Frausuchen - blogerka


Intencje, intencje... 2017-10-29 18:02

            Ostatnio spotkałam się z dość dziwną sytuacją. A właściwie spotkało to moją koleżankę z pracy. Należy ona do stosunkowo młodego grona, jest bardzo uprzejma, sympatyczna, z poczuciem humoru i cechuje ją wysoka kultura osobista. Niedawno nasz zakład pracy został połączony z innym, czyli można by powiedzieć, że miała miejsce fuzja. Dwa budynki, dwa grona ludzi od tamtego momentu musiały się scalić i współpracować. I ta moja miła koleżanka pewnego dnia wysłała do wszystkich maila, rozpoczynając go od słowa: „Witam…” . Ludzie odpowiadali na zadane pytanie miło i rzeczowo. Ale jedna odpowiedź była nieco zaskakująca. Otóż, pewna pani w średnim wieku, zarzuciła mojej koleżance, że nie zna zasad savoir-vivre i że rozpoczynając w ten sposób wiadomość, okazuje wobec odbiorcy swoją wyższość. Pani ta powołała się na odpowiednie językowo-purystyczne autorytety. Nie zwróciła jednak uwagi na to, że sama zachowała się niezbyt grzecznie i okazała młodszej koleżance brak szacunku, właśnie swoją nad nią wyższość oraz zwyczajną małostkowość.


            Dotychczas między współpracownikami odnosiliśmy się raczej swobodnie, oczywiście odpowiednio swobodnie w zależności od stopnia zażyłości. Nigdy jednak nikt nikomu nie sprawiał przykrości, nie obrażał i nie poniżał. Ot, po prostu, większość to normalni, wyluzowani ludzie. Nawet przełożeni piszą do nas: „Witam”, „Cześć”, „Pozdrawiam” itp. I nikt nie widział w tym żadnego problemu. Na pociechę skonsternowanej koleżance wysłałam wypowiedź jednego z internautów, którą pozwolę sobie zacytować:


„Język zmienny jest i chwała mu za to. Za kilka lat prawdopodobnie 95 proc społeczeństwa będzie rozpoczynało od Witam, które nabrało już drugiego znaczenia. - formę pół-oficjalną na powitane kogoś, kogo nie znamy, albo znamy mało. I nie jest to przejaw wywyższania się jak ktoś tu napisał, bo osoba jej używająca nie ma takiej intencji. A jeśli osoba odbierająca nie idzie z duchem czasu i nie zna nowych form zastosowań słów w języku to jest trochę przykre. Bez różnicy czy ktoś do mnie napisał: Witam, Dzień dobry w środku nocy czy Szanowny Panie nigdy nie odbieram tego jak brak szacunku, zakładam z góry dobre intencje nadawcy. Oczywiście pod warunkiem, że reszta maila jest napisana językiem kulturalnym. A językowi puryści niestety zostaną na bezludnej wyspie ze swoimi krzykami za kilka lat. :)”.


            Czyż to nie piękny komentarz? Ile jest w nim prawdy o ludzkiej naturze. Bo tak naprawdę problem tkwi w nas i w tym, jak odczytujemy intencje innych osób. Czy z góry zakładamy, że ktoś chce nas obrazić albo jest totalnym ignorantem, czy jednak mamy pozytywny stosunek do świata i raczej jesteśmy skłonni dopatrywać się dobrych intencji, a nie złych. Należy jednak pamiętać też o prostych zasadach, takich jak np. że kij ma dwa końce, jak ty komu tak on tobie, agresja rodzi agresję itp. I w ten oto sposób, wbrew zresztą mojej radzie, by zignorować tego maila, moja koleżanka odpisała: „Witam, dziękuję za porady językowe. Mam nadzieję, że pozostała treść mojej wiadomości jest zrozumiała i nie rodzi żadnych wątpliwości”. Co poczuła odbiorczyni, można się tylko domyślać. Czy dobrze się stało, że taka była reakcja mojej koleżanki, czy nie, to kwestia sporna. To zależy, jaki efekt chciała osiągnąć. Gdybym ja odebrała takiego pouczającego maila, zrobiłabym to, co zwykle czynię wobec małostkowych ludzi – olałabym ciepłym moczem. "Brak odpowiedzi też jest odpowiedzią".


            Nie musiałam długo czekać, a sama otrzymałam zaczepnego, aroganckiego maila. Pani nie znając jeszcze problemu, który chciałam z nią omówić na spotkaniu, od razu przystąpiła do ataku, snując rozmaite przyczyny mojej prośby o rozmowę. Zaczęła także dopytywać, rozliczać innych, zarzucać błędy w postępowaniu, a wszystko to nie pozostawiało złudzeń, że oto mam do czynienia z działaniami zaczepno – obronnymi. W związku z tym, że był to nie pierwszy wyskok tej pani słynącej z tego, że najpierw coś powie lub napisze, a potem pomyśli, stwierdziłam, że tłumaczenie czegoś w formie pisemnej to jak dolewanie oliwy do ognia. Skończy się na chwytaniu za słówka i kolejnej tyradzie. Dlatego napisałam krótko: „Pani Asiu, przede wszystkim proszę powściągnąć emocje. Zadzwonię dzisiaj do Pani. Pozdrawiam serdecznie…”. Jako rzekłam, tak zrobiłam. Dałam jej tylko trochę czasu na ochłonięcie. Rozmowa przebiegła w miłej atmosferze, wszystko zostało objaśnione, więc obie strony w pełnym porozumieniu i wzajemnym szacunku pożegnały się i życzyły sobie wzajemnie miłego dnia. I po co była ta cała napinka?


            Intencje i zamiary ludzi są przeróżne i choć nie każdy jest do nas przyjaźnie nastawiony, lepsze dla nas i naszego zdrowia jest myślenie pozytywne. Nie należy zaprzątać sobie głowy snuciem domysłów, dopatrywaniem się podtekstów, których często w ogóle między wierszami nie ma. A od nieprzyjaciół i osób nam ewidentnie nieżyczliwych po prostu trzymać się z daleka albo ograniczyć kontakt do minimum. I już.




Siedzę i niedowierzam 2017-10-20 22:35

            Jest wieczór. I do tego piątunio. Upragniona pora, kiedy to jestem już wyłączona z życia zawodowego i mogę nareszcie odetchnąć po kolejnym ciężkim tygodniu. Codziennie wracam do domu schechłana jak bura suka. Wlekę się nóżka za nóżką, wdycham jesienne powietrze i niezmiennie moją głowę zaprząta myśl-pytanie: Czy to się kiedyś zmieni? Czy ten pęd choć trochę odpuści? Frustrujące jest to, że każdego dnia po robocie nie mam już siły na nic. Wchodzę do domu, zrzucam buty, płaszczyk i podążam do kuchni. Robię sobie kawę, siadam przy stole, czytam po łebkach jakiś artykuł, potem idę do pokoju, biorę do ręki jakieś materiały z niemieckiego i staram się jak mogę czegokolwiek nauczyć. Coś tam mi zostaje w łepetynie, ale jest tego zdecydowanie za mało, o wiele mniej, niżbym chciała. Efektywnie uczę się dopiero na spotkaniu z lektorką, a potem w weekend, gdy jestem wypoczęta i mam czas. Poza tym nie mam ochoty na nic. Na żadne spotkania towarzyskie, balety, melanże i inne ekscesy. Aż samej trudno mi w to uwierzyć – ja, taka rozrywkowa dziewczyna, której nie trzeba było długo namawiać na jakieś wyjście, preferuję zacisze domowe… Co to się porobiło. Mam nadzieję, że to nie SKS;) tylko kryzysowy stan przejściowy.


Prawda jest taka, że nadal mam bardzo cienką skórę i miękkie podbrzusze. Na co dzień chroni mnie pancerz. Przez lata wypracowałam sobie umiejętność obrony przed totalną rozsypką. Zakładam pancerzyk i wio! Jakoś leci dzień za dniem. Ale pod tą skorupą i cieniutką skórką jest żywe mięso. I ono daje o sobie znać. Wystarczy, że dotknę niezabliźnionych ran, a ból jest nie do zniesienia. Wtedy dociera do mnie wszystko, co się stało, a czego nie miałam możliwości przeżyć w pełni. Nie dane mi było przebolenie straty. Wir codzienności tłamsi emocje, które kumulują się i buzują niczym lawa. Czasami pluję tą lawą w najmniej spodziewanych momentach. Nie panuję nad tym i źle mi ze sobą. Wiem doskonale, że nikt mi nie pomoże. Sama muszę przez to przejść, przetrawić, ogarnąć rozumem, opanować żar, uporządkować myśli. Niełatwo przychodzi żegnanie się z Kimś, kogo już nigdy nie będzie można zobaczyć, choć jego głos ciągle dźwięczy w uszach. Nie można uwierzyć, że jeszcze przed chwilą ten Ktoś tu był, a teraz tak naprawdę nie wiadomo, gdzie się podziewa. Nachalnie nasuwają się słowa, które Kochanowski kierował do swojej nieżyjącej małej córki: „Gdzieśkolwiek jest, jeśliś jest…”


Gdzie jesteś zatem? Czy w ogóle jesteś? Słyszysz mnie czasami, widzisz? My – ludzie mamy właśnie takie wyobrażenie o zmarłych – że istnieją, tylko jakby w innym wymiarze. To dodaje otuchy, choć nie daje spokoju. Więc, gdzie jesteś? Wiesz, nieraz się z Tobą nie zgadzałam, nieraz mnie strasznie denerwowałeś, w dyskusjach politycznych byliśmy dla siebie oponentami, prowadziłeś inny styl życia niż ja, inne wartości znajdowały się u podstaw Twojej piramidy. Ale potrafiłeś mnie rozbawić swoimi powiedzonkami, miałeś łeb do interesów, hojnie wspomagałeś innych członków rodziny, z otwartymi ramionami witałeś u progu swego domu, miałeś nosa do promocji, byłeś mistrzem ucinania drzemek i planowania. Gdy już Ciebie zabrakło, próbowałam rozszyfrować Twoje magiczne zapiski. Ostatnie, robione dwa dni przed śmiercią, nosiły ślady bólu powodującego drżenie dłoni. Te zapiski, bransoletka, którą mi kiedyś ofiarowałeś, zdjęcia z ostatniego Bożego Narodzenia, figurka taternika – też dawna pamiątka – schowana w szafce u mnie w pracy… to wszystko dotyka tego mięsa pokrytego pancerzem.


Rok temu jechałam do Ciebie. Już wszyscy wiedzieliśmy, że jesteś chory. Wiedziałam, jakie są prognozy. Ale gdy patrzyłam w Twoje oczy pełne nadziei, nie wierzyłam, że koniec jest bliski, że znikniesz i pozostanie po Tobie kupka pamiątek, fotografie i zapiski. Wtedy koniec wydawał się być taki nierealny. Robiliśmy harmonogram przyjmowania leków, zbieraliśmy przepisy na zdrowe dania, piekłam na potęgę ciasteczka ze składników, które widziałam po raz pierwszy na oczy. Pamiętasz, jak śmialiśmy się z smsów mojej blogowej koleżanki, Kejt? Było dobrze. Jakby udało się nam oszukać kostuchę i pokazać jej wielkiego faka. Niestety, okazała się sprytniejsza. Cholerna śmierć pucona (tylko górale potrafią wyjaśnić jej fenomen ;).


Teraz siedzę sobie i niedowierzam. 




Dzieciństwo bez granic 2017-10-08 14:13

            Przyznam się do czegoś. Zapewne narażę się sporej części społeczeństwa, zwłaszcza tej dzieciatej lub posiadającej wnuczęta, ale trudno. Jakoś to przeżyję. Otóż, nie lubię dzieci, a takich małych to już w ogóle. Owszem, jest parę indywidualnych wyjątków, lecz przeważnie dzieci działają mi na nerwy. Minął czas, kiedy miałam ogromne pokłady cierpliwości, energii do wygłupów, wyrozumiałości dla rozmaitych pierdolców. Teraz nadszedł ten moment, w którym cenię sobie święty spokój. Żadnych wrzasków, histerii, prób przeciągania struny, testów wytrzymałości nerwowej, nieustannego sprzątania, mycia ubabranych rączek i buziek, wycierania gilów zwisających do pasa – koniec! I szczerze mówiąc unikam kawiarni, restauracji, term i basenów, a także innych miejsc, w których mogę spotkać dzieci. Unikam też spotkań z ludźmi mających maluchy, gdyż wizyty te są pozbawione sensu. Ani nie można porozmawiać, ani się zrelaksować, ciągle słychać krzyki, wołanie „mamo!” lub sporadycznie „tato!”, piski, upomnienia czy wtrącanie się w dyskusje dorosłych. To ostatnie szczególnie doprowadza mnie do szału.


            Gdzie podziały się stare zwyczaje, kiedy to dzieci i ryby głosu nie miały. Dobra, dobra, rozumiem, że czasami trzeba dać dzieciom wypowiedzieć się i zakomunikować swoje potrzeby. Ale u licha! Czy musi to mieć miejsce zawsze i wszędzie?! Pamiętam swoje dziecięce lata i pamiętam doskonale życie towarzyskie moich rodziców. Było tak: przywitanie, buzi-buzi, dzieciaki dostawały jakiś skromny upominek np. smakołyk, potem był wspólny posiłek, a po nim padało hasło: „No, do swojego pokoju!”. I na tym kończyła się część oficjalna. Dorośli siedzieli przy swoim stole, dzieciarnia przy swoim w drugim pokoju. Był tam mały stoliczek z napojami i przysmakami. Nikt z małolatów nie śmiał przyłazić do rodziców i zawracać im dupy. Żadnych gumowych uszu rejestrujących rozmowy na różne, nieprzeznaczone dla dzieci, tematy. Żadnego wtrącania się i komentowania tego, o czym dorośli dyskutowali. A jak jest teraz?


            Teraz to dzieciak, mały czy duży, ma przede wszystkim swoje prawa. Prawo do wyrażania opinii,  nawet, gdy nie jest o to proszony. Prawo do strzelania focha i szantaży wprowadzających rodziców i ich towarzystwo do konsternacji. Prawo do psucia innym nastroju przez swoje skandaliczne zachowanie. Prawo do obrażania się o byle co i domagania się bezwarunkowego zrozumienia oraz kapitulacji dorosłych wobec jego wszystkich praw. Potem takie wybryki wychodzą poza domostwo i przenoszą się na grunt życia publicznego. I co najgorsze – ani dziecko, ani rodzic nie widzi w tym nic złego. A nie daj Boże zwrócić im uwagę! Ło matko i córko! Wtedy to dopiero się zaczyna!


            Nie wiem skąd to się wzięło. Przecież zaliczam się do pokolenia współczesnych rodziców, jednak nie rozumiem. Kiedyś wszyscy byliśmy wychowywani surowiej, co nie znaczy, że gorzej. Jakoś większość wie, co wypada, a co nie. A jednocześnie wielu obecnych rodziców sadza na tronie swoje dziecko i składa mu hołd. Prawdą jest też to, że dziś dorośli muszą zasuwać nieraz od rana do wieczora i mogą tłumaczyć się, że na wychowywanie nie mają czasu i siły. Ale pytam się – kto ma przejąć za nich tę funkcję i niby z jakiej racji? Czyje to są dzieci i kto ponosi za nie odpowiedzialność? Zanim ulegnie się czarowi ślicznych obrazków z reklam, w których główną rolę odgrywają słodkie bobaski, należy się poważnie zastanowić, czy na pewno chce się mieć dzieci, skoro na nic nie ma się czasu? A jeśli już podejmie się taką decyzję, należy liczyć się z jej konsekwencjami i wynikającymi z tego obowiązkami.


            Najbardziej bawią mnie ludzie uważający, że ich dzieci są najmądrzejsze, najładniejsze, najwspanialsze i są indywidualistami. Zazwyczaj dzieciak jest zwyczajny, przeciętny, normalny. I byłby do tego całkiem sympatyczny, gdyby nie rodzina piejąca z zachwytu, tłumacząca każdy jego wybryk indywidualizmem. Prawda jest taka, że my jako społeczeństwo hodujemy (a nie wychowujemy) nowe pokolenie, które wbrew temu, o czym marzą rodzice, nie poda nikomu na starość szklanki wody. Z prostego powodu – nigdy wcześniej tego się od niego nie wymagało. Tak jak i wielu innych rzeczy.



e-szablony
  e-blogi.pl  [Załóż blog!] rssSubskrybuj blogi
[Zamknij reklamy]