Frausuchen - blogerka


Nie taki język straszny jak go malują 2018-03-20 11:20

Dziś chcę zabrać głos w niezwykle ważnej dla mnie sprawie, a mianowicie w sprawie języka. Ojczystego, naszego, polskiego. Bez ironii, sarkazmu i zgryźliwości. Usłyszałam, że polski jest okropnym, strasznym, zbyt opisowym i nieprecyzyjnym językiem. Nie jestem jakąś ortodoksyjną patriotką. Ale trochę mnie to stwierdzenie zabolało. Zwłaszcza, że opinia ta wypowiedziana została wielokrotnie przez osobę, która kocha inny język. Rozumiem tę jej miłość bezwarunkową, bo z miłością się nie dyskutuje. Ona jest i koniec. Żadne racjonalne argumenty nie są w stanie jej wybić komuś z głowy. Zresztą nie mam takiego zamiaru. Nigdy nie staram się kogoś na siłę przekonać do swoich racji. Jednak skromnie wyrażam swój sprzeciw wobec tak niesprawiedliwej oceny polszczyzny.


Nie przeczę – inne języki są piękne, niepowtarzalne, ciekawe i nieraz trudne, co zawsze, nie wiadomo dlaczego, stawia je wyżej w hierarchii. Polacy z dumą słuchają obcokrajowców mówiących, że przyswojenie polskiego to nie lada wyczyn. I z uśmiechem oraz wyrozumiałością podchodzą do lapsusów językowych, przekręcanych słów czy niepoprawnych form wyrazów wychodzących z ich ust. To prawda, nasz język nie należy do łatwych, nawet dla nas samych. I nie chodzi tu tylko o nieszczęsną ortografię czy gramatykę, którą naprawdę niewielu Polaków zna doskonale. Oczywiście nie zwalnia ich to z konieczności zaglądania do słownika, zamiast tłumaczenia się w głupi sposób, że mają, często wydumaną, dysleksję, dysortografię, inne dys- lub po prostu tacy się urodzili i już. Jakim mnie Boże stworzyłeś, takiego mnie masz. Oj, nie nie nie. Nie trzeba być orłem, nie trzeba być szanownym profesorem Miodkiem czy Bralczykiem, ale należy dbać o poprawność w mowie i piśmie posiłkując się odpowiednimi źródłami. Znajdują się one niekiedy w zasięgu ręki – w formie słownika stojącego i kurzącego się na półce od czasu pierwszej komunii świętej („kto normalny daje dzieciakowi w prezencie serię słowników PWN???” - zdanie, które zostało skierowane do mnie na przyjęciu przez osobę nie mającą w domu ani jednego słownika i dzwoniącej do mnie z każdą duperelą, gdy ma dylematy językowe) czy chociażby w internetowej wersji słownika w telefonie. Wystarczy chcieć poznać swój język i nieustannie, tak jak w przypadku jakiegokolwiek języka, poszerzać wiedzę i umiejętności.


W kraju, w którym około połowa obywateli nie sięga w ciągu roku po ANI JEDNĄ KSIĄŻKĘ, należy bić na alarm. Nie twierdzę, że każdy powinien rzucać się na głęboką wodę i pochłaniać całe tomy poezji Miłosza, Szymborskiej albo powieści Olgi Tokarczuk (jak ona dopieszcza każde zdanie! Zwłaszcza w późniejszych utworach), Magdaleny Tulli, Jerzego Pilcha, Joanny Bator czy Jacka Dehnela albo Szczepana Twardocha (przykłady z młodszego pokolenia). Oczywiście lista ta mogłaby być znacznie dłuższa, lecz nie chodzi mi rekomendowanie stosu książek autorów, których sama lubię i cenię. Do tego dochodzi dział literatury, który akurat do mnie nie przemawia np. kryminały czy fantastyka. Chodzi mi o to, że warto czytać cokolwiek, nawet lżejsze w formie i treści książki i bez zażenowania przyznawać się, że lubi się na przykład romanse. Czytanie rozwija pod wieloma względami, o których „trują” nauczyciele w szkole – a że wyobraźnia poszerza swe obszary, a że ortografia za pomocą pamięci wzrokowej daje się oswoić, no i zasób słownictwa rozkwita jak przepiękny ogród.


Nie zgadzam się, że polski to język straszny, zawiły, a już w ogóle nie zgadzam się z argumentem, że jest zbyt opisowy oraz nie dość precyzyjny i dlatego okropny. Opisowość bywa cudowna. Można żonglować swoimi zdolnościami w zależności od naszego doświadczenia i bawić się, można na sto sposobów oddać nastrój, posłużyć wieloma środkami językowymi, by wprowadzić czytelnika w klimat swojego wewnętrznego świata. Można też być do bólu dosłownym . Przykład precyzji:


 


Maria Pawlikowska-Jasnorzewska -”Miłość”


Nie widziałam cię już od miesiąca.


I nic. Jestem może bledsza,


trochę śpiąca, trochę bardziej milcząca,


lecz widać można żyć bez powietrza!


 


Przykład drugi – o miłości, ale zupełnie inaczej:


 


Maria Pawlikowska-Jasnorzewska - „Erotyk”


Na rozrzuconych poduszkach z rajskich, jawajskich batików


umieram słodko bez żalu, umieram cicho, bez krzyku. —


Czas za firanką ukryty porusza skrzydłem motyla,


a moje czoło znużone coraz się niżej przechyla...


Wreszcie dotykam Bieguna i śnieg mi taje wśród włosów,


a końcem lakierka dosięgam trawy szumiących Lianosów...


Leżę na ciepłych krajach, na gorejącym Równiku,


i na jedwabnych poduszkach z różnobarwnego batiku...


Wyciągam ręce ku Tobie, w Twoją najsłodszą stronę


i czuję na rękach gwiazdy nisko nad nami zwieszone...


Ogarniam Cię splątanego w pochmurny namiot niebieski,


i spada niebo z hałasem, jak belki, wiązania, deski,


obrzuca nas półksiężycem, słońcem, obłoków zwojem —


i tak spoczywam — okryta niebem i sercem Twojem...


 


To przykłady pierwsze z brzegu, jakie przyszły mi do głowy. I to utwory tej samej autorki. Ale jakże inne! Zawsze można też powiedzieć to samo, lecz inaczej. Wszystko zależy od kontekstu sytuacyjnego. W pracy powiem komuś, kto mnie nagabuje: „Przepraszam cię, ale teraz nie mogę rozmawiać”. Chamowi na ulicy i do tego w nieciekawej dzielnicy powiem zwyczajnie: „Odpierdol się”. Myślę, że w obu przypadkach zostanę dobrze zrozumiana. A tym, którzy narzekają na jakikolwiek język, powiem krótko: „Zanim zaczniesz krytykować, najpierw poznaj, rozsmakuj się, miej głęboką świadomość języka...”


 




Chcę być mocna 2018-03-04 14:23

Jestem odświeżona po powrocie z zimowych wakacji. I to pod różnymi względami. Duchowo odrodziłam się jak Feniks, mam mnóstwo energii, moja skóra jest pokryta delikatną opalenizną, a ciało zregenerowane i odprężone. Dodatkowo dogodziłam sobie u kosmetyczki i oczywiście błyszczę z daleka niczym gwiazda na firmamencie ;) Ponadto definitywnie odrzuciłam słodycze, które – przyznam się bez bicia – podjadałam na wyjeździe. Nie są mi do niczego potrzebne. No i najważniejsze – patrząc na moje zdjęcia z plaży, doszłam do wniosku, że czas na nowo trenować. Cóż, skończyły się czasy bezkarności i bycia zgrabną ot, tak sobie, dzięki genom. Trzeba wziąć dupę w troki i zacząć ćwiczyć, żeby ta dupa nie sczezła do reszty. I niniejszym ogłaszam, że wczoraj rozpoczęłam treningi. Gdzie brawa? No, coś tam słyszę. Ale przydałoby się więcej entuzjazmu, żeby i mój entuzjazm nie spłonął wraz ze słomianym zazwyczaj zapałem.


Tymczasem. Nie samym chlebem i ciałem człowiek żyje. Nadal uczę się języka i szukam jakichś ciekawych kursów personalno-trenerskich. Jedna stracona szansa na zmianę pracy nie zniechęciła mnie. Mam ten komfort, że nie goni mnie czas ani nie dobiega do moich uszu echo z pustego gara. Mogę sobie spokojnie szykować grunt, szukać, starać się, jednocześnie otrzymując regularnie pensję na konto. Oczywiście takie nastawienie przynosi również inną korzyść – luźniejsze podejście do obecnej pracy. Nienapinanie się, niestresowanie, nieprzejmowanie błahostkami. Kiedyś myślałam: „Boże jedyny, co ja zrobię bez tej pracy? Co to będzie, jak mnie zwolnią?” i modliłam się żarliwie, żebym nigdy tej roboty nie straciła. Być może Bóg mnie wysłuchał, gdyż wcale nie tak łatwo mi po tylu latach wygrzebać się z tej ciepłej, bezpiecznej w końcu szufladki. Trzeba się dobrze zastanowić, o co się człowiek modli i czego pragnie. Wiem jedno – praca to rzecz nabyta. I szczerze mówiąc, chyba trochę głupio czułabym się jako staruszka, mówiąc wnukom, że przepracowałam całe życie w jednym miejscu. W jednym i tym samym miejscu! Wiem też jeszcze i po raz kolejny przekonałam się o tym, że znajomość języków otwiera wiele drzwi, otwiera człowieka na inne światy, daje wiele możliwości. Dlatego zamierzam się uczyć całe życie. Może dzięki temu uniknę Alzheimera.


Za oknem od kilku dni świeci słońce. Próbuje stworzyć iluzję zbliżającej się wiosny. Jednak na dworze zimno wsuwa się w każdą szczelinę między szalikiem a kurtką i wieje po nogach. Mimo wszystko jest mi raźniej z tym słońcem. Już czuję w kościach, że zbliża się nowe rozdanie. Znowu przybywa moja ulubiona pora roku. A wraz z nią uczucie nadziei, radości, ciekawość jutra i wiara, że może od czasu do czasu zapuka szczęście. Będę zbierać te okruchy skrupulatnie. Nie oszukuję się przy tym, myśląc, że wszystko co najgorsze jest już za mną. Za dobrze znamy się już z tym moim pokręconym losem. Niczego nie planuję i nie zobowiązuję się na wieki wieków amen. Chyba dopiero zaczynam rozumieć, co oznacza bycie tu i teraz. Marzę o kolejnych podróżach. Najbardziej o tych nie do końca przygotowanych od A do Z. Tak było ostatnio i bardzo podobał mi się ten element nieprzewidywalności i niepewności. Mogłam się wtedy sprawdzić. Lubię siebie sprawdzać. Choć refleksje i wnioski potem są czasami niewesołe.


Teraz gotuję karkówkę w piwie. Pachnie w całym mieszkaniu. Połowę piwka właśnie spożywam, że tak powiem, bezpośrednio, bez obróbki. Na apetyt. Potem poćwiczę i przerobię masę w rzeźbę ;) Bo ja wcale nie chcę schudnąć. Tylko być sprężysta i mocna.



e-szablony
  e-blogi.pl  [Załóż blog!] rssSubskrybuj blogi
[Zamknij reklamy]