Frausuchen - blogerka


Cóż mi pozostało? 2018-02-24 18:05

Tyle się ostatnio wydarzyło. Wszystko, co miało się zdarzyć, zdarzyło się.


Najpierw odezwali się do mnie z firmy z Niemiec, prosząc o dosłanie niezbędnych dokumentów. Tego dnia przez kilka godzin czułam, jak taki mały, ciepły promyk rozjaśnia na chwilę moje życie. Następnego dnia szłam do pracy pełna energii i wiary, że być może niebawem odejdę stamtąd raz na zawsze. Wyjmę pudło z szafy, spakuję swoje szpargały, pożegnam się i... bye, bye roboto. Tak jak w jednym z moich marzeń. Szłam zatem do pracy, a mojemu skrywanemu głęboko szczęściu towarzyszyły promienie słońca i śpiew ptaków. Pomyślałam, że to dobry znak.


Potem czekałam na kurs, który sama sobie wybrałam, na który sama się zapisałam i który sama sobie opłaciłam nie oczekując dofinansowania z pracy, gdyż umiejętności na nim nabytych nie zamierzam sprzedawać za free prowadząc wewnętrzne szkolenia. Mam zupełnie inne zamiary i plany. A co z nich wyjdzie, to się jeszcze okaże. Jadąc na kurs, byłam przekonana, że wiele się nauczę, gdyż chcę się tego nauczyć. I nie pomyliłam się. Było intensywnie, ciekawie, konkretnie. Bez pierdolenia bez sensu i marnowania cennego czasu. Gdy wieczorem piłam winko z kuzynką, u której się zatrzymałam na nocleg, czułam się spełniona i przyjemnie zmęczona. A w nocy zadzwonił mój telefon. I zburzył całą harmonię. Dwa dni później prasowałam czarne ubrania na pogrzeb. Jednak śmierć znowu zapukała do moich drzwi.


Po pogrzebie zdecydowaliśmy z moim Mężczyzną, że nie odwołujemy naszego wcześniej zaplanowanego wyjazdu. Spakowaliśmy walizki i wyruszyliśmy w siną dal z jeszcze trzema członkami bliższej i dalszej rodziny. Do słońca, przepięknej natury, oceanicznej bryzy. Po prostu wylogowaliśmy się z codzienności i ze strony pod tytułem: „Wielomiesięczne kopniaki w dupę”. To była dobra decyzja. Przyznaliśmy sobie prawo bycia szczęśliwymi przez osiem dni. Osiem dni bajecznych krajobrazów, nowych znajomości, smaków i zapachów. W gratisie miałam trening umiejętności językowych i z dumą muszę stwierdzić, że moje kilkuletnie zmagania dały znakomity efekt. Nie mam problemu z porozumiewaniem się w różnych sytuacjach, w tym podczas rozmów telefonicznych, bezpośredniej wymiany zdań z rodowitymi Niemcami, których wokół było pełno. Przekonałam się po raz kolejny, że jestem świetnym organizatorem wypraw, potrafię szybko dostosować się do zmiennych warunków i oczekiwań uczestników wycieczki oraz umiem wypełnić czas tak, żeby każdy był zadowolony.


W czasie wyjazdu otrzymałam kolejnego maila z Niemiec z zaproszeniem na Vorstellungsgespräch. Rozmowa miała odbyć się następnego dnia. Z jednej strony ucieszyłam się, że przebiłam się przez pierwsze grube oczka sita kwalifikacyjnego, z drugiej poczułam rozczarowanie, że oto przepadła moja szansa. Dotarcie na czas na rozmowę było zwyczajnie niemożliwe. Odpisałam grzecznie, wyjaśniając całą sytuację. Dostałam odpowiedź, że mam uzbroić się w cierpliwość i że być może jeszcze się do mnie odezwą. Czyli dupa. Pomyślałam, że może tak ma być, taka ma być moja droga. Strzepnęłam okruszki żalu i postanowiłam cieszyć się chwilami spędzanymi w raju. Cóż innego mi pozostało, jak nie proste, uniwersalne „Carpe diem”? Przecież dobrze wiem, że „w życiu piękne są tylko chwile”.


Powrót do rzeczywistości był okupiony długą, męczącą podróżą i nieprzespaną nocą. Gdyby nie mój Mężczyzna, który jest nie do zdarcia, nie wiem jak dotarlibyśmy do domu. Zawsze podziwiam jego siłę. Mnie łeb kiwa się bezwładnie, a powieki samoistnie się zamykają, a On panuje nad snem i zmęczeniem jak jakiś tytan. Teraz trzęsę się jak osika z powodu wszechobecnego zimna. Za oknem piździ jak w Kieleckiem. Chyba zaraz otworzę zakupione w czasie podróży winko oraz słoiczek oliwek i rozgrzeję stare kości w tradycyjny, polandowski sposób. Cóż mi pozostało?



e-szablony
  e-blogi.pl  [Załóż blog!] rssSubskrybuj blogi
[Zamknij reklamy]