Frausuchen - blogerka


A jednak...Ciąg dalszy złej bajki o kotku Milusiu 2017-03-31 20:05

C.D. notki z 13.01.2017 r.


Pewnego dnia Miluś znowu przyszedł do szkoły dla kotków poprzypalany papierosami. Zwrócili na to uwagę nauczyciele, którzy w tym dniu mieli lekcje z Milusiem i jego kocią klasą. Na pytania, co się stało, Miluś milczał jak zaklęty. Wziął sobie do serca dobre rady mamy, która przestrzegała go przed kłapaniem ozorkiem, gdzie popadnie. Bo potem takie ciekawskie panie-kotki (wredne suki) przekażą informację komu nie trzeba i mama trafi do pierdla. A tego przecież Miluś nie chce? Przecież Miluś nie chce pójść do przytułku dla kotków bez mam i tatusiów? W takim przytułku mama Milusia spędziła wiele lat i nie ma stamtąd najlepszych wspomnień. Ponadto dla wzmocnienia przekazu wymierzała Milusiowi kary cielesne i stosowała przemoc psychiczną. Izolowała go, ugotowawszy obiad, zapraszała na degustację wszystkich domowników oprócz Milusia-dziwaka i nie pamiętała o jego urodzinach, które zawsze stanowiły bolesną dla niej datę. Bo Miluś był najmniej oczekiwanym kotkiem w tej rodzince. Pozostałe kotki również nie były planowane i poczynały się kolejno w różnych okolicznościach i dzięki różnym kocurom. Ale Miluś to spektakularna wpadka, wrzód na dupie, a do tego odmieniec. Widocznie jego nieznany ojciec musiał być z innej bajki, bo Miluś nie chciał kraść i łajdaczyć się jak reszta jego rodzeństwa.


            W końcu jednak pękł. Zwyczajnie popłakał się i wraz z łzami wypływały z niego potoki żalu. Miał już serdecznie dość domu przypominającego chlew, głodu, bólu, braku ciepła, łachów cuchnących na kilometr i ciągłego strachu. Tego dnia, którego odważył się powiedzieć prawdę, został zabrany ze szkoły prosto do specjalnego domku dla poturbowanych kotków. Gdy tam dotarł, trząsł się jak osika. Nie wiedział, czego się spodziewać. Po przekroczeniu progu domku poczuł się jednak jak w raju. Czekała na niego Miła Ciocia i Miły Wujek, własny, czysty pokój z łóżkiem, na którym leżała pachnąca pościel. W pokoiku było ciepło i przytulnie. Wkrótce dołączyła do niego młodsza siostrzyczka. Ujrzawszy to, co on, wpadła w zachwyt i  nawet zapomniała pożegnać się ze stojącą u wejścia matką. W kuchni na kociaki czekała pyszna kolacja, jakiej nie widziały od dawna. Potem kąpiel, słodkie piżamki, ciepłe słowa na dobranoc. Czy to jakiś sen? Albo bajka? Boże, żeby jutro nie okazało się, że to jednak tylko złudzenie.


            Tymczasem matka Milusia po histerycznym występie przy Miłej Cioci i Miłym Wujku, wróciła do swojej nory i chlała całą noc. Potem cały następny dzień. I kolejny też. W tak zwanym międzyczasie wykonała kilka telefonów z groźbami pod adresem tych wrednych suk ze szkoły dla kotków oraz reprezentantów innych instytucji, które śmiały bezczelnie odebrać jej własność. Własność gwarantującą rozmaite zasiłki i możliwość uniknięcia pierdla za inne ciemne sprawki. Jej cały kurewski świat się zawalił. A cały koci światek Milusia nadal przypomina piękny sen. I oby ten sen nigdy się nie skończył.




Jak działa Wasz wewnętrzny magnes? 2017-03-25 16:32

            Każdy ma w sobie jakiś magnes. Taki, który przyciąga różnych ludzi, różne sytuacje. Naprawdę wierzę w to, że nieraz nie do końca świadomie sprowadzamy na siebie określone zdarzenia i jednocześnie skazujemy się na ich konsekwencje. Nadeszła wiosna i jakimś dziwnym trafem oprócz przyrody budzą się wokół rozmaite dziwactwa, ukryte potrzeby, nieczynne dotąd wulkany energii i… natręci. Moją Przyjaciółkę na przykład nawiedzają ostatnio wariaci płci męskiej. Mnie zaś bombardują… naganiacze z firm medycznych oraz sprzedawcy kosmicznych urządzeń, bez których ja i mój dom podobno nie możemy się obyć :/ Czy jest w tym jakaś logika?


            Nie jestem w stanie zliczyć tych rozmów telefonicznych, w których tłumaczę, że nie mieszczę się w wymaganym przedziale wiekowym, by być poddaną określonym badaniom, nie mogę wziąć udziału w spotkaniu dla par, gdyż mój partner życiowy na co dzień pracuje poza miejscem zamieszkania i w ogóle nie mam czasu na takie głupoty. Dodam, że staram się nie odbierać telefonu, gdy widzę nieznany numer. Jednak, gdy ktoś uporczywie nęka mnie o ósmej w sobotę (!), a ja miałam w planie odespanie całotygodniowego zrywania się z łóżka skoro świt, odbieram ten cholerny telefon i zachrypniętym głosem staram się grzecznie wyperswadować, że nie jestem zainteresowana. Ostatnio wyciszona komórka brzęczała mi w pracy tak skutecznie mnie rozpraszając, że w końcu odebrałam połączenie i powiedziałam, że nie mogę teraz rozmawiać. Poirytowana pani po drugiej stronie zapytała: „To po co pani w ogóle odbiera? No proszę pani, trzeba być konsekwentnym…”. Nie zamierzałam słuchać reprymendy. Rozłączyłam się, mrucząc pod nosem brzydkie słowa.


            Ludzie! Wszechświecie! Czy ja już jestem taka stara, że oto cały świat medyczny zamierza się mną zająć, zaopiekować, pielęgnować i edukować?! I czy nie czeka mnie już w życiu nic ciekawszego niż pucowanie mieszkania albo pichcenie kilkudaniowych obiadków? Otóż, mówię – NIE! Nie pojadę na prywatny turnus do Ciechocinka, nie kupię maty magnetycznej ani żadnych suplementów diety, nie wezmę na raty jakiegoś ustrojstwa ani żadnej rzeczy, której cena przekracza mój miesięczny dochód. Jeszcze nie oszalałam. Nie umawiam się na żadne spotkania mające na celu wciśnięcie mi czegokolwiek z przesłaniem, że ja tego koniecznie potrzebuję. Żadnych garów, termomiksów dla beztalenci kulinarnych, odkurzaczy samoodkurzających, żelazek samoprasujących, kremów za tysiaka likwidujących istniejące już zmarszczki i innych cudów na kiju. Jedyną rzeczą, na którą nie żałuję pieniędzy, są podróże. Jeśli ktoś pomoże mi zorganizować grupę skłonną udać się w daleką podróż koleją transsyberyjską albo jeszcze lepiej – w podróż dookoła świata, to ja bardzo chętnie przeznaczę na to nawet nierozsądną sumę. No.


            Ja zniosę wiele, ale nie próby robienia mnie w bambuko. I wyjaśniam, że dbam o zdrowie, lubię i potrafię świetnie gotować, opiekuję się sobą najlepiej ze wszystkich na całej Ziemi. I obiektywnie, a tym bardziej subiektywnie rzecz ujmując – mam w sobie jeszcze wiele sił witalnych, świetnie się czuję i potrafię cieszyć się drobiazgami. Niewiele mi potrzeba do szczęścia. Właściwie mam prawie wszystko. A tego, czego mi brakuje, i tak nikt nie może mi dać. Tylko ja sama mogę sobie zapewnić jako taki komfort i mam tu na myśli głównie komfort psychiczny. Dlatego płynąc na fali podmuchów wiosny dziś wybieram się do mojej ulubionej knajpki w towarzystwie koleżanki. Przyciągnęłyśmy się myślami i w tym samym momencie wpadłyśmy na ten genialny pomysł. Hmmm… Czyli mój magnes ma również pozytywne działanie… A Wasz?




W czym problem? 2017-03-18 14:34

            Gdzie się nie ruszę, tam króluje jeden temat. Na przykład wchodzę do mięsnego, a tu starszy pan kupujący wątrobiankę, zaczyna psioczyć na to, co się wydarzyło na oczach całej Europy. Że ten Ryżykudła to zdrajca, a inni możnowładcy manipulują słabszymi. Pewnie starszy pan chciał sobie trochę pogadać na forum, co świadczy o niebywałej odwadze tegoż i co może również świadczyć o niebywałej samotności i niemożności pogadania w pustych czterech ścianach. Na to odzywa się zażywna pani, w wieku bliżej nieokreślonym, lecz że tak się wyrażę - „na fleku”. Ona z kolei uważa, że wstyd to był, że Betibroszka jako jedyna nie poparła Ryżegokudły. Wstyd, wstyd i jeszcze raz wstyd. W kolejce zrobiło się poruszenie i zapanowała nerwowa atmosfera. Niektórzy wiercili się w miejscu, dostali nagłego ataku kaszlu, chrząkali, oglądali buty, zerkali w telefon itepe. Ale ukradkiem bacznie przyglądali się z pytaniem w oczach: „Co będzie dalej?”. Kto spodziewał się, że oto ten pan i ta pani, wpadną w dziki szał przerzucania się argumentami i to podniesionym głosem, rozkręcą się do tego stopnia, że jedno z nich przegryzie tętnicę drugiemu, z pewnością poczuł się zawiedziony. Gdyż starszy pan TYLKO z pogardą zmierzył starszą panią, prychnął i odszedł bez słowa.


            Dzisiaj w gabinecie kosmetycznym, leżąc wygodnie i poddając się różnym zabiegom, również nadziałam się na ten temat. A wszystko przez jeden komentarz mojej koleżanki-kosmetyczki, która akurat robiła mi masaż twarzy. Przechodząc od pytań natury prywatnej do tych związanych z życiem zawodowym, niechcący zahaczyła o politykę. I coś tam bąknęła o Pewnym Januszu, robiącym furorę w Europarlamencie i swoimi tekstami wprawiającym w konsternację innych europosłów. Leżąca obok kobieta stanęła w jego obronie. Moja koleżanka szybko się zreflektowała, dała mi porozumiewawczego szturchańca i nabrała wody w usta. Chyba przypomniała sobie, KTO leży na sąsiedniej kozetce. Tamta bez skrępowania powiedziała do mnie, że należy do Pewnej Partii. Przyznam, że nieco mnie zaskoczyła. Zerknęłam na nią. Ona na mnie. Zapytałam, jakaż to partia i jakież głosi hasła. Konserwatywno-liberalne. Konserwatywne w kwestiach rodziny, liberalne w kwestiach gospodarczych. Mówiąc wydawała się być trochę neurotyczna. Śmiała się tak jakoś histerycznie. Ale spoko. Posłuchałam jej wywodu i skoro ona była taka otwarta, uznałam, że w myśl zasady „szczerość za szczerość” odparłam, że w niektórych punktach się z nią zgadzam, w innych zaś mam zupełnie odmienne poglądy. I co? I nic. Rozmowa toczyła się spokojnie, bez specjalnej ekscytacji. Na koniec moja koleżanka wspomniała coś o protestach kobiet, w których wzięła udział. Nawet jej nastoletnia córka postanowiła się przyłączyć. Pani polityk znowu otwarcie powiedziała, że nie popiera tych protestów. Wcale mnie to nie zdziwiło. W końcu mianuje się konserwatystką w tych sprawach. Jednak ja spokojnie odparłam: „A ja popieram”. W gabinecie nadal panował miły klimat. Ot, wymieniłyśmy się poglądami. Budujące to było doświadczenie, gdyż dzięki niemu przekonałam się, że kulturalna i rzeczowa rozmowa na tematy polityczne jest jednak możliwa. Choć nadal to rzadkość.


            U szewca, fryzjera, na targowisku, w pracy, przy świątecznym stole, w pociągu, knajpie, autobusie, w przerwie między zajęciami, w realu i w wirtualnym świecie – wszędzie znajduje się pole minowe. Słyszę zewsząd, że trzeba uważać na to, co się mówi, bo nigdy nie wiadomo, kim jest interlokutor. Po co sobie nerwy szargać. Po co wdawać się w pyskówkę. Szkoda zdrowia. Lepiej czasem zamknąć gębę. Jak ktoś prowokuje, milczeć. Jak zapuszcza żurawia w twój światopogląd, najpierw należy być powściągliwym i udzielać niejednoznacznych odpowiedzi. Dopiero, gdy szpieg odsłoni się, to już wiadomo, kto jest kto i co można, a czego lepiej się wystrzegać. To już zakrawa na jakąś paranoję. A wszystkie obawy i lękiem podszyte zachowania wynikają z tego, że wielu ludzi nie potrafi normalnie ze sobą rozmawiać. Bez używania inwektyw, bez uszczypliwości, ale za to z szacunkiem i zrozumieniem. Byłoby idealnie, gdyby słowa Woltera: „Nie zgadzam się z tym co mówisz, ale oddam życie byś miał prawo to mówić”, stały się myślą przewodnią wielu rozmów.  Zaraz ktoś powie: „Przecież można mówić, co się chce. O co chodzi?”. Owszem w tych czasach każdy może mówić to, co mu ślina na język przyniesie i co mu się kołacze w głowie, bez żadnych hamulców. I w tym właśnie tkwi problem.




Druga strona medalu 2017-03-13 14:53

            Gdy czytałam komentarze i recenzje na temat filmu o Marii Curie, przecierałam oczy ze zdumienia. Naprawdę, zdaniem krytyków i pseudokrytyków, jest to słaby film? A może obejrzeliśmy każdy zupełnie coś innego? Może komuś pomyliły się ekranizacje – starsza z najnowszą? Nie wiem. Nie rozumiem. Oczywiście każdy ma prawo do własnego zdania i nie zamierzam żadnej opinii negować. W końcu tylu ilu ludzi, tyle różnych zdań. Trudno. Ja i mój Partner kinowy wychodziliśmy z kina zadumani. Dopóki nie opuściliśmy szacownego przybytku, w którym spędziliśmy miło czas, żadne z nas nie zamieniło ze sobą ani słowa. Bo słowa gdzieś gnieździły się w głowach. Jednak po dłuższym czasie On przemówił pierwszy. I powiedział dokładnie to, co i ja chciałam wygłosić. A mianowicie, że kobiety to jednak zawsze miały przerąbane.


            Bo Maria Curie oprócz tego, że była słynną naukowczynią, była KOBIETĄ. O tym istotnym aspekcie jej życia zapominają wspomniani krytycy dopominający się większej uwagi dla jej dokonań zamiast „smętów” dotyczących prozy życia kobiety próbującej pogodzić pracę będącą jej pasją z obowiązkami domowymi, małżeńskimi i rodzicielskimi. Do tego dochodzą skandale i święte oburzenie wywołane romansem z żonatym facetem, którego żona w moim mniemaniu to niedowartościowana, skończona idiotka bez krzty godności. Tak więc ta sama Maria, która dwukrotnie otrzymała Nobla i jest pierwszą kobietą, która odniosła taki sukces, jest też kobietą zwyczajną, której nieobca była namiętność, miłość, rodzenie dzieci i codzienne kłopoty. Ta sama Maria, otrzymująca Nobla wraz z mężem, siedzi cicho i słucha przemówienia Piotra, a potem jest pomijana przy gratulacjach. Na szczęście jej mąż to nie męski szowinista i ostentacyjnie wskazuje na żonę przedstawiając ją: „Madame Curie”. Pełen szacun. Maria ta musi walczyć jak lwica o objęcie katedry na Sorbonie, gdy jej ukochany Piotr ginie w wypadku.


Do pracy na uczelni została przyjęta, bo była "tańsza" niż mężczyzna. Początkowo jest traktowana z góry i z lekceważeniem, tak jakby prawdą było przekonanie, że kobiety są z natury głupsze i jeśli już osiągają jakikolwiek sukces to za sprawą jaśnie oświeconego męża. Dlatego jej kandydatura do Francuskiej Akademii Nauk przepadła z kretesem. Bo była kobietą i na domiar złego pochodziła z jakiegoś zapyziałego państwa pod zaborami. Gdy wdała się w romans, czara zawiści, goryczy i ksenofobii przelała się i Maria (nie jej kochanek) stała się obiektem prześladowania i agresji. W chamski sposób sugerowano jej, by nie jechała po odbiór drugiej Nagrody Nobla z powodu… złej reputacji. Zaśmiałam się pod wąsem, słysząc jej komentarz, że gdyby przyjąć jako jedyne kryterium dobre prowadzenie się, to nikt by nie otrzymał Nobla. No ale cóż, to co uchodziło mężczyznom, nie uchodziło kobietom. I dodam na marginesie, że tak jest nadal. Na szczęście Maria nie była w ciemię bita i miała gdzieś durne konwenanse. Pojechała do Sztokholmu, przemówiła, wzięła to, co jej się należało i razem z córką, która poszła w jej ślady, wróciła do domu.


Zdjęcia Englerta sprawiły, że film miał w sobie coś niezwykłego, subtelnego. Niektóre ujęcia skupiały uwagę na pozornie nieistotnych detalach czy momentach. Gra Karoliny Gruszki była genialna. Naprawdę nie mogę się do niczego doczepić. Dzięki tej historii poznałam bliżej niezwykłą kobietę. Jej intelekt budzi respekt, jej skromność i zwyczajność w obyciu uczy pokory. Trudności, z jakimi musiała się zmagać pokazują, że wprawdzie życie wielu ambitnych kobiet nie jest usłane różami, ale może też być fascynującą przygodą. Jej determinacja jest wskazówką dla tych, którym zdarzają się upadki w drodze do osiągnięcia zamierzonego celu. Polecam wszystkim, którzy nie szukają dziury w całym i chcą zapoznać się z wizją reżysera, który miał całkiem niezły pomysł, jak w nietuzinkowy sposób ukazać wybitną osobę z zupełnie innej strony niż ta, do której zdążyliśmy przywyknąć.




Ostrożnie z tą przyjaźnią 2017-03-05 14:52

Jak to się nieraz dziwnie plecie. Ktoś, kto wydawał się bliski, w pewnym momencie staje się kimś bez większego znaczenia. Jest, bo jest. Tak jak ileś tam milionów ludzi na świecie. Jest zupełnie obojętny. W duchu życzymy mu wszystkiego dobrego i machamy ręką na do widzenia. Nie po drodze nam już ze sobą i ewidentnie stanęliśmy na rozdrożu tej znajomości. Czasem ten proces trwa dłużej. Przez tygodnie, miesiące powoli odcinamy łączącą nas pępowinę. Gdzieś w środku czujemy żal, że coś wyjątkowego umiera śmiercią naturalną. Bo przecież tyle razem przeżyliśmy, tyle o sobie wiemy, znamy się jak łyse konie. Ale przyszedł moment, w którym zdaliśmy sobie sprawę, że jakoś zbyt długo nie możemy nawiązać dawnej nici porozumienia. Nie widzieliśmy się już kawał czasu, nie telefonowaliśmy, nie mejlowaliśmy. Nie odczuwamy pustki. Nic. Koniec.


Dzieje się tak z różnych powodów. Nieraz wynika to z tego, że na przestrzeni lat ludzie po prostu zmieniają się. Ich życie toczy się już innymi torami, doświadczenia nie tylko rysują zmarszczki na twarzy, która jest jak tajemna mapa, ale niekiedy tak dalece odbiegają od doświadczeń drugiego człowieka, że trudno o jakiekolwiek porozumienie. Nie zrozumie syty głodnego. Nie zrozumie chowana w puchu królewna szaroburego Kopciuszka, który za sprawą różnych okoliczności i swojej ciężkiej pracy doszedł do tego samego, co królewna dostała na tacy. Nie pojmie książę losu biednego szewczyka Dratewki, który długo dostawał kopniaki w tyłek, a jako taki sukces zawdzięcza harówie w pocie czoła. Podobnie jest z innymi życiowymi zakrętami. Jedni, doznając bolesnych przeżyć i rozczarowań, błądzą po krętych ścieżkach, podczas gdy inni jadą wypasioną furą czteropasmową autostradą prosto do własnego Edenu. Ktoś może zaledwie przypuszczać, jak to jest być tą drugą osobą, ale nie może ze stuprocentową pewnością stwierdzić, że ROZUMIE i WIE, jak głęboko wbija się ten czy tamten kolec, bo sam nigdy nie musiał go wyciągać ze swojego wnętrza. Poza tym trzeba mieć wiele empatii, by chociaż starać się zrozumieć drugą osobę.


Ktoś po trudnych, często traumatycznych przeżyciach, nie może się nadziwić temu, czym przejmują się ludzie z jego otoczenia. Ich problemy są dla niego tak nieistotne i błahe, że nawet nie zamierza ich roztrząsać. Z kolei Puchowa Królewna i Książę z Pianki, obserwując z boku czyjąś życiową szamotaninę, udzielają rad, za przeproszeniem, z dupy wyjętych, wygłaszają opinie zaczynające się od słów: „bo ja to bym…”, „bo ty to powinieneś…”, które zdradzają ich totalną ignorancję. A prawda jest taka, że nieproszeni o opinię, nie powinni się wymądrzać. Bo skąd ta pewność, że innych w ogóle obchodzi ich zdanie? A może wystarczyłoby po prostu zacząć słuchać, dać się komuś wygadać, wypłakać? Bez pouczania, komentowania. Zatrzasnąć gębę pełną pustych frazesów. I tyle.


W końcu nadchodzi taka chwila, w której decydujemy się rozluźnić więź łączącą nas z kimś, kto zwyczajnie zaczyna nam działać na nerwy albo kompletnie się z nim nie rozumiemy. Dobrze by było jednak zrobić to w sposób bezkonfliktowy, kulturalny, dać czasowi zrobić swoje. Czas zabliźnia rany, przykrywa kurzem wspomnienia, pozostawia smugę dymu rozrzedzającego się na wietrze. Dlatego też uważam, że przede wszystkim trzeba używać ostrożnie określeń nazywających nasze relacje z ludźmi. Moim zdaniem nie wolno szafować słowem „przyjaciel” czy „miłość” niczym nieopierzony nastolatek, nieumiejący jeszcze zdefiniować swoich uczuć. Zdarzyło mi się w życiu poznać wielu wspaniałych kolegów, koleżanki, znajomych bliższych bądź dalszych. Przeżyłam z nimi naprawdę cudowne chwile. Ale gdzieś podskórnie czułam, że to są właśnie znajomości lub stosunki koleżeńskie. Nie przyjaźnie.


Przyjaciółkę mam jedną i  to od lat. Nadal wspólnie zjadamy łyżeczka po łyżeczce tę przysłowiową beczkę soli. Mimo różnic poglądów wypływających z dyskusji i dzięki wzajemnemu zrozumieniu bez zbędnych słów. Mimo różnych charakterów, ale też dzięki trudnym przeżyciom, których doświadczyła każda z nas. Mimo drobnych nieporozumień, lecz również dzięki podobnemu stylowi życia i wyznawanemu systemowi wartości. Szanuję Ją ogromnie i liczę się z Jej zdaniem. Co tu dużo mówić - ciągnie swój do swego. Oczywiście są blisko mnie i inne bardzo ważne osoby. Mam nadzieję, że one doskonale zdają sobie sprawę z tego, jak wiele dla mnie znaczą. Kto wie? Może już gdzieś tam zostało zasiane ziarenko przyjaźni i tylko czeka, by wykiełkować na dobre? Czas pokaże. Czas to najlepszy sprawdzian kondycji ludzkich relacji.




Umiesz liczyć? Licz na siebie 2017-03-01 22:09

Umiesz liczyć? Licz na siebie. Właśnie dziś dobitnie się o tym przekonałam. Żyłam dotąd w mylnym, jak się okazuje, przeświadczeniu, że koledzy i koleżanki powinni sobie pomagać, dzielić efektami swojej pracy czy obowiązkami. Tak po prostu, żeby każdemu żyło się łatwiej. Po co każdy ma na przykład sporządzać ten sam dokument, skoro można się dogadać, że jeden zrobi to, drugi tamto i potem następuje zwyczajna wymianka. System ten doskonale sprawdzał się, gdy studiowałam i musiałam ogarnąć opasłe tomiska, które na domiar złego były niedostępne. A dodam, że wówczas Internet w Polandzie dopiero raczkował. O smartfonach nikt nawet nie słyszał. Trzeba było sobie radzić. I tu jedynym pomocnym wynalazkiem była kserokopiarka. Pamiętam, że my – studenci dzieliliśmy się na kilkuosobowe grupki, które z kolei dzieliły się książkami do przeczytania i opracowaniem ich treści, pisaniem szczegółowych notatek, potem kserowaniem ich. I wilk był syty (wykładowca) i owca cała (każdy studencina z osobna;) Do niedawna podobny układ stosowałam z dużym powodzeniem w pracy. Ale teraz nadszedł zmierzch pomocy koleżeńskiej.


Z każdego doświadczenia życiowego staram się wyciągnąć jakieś wnioski i nauczkę. Stało się tak i tym razem. Nauczyłam się, że warto być przyzwoitym, empatycznym, życzliwym człowiekiem. Warto pomagać, starać się zrozumieć drugą osobę, wykorzystać swoje umiejętności, dzielić się czymś, czego nie ubędzie od tego dzielenia. Niestety NIE ZAWSZE. Owszem, nie zawsze też należy działać kierując się zasadą wzajemności, ale nie można być frajerem. Dlatego dziś najpierw zrobiło mi się przykro, gdy usłyszałam, że „SAMA mam problem” i sama mam sobie z nim poradzić, potem poczułam złość, a w końcu ochłonęłam i starałam się ustalić, co dzięki tej sytuacji zyskałam. Zrobiłam taki rachunek zysków i strat. STRATY: całe popołudnie i wieczór ślęczenia przy komputerze nad absurdalnymi papierami, które moglibyśmy z moimi współpracownikami ogarnąć, dzieląc się nimi sprawiedliwie. Oprócz tego malutki uszczerbek na zdrowiu z powodu lekkiego wkurwienia. I właśnie ze względu na zdrowie szybko doszłam do zysków. ZYSKI: dowiedziałam się, że mogę liczyć tylko na siebie. Po drugie sprawniej i bez łaski zrobię wszystko sama. Po trzecie – nigdy więcej nie dam się wkręcić w żadne zależności. Poza tym zapamiętam tę lekcję na długo. Nie. Nie będę strzelać fochów, bo nie lubię takich wojenek podjazdowo-bierno-przemocowych. Po prostu ja też kiedyś odmówię pomocy. Z pewnością nie zaśmieję się przy tym głupkowato ani nie będę siedziała rozwalona, bo to zwyczajne chamstwo. Lecz odmówię bez żadnego tłumaczenia.


Ludzkie stado jest nieraz okropne. Najgorsze są takie czysto egoistyczne i egocentryczne zachowania. Irytujące jest również rozliczanie innych, co robią albo czego nie robią oraz wyliczanie swoich zajebistych zasług, bez których ziemia normalnie przestałaby się kręcić. A najbardziej drażni mnie wieczne marudzenie i robienie z siebie cierpiętnika. Takie pępki świata, które myślą, że wszystko się na nich skupia i wokół nich kręci, są męczące. Nie chcę przebywać w takim towarzystwie. Zdecydowanie wolę ograniczenie wszelkich kontaktów z malkontentami, a najbardziej izoluję się od ludzi, którzy mają chyba rozdwojenie jaźni – myślą co innego, co innego mówią i jeszcze co innego robią. Żyją w ciągłej sprzeczności ze sobą i wówczas czuję od nich jakąś dziwną, nieprzyjemną energię.


Jak miło móc wyciszyć się wieczorem. I choć jestem zmęczona, czuję się dobrze. Uporałam się z robotą, zjadłam pyszną kolację, wykąpałam się i siedzę w milusim szlafroczku. Wokół spokój i cisza. No może tykanie zegara słychać… Dobrze mi ze sobą…



e-szablony
  e-blogi.pl  [Załóż blog!] rssSubskrybuj blogi
[Zamknij reklamy]