Frausuchen - blogerka


Apel do czubków 2017-09-24 12:00

            Wczoraj w gazecie dla gorszego sortu i podłych lewaków przeczytałam o zadymie w sieci sklepów dla biedaków. Uczestnikami owej zadymy byli pracownicy wspomnianego sklepu. O co poszło? O maskotki za punkty, które zdobywa się robiąc zakupy. Faceci zwędzili ileś tam naklejek oznaczających punkty, a gdy sprawa ujrzała światło dzienne, nie potrafili wyjaśnić, jaki użytek chcieli zrobić ze swoją zdobyczy. W wyniku śledztwa wyszło na jaw, że sprawa ta ma drugie dno. A mianowicie chodzi o dyskryminację niektórych pracowników (np. przebywających na zwolnieniu lekarskim albo urlopie macierzyńskim) mających małe dzieci marzące o posiadaniu maskotki ze sklepu dla biedaków. Że to niesprawiedliwe, gdy dzieci te muszą patrzeć jak inne dzieci mają jakiegoś pluszowego kalafiora czy borówkę, a one nie. I to straszny wstyd i hańba nie posiadać warzywka czy owocka-pluszaczka. Zrobiła się z tego niezła jazda i wypłynęły przy okazji śmierdzące dyskryminacyjne kwestie.


            Czytałam ten artykuł. Czytałam i czytałam. Pomyślałam sobie, że może pomyliłam czasopisma i jakimś trafem kupiłam gazetkę typu „Wspaniałe chwile” albo „Fuckt” czy coś takiego, ale nie – to był mój stary, dobry, lewacki tygodnik. Nie mogłam uwierzyć, że komuś przyszło do głowy zajmowanie się takimi pierdołami. I że ludzie w ogóle mogą przeżywać takie tragedie jak znalezienie się w grupie wykluczonych z możliwości posiadania maskotki. Aż się ciśnie na usta znakomita i pojemna w swym znaczeniu staropolska „kurwa”! Mam radę dla pokrzywdzonych i ich dzieci – idźcie do pierwszego lepszego sklepu z zabawkami, tam znajdziecie milion o wiele ładniejszych maskotek, niewymagających robienia zakupów za kilka stów. Czy naprawdę chcecie mieć pluszaka przypominającego zmutowane genetycznie warzywo lub owoc? Poza tym co fajnego jest w noszeniu czegoś, co nosi połowa populacji zamieszkującej daną okolicę? Nie lepiej być oryginalnym i niepowtarzalnym? Za moich dziecięcych i młodzieńczych czasów o to właśnie chodziło – być kimś niepowtarzalnym. Najgorszą siarą było noszenie czegokolwiek, co nosi cała buda. Wiadomo, w czasach późnej komuny nie było łatwo o nonszalancję i oryginalność, ale każdy starał się jak mógł i nieraz wychodziły z tego świetne rzeczy.


            Patrzę na to szaleństwo konsumpcjonizmu, rodzących się idiotycznych problemów, przychylania nieba rozbestwionym bachorom, rozpychania się coraz bardziej roszczeniowych rodziców, klientów, pasażerów i innych jednostek uważających, że cały świat powinien, wręcz jest zobowiązany spełniać ich żądania i - nie wierzę. Że ludzkość jest taka małostkowa, zwyczajnie głupia i nie zasługuje na swoją pozycję na Ziemi. Dochodzę do wniosku, że wielu ludziom po prostu poprzewracało się w dupach, bo głowy niektórych już dawno wypełniła sieczka. Chce mi się krzyczeć: „Ej, czubki jedne – rozejrzyjcie się! Czy naprawdę nie dostrzegacie poważnych problemów?”. Proponuję od czasu do czasu pójść do kogoś, kto zmaga się z chorobą, niepełnosprawnością, samotnością, bólem, utratą kogoś bliskiego, biedą mimo ciężkiej pracy, kto przeżył prawdziwy koszmar i codziennie przeżywa traumę, kto został przez innego człowieka porzucony i potraktowany jak śmieć po wielu wspólnie spędzonych latach, i w końcu – porozmawiajcie z kimś, kto wie, że umiera. On wam może powie, co jest ważne, a co gówno warte.




Człowiek jest jak trawa 2017-09-11 13:14

            Wróciłam do świata żywych. Do bardzo przyziemnych spraw. Obowiązków, zadań, zleceń i poleceń. Jeszcze nie zaprzęgłam się w pełni w tryby codzienności. Jeszcze czuję się dziwnie. Jakby czasoprzestrzeń była przecięta nożem na dwie części – na to, co było jeszcze do niedawna, tam, daleko stąd i na to, co dzieje się tu i teraz. Nie potrafię płynnie przechodzić między jedną a drugą rzeczywistością. Jestem zatem jakby wyrwana z jakiegoś koszmarnego snu i nadal mam kluchę w gardle, gdy pomyślę, że to jednak nie jest sen. Mój świat zmienił szkiełka w kalejdoskopie. Zmieniła się także trajektoria moich działań. Jakże śmieszne wydają się mi różne zmartwienia na zapas.


            Moja zewnętrzna skorupa jest twarda. Tyle razy ostatnio słyszałam, że „się trzymam”. Owszem, trzymam się dzięki tej skorupie. Ale w środku czuję się chora i obolała. Nie potrafię mówić o tym, co się zdarzyło. Na pytanie, jak się mam, nie odpowiadam, bo nie wiem, co powiedzieć. Nie chcę się wdawać w głębsze rozmowy, ponieważ łzy same napływają mi do oczu, a ja nie lubię upubliczniać swojego żalu. W czasie ostatniego pożegnania (co to za określenie właściwie) stałam sztywno jak żołnierz, jedną ręką trzymałam parasol, drugą podtrzymywałam biedną M. Palce naszych dłoni były splecione aż do białości. Jestem dorosłą kobietą i dobrze wiem, co czuje druga dorosła kobieta. Nie trzeba o tym mówić, wyjaśniać. Wystarczy być i współ-czuć.


            Smutek drąży we mnie tunele. Staram się mu nie poddać bez reszty, żeby się nie zatracić. Jest ciężko. Bardzo ciężko. Jakiś etap się zamknął i trzeba żyć dalej. Jedyna, że tak się wyrażę – korzyść jest taka, że mam w sobie spokój. Jeszcze większy dystans do różnych rzeczy, ciszę, łagodność wymieszaną z twardością. Może to jest ten stan, którego dotyczy przysłowie: „Co nas nie zabije, to nas wzmocni”? Są przecież rozmaite tragedie, które wydają się nie do przejścia, a mimo wszystko ludzie zbierają się do kupy i żyją. Inaczej niż przedtem, ale jednak. Człowiek jest jak trawa – podeptany, wbity w ziemię, w końcu i tak podnosi się i trwa dalej. W pewnym sensie Pascal miał rację – jesteśmy jak źdźbło. Kruche, łamliwe, szargane przez wiatry. Ale wystarczy, że poprawi się aura. Źdźbło, którego korzonki tkwią gdzieś głęboko, wzrasta na nowo. 



e-szablony
  e-blogi.pl  [Załóż blog!] rssSubskrybuj blogi
[Zamknij reklamy]