Frausuchen - blogerka


Niech każdy zajmie się swoją dupą 2017-06-30 11:50

            Właśnie zjadłam pyszne śniadanko urlopowe. Kanapeczki z avokado, pomidorkiem i ogóreczkiem małosolnym. Mniam! Może się powtórzę, ale co tam – uwielbiam dobre jedzenie. W ogóle lubię jeść i (he he) nadal mogę to robić bezkarnie, gdyż geny odziedziczone po przodkach wyposażyły mnie w ciało raczej nieskłonne do nadwagi. A wiadomo – gena nie wydłubiesz. Jednakże zaznaczam, że nie obżeram się jak dzika świnia. Jem racjonalnie, w miarę zdrowo i dużo się ruszam. Wszystko po to, żeby możliwie długo cieszyć się życiem w pełni i być unabhängig, czyli niezależną. No ale to tylko taka dygresyjna. Odpaliłam kompa w zupełnie innym celu. A mianowicie, nie chcąc nabawić się wrzodów na żołądku, muszę się wygadać. Bo widzicie, mam taki zwyczaj, że jem i czytam prasę. Oczywiście taką dla zgniłych lewaków, gorszego sortu, parszywych feministek i innego odpadu społecznego. I te wrzody mi grożą nie z powodu takiego właśnie wyboru prasy. Lecz zagrożenie tą męczącą dolegliwością pojawia się zawsze, gdy czytam o kolejnych absurdach kładących się cieniem na naszej polandowskiej rzeczywistości.


            Dziś jedząc sobie wspomniane śniadanko, na drugiej stronie pewnego czasopisma, natknęłam się na felieton dotyczący ostatnio poruszanej w życiu politycznym sprawy. Dodam, że jest to temat drażliwy, dość ryzykowny, dotykający bardzo osobistej sfery życia wielu obywateli, temat tak bliski instytucji zwanej Kościołem Katolickim, a dokładnie Polskim Kościołem Katolickim. Nietrudno zgadnąć, o jakiż temat chodzi. Bo czymże nasz PKK od lat nieustannie się zajmuje, zamiast zająć się zasadniczą swoją misją, czyli krzewieniem nauki Chrystusa? Nasz PKK lubuje się w tematyce związanej bezpośrednio z… dupą. Wszystko kręci się wokół dupy, na dupie się zaczyna i na dupie się kończy. W sumie trudno się z tym nie zgodzić. Gdyby tak prześledzić nauki PKK w tej kwestii, można by się przekręcić z powodu szoku wywołanego bzdurami sączonymi wiernym do otumanionych głów.


Nie jest tajemnicą, że do niedawna seks był w ogóle uznawany za zło w czystej postaci, a uprawianie go prowadziło nieuchronnie do piekła. Nawet w małżeństwie seks to był brud, grzech, a czerpana z niego przypadkiem jakakolwiek przyjemność postrzegana była jako obrzydlistwo i ohyda. Skądś się jednak musiały brać dzieci, te małe, niewinne i słodkie owieczki. Więc PKK skwapliwie dopuszczał akt współżycia małżeńskiego jako drogę do rodzicielstwa. A wiecie, że kobieta po porodzie była uznawana za nieczystą? Nie mogła uczestniczyć we mszy oraz obrzędach kościelnych. Dopiero 40 dni po porodzie i po tak zwanym wywodzie znowu nabywała pełni praw jako członkini kościoła. Kobieta, ta madonna z dzieciątkiem, znowu stawiana na piedestale przez rządzących i hierarchów kościelnych, w gruncie rzeczy zawsze była traktowana przedmiotowo. Nie jest w zwyczaju pytanie jej o zdanie w kwestiach dotyczących jej bezpośrednio, takich jak ilość dzieci, antykoncepcja, aborcja, pigułka „po”. A jednocześnie to samo zakłamane społeczeństwo wytyka palcami rodziny wielodzietne, że to dziecioroby, pasożyty żerujące na zasiłkach, a matki mające kilkoro albo i więcej dzieci to maciory, które chyba nie wiedzą, skąd się biorą dzieci i jak można się zabezpieczyć, skoro rodzą według reguły „co rok to prorok”.


Ale dziś felieton, który przeczytałam, pobił wszystkie te kwestie na łeb! Już sam tytuł mnie zaintrygował: „Obywatele wyobrażeni”. Pierwszy akapit zaś sprawił, że nieomal padłam trupem, gdyż zakrztusiłam się tym pysznym ogórkiem małosolnym. Poznałam nowe pojęcie, które pojawiło się w naszym życiu publicznym – figura „dziecka niepoczętego”. Na początku myślałam, że moje soczewki kontaktowe szwankują. Ale nie – jak byk widniało słowo: „niepoczętego”. Potem przeczytałam, że na portalu „fundamentalistów katolickich” można natknąć się na hasło: „Dziecko wygrało z antykoncepcją!”. Oczywiście domyślam się, że chodzi o takie dziecko – wyobrażenie, takie dziecko potencjalne, które z pewnością narodzi się jak wielu jego braci i wiele sióstr, gdy wreszcie na polandowskiej ziemi przestanie się sprzedawać zło w pigułkach, plastrach, krążkach, wkładkach i gumkach. Nie zacytuję mych słów i myśli, gdyż jak wiecie, brzydzę się nadmiarem wulgaryzmów w przestrzeni publicznej. Jednakże śmiało mogę powiedzieć jedno – to jest CHORE. Bardzo chore. Mało tego, to mi zalatuje terrorem, który niebawem przestanie różnić się od tego sianego przez innych fundamentalistów, przed którymi cały zachodni świat trzęsie tyłkiem.


Wyśmiewamy się z ciemnoty „ciapatych”, „brudasów”, a niedługo tak będziemy i my funkcjonować. Bo narzucanie wszystkim obywatelom bez wyjątku swoich zasad moralnych to jest dopiero ciapatość w czystej postaci. Ja wiem, że statystycznie rzecz biorąc Poland to kraj katolicki. Chciałabym jednak zwrócić uwagę na istotną sprawę – w tym kraju mieszkają również niekatolicy albo katolicy, ale nie będący fundamentalistami. Ja nikomu nie narzucam swojego światopoglądu i nie każę żyć według moich zasad. I tego samego oczekiwałabym od innych. A najbardziej nie chciałabym, żeby ktoś mi zaglądał do sypialni i rozliczał mnie z kim, ile razy i jak się kochałam oraz czy zabezpieczałam się przed niechcianą ciążą czy „niepoczętym dzieckiem” jak kto woli. Tymczasem proponuję, by wszyscy ci, którzy mają takie fundamentalistyczne zapędy, łącznie z PKK, aby zajęli się dosłownie i w przenośni swoją dupą. To już byłby jakiś postęp.




Jak pracować i nie zwariować? 2017-06-25 22:33

            Po prawie roku stosowania założonych przez siebie metod przetrwania w pracy, mogę z dumą powiedzieć, że udało mi się znaleźć harmonię i wewnętrzny spokój. Przed powrotem do życia zawodowego postawiłam sobie za cel zachowanie równowagi między pracą a sferą prywatną. Chciałam skoncentrować się na właściwym zarządzaniu swoim czasem, ułożenia odpowiednich proporcji pomiędzy różnymi wartościami, przestawienia myślenia tak, żeby znowu nie zagalopować się i nie popaść w kompletny dół, na dnie którego człowiekowi odechciewa się wszystkiego, łącznie z życiem. Moje wskazówki zamieszczam poniżej. Wszystkie przetestowałam na własnej skórze. Są sprawdzone, skuteczne, przynajmniej dla mnie. Oczywiście ludzie są różni, dlatego nie zamierzam nikogo na siłę przekonywać, by postępował i myślał tak jak ja. Wystarczy im się przyjrzeć, zastanowić i wybrać te, które najbardziej odpowiadają konkretnej osobie. No to do dzieła!


„Jak pracować i nie zwariować?”



  1. Praca to miejsce, w którym przebywasz po to, by jak najlepiej wykonywać swoje obowiązki i otrzymać za to wynagrodzenie.

  2. W pracy jesteś przede wszystkim kompetentnym pracownikiem. Stosunki koleżeńskie schodzą na plan dalszy. Ich jakość powinna ograniczyć się do kontaktów służbowych. Oczywiście nie wyklucza to bycia uprzejmym czy życzliwym, jednak praca nie służy przede wszystkim poszukiwaniu przyjaźni czy jeszcze głębszych relacji.

  3. Bądź zadaniowcem. Skup się na tym, co masz dziś do zrobienia, zrób to i idź do domu. Albo gdziekolwiek chcesz.

  4. Na spotkaniach służbowych skoncentruj się na tym, co istotne. Pilnuj czasu i tematu spotkania. Nie bój się taktownie upomnieć rozmówców, gdy zaczną schodzić na boczne, nieistotne ścieżki.

  5. W rozmowach z szefem również zachowaj służbowy ton. Jeśli to nie jest konieczne, nie poruszaj prywatnych spraw. Jesteś w pracy, a nie na grillu.

  6. Żyj swoim życiem. Nie interesuj się i nie ekscytuj cudzymi sprawami, nie zajmuj się plotkami, nie rozliczaj innych z ich obowiązków i nie oceniaj cudzych osiągnięć oraz tego, czy ktoś zasłużył na uznanie szefa. Powtarzam – żyj swoim życiem.

  7. Przerwy w pracy poświęć sobie. Zjedz w spokoju, napij się, załatw potrzeby fizjologiczne, zrelaksuj się.

  8. Nie bierz zbyt wiele na siebie. Zobowiązuj się do wykonania tych zadań, które z pewnością będziesz w stanie zrealizować bez uszczerbku na swoim zdrowiu i bez nadszarpnięcia czasu przeznaczonego na życie prywatne.

  9. Daj sobie prawo do popełniania błędów. Nie myli się tylko ten, kto nic nie robi. Jesteś człowiekiem, nie robotem.


10.  Naucz się czasami odmawiać i wyrażać swoje potrzeby. Nie myl jednak asertywności z chamstwem. Rób to zawsze spokojnie, posługując się racjonalnymi argumentami.


11.  Pomagaj innym NA SWOICH WARUNKACH.


12.  Jeśli coś cię żga w tyłek, powiedz o tym szefowi. Może on w ogóle nie zdaje sobie sprawy z twojego niezadowolenia, oczekiwań lub nieogarniania nadmiaru obowiązków.


13.  Nigdy nie przejmuj się humorami szefa. To, że on nie ma dobrego nastroju, nie znaczy, że i ty masz siedzieć cały dzień jak gbur. Pamiętaj o tym, że szef to też człowiek, który nie jest doskonały i mierzy się z różnymi problemami.


14.  Jeśli szef lub ktoś inny zaskoczy się propozycją „nie do odrzucenia”, nie zgadzaj się od razu. Powiedz, że musisz się zastanowić. Pomyśl 10 razy, zanim podejmiesz decyzję, przeanalizuj „za” i „przeciw”, przygotuj stosowne argumenty. Pozwala to na spokojnie przygotować się do rozmowy i jest lepszym rozwiązaniem niż zgoda na coś, a potem walka z wewnętrznym wkurwem.


15.  Pracując sumiennie, nie licz na dodatkowe profity, takie jak nagrody, medale, dyplomy uznania itp. Otrzymujesz wynagrodzenie, na  które zgodziłeś się podpisując umowę. To wystarczy. Oczekując czegoś więcej, możesz się gorzko rozczarować i mieć poczucie niesprawiedliwości. Po co ci to?


16.  Zadbaj o inne sfery życia. Znajdź jakąś pasję, której poświęcisz swój wolny czas. Rozwijaj się.


17.  Szykuj sobie wyjście awaryjne. Myśl o tym, że w zasadzie mógłbyś wykonywać inną pracę, przynosi spokój i pozwala uniknąć paniki przed utratą dotychczasowej posady. W tym celu kształć się na własną rękę, ucz się różnych umiejętności. Na rynku pracy trzeba być elastycznym. Nie bój się zmian. Czasami nieoczekiwana zmiana może okazać się czymś najlepszym, co cię spotkało.


Na koniec  małe podsumowanie: wrzuć na luz, rozmawiaj rzeczowo, myśl racjonalnie, bądź sobą i żyj zgodnie z wyznawanym systemem wartości. Balans pozwala złapać dystans. Poza tym, praca to nie wszystko. Są ważniejsze sprawy. I o nie powinieneś szczególnie zadbać.




Zapach chwili 2017-06-19 23:23

              Jak dzisiaj pięknie pachną lipy! Wszystko wokół pachnie latem! Nawet moja skóra pachnie ciepłem i czymś przyjemnym, kojarzącym się z piaskiem i egzotyczną plażą. Wystarczył jeden dzień jednoznacznie będący dniem letnim, gorącym, pełnym słońca i radości, bym znalazła się w stanie nieważkości. Kocham lato, kocham ciepło, kocham wieczory, w czasie których mogę spacerować po pracy, włóczyć się nóżka za nóżką, zahaczać o knajpkę, by napić się zimnego piwa. I bardzo lubię robić to w dobrym towarzystwie, w którym czuję się swobodnie, toczyć rozmowy na tematy ważne i zupełnie błahe. A wokół ćwierkają ptaki, drzewa i kwiaty roztaczają swą woń mieszającą się i przyprawiającą o zawrót głowy. Woda w rzece płynie leniwie, ludzie leżą na trawnikach niczym się nie przejmując. Świat tuż obok mnie jest taki beztroski, pozbawiony ostrych rantów i trosk. Co za szczęście… Tak, szczęście.


              Dzisiaj niczego nie brakowało mi do niego. Do szczęścia. Miałam za sobą wielogodzinny sen nocny, więc od rana czułam się wspaniale. W ciągu dnia wykonałam sporo obowiązków zawodowych, pouczyłam się, zjadłam spaghetti, pół kilograma czereśni i kilka soczystych truskawek oraz napiłam się pysznej kawy. Pod wieczór odbyłam długi, przyjemny spacer. Niby nic takiego, ale mam poczucie spełnienia, miłego zmęczenia, takiego jak po wejściu na trudny szczyt w Tatrach. Można by kpić sobie z ludzi, którym niewiele brakuje do szczęścia, ale tak naprawdę zaspokojenie podstawowych potrzeb leży u podstaw potrzeb wyższych. Jeśli doskwiera głód lub brak snu, człowiek nie jest w stanie pomyśleć o czymś ważniejszym niż pajda chleba i poduszka.  Dlaczego wielu ludzi zapomina o tym, by zadbać o swoje ciało, które pragnie być dopieszczone, odprężone, nakarmione? I dlaczego też wielu nie pamięta, że nie wystarczy zapchać kichę, wystroić się jak pies do szczepienia oraz zaszpanować jakimś gadżetem? Czasami mam wrażenie, że współcześnie trudno jest znaleźć w tym wszystkim równowagę. Wokół słyszę mądre deklaracje, recepty na życie, jakieś puste slogany, a po chwili widzę, że ludziom jednak ciężko żyć w zgodzie z tym, co mówią i czują. Może nie są do końca szczerzy i trochę głupio im się przyznać do tego, co tak naprawdę myślą.


            Mam nadzieję, że mnie uda się mimo wszystko być wierną minimalizmowi, niewybieganiu zbyt daleko w przyszłość, trwaniu w spokoju wewnętrznym i byciu tu i teraz. Żeby mi nigdy nie odbiło, nie poprzewracało się w dupie, żebym dobrze pamiętała jak to jest doceniać małe rzeczy i że żyje się tylko raz, i nic dwa razy się nie zdarza, a także żebym nie zapomniała skąd pochodzę, co już przeżyłam oraz dokąd zmierzam – oto moje zaklęcia. Jeśli tylko się spełnią, w czasie letniego spaceru będę czuła intensywny zapach lip i skóry rozgrzanej słońcem. I w zupełności mi to wystarczy.




Co można powiedzieć o popycie? 2017-06-15 13:20

              No jakże mi miło, że dzisiaj na totalnym czilku mogę wreszcie skrobnąć co nieco. Nazbierało się trochę tematów i prawdę mówiąc nie wiem, od czego zacząć. Może napomknę, że wyspałam się dziś chamsko. Po królewskim, spożytym w spokoju śniadaniu zrobiłam pranie, a właściwie moja pralka wykonała tę żmudną pracę, a ja w tym czasie wygrzewałam się na słońcu jak kocica, popijając kawę i czytając książkę. Następnie wywiesiłam dwie pralki ciuchów… Tak Mamo, wiem, że to skandaliczne zachowanie wobec tak znaczącego święta, ale wybacz – w ciągu ostatnich dni nie miałam na to czasu. Później znowu zaległam w bieliźnie na osłonecznionym balkonie i słuchając śpiewu małych ptaszków, pisku fruwających jerzyków oraz kontemplując barankowe chmury na błękitnym niebie, bezczelnie relaksowałam się. Teraz piszę.


              Ostatnio leżąc na kanapie w totalnej agonii po wyczerpującym dniu, przeskakiwałam po kanałach TiVi. Zupełnym przypadkiem natknęłam się na program o intrygującym tytule: „Gry małżeńskie”. Hm… Gry, gierki i inne niegrzeczne zabawy. I do tego małżeńskie! Agonalny stan odszedł w zapomnienie. Patrzę, patrzę i nie wierzę. Z każdą minutą moje zdumienie było coraz większe. Oto dziewczyna/kobieta (w tym akurat odcinku przypominająca… gwiazdę filmów porno), ma za zadanie odkryć, który z testowanych przez nią mężczyzn jest singlem, a który trwa w związku. Związek ten wcale nie musi być sformalizowany, więc od razu tytuł programu wydał mi się nietrafiony. Obie strony – facet i testerka spotykają się na randce, prowadzą debilne rozmowy, jedzą, macają się i całują. Podczas gdy on wychodzi do drugiego pokoju zamienić parę słów z żoną/partnerką/kumplem, ona penetruje jego rzeczy i meble w poszukiwaniu śladów wskazujących na obecność kobiety. Żeby oczywiście przekonać się, czy to singiel, czy jednak nie-singiel. Później akcja dynamicznie się rozwija i pewnie, gdyby nie oko kamery oraz obserwujących z ukrycia partnerek, niejedno spotkanie zakończyłoby się mniej dostojnie. Co ciekawe – w wywiadzie partnerki tych mężczyzn deklarowały, że nic a nic ich nie rusza ta absurdalna sytuacja, lecz później ich miny były bezcenne. Niełatwo jednak patrzeć, jak twój mąż czy partner obmacuje jakąś napaloną babę, całuje ją po szyi albo bez pardonu „uderza w ślinę”. Świętą by to poruszyło.


              Zastanawiałam się, czemu właściwie ma służyć taki program. Jakie walory, ukryte bądź jawne posiada? Przecież wiadomym jest fakt, że żaden facet będący w związku, do tego obserwowany przez swoją kobietę, nie będzie do końca szczery i mimo pożądania palącego go od środka, nie posunie się do tego, o czym marzy. Bo że niejeden z nich marzy, widać gołym okiem. I nie pomogą zapewnienia, że to tylko zabawa, że ona mu się nie podoba i tego typu bzdury. I co ma pod kopułą kobieta – testerka zachowująca się prowokująco, wręcz chwilami wulgarnie? Do jakiego poziomu ludzie są w stanie się zniżyć, by wygrać trzy tysiące złotych, bo tyle wynosi oszałamiająca wysokość wygranej? W tym całym dennym programie zaimponował mi jeden chłopak. Na widok testerki zareagował bardzo chłodno. Zaprosił ją do środka, lecz bez ogródek zapytał, dlaczego ubrała się aż tak wyzywająco. Ona odparła, że chciała wyglądać dla niego atrakcyjnie. Chłopak z zimną krwią zakomunikował, że chyba na pierwszą randkę ten strój jest zbyt odważny. I że każdy facet widząc kobietę ubraną w ten sposób, jednoznacznie ją oceni jako łatwą zdobycz, z którą raczej nie będzie wiązał dalszych planów. Testerka nieco się zagotowała i odparła, że nie powinien jej od razu przypinać łatki puszczalskiej i że to nieprawda, iż każdy facet myśli o niej w takich kategoriach. Na to chłopak spokojnie, zdecydowanym tonem powiedział, że niestety tak właśnie myślą mężczyźni, choć niechętnie się do tego przyznają.


              Oczywiście nie powinno się oceniać książki po okładce. Nie każdy krawaciarz to dżentelmen i nie każda lala ubrana jak prostytutka sprzedaje się za pieniądze. Jednak powiem uczciwie, ja też tak o tej testerce pomyślałam. Że zwyczajnie wygląda jak dziwka – cyc na wierzchu, kiecka o burdelowym kroju ledwo zakrywała jej tyłek, a gdy jeden z uczestników programu „masował” jej nogi i nieco się w tym masowaniu zapędził, odkrył jej gołe pośladki. Ponadto napompowane usta miała pomalowane krwistoczerwoną szminką, pazury oczywiście również czerwone, długie i ostro zakończone, makijaż… krótko mówiąc tragiczny. Może jestem zaściankowa, może jestem prowincjuszką nierozumiejącą trendów metropolii, ale taki obrazek to według mnie że-na-da. Jeszcze większą żenadą jest zachowanie facetów śliniących się na widok pustego lachona i komentujących jej wygląd słowami: „widziałeś, jakie ma atuty???”. No tak, „atuty” są najważniejsze. Nadmienię od razu, że nie należę do zakompleksionych kobiet ani na punkcie swojego wyglądu, ani innych, nie od razu dostrzegalnych atutów. Dlatego ewentualne komentarze typu: „spójrz w lustro”, „pewnie sama jesteś pasztetem”, „zazdrościsz i tyle” – są całkowicie bezpodstawne. Nigdy nie narzekałam na brak zainteresowania płcią przeciwną. Ale nigdy nie odczuwałam potrzeby, by przykuwać uwagę świecąc odkrytymi piersiami lub tyłkiem. Zaintrygować mężczyznę można na wiele innych sposobów. Poza tym nie sztuką jest „zdobyć” czyjeś zainteresowanie. Sztuką jest to zainteresowanie utrzymać dłużej niż przez jedną lub kilka nocy.


              Po co ludzie nawzajem siebie testują? Po co manipulują innymi? Po co na własne życzenie zasiewają w sobie ziarno niepewności i potem cierpią? Tracą tyle energii na głupie rzeczy nazywając je zabawą. Czy zabawa uczuciami jest rzeczywiście potrzebna do czegokolwiek? I to wszystko na oczach tysięcy widzów. Przyszła mi do głowy jeszcze jedna myśl – w TiVi jest masa podobnych, tanich, idiotycznych programów rozrywkowych. Podobno popyt wpływa na podaż. Co można zatem powiedzieć o samym popycie?




Nie każdy powinien studiować 2017-06-04 13:42

            Dziś czytając Newsy dla Gorszego Sortu, wielokrotnie przytakiwałam poglądom głoszonym przez prof. Zbigniewa Mikołejko, który owym Newsom udzielił wywiadu. Podejmowane tematy dotyczyły różnych problemów współczesnego polandowskiego społeczeństwa. Między innymi padło kilka słów na temat niezrozumiałego pędu latorośli do studiowania. Gdyby jeszcze ten pęd podyktowany był rzeczywistą chęcią pogłębienia wiedzy, umiejętności, chęcią rozwoju osobistego, ambicją i pragnieniem gimnastykowania swojej mózgownicy. Ale nie – prof. Mikołejko zwraca uwagę na to, że obecny system kształcenia przypomina rurę, przez którą każdy, kto wlatuje, ten z powodzeniem wylatuje jak na skrzydłach i ma poczucie, że oto zwojował świat zyskując papierek potwierdzający jego kwalifikacje i podnoszący różnie rozumiany status. Ponadto profesor zauważa, że wielu studentów jest wielce oburzonych i przechodzi istne katusze, gdy na uczelni zaczyna się od nich czegoś wymagać, bo dotąd „rodzice i szkoła pchali ich do przodu”. Zaczyna się niepojęte cierpienie spowodowane koniecznością włożenia wysiłku w osiągnięcie czegokolwiek, zdobycie szczątkowej nawet wiedzy. Według profesora 30-40 procent studentów w ogóle nie powinno studiować, „bo się do tego nie nadaje”. I w tym oto momencie jasno i dobitnie mówię: „Profesorze Mikołejko, ma Pan rację”.


            Pamiętam, jak kiedyś rozmawiając w gronie rodzinnym, wygłosiłam podobne opinie, jak te przytoczone powyżej. Część rodziny się zbuldoczyła, bo dlaczego ja tak mówię, dlaczego odmawiam prawa studiowania ludziom, którzy być może też marzą, też chcieliby coś w życiu osiągnąć i pochwalić się dyplomem dajmy na to inżyniera lub magistra. No dlaczego jestem taka niewyrozumiała i nietolerancyjna? A do tego wszystkiego zwyczajnie wredna. Może i jestem wredna, ale na temat studiowania mam odmienne zdanie niż większość społeczeństwa uważająca, że nieważne na jakiej uczelni, nieważne w jaki sposób zdobywa się wykształcenie, byleby zdobyć papier i potem móc puszyć się jak paw. Naprawdę nie każdy musi studiować, nie każdy ma do tego odpowiednie predyspozycje, nie każdy powinien otrzymać dyplom, bo niestety prawda jest taka, że wielu obecnych studentów jakieś dwadzieścia, trzydzieści lat temu z trudem ukończyłoby liceum. Nie jest tajemnicą, że poziom nauczania w wielu szkołach i na uczelniach obniżył się tak, że u faktycznie wykształconych ludzi przez duże „W” budzi to zażenowanie i niesmak. Nie chcę wrzucać wszystkich do jednego wora, ale sporo absolwentów różnych prywatnych szkółek niedzielnych czy uczelni wyższych, nie posiada elementarnej wiedzy uprawniającej ich do zdobytych świadectw czy tytułów. Owszem, są też prywatne prestiżowe szkoły, lecz powiedzmy sobie szczerze – ich odsetek, w morzu wyrastających co rusz jak grzyby po deszczu różnych placówek oświatowych, jest nikły.


            Wracając do marzeń o wykształceniu, „chceniu” tego, co zdobywają inni – chcieć to nie zawsze móc, a pomarzyć i pies może. Ja też chciałabym mieć tyle rzeczy, moje marzenia sięgają daleko, daleko, ale potrafię realnie ocenić swoje szanse i nie porywam się z motyką na słońce. W pewnym momencie czas dorosnąć i nie tupać nóżką jak rozwydrzony bachor w sklepie  z zabawkami, który chce i już! to czy tamto. Po prostu warto przyjrzeć się sobie, swoim możliwościom i skupić się na tym, co naprawdę jestem w stanie osiągnąć samodzielnie, bez kombinacji, brudnych i nieuczciwych zagrań. Nie na garbie innych, nie wysługując się innymi, nie uciekając się do chamskich prób przekupstwa, koligacji, koneksji itp. Samodzielność jest jednym z wyznaczników dorosłości. Poza tym, już kiedyś pisałam, papierek nie gwarantuje kasowego sukcesu. Bo zdobyć świstek w tych czasach to żaden problem, zwłaszcza w obliczu niżu demograficznego. Czas weryfikuje kompetencje pracownicze na określonym stanowisku i nieraz okazuje się, że pan magister inżynier ma bardzo mgliste pojęcie o sprawach, o których rzekomo uczył się przez kilka lat. Znam parę takich osób, które co chwilę tracą pracę zrzucając przy tym winę na wszystkich dookoła i nie dostrzegając prostego faktu – ich dyplomy kłamią. I znam też takie przypadki Ferdków Kiepskich, dla których nie istnieją miejsca pracy zgodne z ich kwalifikacjami. Nie ukończywszy żadnej szkoły, siedząc wiele lat na bezrobociu, po nagłym przebudzeniu, że może jednak fajnie byłoby gdzieś się zahaczyć, od razu startują na stanowisko dyrektora lub kierownika. Ludzie, litości…



e-szablony
  e-blogi.pl  [Załóż blog!] rssSubskrybuj blogi
[Zamknij reklamy]