Frausuchen - blogerka


Może kiedyś... 2017-04-28 18:54

Jestem. Mało tego. Jestem wolnym człowiekiem. Dzisiaj rozpoczęłam dziewięć dni wolności. Dziewięć pięknych, swobodnych, cudnych dni, podczas których zamierzam robić to, na co mam ochotę. Ogarnęłam chatę, więc mogę w uporządkowanej przestrzeni odpocząć psychicznie. Nienawidzę chaosu. Sprzątając wokół siebie, robię symboliczny porządek w głowie. Zresztą jadąc na szmacie, z każdym ruchem likwiduję jakiś paproch z moich myśli. Ten głupi kutas, który mnie tak wkurwił – szast-prast! Nie ma gnoja. Ta konformistyczna cipa z gębą pełną frazesów – szuru-buru! Paszła won! Tony papierów, rubryki w komputerze, pizgawica na dworze w Dniu Ziemi i ja - miotana przez wiatr oraz świętująca istnienie naszej planety, powstrzymywany godzinami mocz aż do bólu pęcherza, niemożność złapania oddechu – wszystko to wymiata w pizdu moja szmata. Po kasacji brudu czuję się czysta i lekka. Czuję wolność. Bez obowiązków zawodowych, ciężaru odpowiedzialności, zwłaszcza za innych. Boże, życie bez przymusu pracy byłoby cudowne.


            Kiedyś na pewnych warsztatach psychologicznych usłyszałam, że nic nie muszę. Że pracuję, bo chcę. Gdybym nie chciała, tobym nie pracowała. Niby tak, ale jednak proza życia jest taka, że bez pracy nie miałabym kasy. Sama mi z nieba nie spadnie. Poza tym nigdy niczego nie dostałam ot, tak, więc jestem przyzwyczajona, że jeśli czegoś chcę, muszę sama o to zawalczyć. Niektórzy mawiają, że to dobrze, bo jeśli człowiek sam do czegoś dojdzie, to bardziej to uszanuje, to nikomu niczego nie zawdzięcza i takie tam. Bzdury. O ile łatwiejsze i przyjemniejsze byłoby życie bez tej całej szarpaniny. Gdybym tak dostała dom w spadku albo zamożna babunia by mi go sprezentowała. Gdyby moi rodzice prowadzili rodzinny interes, a ja po studenckim szaleństwie naturalnym biegiem rzeczy prowadziłabym razem z nimi ten biznes. Ile energii zaoszczędziłabym na dochodzenie do tego wszystkiego, co prawie wszyscy moi znajomi dostali na tacy. Ile siły mogłabym przeznaczyć na ciekawsze rzeczy niż nieustanne obrywanie sobie rękawów, co ostatecznie prędzej czy później sprowadza się do refleksji, że to było diabła warte. Tyle czasu mogłam spożytkować na wspaniałe podróże, realizację pasji i relaks. A tymczasem pasje niejednokrotnie trzeba było odkładać na bok, bo pasje mają to do siebie, że bardzo rzadko napełniają garnek czymś pożywnym. Proza życia spycha pasje w ciemny, zakurzony kąt.


            Może, gdybym urodziła się w innym czasie, w innych realiach, dajmy na to jakieś piętnaście, dwadzieścia lat temu, nie istniałyby dla mnie granice dosłowne i przenośne, które zatrzymałyby mnie w tej rzeczywistości. Podejrzewam, że przy dobrych wiatrach, znając co najmniej dwa języki, wykurzyłabym tuż po szkole średniej daleko stąd. I nie jestem w stanie określić, czy kiedykolwiek zapuściłabym swoje korzenie w jednym miejscu. Nie lubię marznąć, więc zapewne krążyłabym gdzieś w ciepłych krajach, w których letnie ciepło wprowadza w dobry nastrój, a upały wzbudzają pożądanie. Gdzieś, gdzie słońce rozwiewa wszelkie wątpliwości, że życie może być cudowną przygodą. Żadnej szarugi, ponuractwa, smutasów dookoła, permanentnego wkurwienia na twarzach ludzi styranych ciężką pracą za grosze, zimna przez dziesięć miesięcy w roku, roboty traktowanej jak wyrok dożywocia. No trudno. Naprawdę trudno. Tylko czasami żga mnie gdzieś w środku ta chęć zmiany, rzucenia się na głęboką wodę mimo wszystko i wbrew zdrowemu rozsądkowi. Ale tylko czasami. A tak to jestem małym tchórzem wychowanym w przekonaniu, że lepszy wróbel w garści niż gołąb na dachu. I w nikłym stopniu pociesza mnie fakt, że los wielu ludzi jest trudniejszy od mojego. Mój czas mija nieubłaganie. Moje ja znowu dopomina się o zmianę.


            Mam dla siebie dziewięć dni wolności. Zawsze to coś. Jutro pakuję manatki i wyjeżdżam pożyć inaczej. Tak sobie jeżdżę i jeżdżę. Może kiedyś w końcu wystarczy mi odwagi, by już tu nie wrócić na stałe…




Miejsce człowieka w kościele 2017-04-09 15:58

            Dziś Niedziela Palmowa. Postanowiłam pójść do kościoła, pomodlić się, zrobić wiosenne porządki w głowie i duszy. Proszę tego nie odebrać jako cynizm, ale upiekłam dwie pieczenie na jednym ogniu i będąc na mszy, skorzystałam z możliwości zrzucenia z siebie ciężaru mych win w konfesjonale. Gdy stałam w kolejeczce wraz z innymi grzesznikami, miało miejsce coś, co przyprawiło mnie o ciarki. Przy wtórze śpiewów do wnętrza świątyni wszedł korowód wiernych z ogromnymi palmami w rękach. Nie takimi z targowiska, pełnymi suszków obwiązanych pstrokatymi ozdobami. Liście palmowe były z prawdziwych palm. Ludzie trzymali je wysoko, śpiewali pieśń, której nuty zalatywały żydowską melodią. Niesamowite wrażenie. Nadmienię, że uwielbiam żydowskie rytmy, mają w sobie coś magicznego. I ta żydowskość stanowiła coś niezwykłego w katolickiej świątyni. Nie było to jednak dla mnie wielkie zaskoczenie, gdyż parafia, do której jestem przypisana, jest prowadzona przez franciszkanów. Bardzo otwartych, życzliwych, niezmanierowanych i skromnych. Mimo wszystko przeszły mnie dreszcze. W dzisiejszych czasach to rzadkość, takie łączenie różnych kultur w miejscu kojarzonym ze sztywnym jak gorset zbiorem zasad.


            Bardzo lubię rytualny charakter kościelnych obrzędów, taką teatralność, gesty wykonywane przez kapłana i wiernych. Ma to w sobie pewien mistycyzm. Symbolika barw i czynności, stroje, porządek mszy – jest w tym zawarta tajemnica i może ona budzić ciekawość kogoś spoza zgromadzenia. Dlatego też intryguje mnie obrzędowość w świątyniach innych wyznań. Nie zapomnę wrażenia, jakie wywarła na mnie msza w cerkwi. Śpiew popów był oszałamiający, słuchałam go całkowicie zapominając o świecie zewnętrznym. Podobnie czułam się w synagodze. Nie byłam na mszy w kościele ewangelickim, choć taki znajduje się w moim mieście. Ale niebawem się tam wybiorę. Z chęcią przyjrzę się nabożeństwu prowadzonemu w odmienny sposób niż ten, do którego przywykłam. W moim kościele czasami łapię się na tym, że patrzę na wszystko jakby z boku, jak ktoś, kto widzi to pierwszy raz. Zastanawiam się wtedy, jak to może być niezwykłe, inne, fascynujące, tajemnicze. Lubię oprawę mszy u franciszkanów. I lubię się nieraz wyciszyć w chłodzie pustego kościoła. Wprawdzie rzadko, ale zdarza mi się latem, w upalny dzień wejść na chwilę do środka i posłuchać ciszy odcinającej mnie od gwaru i zgiełku, posiedzieć ot tak sobie, pomyśleć. A oszczędny wystrój świątyni sprzyja takim doznaniom. Zdecydowanie wolę to od tandety i kiczu, przepychu i całej pompy obecnej w sławnych kościołach ze sławnymi, odzianymi w bogate szaty księżmi.


            Przyznaję – już wiele lat miotam się wewnętrznie, szukam Boga, czasami mam wrażenie, że On jest obok mnie, a czasami czuję się jak nędzny okruch porzucony gdzieś w kosmosie. Nie chadzam do kościoła dla tego czy innego księdza, nie zmusza mnie do tego tradycja albo sposób, w jaki zostałam wychowana. Chodzę, bo niekiedy czuję taką potrzebę. Nie zgadzam się z wieloma poglądami głoszonymi w polskim kościele katolickim, nie akceptuję służebnej roli kobiety lansowanej przez tę instytucję, nie popieram łączenia tego, co należy oddać Bogu z tym, co należy się cesarzowi, jestem przeciwniczką nauczania religii w państwowych szkołach i organizowania zajęć szkolnych zgodnie z kalendarzem liturgicznym. Rozdzielam te dwie rzeczy – „ja” jako obywatelka demokratycznego państwa od „ja” jako członkini Kościoła. Oczywiście, że kieruję się zasadami chrześcijańskimi w codziennym życiu, ale nie przemawia do mnie argument, że kościół ma prawo ingerować w procesy legislacyjne w państwie i narzucać swoje prawa wszystkim obywatelom bez względu na ich przynależność do jakiejkolwiek religii lub nieprzynależność do żadnej.


            Dziś po raz kolejny przekonałam się, że i msza, i spowiedź mogą być naprawdę pięknym przeżyciem. Ba! W trakcie spowiedzi, prowadzonej jak normalna rozmowa, można się nawet zaśmiać. Ostatnio też spowiednik mnie rozśmieszył. Myślę, że dużym szczęściem jest trafić na właściwego człowieka na właściwym miejscu. Człowieka, który nie zapomina, że ma przed sobą również człowieka i tak wiele zależy od ludzkiego podejścia. Jak wiele może zmienić zejście z ambony i zajęcie miejsca tuż obok kogoś, kto potrzebuje rozmowy. Nie grzmienia, oburzenia, górnolotnego pouczania. Tylko rozmowy, życzliwego uśmiechu, a kiedy trzeba powagi, ale bez nadęcia i potępienia w oczach. Myślę, że gdyby większość hierarchów „zniżyła się” do poziomu takich ubogich i skromnych franciszkanów, kościół zająłby znacznie wyższą pozycję w życiu tak bardzo dziś pogubionych ludzi. Chciałabym, żeby każdy czuł się ważną częścią Kościoła jako grupy wiernych, żeby miał przy tym prawo żyć w zgodzie ze sobą i przyznawał to prawo innym. I żeby nie było ostrych podziałów między odmiennymi religiami oraz niewierzącymi. Świat naprawdę jest w stanie pomieścić wszystkich. Lecz czy ludzie są w stanie to pomieścić w swoich głowach?




Hurra! Same dobre efekty! 2017-04-03 20:30

Grunt się sypie pod nogami ekipy rządzącej. Wpadka za wpadką, różne lapsusy językowe, każda inicjatywa kończy się spektakularną porażką. I naprawdę nie pomoże zaklinanie rzeczywistości, powoływanie się na przekłamane dane statystyczne oraz straszenie poprzednikami. Tak na marginesie, co za ironia – poprzednicy straszyli obecną ekipą, a teraz następuje zmiana ról. Nie taka już nowa ekipa straszy, odwołując się głównie do jedynego argumentu, który przemawia do przekupnego narodu polandowskiego – pieniędzy. „Proszę państwa, jeśli oni wygrają następne wybory, zabiorą wam te pieniądze” – oto cytat z rozmowy w radio. TE pieniądze to oczywiście osławione PincetPlus. Ja odpowiem na te strachy na lachy krótko: „Spokojna wasza rozczochrana. Mnie niczego nie zabiorą ani ci, ani tamci, bo niczego nie dostałam”. Jak zwykle zresztą. Bo ja jestem ten, za przeproszeniem, murzyn do roboty, co to ma na te PincetPlus zasuwać, a nie po nie łapę wyciągać. I na pensję Miśka mam zasuwać, i na reformę Anki mam zasuwać, i na weekendową pseudoarmię, która hm… ma nas obronić w razie czego, na remont limuzyn, a nawet na znaczki używane w namiętnej komunikacji epistolarnej jako nowej formy załatwiania spraw po męsku.


            Co do PincetPlus. To nie jest z gruntu zły program, lecz kompletnie nieprzemyślany. Od razu widać, że stworzony na kolanie, jak wszystko w ciągu ostatniego roku. Niesprawiedliwy, bo pomija wiele dzieci będących jedynakami. I nie zawsze to jedynactwo jest wygodnictwem rodziców. Na budowanie takiego modelu rodziny składa się niekiedy wiele czynników, nad którymi nie będę się tu rozwodzić. Zwracam jednak uwagę, że każde dziecko ma potrzeby i skoro jedne dzieci zostały obdarowane, nie rozumiem, dlaczego inne już nie. Absurdem jest przyznawanie zasiłku na dziecko tylko do osiemnastki. Jeszcze większym zabieranie go drugiemu dziecku, jeśli to pierwsze osiągnęło pełnoletniość. Co tu dużo mówić – chory pomysł. A te peany na cześć programu po roku jego funkcjonowania są oderwane od rzeczywistości. Program należałoby kontynuować, ale gruntownie przebudować.


            W radio usłyszałam, że PincetPlus przyniosło „same dobre efekty”, podniosło poziom życia wielu rodzin oraz przyczyniło się do wzrostu konsumpcjonizmu. Po pierwsze – mówienie, że program ten przyniósł same dobre efekty, jest sporym nadużyciem świadczącym o nieznajomości faktów. A fakty są takie, że owszem – część rodzin normalnie funkcjonujących przeznaczyła te pieniądze na dzieci i ich rozwój. Spora część jednocześnie dzięki zasiłkowi traktuje dzieci przedmiotowo, jako źródło dochodu umożliwiającego pozostanie w stanie nieróbstwa. Po co iść do roboty, skoro mając gromadkę maluchów, można wytargać kilka tysiaków? Ponadto, czy ktoś kontroluje wydatki rodziców otrzymujących zasiłki na dzieci, a zwłaszcza klientów opieki społecznej i rodziny patologiczne? Miały takowe kontrole być przeprowadzane? I co? Jak to jest? Bo śmiem twierdzić, że masa matek i ojców spod ciemnej gwiazdy nie przeznacza pięciu stów na utrzymanie i rozwój swoich dzieciaków, lecz na potrzeby własne. Nie muszę chyba pisać jakie. A ilu rodziców, takich zwyczajnych, powiedzmy „normalnych”, jeszcze zanim dostało pierwszą wypłatę zasiłku zacierało ręce, że nareszcie kupią se nowe sprzęty do mieszkania, samochód na raty i inne duperele? Gdzie w tym wszystkim dzieci?


            Dzieci oprócz fajowych sprzętów, samochodu wożącego ich tyłki, potrzebują zwłaszcza możliwości rozwoju i ciekawego spędzania czasu. Każdy, kto rzeczywiście inwestuje w dzieci, wie, o czym mówię. Wydatków jest naprawdę sporo. I tych prozaicznych, i tych z wyższej półki. Dla starszych - basen, angielski czy inny język oraz zajęcia dodatkowe, kino, teatrzyk, wycieczka, zabawki (sensowne), rower, rolki, co sezon nowe ubrania i buty, przybory szkolne lub materiały do przedszkola… Dla dzidź pieluchy i mleczko, zdrowe jedzonko, wózki, bujaczki, karuzelki do łóżeczka, pierwsze książeczki i zabaweczki, odpowiednie pierwsze buciki… Do tego dla każdego potrzebna jest pula na leczenie, żłobek lub nianię, przedszkole albo wydatki szkolne. Listę tę mogłabym ciągnąć bez końca. Bo dziecko to taka beczka bez dna. A znam rodziców, którzy zamiast zafundować dziecku wycieczkę czy inną atrakcję, fundują atrakcje sobie. Pójście do kina czy teatrzyku uznają za jakąś wydumaną bzdurę. Wyprawkę szkolną otrzymują z opieki, śniadania i obiady z opieki, zimowisko z opieki, przedszkole opłacone przez opiekę, kolonie również zafundowane przez opiekę. Hm… Właściwie będąc zewsząd tak zaopiekowanym, nie ma sensu się szarpać z wydawaniem tych pięciu stów na dzieci. No bo co można takiemu małemu gnojkowi ciągle kupować?


            A tak poza tym niektóre dzieci, i to te z rodzin będących całkiem pokaźną grupą beneficjentów programu PincetPlus, chodzą zaniedbane, nieraz głodne, w domu nie ma żadnych fajowych sprzętów ani zabawek, a z każdego kąta wygląda bieda, brud i smród. Tymczasem mamusia i tatuś lub osobniki połączone innymi poplątanymi więzami, chleją, przestawiają dzieci jak meble, urządzają nieustanne libacje kończące się awanturami, leżą jak świnie w barłogu i dziękują Bogu, że udało im się naklepać tyle bachorów. Co nie przeszkadza oczywiście w kontynuacji prokreacyjnych planów. Ale co tam. Liczą się przecież same dobre efekty, które należy podkreślać przy każdej okazji w obliczu tylu porażek.




To, co przechodzi ludzkie pojęcie... 2017-04-01 18:34

            Co przechodzi moje ludzkie pojęcie? Niewiele. Ale z pewnością boli mnie kilka rzeczy, między innymi te, o których napiszę teraz bez owijania w bawełnę:



  1. Nie zrozumiem matek krzywdzących swoje dzieci lub biernie przyglądających się, gdy krzywdzi je ojciec, ojczym lub inny partner. Kiedy rodzice/opiekunowie prawni tłuką bezbronne dzieciaki, przypalają papierosami, gwałcą, głodzą, w krzykach posługują się bluzgami, zmuszają do prostytucji, kradzieży i innych strasznych czynów. Nie zrozumiem tłumaczenia matek, że dziesięcioletnie córki same się prosiły o seks z dorosłym facetem. Że dziecko samo się nadziało na papierosa i poparzyło się w kilku miejscach. Że ma pękniętą czaszkę i obrażenia wewnętrzne po upadku ze spacerówki. Nie pojmę tego toku myślenia nakazującego im chronić tyłek łajdaka, a nie dzieci.

  2. Przechodzi moje pojęcie, jak jeden z rodziców jest w stanie zmuszać swoje dziecko do przeżywania gehenny w patologicznym domu, w którym na porządku dziennym jest alkohol, narkotyki i awantury. Bieda wygląda z każdego kąta, bo na wódę zawsze znajdzie się kasa, ale na jedzenie czy przyzwoity przyodziewek dla dzieci już niekoniecznie. Jak można zlekceważyć wołanie o pomoc dziecka, które wprost komunikuje, że ma tego dość? Mówi o tym, pisze list, który zostawia pod poduszką, płacze i w chwilach bezsilności wykrzykuje swój żal? Co skłania jedną stronę do pozostania w związku z chorym człowiekiem, przez którego cierpi cała rodzina? Naprawdę dzieci zawsze powinny mieć ojca albo matkę? Na serio lepszy byle jaki ojciec niż żaden, byle jaka matka niż żadna? I czy na pewno nawet parszywy dom jest lepszy niż rodzina zastępcza? Bo to są korzenie dziecka, bo innych mieć nie będzie?

  3. Nigdy nie zrozumiem bezduszności niektórych pracowników instytucji mających zapewnić bezpieczeństwo kobiet i dzieci. Oczywiście, że najłatwiej przymknąć oko na ewidentne zło. Ale jak można żyć ze świadomością, że można było pomóc, że zobowiązują do tego przepisy, a  mimo wszystko tak wiele osób lekceważy przejawy przemocy w rodzinie? Jak można tłumaczyć patologicznych rodziców i rzekomo kierować się dobrem dziecka? Gdzie przebiega granica, po przekroczeniu której rodzic staje się w oczach różnych instytucji katem i w końcu trzeba interweniować? Ja wierzę i wiem, że są też wspaniali pracownicy szkół, MOPS, sądów, ale jest też wielu kompletnie bezdusznych biurokratów albo ludzi rozczulających się nad losem patologicznej matki lub ojca, nie zaś nad losem pokrzywdzonych.

  4. Nie zgadzam się ze stanowiskiem kościoła, który niejednokrotnie mówi, że każdy musi dźwigać swój krzyż, każdy ponosi konsekwencje swoich wcześniejszych wyborów. Że dziewczyna wychodząca w młodym wieku za mąż ma do końca życia znosić katorgę, na którą skazuje ją mąż, bo przyrzekała mu przed ołtarzem, że będzie z nim na dobre i na złe. Jej dzieci przy okazji też są skazane na cierpienie, choć nie podejmowały żadnej decyzji. Kiedy kobieta prosi o pomoc księdza, słyszy kupę bezużytecznych frazesów. Gdy zdecyduje się na ratowanie siebie i dzieci przed katem, najczęściej musi się wyprowadzić, walczyć w sądzie, a w kościele zostaje wyrzucona poza nawias, jeśli kiedykolwiek będzie chciała założyć nową rodzinę. Nieważne, że nowy partner okaże się dobrym ojcem dla jej dzieci, będzie ją szanował i pokaże, że nie każdy facet to świnia.

  5. No i nie pojmę stosunku rządzących oraz reprezentantów kościoła katolickiego występujących przeciwko ustawie antyprzemocowej. Jest to dla mnie nielogiczne. I nieludzkie. A najbardziej irytujący jest fakt, że o różnych sferach życia kobiet i dzieci najczęściej decydują mężczyźni. To oni najlepiej wiedzą, co kobieta przeżywa będąc ofiarą alkoholika, sadysty czy innego psychola. I oni doskonale wiedzą, jak to jest uciekać z własnego domu dokądkolwiek, gdzie będzie bezpiecznie. A sadysta pozostaje sobie jak panisko w domu, podczas, gdy jego skatowana rodzina włóczy się po domach samotnej matki lub innych przytułkach. Oni potrafią wczuć się w rolę zgwałconej kobiety, która dowiaduje się, że w wyniku tego gwałtu zaszła w ciążę. Oni bez pardonu zaglądają kobietom w majtki, rozliczają ile razy i z kim uprawiała seks, a jednocześnie zapominają o własnych przewinieniach.  To co uchodzi facetom, nie uchodzi kobietom. Tak jakby jedni i drudzy nie byli takimi samymi ludzkimi istotami. Błąd popełniony przez kobietę urasta do rangi przestępstwa wszech czasów. Ten sam błąd popełniony przez mężczyznę to tylko mały pikuś. A z drugiej strony obowiązki domowe, rodzicielskie i zawodowe jakimś cudem łączone przez kobiety to nic nadzwyczajnego. Jeśli zaś mężczyzna coś upichci, zajmie się dzieciakiem czy posprząta w domu, nad jego głową muszą rozlegać się peany, żeby go docenić. Absolutnie nie należy wytykać mu niedociągnięć, żeby w przyszłości się nie zniechęcił.

  6. I jeszcze jedno – boli obojętność otoczenia, które daje ciche przyzwolenie na przemoc. Nie widzę, nie słyszę, nie mówię – oto dewiza wielu osób. Osób, które widzą posiniaczone ciała, słyszą krzyki i wołanie o pomoc za ścianą, a potem jedyne, na co je stać, to gadanie z sąsiadami, plotkowanie i mówienie: „Jak taka baba siedzi z chłopem, który ją leje, to widocznie to lubi”. Nie przyjdzie im do głowy, że ta baba ma tak głęboko wkodowany obezwładniający ją strach, że przez długi czas nie jest w stanie ruszyć z miejsca. Ta baba wstydzi się, unika spojrzenia w oczy, udaje normalną kobietę z normalnymi problemami codziennymi. Czasem nawet, w przypływie dobroci pana i władcy, zaprosi sąsiadkę na kawę, żeby tylko pokazać, jaka to z nich zwyczajna rodzinka. Ciągle w naszym społeczeństwie tkwi przekonanie, że telefon na policję to kablowanie. A przecież wiadomo, jeszcze z czasów komuny, że to najgorsza sąsiedzka zbrodnia. Poza tym nie ma co wpieprzać się w rodzinne sprawy.


 


Straszne to wszystko.



e-szablony
  e-blogi.pl  [Załóż blog!] rssSubskrybuj blogi
[Zamknij reklamy]