Frausuchen - blogerka


Dzień Matki Zwyczajnej 2017-05-26 21:34

        Ewka nigdy nie zapomni swojego pierwszego Dnia Matki. Jej pięciomiesięczny synek o włoskach tak jasnych jak kłosy dojrzałego zboża, był długo wyczekiwanym potomkiem. Razem z mężem musiała się sporo napracować, by w końcu po trudach ciąży i ryzykownym porodzie na świat przyszedł mały człowieczek, którego los spoczywał w ich rękach. I cóż z tego, że oboje niczego bardziej nie pragnęli jak tego maleństwa? I że była miłość i spokój, stabilizacja, dach nad głową, a pod nim pokoik dziecięcy oraz ubranka tysiąc razy rozkładane i układane przez Ewkę? Gdy urodziło się Dziecko, Ewka jak typowa samica w pierwszym odruchu obmacała je, sprawdziła liczbę paluszków, przyjrzała się twarzyczce, pogłaskała po główce. Zachowała się bezwiednie zupełnie tak, jak mówiła położna w szkole rodzenia. Najpierw zatem była naturalna troska i niepokój. Potem ból ciała porozcinanego i pozszywanego, ból piersi i uczucie totalnego wykończenia, które nie ustępowało z racji nieprzespanych nocy i dni ciągnących się w głowie Ewki w nieskończoność.       


                     To tylko baby blues, burza hormonów -  mawiały mądre, doświadczone matki, patrzące jak Ewka miotała się ze swoimi uczuciami. Ale ta jazda nie skończyła się po kilku dniach ani nawet tygodniach. W swoim pierwszym Dniu Matki Ewka siedziała w fotelu. Patrzyła tępo w jeden punkt i starała się w myślach ogarnąć ten cały chaos. Nagle cicho podszedł do niej mąż trzymający na rękach Dziecko. Maluch spoczywał wygodnie w ramionach taty. Syty, wyluzowany bobas. Na jego brzuszku leżał bukiecik konwalii. Ewka nie rozumiała tego, co właśnie się dzieje, gdyż nie rozróżniała od siebie dni, dat, nie wiedziała nawet, jaki aktualnie jest dzień tygodnia. Magma i zmiksowane dni z nocami. „Wszystkiego najlepszego z okazji Dnia Mamy” -  powiedział z uśmiechem mąż. I wtedy coś zatrybiło w jej głowie. Gdy zrozumiała, gdy pojęła to, co usłyszała, rozpłakała się. Mąż sądził, że ze wzruszenia. Ale ona płakała, bo czuła się jak szmata. I że nie zasługuje na to, by ktokolwiek nazywał ją mamą. Bo pieściła i dbała o to Dziecko, ale nie mogła poradzić sobie z uczuciem, że za mało je kocha. Tak naprawdę. Tak jak opisują to mamuśki na forach internetowych albo w różnych mądrych książkach. Prawdę mówiąc, myślała, że to Dziecko jest kulą u nogi. Tylko wstydziła się o tym komukolwiek powiedzieć. Ganiła się za to i dusiła wewnątrz. Jej Mama widząc stan Ewki, postanowiła otwarcie porozmawiać z córką. W morzu łez ukazała się cała prawda. I na szczęście Ewka nie została potępiona. Mama zrozumiała. Wiedziała, że macierzyństwo ukazywane w książkach, kazaniach i filmach, często odbiega od rzeczywistości. Dlatego nie wciskała Ewce kitu o instynkcie, powinnościach i misji życiowej. Po prostu przyznała jej prawo do innego przeżywania nowej sytuacji, która stanowiła prawdziwą rewolucję. I dała jej czas na oswojenie się z nią.


                     Dzisiaj Ewka inaczej obchodzi Dzień Matki. Patrzy na swoje Dziecko z miłością. Stara się być wystarczająco dobrą, a nie idealną mamą, gdyż doskonale wie, że takie nie istnieją. Zdarza się jej popełniać błędy, ale już nie biczuje się za nie. Potrafi o nich porozmawiać i wyciągać wnioski. Zdaje sobie sprawę  z tego, że rodzicielstwo to podróż w nieznane rewiry i nieraz żadne, nawet najmądrzejsze matki, książki czy programy telewizyjne nie są w stanie przewidzieć niektórych zdarzeń ani udzielić dobrej rady. Najważniejsze jest dla niej to, że kocha. Tak, jak tylko potrafi Mama.




Jak nie skretynieć? 2017-05-24 21:03

            Czy macie czasami wrażenie, że jesteście traktowani jak debile? Bo mnie się to zdarza na większości pseudoszkoleń czy pseudowarsztatów, w których niestety muszę brać udział. Czuję się wówczas zazwyczaj jak skończona kretynka i czuję się tak w dwójnasób – po pierwsze prowadzący uważa chyba, że słuchacze są osobami ograniczonymi umysłowo i nie potrafią objąć swoim małym rozumkiem tego, co jest wyświetlane na ekranie rzutnika, więc czyta i międli każde słowo z namaszczeniem; po drugie mój wewnętrzny wulkan, na co dzień spokojnie drzemiący sobie grzecznie, budzi się, gdy muszę słuchać bzdetów ubieranych w coraz to nowe słowa, a znaczących niezmiennie to samo. Od takiego masła maślanego dostaję niestrawności. Gdy jestem nim karmiona dwa dni z rzędu, moje bebechy są wywrócone na lewą stronę.


            W takich właśnie chwilach, kiedy w myślach stawiam krótką diagnozę: „nie mogę dłużej słuchać tego pierdolenia”, przypominam sobie pewne ćwiczenie z warsztatów psychologicznych, w których wzięłam udział rok temu i które akurat były wartościowym doświadczeniem. Być może dlatego, że sama, z własnej i nieprzymuszonej woli, wybrałam je i się na nie zapisałam. W czasie jednego spotkania jako królik doświadczalny miałam wczuć się w jakąś irytującą, dobrze mi znaną sytuację. Następnie prowadząca zleciła mi wyartykułowanie tego, co myślę. Pozwolę sobie nie przytaczać słów, które wówczas wylały się gorącą lawą z mych ust. Dodam jednak, że uczestniczki warsztatów, których większość znała mnie bardzo dobrze, po prostu ryczała ze śmiechu. Z boku zapewne wyglądało to komicznie – siedząca niechlujnie drobna kobieta jechała z koksem równo, tak że niejeden szewc mógłby się sporo nauczyć. Jednak w gruncie rzeczy to wcale nie było zabawne. Bo do jakiego stanu trzeba być doprowadzonym, by kląć z bezsilności. To tak jakby znaleźć się w jakimś potrzasku i nie móc się wyzwolić. Uruchamia się wtedy taki wkurw, że człowiek mógłby rozpieprzyć wszystko wokół.


            Prowadząca warsztaty udzieliła nam kilku rad pomagających rozładować wewnętrzne napięcie. Wiadomo, że na zewnątrz należy zachować kamienną twarz, siedzieć cichutko, gdyż pancerz norm społecznych trzyma w ryzach wszelkie emocje. Dlatego należy zrobić, co tylko można, by zapewnić sobie możliwie największy komfort. Można na przykład myśleć o niebieskich migdałach, uciec daleko, daleko od nudnych wywodów. Przecież nikt nie jest w stanie wniknąć w nasze myśli. Można usiąść wygodnie, oprzeć się, rozprostować nogi pod stołem. Można coś sobie bazgrolić – jakieś kwiatki, wzorki, szlaczki. Można też, co właśnie teraz robię, pisać. Pisanie działa na mnie zbawiennie. Wprawdzie ten tekst będzie musiał być przepisany na komputerze, lecz czego nie robi się dla własnego komfortu?


            Komfort w dużej mierze zależy od nas samych. W prawie każdej sytuacji, nawet bardzo niekomfortowej, można choć trochę poprawić swoje funkcjonowanie. Czasami są to drobiazgi, takie jak łyk wody, odlot w sferę marzeń lub wspomnień, rozluźnienie mięśni, przeciągnięcie się, kręcenie kółek stopami, przymknięcie choć na chwilę powiek… Kiedy poczułam, że moja lawa zaczyna bulgotać, w myślach poprzeklinałam sobie trochę, a potem zastanowiłam się nad tym, co mogę teraz zrobić, by poczuć się lepiej.  I tak oto sporządziłam ofertę turystyczną dla mojej koleżanki, której rekomendowałam wyjazd na Węgry, popijałam kawę, napisałam ten tekst i w marzeniach widziałam siebie na Akropolu. I wiecie co? Zadziałało. Naprawdę miałam poczucie, że do reszty nie skretyniałam od oczywistych oczywistości wygłaszanych tak, jakby właśnie odkryto Amerykę.




Gdzie są rodzice? 2017-05-17 21:46

                 Głośna ostatnio sprawa agresywnych gimnazjalistek, które pobiły swoją koleżankę, wzbudziła spore kontrowersje. Wydarzenie stało się medialne po tym, jak nagranie brutalnej sceny trafiło do sieci. Przyznam, że od początku wiedziałam, jaki obrót przyjmą działania różnych instytucji mających na celu ustalenie winnych tego zdarzenia. Strzałem w dziesiątkę okazało się przypuszczenie, że pierwsza do odpowiedzialności zostanie pociągnięta szkoła. Że zacznie się prześwietlanie dokumentacji, regulaminów, realizacji rozmaitych programów wychowawczych itp. I doskonale wiedziałam, iż w całym tym zamieszaniu zwrócenie uwagi na środowisko rodzinne, stanie się sprawą marginalną. Tak też się stało. Za każdym razem, gdy dziecku w wieku szkolnym dzieje się krzywda lub krzywdzi ono kogoś innego, nie wiadomo dlaczego, pierwsze pytanie, jakie pada z wielu ust brzmi: „Co zrobiła szkoła?”. Dziwi mnie to i irytuje, gdyż uważam, że powinno ono brzmieć: „Co zrobili rodzice?”.


                 We współczesnej szkole od kilkunastu lat panuje trend włączania rodziców we wszelkie działania. I pięknie, ale. Po pierwsze – nie wszyscy rodzice czują się współodpowiedzialni za organizację nauki i wychowanie swoich pociech. Po drugie – spora część z nich, choć nie jest w najmniejszym stopniu kompetentna, tak głęboko ingeruje w pracę nauczycieli, pedagogów, a nawet dyrekcji, że chwilami jest to po prostu żenujące. Po trzecie – rodzice często zapominają o najważniejszej rzeczy – że przede wszystkim to oni są odpowiedzialni za swoje dzieci, a szkoła ma za zadanie jedynie ich w tym wspierać. Wspierać, nie wyręczać. Dziecko przychodząc do klasy pierwszej ma sześć lub siedem lat i gdzieś przez te pierwsze lata swojego życia wzrastało i uczyło się od najbliższych osób pewnych zasad postępowania, było wdrażane w jakiś system wartości i co istotne, a o czym również rodzice nie pamiętają – naśladowało sposób wyrażania emocji, reagowania, respektowania bądź lekceważenia ustalonych norm społecznych.


                 Dlatego oburza mnie pomijanie wątku rodzinnego, kiedy dzieci żyją w świecie wirtualnym od najmłodszych lat, a w realu gubią się. I kiedy do sieci wypływają kompromitujące filmiki lub informacje, w wyniku czego ofiara posuwa się do próby samobójczej, która czasami kończy się tragicznie. Irytuje mnie rozliczanie pracowników szkoły z tego, jakie podjęli działania, żeby przeciwdziałać agresji. Z pewnością nie podjęli żadnych. Oprócz tego z dużym prawdopodobieństwem to oni nauczyli tłuc po gębie, kopać po głowie i rzucać kurwami. Żałosne jest to, kiedy nauczyciel musi tłumaczyć się niezadowolonemu rodzicowi z ocen dziecka, wpisanej uwagi, statutowej kary czy upomnienia słownego. Nie na miejscu było również wyśmiewanie się z nauczyciela, któremu uczniowie założyli kosz na głowę, a potem tłumaczenie, że widocznie nie nadawał się do tej pracy. Gdy zaś nauczyciel jest wymagający i nie pozwoli sobie wleźć na łeb ani założyć żadnego śmietnika, uchodzi niemalże za satrapę. Gdy zadaje zadania domowe – źle, gdy nie zadaje – też źle. Kiedy wymaga od szóstoklasisty znajomości tabliczki mnożenia –  jest tyranem. Gdy pokazuje matce licealisty pracę zerżniętą żywcem z neta – jest głupią babą lub durnym dziadem, bo co też można nowego wymyślić na ten temat. Przecież już wszystko zostało powiedziane i napisane. Pokazując rodzicowi nagranie z monitoringu przedstawiające, jak dzieciak trenuje boks na innym dzieciaku, spotyka się z reakcją graniczącą z absurdem, gdyż rodzic nie rozpoznaje własnego potomka. Jeśli wychowawca dzwoni do matki z pytaniem, czy jej syn wychodził dziś do szkoły, uzyskuje odpowiedź w stylu: „A skąd ja mam wiedzieć”. I tak dalej. Znam naprawdę wiele takich historii, gdyż w gronie znajomych i przyjaciół mam kilkoro nauczycieli, psychologów i pedagogów. Słucha się ich z trwogą, bo dokądże zmierza to wszystko i jakież jest obecne „młodzieży chowanie”? Gdzie w tym wszystkim są rodzice – pytam po raz kolejny.


                 Gdzie byli i są rodzice wspomnianych gimnazjalistek i ich kolegów tak dzielnie kibicujących im w trakcie ataku? Podobno ten incydent z ich udziałem nie jest odosobnionym przypadkiem. Dlaczego wcześniej rodzice innych ofiar nigdzie tego nie zgłaszali? Szkoła ma naprawdę ograniczone możliwości w tym zakresie. Pogadanki, warsztaty, uwagi, upomnienia, nagany – to tyle. Jeśli nie towarzyszy temu chęć współpracy ze strony rodziców, szkoła nie może zrobić nic więcej. Takie sprawy należałoby od razu kierować na policję. Gdzie dotąd podziewała się matka jednej z agresorek, ta która pokazała faka do kamery? Czego nauczyła swoją córkę, jakie wzorce jej przekazała, jak reagowała na jasne komunikaty ze strony wychowawcy? Czy przychodziła na jej wezwanie, czy jednak  jej też pokazała środkowy palec? A gdzie była matka drugiej dziewczyny, ta która ze zdziwioną miną stwierdziła, że nic właściwie się nie stało, gdyż ofiara nie zginęła. Tak. Ofiara żyje. Podobno prowokowała, odbiła chłopaka, więc kierując się takimi przesłankami, chyba należy uznać, że hm… cóż, dostała za swoje. Za nie-swoje dostanie również dyrektor szkoły oraz inni pracownicy tej placówki, którzy nie dołożyli wystarczająco dużo starań, by odpowiednio wyręczyć rodziców w wychowaniu ich dzieci.




Po co się uczyć? 2017-05-04 15:55

Siedzę sobie w mieszkaniu. Rano byłam ze znajomym w firmie telekomunikacyjnej, żeby podłączyli mu neta. Jak miło było wypróbować swoją zdolność komunikacji w obcym języku. Facet z obsługi rozmawiał ze mną na luzie, był bardzo uprzejmy. Gdy mówił zbyt szybko, poprosiłam, żeby nieco zwolnił. I było naprawdę OK. Jestem zadowolona, pomału pokonuję niepewność. Specjalnie wystawiam się na sytuacje, w których jestem zmuszona do mówienia. Przez ten krótki czas więcej się tu nauczę niż przez miesiąc w szkole językowej. Dzisiaj musiałam też przetłumaczyć pismo urzędowe. Ach, te niemieckie, tasiemcowate słowa… Na szczęście istnieje kochany diki-słownik. Zrobiłam sobie dwustronicową listę nowych słówek i będę je sobie od czasu do czasu powtarzać przez cały dzień. Wieczorem wszystkie będą opanowane. To dla mnie najlepsza forma uczenia się – kilkakrotnie w ciągu dnia, na głos. Wystarczy nieraz nauczyć się choćby dziesięciu nowych pojęć. Nie od razu Kraków zbudowano, a codzienna nawet niewielka dawka w skali miesiąca daje niezły wynik.


Obejrzałam przed chwilą jakiś niemiecki film i nawet sporo z niego zrozumiałam. Słyszałam wyraźnie, co mówili bohaterowie. Nie wszystkie kwestie były dla mnie jasne, ale i tak jestem z siebie dumna. To dodatkowo zmotywowało mnie do nauki. Nawet nie wiecie, ile mi to daje satysfakcji! Uczenie się dla siebie, bez napinki, tylko dlatego, że chcę. Niedawno mój prywatny lektor z anglika namawiał mnie na wspólne studiowanie germanistyki. Oczywiście wyskoczyłam z tekstem, że pewnie sobie nie poradzę, bo owszem – czuję się w tym języku coraz pewniejsza, ale trudno mi ocenić, czy jestem już wystarczająco dobra, by podjąć studia w tym kierunku. On zaśmiał się i powiedział, że z palcem w dupie dałabym radę. I przyznam, iż przez chwilę przemknęła mi przez głowę taka myśl, że może to wcale nie jest głupi pomysł. Ale potem naszła mnie refleksja związana z sensownością studiowania tego, co się lubi. Już raz to przerabiałam. I dobrze wiem, że to wspaniałe doświadczenie – uczenie się tego, co się kocha. To tak jak z pracą, która jest jednocześnie czyjąś pasją. Jest jednak pewne „ale”.


            Kochałam moje studia. Nigdy przenigdy nie miałam problemów na jakichkolwiek zajęciach i mimo tego, że niekiedy była ostra jazda, ukończyłam naukę z bardzo dobrym wynikiem. Dodam przy tym, że nie byłam żadną paskudną, bezmyślną kujonicą. Niestety nieraz musiałam przysiąść nad przedmiotami, które uważałam za totalne nieporozumienie i stek niepotrzebnych nikomu idiotyzmów. Bo cóż – na studiach, na jakimkolwiek kierunku zawsze znajdą się takie zapchajdziury, które są zawarte w ramówce chyba tylko po to, by część wykładowców miała pracę i marmoliła o rzeczach nieprzystających do rzeczywistości ani nigdy potem niewykorzystywanych przez absolwentów w ich ewentualnej pracy. I dlatego pomysł ze studiowaniem filologii germańskiej upadł szybciej niż zdążył na dobre rozgościć się w mym umyśle. Zdecydowanie wolę się uczyć dla przyjemności i żeby zwiększyć swoje szanse na sensowną pracę. Znajomość języków jest dziś w cenie. I otwiera drzwi do wielu możliwości. Jest to też przepustka do świata. Pozostanę zatem przy nauce na własny użytek.


            Wiem, że mówienie młodym, iż każdy uczy się dla siebie, brzmi jak zgredowate trucie, ale to święta prawda. I często w dorosłym życiu okazuje się, że dana umiejętność, którą kiedyś się zaniedbało, akurat teraz mogłaby być przydatna. Nie uczymy się dla dyplomu ani dla mamy puchnącej z dumy, ani (co za trywializm!), żeby kiedyś mieć dobrą (=opłacalną) pracę, a już na pewno nie dla ocen. Dyplomów można mieć dziesięć, lecz we współczesnym świecie nie stanowią one gwarancji otrzymania satysfakcjonującej pracy. Dumne oblicze mamuśki szybko się zmieni w niewyraźny grymas, gdy w poczuciu obowiązku będzie utrzymywać duże dziecko siedzące na bezrobociu. A oceny? Któż o nich później pamięta? Obecnie tabuny ludzi przetaczają się przez różne uczelnie, co też stanowi dla mnie dziwne zjawisko, bo z niewiadomej przyczyny prawie wszyscy chcą mieć dzisiaj ukończone studia. Niekiedy nie liczy się nawet kierunek, lecz fakt, że w ogóle zdobywa się tytuł inżyniera czy magistra czegokolwiek. Bo to rzekomo ma zapewnić życiowy sukces. A potem rodzi się frustracja, bo nagle okazuje się, że ten czy tamten kolega zarabia krocie wykonując zwyczajną, prostą pracę i żyje jak pączek w maśle, podczas gdy wielu absolwentów szkół wyższych, którym rodzice powtarzali: „ucz się, a będziesz miał lżej w życiu niż ja”, klepie przysłowiową biedę. Lżej nie znaczy zamożnie, a uczenie się tylko ze względu na manię pieniądza, może przynieść gorzkie rozczarowanie. Brak studiów z kolei niekoniecznie jest równoznaczny z ograniczeniem umysłowym.


            Żebyśmy się dobrze zrozumieli – nie deprecjonuję studiowania ani nie propaguję idei nauki dla samej nauki. Uważam, że warto uczyć się z myślą o tym, co tak naprawdę chcę robić w życiu, licząc się ze wszystkimi konsekwencjami takiego czy innego wyboru. Oraz biorąc pod uwagę to, że nie zawsze duże pieniądze idą w parze ze świetnym wykształceniem i vice versa. Trzeba też dobrze się zastanowić nad swoimi predyspozycjami, możliwościami, bo nie ma nic gorszego niż wspinanie się na zbyt trudny lub wręcz nieosiągalny szczyt. Może się bowiem okazać, że zapłaciliśmy zdecydowanie za wysoką cenę za tę mordęgę. 




Młodziakowatość górą? 2017-05-01 18:22

Pamiętam, jak niecały rok temu ja i mój facet idąc na dworzec w Szentendre, spotkaliśmy młodego włóczykija. Targał ogromny plecak, gitarę pod pachą, na głowie miał kapelusz. Wysoki, szczupły, włosy związane w kitkę, uśmiech od ucha do ucha. Zapytałam go po angielsku, jak dojść do dworca, bo chyba się zgubiliśmy. Młodziak piękną angielszczyzną odparł, że też podąża w tym kierunku. W telefonie miał otwartą mapę i tłumaczył nam którędy trzeba iść. Westchnęłam i powiedziałam coś do mojego faceta w rodzimym języku. Na co Młodziak zaniemówił, zdębiał i krzyknął: „Polacy?!”. Ha! Ależ się ucieszyliśmy. Od razu nawiązała się między nami nić porozumienia. Wsiedliśmy razem do kolejki podmiejskiej i zaczęliśmy słuchać nawzajem swoich historii. Młodziak opowiedział, że sam nauczył się angielskiego, szkoła go mierziła, więc szybko zakończył edukację i zakomunikował rodzicom, że wyrusza w świat. Przez rok pracował, odkładał pieniądze, by mieć jakieś oszczędności. Spakował najpotrzebniejsze rzeczy, zabrał gitarę, na której również nauczył się grać sam i udał się w podróż życia. Tanim kosztem, dorabiając grą na ulicy, nocując u ludzi poznanych w necie, zamierzał dotrzeć do Hiszpanii. Miał tam już upatrzone miejsce, w którym ludzie z całego świata mogą mieszkać w skromnych warunkach, pracować i pomalutku sobie egzystować. Co później? Młodziak nie wybiegał tak daleko w przyszłość. Skupił się na swoim marzeniu i je realizował.


            Pożegnaliśmy się na stacji Margit Sziget. Poinstruowaliśmy Młodziaka, że następna stacja jest już końcowa, daliśmy mu jedną z naszych map i parę groszy na coś do jedzenia. Gdy wysiedliśmy, oboje staliśmy chwilę na peronie i patrzyliśmy, jak pociąg Młodziaka odjeżdżał do przyszłości. Spojrzeliśmy po sobie i stwierdziliśmy, że trochę mu zazdrościmy. Tej wolności, tych wszystkich furtek stojących przed nim otworem, odwagi i całej tej młodziakowatości, którą i my kiedyś mieliśmy w sobie. Tylko nasza młodziakowatość była obstawiona licznymi granicami, a języki inne niż rosyjski dopiero raczkowały w pokomunistycznych szkołach. Bywało i tak, że uczniowie przerastali „mistrzów” wytykając im błędy na lekcjach. Brakowało prawdziwych mentorów, kopa w dupę z przekazem: „dasz sobie radę”, forsy, nieszablonowości. Ludzie zachłystywali się pełnymi półkami w sklepach, kolorowymi telewizorami, ogólnodostępnymi telefonami stacjonarnymi i pierwszymi samochodami innymi niż syrenka, maluch, duży fiat. Komu przyszłoby do głowy, że można chcieć czego więcej, czegoś zgoła innego…


            A teraz, gdy patrzę na moje pokolenie nasycone dobrami materialnymi, ich dzieci mające to, o czym ich rodzice nawet nie śmieli marzyć, a także nie mające tego, co oni posiadali, widzę, że chyba nie tędy prowadzi droga do szczęścia. Że konsumpcjonizm, życie na trzydziestoletnie kredyty, harowanie jak wół, kreowanie swego sukcesu na fejsie, nie zmniejsza uczucia niespełnienia. Wielu szczerze nienawidzi swojej pracy, ma sporo umiejętności, a jednak boi się zmian. Obawia się, że ich mozolnie budowany porządek runie i stanie się coś strasznego. Potrzeby ludzkości są jak sinusoida. Myślę, że obecnie coraz więcej jednostek zaczyna pojmować sens życia i szczęście inaczej niż większość. Ich poglądy i postawa na razie budzą zdziwienie i niedowierzanie, lecz mam nadzieję, że wkrótce narodzi się nowa fala młodziakowatości i porwie niejednego w podróż w nieznane byle jakim pociągiem, bez zbędnego bagażu, czasami na gapę, za to z zielonym kamykiem w dłoni…



e-szablony
  e-blogi.pl  [Załóż blog!] rssSubskrybuj blogi
[Zamknij reklamy]