, szyi i dekoltu. Moje Drogie Koleżanki, jak zobaczycie na ulicy taką ładną, bijącą po oczach swą świeżością kobietę, to będę nią ja. Liczę na komplementy i okrzyki zachwytu ;) Mam tylko nadzieję, że kolejne nadgodziny lub dupogodziny w robocie nie obrócą w perzynę moich zamiarów. Wtedy naprawdę się wkurzę i będę brzydka, a tego nie chcę. I zapewniam, że ludzie z mojego otoczenia także tego nie zechcą oglądać, jak jestem zła i brzydka. Lepiej będzie dla wszystkich, jeśli uda mi się zrelaksować i być piękną. Serio.


Tymczasem za moment wezmę kąpiel, nabalsamuję ciało, a następnie będę leżeć i pachnieć… Ach… Czasami to, co ma kiepski początek, kończy się dobrze…




Pomyślę o tym kiedy indziej 2017-02-17 22:12

            Idąc za przykładem Kejt, niniejszym upuszczam nieco ciśnienia z mej krwi. A że pora niefartowna i nie mam z kim pogadać – piszę. Właśnie spożyłam dwie bułki z marketu dla biedaków, nadrabiam braki płynów pijąc hektolitry herbaty z cytryną i mój punkt widzenia na otaczający mnie świat uległ lekkiej transformacji. Oczywiście w pozytywnym kierunku. Nie ma co dumać o kłopotach z pustym żołądkiem. To zdecydowanie pogarsza sprawę. Nie będę przedłużać rozwlekłym wstępem i przejdę do meritum megoż żalu nieposkromionego. Otóż, stało się. Nad moją, wprawdzie wątpliwą, karierą zawodową zbierają się ciemne chmurzyska. A wszystko za sprawą idących zmian organizacyjnych. Na nic się zdadzą różne fortele stosowane przez co niektórych współpracowników, na nic dupowłażenie. Kto ma wylecieć, ten i tak wyleci. Z hukiem i bezpowrotnie. Dlatego tym bardziej nie zamierzam brać udziału w wyścigu szczurów. Szkoda czasu i zachodu. Lepiej zastanowić się nad tym, co można zrobić, aby zapewnić sobie w miarę miękkie lądowanie.


            Chwała Bogu, że uczę się języków. Owszem, ostatnio zaniedbałam angielski i dziś po długiej przerwie czułam się jak debil rozmawiając z moim lektorem. Ale solennie przyrzekam poprawę. O wiele lepiej idzie mi z niemieckim. Łapię się na tym, że myślę w tym języku i moim bliskim moje zachowanie czasami wydaje się być trochę dziwne. Zwłaszcza, gdy niepostrzeżenie zwracam się do nich auf Deutsch. Przypominają mi nieustannie, że jestem, kim jestem. Że pochodzę z Polandu. Tak, urodziłam się tu i mieszkam na stałe. Ale ostatnio coraz częściej dopuszczam do siebie myśl, że mogłabym stąd wyjechać. I dlatego cieszę się, że jednak coś mnie kiedyś tknęło i sama dla siebie zaczęłam się uczyć niemieckiego. Wychodzę z założenia, że nigdy nie wiadomo, dokąd poniesie nas w życiu. A w świetle nadchodzących zdarzeń, przyszłość może mnie zaskoczyć i dokonać ostrej wolty w tym moim bezpiecznym, cieplutkim światku. Nie żebym bała się zmian. Co to, to nie. Ale nie miałabym nic przeciwko, gdyby ominęły mnie burzliwe rewolucje.


            „Siedzę i siedzę. Myślę i myślę”… mogłabym się przebranżowić. A jakże! Jestem elastyczna, posiadam wiele możliwości i umiejętności. Nawet do niedawna o tym marzyłam. Tylko w pewnym momencie zdałam sobie sprawę z tego, że jednak trochę zaczęłam lubić tę moją parszywą robotę. Gdzieś w środku czuję, że jestem w tym bardzo dobra, że lubię to. Tak! Lubię to. Hm… Ja naprawdę nie jestem teraz ani pijana, ani pod wpływem jakichkolwiek środków odurzających. Od kiedy wprowadziłam zmiany w sposobie myślenia, zdystansowałam się do wielu spraw zawodowych, odseparowałam od niektórych ludzi, polubiłam swoją pracę. Już wiem, że działa zasada: „Jeśli nie możesz czegoś zmienić, zmień swoje myślenie o tym”. No i zmieniłam. Polubiłam. Fajnie. A teraz ślepa Fortuna postanowiła ze mnie zadrwić i dać porządnego kopa w zadek. Mogłabym się przebranżowić, ale nie chcę robić czegoś innego. Nauczona doświadczeniem, mimo wszystko dobrze wiem, że jeśli zajdzie taka potrzeba, zmienię profesję. Zbyt wiele już przeszłam w życiu, żeby się zżymać i zapierać. A może tak ma być? Na przemian racjonalizuję i szukam wyjaśnienia w starych przysłowiach oraz powiedzeniach, których słucham od dziecka. Że tak widocznie miało się stać. Że może tak ma być. Co ma wisieć, nie utonie. Przyjdzie czas, będzie rada. I takie tam…


            Szlag by to trafił! Miałam żyć tu i teraz, a znowu włączyłam automatyczne planowanie, wizualizowanie i przygotowywanie wariantów awaryjnych. Koniec tego zrzędzenia. Jutro wieczorem przychodzą do mnie dziewczyny i będę się dobrze bawić. A o problemach pomyślę kiedy indziej. Tak więc Ruda, jeśli to czytasz, przygotuj się godnie i razem z Kaczką wbijaj do mnie na chatę. Musiałam trochę zmienić menu, ale składniki będą podobne do tych, które proponowałam. Mam nadzieję, że sponiewieramy się lekko. Ku lepszej przyszłości i świecącej nad nią gwieździe! Arrivederci! <3




Zołzą być? 2017-02-12 14:49

            Pewna kobieta, trzydziestoletnia blondynka (farbowana), rozwiedziona, po kilku związkach i przelotnych romansach, od lat zachodzi w głowę, jak to się dzieje, że mimo wielu starań, nie może założyć rodziny. Takiej rodziny z prawdziwego zdarzenia, z mężem, dziećmi i psem albo innym pupilem plączącym się pod nogami. Przecież ukończyła studia, kupiła mieszkanie, po sześciu podejściach w końcu zdała egzamin na prawo jazdy, a nawet profilaktycznie, jeszcze w trakcie kursu kupiła nieduże auto. No czyż nie jest idealną kandydatką na życiową partnerkę? Cytuję jej słowa: „No trzeba być głupim, żeby tego nie docenić, że się ma wykształconą dziewczynę, z mieszkaniem, samochodem”. Wprawdzie wielu kandydatów połaszczyło się na jej publicznie eksponowane wdzięki, lecz żaden, łącznie z naprędce poślubionym mężem, nie zagrzał długo miejsca w jej pieczołowicie przygotowywanym gniazdku. Niejeden zaś wiał, gdzie pieprz rośnie, tuż po pierwszej upojnej nocy, która notabene miała miejsce na samym początku znajomości. Nie minęło „przepisowych” kilka tygodni kwarantanny, a ona już przedstawiła wszystkie swojej „atuty” i plany na przyszłość. Potem rozczarowana słuchała sygnału telefonu, którego nowo poznany kandydat na męża, nie zamierzał odbierać. A gdy raz pofatygowała się do domu tegoż, ujrzała jego plecy, do których mówiła wylewając swe gorzkie żale. A facet po prostu powiedział, że „chce być teraz sam” i nie ma aktualnie czasu. Należy nadmienić, że nie miał go i później, i nigdy potem. Nie dla niej.


            Kolejny absztyfikant dał się złapać na haczyk i nawet przez kilka miesięcy mieszkał z nią. Jeździł jej samochodem, podczas gdy ona zasuwała na przystanek autobusowy. Korzystał z jej gościnności nie dając nic w zamian. No może dawał – namiastkę normalnego związku. Lecz nie trwało to długo. Ten niewdzięcznik też szybko się ewakuował. Potem jej łóżko wygniatał następny. Poznany w dyskotece łysy kark w obcisłym podkoszulku. Kwintesencja samczości w jej mniemaniu. Niestety, mimo obniżenia przez nią poprzeczki wymagań, mimo ofiarowania serca na dłoni, a ciała w ofierze, czar prysł. Facet spakował się, położył klucze na stoliku i pofrunął w siną dal. A ona? Nadal szuka, dba o wygląd kupując seksowne ciuchy, uparcie farbuje kłaki na blond, ciągle gada o tym, że „nie może poradzić sobie ze swoimi (rzekomo) wielkimi cyckami” obciągając przy tym bluzki z dekoltem. Czasami rzuca „błyskotliwe” komentarze, próbując za wszelką cenę zwrócić na siebie uwagę otoczenia. Efekt jest taki, że większość ludzi patrzy na nią z pobłażliwym uśmiechem na twarzy, odsuwa się jak od trędowatej, a mężczyźni? – część z nich owszem – gapi się w dekolt, a rozmowy z nią dotyczą spraw błahych, w głupkowato-żartobliwym tonie. Spora grupa męskiej widowni wzdycha ciężko i nie podejmuje żadnych tematów. Jak to się dzieje, że niektóre kobiety mimowolnie znajdują kolegów (niekoniecznie potencjalnych mężów czy partnerów, tudzież kochanków), a inne nie? Na co zwracają uwagę mężczyźni i jak klasyfikują poznane kobiety?


Ostatnio, dla tak zwanej „beki” kupiłyśmy z moją przyjaciółką książkę pt. „Dlaczego mężczyźni poślubiają zołzy?”. Czytałyśmy ją i śmiałyśmy się z niektórych tekstów. Wprawdzie większość rad dotyczy tego, jak skutecznie usidlić faceta, jednak sporą część z nich można by zastosować w istniejącym już związku. Nasz uśmiech budził fakt, że zawierają one dużo prawdy przekazanej bez ogródek. Prawdy, którą my zdążyłyśmy już same poznać na podstawie własnych doświadczeń i obserwacji. Kim jest tytułowa zołza? Otóż, jest to kobieta świadoma swojej wartości, potrafiąca zadbać o swój komfort życia bez względu na to, czy ma u swego boku mężczyznę czy też nie, nie zabiegająca o niego za wszelką cenę, nie wystawiająca siebie na targu niewolnic, nie epatująca zanadto swoimi wdziękami, a jednocześnie przykuwająca uwagę faceta. To kobieta układająca swój plan dnia czy tygodnia tak, aby spotkanie z wybrankiem serca nie kolidowało ze stałymi punktami zapisanymi w JEJ terminarzu. To też kobieta będąca czasami niedostępna pod różnymi względami – czasowym, telefonicznym czy seksualnym. W jej stylu nie jest ciągłe kontrolowanie, chorobliwa zazdrość, czekanie z kapciami w zębach i ciepłym obiadkiem na stole, dzwonienie z pytaniem: „Czemu nie odbierasz?”, „Coś ci się stało? Bo nie dzwonisz”. Ma ona świadomość piękna swego ciała i nie wskazuje palcem na defekty, których normalnie facet by nie zauważył, gdyby nie to gadanie o cellulicie, grubych udach, małych piersiach itp. Ponadto, jeśli się kocha, to robi to z przyjemnością i niczego ani nikogo nie udaje, a tym bardziej przy pierwszych zbliżeniach nie przebiera się w kostium kurtyzany. Dobrze wie, że jeszcze na to przyjdzie czas. Tymczasem żyje swoim życiem, znajdując w nim miejsce dla ukochanego, ma swoje pasje, ulubiony sposób spędzania wolnego czasu i najważniejsza rzecz – jest SOBĄ. Nie zmienia długości włosów albo ich koloru, nie zacznie chodzić w sukienkach, choć ich nie cierpi i nie przerzuci się na rower, podczas gdy jej ulubioną formą ruchu jest jazda na rolkach tylko dlatego, że takie oczekiwania ma jej partner. Poza tym nie ma oczu głodnych miłości i nie wykonuje desperackich ruchów w celu upolowania zwierzyny. Polować ma on. Nie ona.


            W swoim życiu słyszałam wiele rad przekazywanych mi przez kobiety. Oto niektóre z nich: „chłopu pokazuje się tylko pół dupy” = nie mówi się mu wszystkiego, „nie lituj się nad chłopem, on zawsze i tak spada jak kot - na cztery łapy”, „trzeba mieć w sobie trochę zdrowego egoizmu”, „jeśli raz cię uderzy, będzie bić zawsze”, „jeśli chleje jako twój chłopak, potem jako mąż będzie chlał jeszcze więcej”, „po ślubie to może być gorzej, na pewno nie lepiej”, „nieprawda, że jak się ożeni, to się odmieni”. Z kolei komentarze mężczyzn brzmiały tak: „jak baba zwraca mi uwagę publicznie, że może bym już skończył pić, robię jej na złość i piję na umór”, „ładna i do garów” (o koleżance ze studiów), „fajna dupcia, ale na raz” (o dziewczynie poznanej w knajpie), „jak stara dzwoni do mnie po sto razy dziennie, dostaję szału”, „ja nie pies, na kości się nie rzucam” (o sylwetce kobiety spełniającej warunki współcześnie lansowanych kanonów piękna). Mogłabym cytować bez końca. Ile w nich prawdy, a ile stereotypów? Trudno się w tym połapać. Ja wiem jedno – nawet, jeśli ktoś zastosuje się do wszelkich wskazówek mających zapewnić sukces w ułożeniu sobie życia z drugą połówką pomarańczy, a nie będzie to zgodne z jego temperamentem, charakterem i światopoglądem, to i tak prędzej czy później okaże się, że to było jedno wielkie kłamstwo. A kłamstwo ma krótkie nogi. I partner lub partnerka po jego odkryciu też da przysłowiową nogę. Bo zdobyć czyjeś serce, to nie wszystko. Sztuką jest potem utrzymać związek i żyć z tym kimś w zgodzie i harmonii. A co Wy sądzicie? 




Z niereformalnymi się nie umawiam 2017-02-06 20:37

Siedzę. Siedzę i czekam. W tyłek żgają mnie niewidzialne szpilki. Od czasu do czasu spoglądam na zegarek, by sprawdzić, czy już czas. Ukradkiem zerkam na komórkę. Nic. Zero esemesów i połączeń. Więc siedzę dalej. I czekam. Nerwowo tupię nóżką obutą w zgrabne czółenko. Szpilki wbijają się coraz bardziej w tyłek, znowu rzut oka na zegarek i na komórkę. Nic. Hm… Dobra, nie ma co panikować i się denerwować. Głęboki oddech. Czekam. Od trzydziestu dwóch minut jestem gotowa. Upewniam się, że byliśmy umówieni na TĘ godzinę. Tak, w wiadomości stoi jak byk, że to była TA pora. Ciul, poczekam jeszcze chwilę, potem zobaczę, co zrobię. A zrobię coś na pewno, bo nie lubię marnotrawić czasu. Zwłaszcza, że po pierwsze – często nie mam go zbyt wiele, po drugie – znając plan dnia, wiem na jakie czynności mogę go przeznaczyć, a po trzecie – normalnie nie cierpię tracić czasu na bezsensowne nicnierobienie. I już. Co innego sensowne nicnierobienie. Takie „leżę se i jest mi dobrze” jest jak najbardziej na miejscu, byle nie za często. Ale siedzenie ze szpilami w dupie już nie!


Czuję, jak powoli robi mi się ciepło. Gorąco zalewa mnie od stóp do głów i odwrotnie. Patrzę, kurwa, na ten pierdolony zegarek i tę milczącą komórkę i… nic. Nożesz kurwa mać! Mija już cała godzina – nic. Czekam. Łażę po pokoju wte i wewte i klnę pod nosem. Mija druga godzina (!!!) i teraz to naprawdę lepiej, żeby ta łajza nie pokazywała mi się na oczy, bo nie ręczę za siebie. Jak w końcu przylezie albo zadzwoni, to ja mu dam! Ja mu dam! Ja mu powiem, co myślę! Że jest niesłowny, że nie interesują mnie te jego mętne tłumaczenia, że nie jestem frajerką, która uwierzy, że akurat jemu przydarzyły się wszystkie katastrofy świata i to w jednym momencie! Ha ha, nie ma głupich, nie wmówi mi, że ktoś mu wjechał w dupę (auto), tramwaj zatrzasnął mu drzwi przed nosem, że wdepnął w gówno i głupio było tak iść z osranymi butami albo że jeszcze lepiej – to gówno, w które wdepnął, zrobił jego pies, który nażarł się czegoś i miał sraczkę. O, co to to nie! Powiedzmy sobie szczerze – ten koleś mnie lekceważy, olewa i nie szanuje. Nie wiem, za kogo się on uważa, ale ja sobie nie pozwolę na takie traktowanie. Bo niepunktualność doprowadza mnie do szału! Tyle razy mu to mówiłam. Niereformowalny typ!


Nagle… Mimo ataku furii i bluzgów wypowiadanych głośno do ścian, słyszę delikatne puk-puk. Hm… Zamarłam w miejscu. Ciekawe, czy słyszał, że drę się sama do siebie jak potłuczona? Chyba nie słyszał, co nie? :/ Nieważne. Ale co teraz? Otworzyć czy nie otworzyć – oto jest pytanie. Nie otworzę, to pomyśli, że mam z garem. Drę się, a potem udaję, że nikogo nie ma w domu. Gdy otworzę, to mogę go przypadkowo zabić wzrokiem. I po co to komu? Hm… Drugie puk-puk. Cholera. A niech to, otwieram. Stoi uśmiechnięty jak gdyby nigdy nic. Acha! Czyli taką przyjął taktykę. „Dobrze, dobrze, uspokój się”, mówię do siebie, ale tym razem w duchu. Uśmiecham się promiennie i przybieram postać anielicy o usposobieniu łagodnym jak baranek. „Ja ci pokażę, gnojku jeden” - myślę i zapraszam do środka.


- Wejdź, wejdź… - mówię słodko.


- Sorry za spóźnienie, ale… - zaczyna on.


- Nie przepraszaj. Nic się nie stało. Wchodź, zaraz będę gotowa.


- Ale…


- Żadnego ale. Usiądź i poczekaj chwilkę, ok? - mój szczebiot wywołuje u niego konsternację.


- A z kim gadałaś przed chwilą? - pyta i rozgląda się po pustym pokoju, w którym panuje studencki, artystyczny nieład.


- Aaaa, ktoś mnie wnerwił. Gadałam przez telefon, ale to nic ważnego.


Usiadł na skraju łóżka i czekał. Ja tymczasem poszłam do łazienki i zerknęłam w lustro. Mściwie zmrużyłam oczy. Po kilkunastu minutach wróciłam do pokoju i rzuciłam hasło do wyjścia. Tego wieczoru bawiłam się świetnie. Potem poszliśmy do jego kumpli do akademika. Tam toczyliśmy dysputy do szóstej rano, po czym cała zgraja odprowadziła mnie do mojej bursy. Widziałam, że było mu to nie w smak. Inaczej wyobrażał sobie tę noc. He he.


Następnym razem umówiłam się z nim w parku. O osiemnastej. Była wiosna, ptaszki śpiewały, wszystko wokół rozkwitało i pachniało czymś nowym, nieznanym oraz ekscytującym. Mieliśmy iść na spacer, później może do kina na jakikolwiek film, a następnie do naszej ulubionej knajpy. Na uczelni mijaliśmy się z głupkowatymi uśmiechami i puszczaliśmy do siebie szelmowskie oczko. Idąc korytarzem na seminarium magisterskie, musnął moją dłoń. Dłoń ledwo opierzonej studentki drugiego roku. Nie trzeba chyba mówić, jakie to było nobilitujące w oczach koleżanek z roku – mieć starszych kolegów, a wśród nich swojego adoratora. Tak. Ten wieczór zapowiadał się obiecująco. Zwłaszcza, że mając w pamięci ostatni szał z powodu jego notorycznego spóźnialstwa, miałam uknuty niecny plan, odmienny od tego, który uroił sobie on. W błędzie jest ten, kto nie docenia kobiet. A młodych to już w ogóle. Są one wyjątkowo nieobliczalne, bywają wredne i mściwe. Nieco starszym i bardziej doświadczonym szkoda energii na odgrywanie się i spalanie z wściekłości. Przeważnie szybciej orientują się w sytuacji i jasno komunikują, gdzie przebiega granica ich tolerancji oraz akceptacji dla czyichś niedoskonałości. Wiele kobiet mawia, że chciałoby mieć znowu dwadzieścia lat, ale rozum jak co najmniej czterdziestolatka. Niestety, jest to niemożliwe. Dlatego wtedy, mając dwadzieścia lat zamiast zwyczajnie zerwać znajomość z niesłownym absztyfikantem, wzięłam wcześniej spakowany plecak, pojechałam na dworzec, a następnie do koleżanki. Poszłyśmy na domówkę do innej kumpeli ze studiów. Miałam satysfakcję, gdy rano zobaczyłam, że mam w telefonie chyba setkę nieodebranych połączeń i drugą setkę esemesów. Cóż, życie…


Potem udzieliłam temu chłopakowi jeszcze kilku takich lekcji. Za każdym razem udawałam głupią, gdy pytał, czemu się spóźniłam albo w ogóle nie przyszłam. No sorry. Tramwaj mi zwiał tuż przed nosem, jakiś cham ochlapał mnie przejeżdżając w deszczowy dzień, wdepnęłam w psią kupę, a przecież nie pokażę się nikomu w osranych butach. Poza tym, telefon mi się rozładował. Koleżankom z pokoju też padły komórki. W ogóle w całej bursie wszystkim zdechły telefony. Dziwne, nie? Tak więc nie mogłam zadzwonić i powiedzieć jak człowiek, że się spóźnię lub nagle wyskoczyło mi coś ważnego. Nawet nie starał się ukrywać irytacji, co dodatkowo mnie bawiło. Jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubie. A co on sobie wyobrażał? Że mój świat kręcił się wokół niego? Prawdę mówiąc, tak było, ale on nie musiał o tym wiedzieć.


Do dziś nie cierpię, gdy ktoś jest niepunktualny, a w awaryjnych sytuacjach nie powiadomi mnie o spóźnieniu albo zmianie swoich planów. Uważam, że jest to przejaw lekceważenia drugiej osoby. Tylko nie bawię się już w takie gierki jak kiedyś. Teraz zwyczajnie mówię, że nie podoba mi się takie zachowanie. Moi bliscy i znajomi wiedzą, że mam na tym punkcie pierdolca. A z niereformowalnymi osobami po prostu więcej się nie umawiam.



e-szablony
  e-blogi.pl  [Załóż blog!] rssSubskrybuj blogi
[Zamknij reklamy]