Frausuchen - blogerka


Niestoickie wyznanie 2017-07-31 15:34

Czuję się jak wydmuszka. Pusta w środku, wyzbyta wszelkich sensownych myśli, ze skorupką tak cienką i kruchą, że mogę się rozpaść na milion kawałków. Jednak nie jestem tak twarda jak myślałam. Twarda bywam w sytuacjach, nad którymi mam jakąś kontrolę, kiedy muszę rozwiązywać jakieś problemy i widzę sens podejmowanych czynności. Wtedy włączam myślenie zadaniowe. Trzeba zrobić to czy tamto, potem załatwić następne sprawy, a dopiero potem będzie czas na głębokie refleksje. Działać, działać, działać… W tym jestem znakomita. Widząc postępy, dostrzegając ich znaczenie, podbudowuję się. Kiedy jednak walę głową w mur, tracę energię i zapał, wypalam się od środka. Jestem wówczas jak Etna. Mogę wybuchnąć niespodziewanie. Długo drzemie we mnie lawa emocji, staram się panować nad sobą, na zewnątrz pokazuję twarz stoika, ale to pozory. W końcu prędzej czy później eksploduję i rozwalam wszystko dookoła. Bo jak czuję straszne, pustoszące wkurwienie, to nie mogę wytrzymać!!!


Doskonale wiem, że trudno jest zmienić coś w sobie, więc jeszcze bardziej zdaję sobie sprawę, że niemal niemożliwe jest dokonanie zmian w innych ludziach. Ale ciężko mi znieść głupotę, ślepą wiarę, wypieranie faktów, uciekanie od szczerych rozmów, oszukiwanie siebie i innych, uleganie komuś bezkrytycznie czy wywieranie na kimś presji. Jak ja dobrze znam ten stan – robisz coś z poczucia obowiązku, wdzięczności, zależności emocjonalnej, a potem w tobie coś buzuje, kłóci się, złości tak, że rozjebałbyś wszystko wokół. Chcesz się wykrzyczeć, a jednocześnie nie możesz wydobyć z siebie głosu. Chcesz się wyryczeć, ale łzy jakby leciały do środka, a nie na zewnątrz. Marzysz o zamknięciu się w swojej norze i sprawić, by cały świat się po prostu odpierdolił. Żeby sieci komórkowe się zawiesiły, żeby wszystkie środki transportu stanęły i nie mogły się zawieźć tam, dokąd nie masz najmniejszej ochoty wracać, żeby rodzina zapomniała twojego numeru telefonu i adresu. Żeby nikt i nic nie wtargnęło do nory, w której chcesz przezimować trudny czas.


Nic z tego. Musisz wziąć dupę w troki, jechać, przeżywać koszmar bez słowa skargi. Bo ty to ty, a reszta nie ma siły, jest słaba psychicznie, pracuje, ma masę obowiązków, ma dzieci, wyjeżdża, przyjeżdża, ucieka. Ale ty to co innego. Ty jesteś ze stali, jesteś racjonalistą, na ciebie zawsze można liczyć, dla ciebie nie ma rzeczy niewykonalnych i niezałatwialnych. Tylko czemu milczysz i masz twarz jak maska? Twoja mina i wymowne spojrzenie są nie do wytrzymania. Nie stać cię na uśmiech i radosne ćwierkanie o duperelach? Bądźże dorosłym, niezatapialnym, pozerem tak jak większość ludzi dookoła. How are you? Oh, thank’s, everything is OK. To nic, że przeżywasz dramat i masz wszystkiego dość. 


Jak jeszcze raz ktoś mi coś wspomni o cudach na kiju, zrobię coś niedozwolonego, przyrzekam. I wyląduję albo w psychiatryku, albo w kiciu.




Zatruty łańcuch 2017-07-25 19:49

Najtrudniejsza do zniesienia jest bezradność i niemoc. Patrzysz na czyjeś cierpienie i nie możesz zrobić kompletnie nic. Bolesne jest patrzenie na kogoś, kto próbuje resztkami sił zachować swoje człowieczeństwo, kto nie chce stać się bezwolnym warzywem, zapuszczonym, brudnym ochłapem. I robi to tak nieudolnie, że budzi zwyczajną litość i żal. Zdrowym, sprawnym, młodym ludziom wydaje się, że zawsze tacy będą. Często nie zdają sobie sprawy z tego, jak bardzo się mylą i jakie może ich spotkać gorzkie rozczarowanie. To ciało, które zostało im dane do dyspozycji, nie jest wieczne. Jest jak materiał, który zwyczajnie się zużywa. A niekiedy toczy je choroba przypominająca nieokiełznany żywioł. I nic z tym nie można zrobić. Nie zadziałają cudowne lekarstwa, modły, wiara czy płonna nadzieja.


Nie mogę zrozumieć podejścia wielu ludzi do swojego ciała. Tego obżerania się świństwami, palenia papierosów, nadużywania alkoholu, braku ruchu, a jednocześnie narzekania na nadwagę, złe samopoczucie, różne dolegliwości. Najbardziej irytujące jest zachowanie chorych, którzy po usłyszeniu diagnozy nagle radykalnie zmieniają tryb życia i prowadzą go przez jakiś czas, dopóki ich stan się nie ustabilizuje, by potem znowu wrócić do starych nawyków. Niektórzy nigdy niczego się nie nauczą. Nigdy. I obserwujący ich bliscy również. Ktoś z rodziny umiera na raka krtani, a reszta nawet nie myśli o rzuceniu palenia. Kogoś zżera od środka rak układu pokarmowego, a pozostali nie wprowadzają zmian w sposobie żywienia. Innego trafia zawał mięśnia sercowego, zaś obserwatorzy nie widzą związku przyczynowo-skutkowego między trybem życia, odżywianiem a wiążącymi się z tym konsekwencjami. Można by tu wymieniać przykłady bez końca. Nieustannie dziwi mnie to, że widok cierpiącego człowieka nie stanowi przestrogi dla otoczenia.


Bo naprawdę niełatwo patrzy się na zrakowaciałe ciało, na obrzydliwe, niegojące się rany, wystające rurki, przez które uchodzi życie, cuchnące opatrunki, wytrzeszczone oczy na wychudzonej twarzy, wystające kości obleczone papierową skórą, ból powodujący straszny grymas, zaciśnięte na pościeli pięści, białe, suche usta, wystające z nich zęby, które wydają się jakieś za duże. Patrzysz i nie wierzysz, że to ten sam człowiek, który jeszcze nie tak dawno temu śmiał się, robił głupie żarty, był silny jak tur, miał wszystko pod kontrolą. A teraz nie kontroluje nawet swojego ciała, z trudem podnosi łyżkę i pije z butelki „z dzióbkiem”, bo tak jest łatwiej. I wtedy zdajesz sobie sprawę, że jesteś tylko marnym człowiekiem, a nie aż człowiekiem. Od bydlęcia różnisz się tym, że masz rozum i niestety to jest twój pech, a nie zaleta w chwili, gdy umierasz całkowicie świadomie.


Cierpienie jest zaraźliwe. Cierpi nie tylko chory, lecz także jego rodzina. To jest jak zatruty łańcuch, od którego nie można się uwolnić.




Mój wakacyjny bagaż 2017-07-21 18:17

Moja walizka zamiast być wypełnioną letnimi rzeczami, kremami do opalania i sandałkami, stoi wypchana po brzegi kamieniami. Właściwie jest zajebana kamlotami ciężkimi jak chuj. I stoi bezczelnie, taka nowa, pachnąca świeżością, skrywająca tajemnicę o tym, że życie to jednak potrafi być nieprzewidywalne w każdej sekundzie. Znowu dźwięczy mi w głowie powiedzenie: „Chcesz rozśmieszyć Boga – powiedz mu o swoich planach”. Dotychczas snułam plany najdalej na rok do przodu. Teraz boję się pomyśleć o jutrze.


    Przyjechałam w pośpiechu i ze ściśniętym żołądkiem. Jak na złość droga była pokryta świeżą warstwą asfaltu i nie mogłam wjechać na posesję. M. przywitała mnie u znajomej na podwórku. Zostawiliśmy auto, zabraliśmy tylko to, co najpotrzebniejsze i ruszyliśmy z buta na miejsce. W domu omiotłam wzrokiem wnętrze. Widać było ślady szamotaniny, rozpaczliwych prób ogarnięcia miliona rzeczy naraz. W garnkach resztki jedzenia, rozstawiona deska do prasowania, a na niej kilka Jego koszulek, na stole totalny misz-masz. I pustka. Cisza straszna. Ciężkawa energia wisiała w powietrzu. M. załatwiała coś jeszcze na dole, a ja usiadłam ciężko. Miałam kluchę w gardle. Boże, jak dobrze, że tu przyjechałam. Żałuję, że nie wcześniej. Gdybym tylko wiedziała… Gdybym do dziś nie wiedziała, pewnie piłabym drinka na gorącej plaży, kąpałabym się w ciepłym morzu i zdzierała buty od zwiedzania. Ale potem do końca swych dni żałowałabym, że nie byłam tu, gdzie być powinnam.


   Ukrywanie prawdy nie jest dobre. Jest złe i głupie. Może niektórzy wolą jej nie znać, ale ja nie należę do tej grupy. Ja bardzo proszę, domagam się zawsze i wszędzie, nawet najbardziej bolesnej prawdy. Nie chcę być oszczędzana. Chcę mieć prawo do podjęcia decyzji, poczucia, że jestem za nią w pełni odpowiedzialna. Chcę móc dokonać wyboru, chociaż w tym przypadku był on trudny, okupiony nerwami, żalem i jakąś małą dozą pretensji. Wprawdzie późno, ale w końcu dowiedziałam się i jestem. Mam poczucie, że tak właśnie należało postąpić. Nie mam żadnych wątpliwości. Zwłaszcza, gdy ujrzałam umęczoną twarz mojej M. Ona nie musi mi nic mówić. Rozumiemy się bez słów. Już tyle razy dźwigałyśmy taki wór kamlotów, że powinnyśmy zostać okrzyknięte Mistrzyniami Świata w Podnoszeniu Ciężarów. Tytuł ten należał się nam nie raz.


   Boję się, nie będę tego ukrywać. Boję się tego, co się stanie. Tkwimy tu w napięciu i ciągłej gotowości, z telefonem przy dupie. Dobrze, że od dziś droga jest przejezdna. Nie będzie problemu z dotarciem do szpitala. Do tego strasznego miejsca, w którym rozgrywają się każdego dnia wielkie dramaty ludzi niedowierzających, że dzieje się to, co się dzieje, ludzi wierzących do końca w jakiś pieprzony cud. Wszędzie ból, zaduch, odgłosy modlitw dobiegające z radia, śmierdzący strach. Dziś myślałam, że zemdleję mimo tego, że nie należę do osób o eterycznym usposobieniu. Łeb mi rozsadza od środka. Staram się trzymać fason i myśleć racjonalnie, ale to trudne. Patrzę na tę moją walizkę i dziwię się, jak bardzo jest pojemna.




Ty to na wszystko masz czas 2017-07-12 20:22

              Ty to zawsze masz czas, co nie? Na wszystko. Na to, czego nie chce ci się teraz robić, na realizację marzeń, na to, na co masz ochotę, ale boisz się po to sięgnąć, na spotkania i rozmowy, wyjścia i zabawę. Na wszystko jest czas. Tak sobie myślisz i odsuwasz od siebie konieczność podjęcia nieraz niewygodnych kroków. Minuty i godziny przelatują ci między palcami na często bezproduktywnych czynnościach i myślach. Albo złorzeczysz na kiepski los, bo coś ci się nie udało. Marudzisz czasami i zamęczasz innych tym ględzeniem. Wypowiadasz setki, tysiące zbędnych słów, a nie potrafisz zdobyć się na odwagę i porozmawiać o tym, co istotne, co dotyka ciebie i naprawdę cię frapuje. A może zanurzasz się w snobistycznych natręctwach i toczysz dyskusje o bzdetach? Harujesz jak wół, by wznosić ten swój zamek z piasku? Udoskonalasz, zdobywasz, gromadzisz, poszerzasz zasoby, karmisz się widokiem pokaźnej sumy na koncie…


              Przychodzi taki moment, którego nie brałeś w ogóle pod uwagę. Bo takie sprawy dotyczą innych. Nie ciebie. Ty jesteś jak ten „młody bóg” z reklamy. Nawet przezornie zabezpieczasz siebie i rodzinę na w razie czego. Ale gdy przychodzi ten moment, nie dowierzasz, że jednak ta polisa będzie ci potrzebna. Oszukujesz się, łudzisz, modlisz żarliwie, choć do tej pory robiłeś to dość powierzchownie i szybko. Wiadomo – szkoda czasu. Modlisz się o cud, twoi bliscy też się modlą, odbywają jakieś pielgrzymki do sanktuariów, przywożą z nich cudowną wodę, różańce i inne rzeczy, które sprawią, że uwierzysz w lepsze jutro. Że w ogóle uwierzysz w jutro. Jeśli w pewnym momencie zwycięży w tobie rozsądek, zaczniesz porządkować swoje ziemskie sprawy. Jeśli kierujesz się emocjami do samego końca, te sprawy będą musieli załatwić za ciebie bliscy. Być może znajdziesz w sobie siłę i w końcu szczerze porozmawiasz z ludźmi, na których ci zależy. Marzysz o świętym spokoju. O tym, żeby spokój zalał całą twoją duszę. I żeby nie bolało, a śmierć żeby przyszła we śnie.


              Nigdy nie ma dobrego momentu na śmierć. Jedni uważają, że dobra jest śmierć nagła. Przynajmniej nie boli. Inni woleliby wiedzieć, że ona zbliża się krok po kroku. Jest wtedy możliwość zrobienia porządków w każdej sferze życia, pożegnania się, przygotowania, pobycia jeszcze trochę z bliskimi. Prawda jest taka, że każdy w tej chwili jest sam. Sam ze sobą i tylko Bóg raczy wiedzieć, co ten człowiek czuje i myśli. Co czuł W., kiedy wychodził z domu pokłóciwszy się wcześniej z rodziną?  Chwilę potem padł ofiarą nieszczęśliwego wypadku. Niczego nie można było cofnąć, żadnego słowa czy gestu. Co czuł P. zakładając sznur na szyję, a potem skacząc ze skrzynki? Jego mały synek będzie go rozpoznawał tylko z medalionu na nagrobku, paru fotografii  i kilku filmików nagranych telefonem przez matkę. A T., co czuł, gdy rak po pięciu latach walki, przeżarł mu tętnicę, by biedny, zagubiony T. wykrwawił się na szpitalnym łóżku? Znałam jeszcze I., która miała zaledwie 37 lat i wchodząc po schodach do swojego domu, nagle upadła. Dosłownie pękło jej serce. Czy myślała wtedy przez ułamki ostatnich sekund o swoim dziesięcioletnim synu, którego wychowywała samotnie? Myślę teraz o wielu, wielu ludziach, z którymi łączyły mnie różne relacje. A szczególnie myślę o M. Bo leży w szpitalu, nie chce z nikim rozmawiać, żeby się nie rozpłakać. W takich chwilach nie chce się z nikim gadać i słuchać głupiego pocieszania. Mam nadzieję, że on jednak zadzwoni. Niech płacze, ja też będę płakać. Nie sądziłam, że taki będzie koniec naszej zażyłości. I że to nastąpi tak szybko.


              Na pewno na wszystko mam czas? Czy na pewno dobrze przeżywam życie? Wielokrotnie zadaję sobie te pytania. Staram się najlepiej jak potrafię nie zmarnować tego daru, jakim jest życie. Ostatnio pewien bardzo młody człowiek powiedział, że motyle mają przerąbane, bo ich życie trwa tak krótko. Ludzkie życie przeważnie trwa o wiele dłużej i co z tego? 



e-szablony
  e-blogi.pl  [Załóż blog!] rssSubskrybuj blogi
[Zamknij reklamy]