Frausuchen - blogerka


Basta! 2018-01-26 17:46

Już wiem, czego chcę w zawodowej sferze swojego życia. Uświadomiłam sobie to po raz kolejny jasno i dobitnie. Po pierwsze primo – chcę zmienić pracę i to koniecznie. Nie da się normalnie żyć w takim kołowrocie i zachować jasność umysłu. Po drugie primo – szukam aktywnie ciekawych ofert z naciskiem na znajomość języka obcego, bo uważam, że nie używając go czynnie, dużo tracę. Uczę się codziennie, doskonalę i poszukuję rozwiązań rozmaitych zawiłości językowych i mam z tego powodu zajebistą satysfakcję. Miałabym większą posługując się niemieckim na co dzień, spontanicznie i płynnie. Po trzecie primo – zapisałam się na kurs Trenera Kompetencji Miękkich. I wiem, że to strzał w dziesiątkę. Już dawno zdawałam sobie sprawę, że wszelkie umiejętności bazujące na psychologii, są moją bajką. Tylko nie wierzyłam, że to może mieć jakiś sens. A teraz postanowiłam brnąć w to i zdobywać odpowiednie zaświadczenia i dyplomy potwierdzające moje doświadczenie. A doświadczenie posiadam i to bardzo bogate. Codziennie muszę być człowiekiem – orkiestrą, w tym również dobrym psychologiem. Wiem też, że mam wrodzone predyspozycje do bycia trenerem i wielokrotnie zupełnie bezwiednie posługuję się różnymi technikami przydającymi się w relacjach z ludźmi.


Może nie od razu, może potrwa to jeszcze trochę, zanim na dobre rzucę moje główne źródło utrzymania w diabły. Najważniejszy i najtrudniejszy jest pierwszy krok. Następne stawia się już łatwiej. Działam na różnych frontach i staram się otwierać przed sobą różne furtki. Wierzę, że kiedyś przekroczę próg nowego rozdziału w moim życiu. Co sprawiło, że zmieniłam myślenie? Samoświadomość. I wkurw. Gdy wczoraj dowiedziałam się, że w kolejnym tygodniu znowu moje plany legną w gruzach przez pracę, że po raz kolejny, kurwa jego mać, spędzę trzy dni od rana do pory wieczornej bliżej nieokreślonej w parszywej robocie, szlag mnie trafił! Ja rozumiem, że takie czasy, że wszyscy dokądś ciągle pędzą, że życie prywatne to luksus, na który stać chyba tylko bezrobotnych. Ale do jasnej cholery – tak nie powinno być! Nie wystarczy, że w weekend siedzę nad papierami, we wtorki (cyt.:) „mamy sobie niczego nie planować” (czyt. „masz być w pełni dyspozycyjny/a”), w poniedziałki czasem też. Pytam zatem, dlaczego w pozostałe dni jakoś tak dziwnym trafem nagle są ogłaszane następne debilne spotkania, narady, srady i inne gówna?!


Czytałam ostatnio, że pracownik, który nie ma czasu na odpoczynek, jest mniej wydajny, mało kreatywny i chodzi sfrustrowany. Święta prawda. Myślę, że już dawno temu zatarły się właściwe proporcje w życiu wielu ludzi. Większą część doby zajmują sprawy zawodowe, a życie prywatne stanowi bardzo wąski margines. Być może niektórzy są zadowoleni i dumni ze swojego pracoholizmu, ale spora grupa pracowników chciałaby mieć trochę oddechu. Niezwykle ważne jest spędzanie czasu z rodziną, dziećmi. Równie ważny jest czas przeznaczony tylko dla siebie, na swój rozwój, relaks lub zwykłe nicnierobienie. Każdy ma do tego prawo, lecz to prawo jest nieustannie łamane. Bolesna jest także prawda, że przełożeni w pracy najpierw mówią; „Jeśli macie jakieś uwagi, chcecie zgłosić jakiś problem – przyjdźcie, moje drzwi są otwarte”. Potem zaś słyszy się: „Och, pani X., proszę nie narzekać na nadmiar pracy, przecież ma pani przed sobą jeszcze wiele lat aktywności zawodowej. Skoro teraz pani narzeka, to co będzie później?”. Gorzej, gdy padają słowa o bezwzględnej dyspozycyjności, o setkach chętnych na twoje miejsce, którzy daliby sobie ogolić na sucho intymne części ciała, by dostąpić zaszczytu wykonywania twoich obowiązków. No i na dokładkę tekst zamykający jakąkolwiek dyskusję – „Jak ci się nie podoba, zmień pracę”.


Tak więc postanowiłam zmienić pracę. Choć przyznam, sprawiedliwość oddając swoim przełożonym, że dawno nie słyszałam tych dwóch ostatnich przytoczonych przeze mnie wypowiedzi. Naprawdę zacne to z ich strony. Na razie jednak, póki nie znajdę nowego zajęcia, muszę przyjąć formę przetrwalnikową. Dryfuję od weekendu do weekendu i choć wtedy również praca puka do mych drzwi, mam ten komfort, że pewne rzeczy mogę robić w spokoju. Czasami wykorzystuję techniki wywierania wpływu na ludzi, ale robię to tylko dlatego, żeby przeżyć. Nie mam niecnych zamiarów. Po prostu ratuję siebie przed szaleństwem i przykrymi psychosomatycznymi objawami stresu. Niekiedy stosuję włoski strajk. Każdy sposób jest dobry. Jednocześnie jestem dumna z tego, że mam odwagę stanąć twarzą w twarz i grzecznie przedstawić swoje racje w sytuacjach problemowych. I tu z pomocą przychodzą mi kompetencje miękkie. Właśnie z nimi mają największy problem współcześni przedstawiciele młodego pokolenia, na co utyskują pracodawcy. Dlatego zamierzam wbić się w tę niszę. Mam obraz swojego wymarzonego nowego stanowiska pracy i będę do niego dążyć. Mam też jedno, hodowane od lat marzenie – złożenie wypowiedzenia, zabranie w pudle swoich klamotów i grzeczne pożegnanie się z dotychczasowymi obowiązkami. Dzień, w którym to zrobię, będzie jednym z najszczęśliwszych w moim życiu. A tymczasem poraduję się trochę piątuniem. Gdyż trzeba cieszyć się tu i teraz, co pozwoli zebrać siły na jutro.




Czarna łapa smutku 2018-01-05 13:43

              Czarna łapa przenikliwego smutku czai się nade mną. Ale dzielnie się przed jej zawładnięciem bronię. Stosuję rozmaite uniki, sztuczki  takie oszukańcze. Dogadzam sobie kulinarnie, słucham dobrej muzyki, czytam świetne książki i toczę ważne rozmowy na egzystencjalne tematy. Poza tym wszystkim oczywiście ciągle szukam i szperam w świecie wartości. Ostatnio doszłam jednak do niezbyt optymistycznego i zarazem niezbyt odkrywczego wniosku, a mianowicie, że człowiek rodzi się głupi i głupi umiera. Nigdy tak naprawdę nie wie, czego mu do jasnej cholery jeszcze brakuje do pełni szczęścia. Nie wie również tego, że coś takiego jak pełnia szczęścia zwyczajnie nie istnieje. Zawsze gdzieś tam znajdzie się przysłowiowa łyżka dziegciu. Tak więc sokratejskie „Wiem, że nic nie wiem” raczej nie straci na aktualności po wsze czasy.


              Smutek drąży swe podskórne tunele z różnych powodów, choć dzieje się czasami też tak jakby pojawił się pozornie bez głębszej przyczyny. Teraz nadal żmudnie zbiera swoje żniwo po dość obfitym siewie. I trwa to już tak długo, że jestem tym bardzo zmęczona, ale jednocześnie zaczynam być bezradna. Nadal nie potrafię znaleźć pocieszenia. Nie umiem spokojnie wspominać, oglądać zdjęć czy filmików nagranych w chwilach radości. Nie mogę jechać tam, gdzie rozegrał się ten dramat. W tym sezonie zimowym nie będzie żadnych szaleństw na stoku narciarskim, żadnego picia grzańca i bycia na ciągłym, nieustającym rauszu, żadnego obżerania się w karczmie i tego całego zgiełku, za którym nie przepadam, a który toleruję tylko dlatego, że niestety jest on nieunikniony. Najszybciej wybieram się w góry latem. Może do tego czasu przestanę mieć dreszcze patrząc na znajome miejsca. 


              Ból po stracie kogoś bliskiego jest nie do opisania. Zwłaszcza, gdy ta strata powstawała powoli i w cierpieniu, którego widoku nigdy się nie zapomni. Nigdy nie sądziłam, że On był rzeczywiście dla mnie kimś aż tak ważnym. Był bardzo ważny dla bliskich mi członków rodziny, ale z racji braku pokrewieństwa, traktowałam Go jak kogoś pomiędzy ojcem a przyjacielem. Zresztą to ja i mój facet poznaliśmy Go najszybciej z całej familii. I to przez nasze głupie żarty stał się jej częścią. Lecz, gdy Go zabrakło, poczułam ogromny żal. Wolałabym Go zapamiętać jako potężnego, silnego mężczyznę o specyficznym, góralskim poczuciu humoru. A w pamięci mam zachowany obraz człowieka zniszczonego przez straszną chorobę. Te święta były inne. Na stole stał specjalnie przygotowany dla Niego talerzyk, a na nim kawałek opłatka.


              Jeszcze trudniejszym doświadczeniem był kolejny cios, którego ofiarą, tuż przed Wigilią, stał się ktoś mi szczególnie bliski – mój Ukochany Mężczyzna. Teraz to on przeżywa proces żegnania kogoś, kto był mu jak ojciec, kto go wychował jak swojego syna. Nauczył jak być prawdziwym facetem, nie takim macho, co to potrafi dać po mordzie, ale takim, który troszczy się o swoją rodzinę, dba o ukochaną kobietę, nie wstydzi się czułości i okazywania miłości. Oczywiście w ich tajemnym męskim świecie znalazła się fascynacja sportem i motoryzacją. To on właśnie pierwszy raz posadził go na miejscu kierowcy i nauczył jeździć samochodem po rzadko uczęszczanych drogach. Dał mu więcej niż mogą dać jakiekolwiek geny i więzy krwi. A teraz odchodzi. Cicho i bez słowa skargi, jak to on. Zawsze w cieniu, gdzieś z boku, żeby swoją osobą nie robić kłopotu. A mój Ukochany cierpi i ja zupełnie nie wiem, jak ukoić jego ból. Gdy patrzę, jak mówi do jedynego Ojca, jakiego zna, jak go głaszcze, opowiada o wynikach skoków narciarskich i z jakim trudem się z nim żegna, to z jednej strony pęka mi serce, a z drugiej dobitnie dociera do mnie, że kiedyś dokonałam właściwego wyboru partnera życiowego.  Oczywiście pokazał mi to już wiele razy i na różne sposoby, jednak te sceny ze szpitala uderzyły mnie wyjątkowo silnie.


              Nie umiem pięknie mówić, krępuje mnie obnażanie się przed kimś w rozmowie. Nie umiem pocieszać, nigdy nie znajduję właściwych słów. Nie potrafię odgonić czarnej łapy smutku, zwłaszcza, gdy dotyka bliskich mi ludzi. I to jest chyba gorsze niż odganianie jej od siebie samego. W gruncie rzeczy naprawdę człowiek rodzi się nie tylko głupi, ale też sam. I sam umiera. Sam również musi sobie poradzić ze smutkiem, tak jak z każdą inną emocją czy uczuciem. Ale nieco łatwiej jest, gdy obok znajduje się ktoś, kto to rozumie i współ-czuje. Dlatego niewiele mówiąc, jestem i będę.


              Na koniec dodam, że po napisaniu tego wszystkiego, trochę mi lżej. Dzięki temu może nie dostanę zawału albo wylewu od ciągłego duszenia się w sobie.



e-szablony
  e-blogi.pl  [Załóż blog!] rssSubskrybuj blogi
[Zamknij reklamy]