Frausuchen - blogerka


No i jak to się ma do wieczności? 2018-04-29 13:45

            „Wiem, czego chcę i przyszłam dowiedzieć się, czy macie to, czego chcę” – z takim komunikatem weszłam do pewnego sklepu ze sprzętem AGD, komputerami, smartfonami, aparatami fotograficznymi i sprzętem grającym. Panowie ekspedienci zamarli z wrażenia. Dosłownie rozdziawili gęby i przez chwilę panowała cisza. W końcu jeden z nich otrzeźwiał i rzekł: „No proszę, klient, który wie, czego chce i do tego kobieta”. „Ale dlaczego od razu wyjeżdża pan z takim stereotypowym tekstem? Że kobieta rzekomo nie może być zdecydowana i świadoma swoich potrzeb lub oczekiwań?” – odparowałam. Panowie ekspedienci pokręcili głowami. Poprosiłam, by jeden z nich sprawdził, czy mają konkretny model telefonu, bo chcę go kupić. Po chwili stałam się posiadaczką wspomnianego urządzenia i żegnając się, powiedziałam, że jeszcze tu przyjdę, bo chcę reklamować jedną rzecz. „Oczywiście, będziemy na panią czekać”- odparli panowie ekspedienci. Miło było sobie tak rzeczowo pogawędzić i szybciutko załatwić sprawę.


            Podobnie przedstawiała się sytuacja, gdy ostatnio umówiłam się na spotkanie z dyrektorem szkoły językowej. W mailu wspomniałam, że zależy mi na znalezieniu kompetentnej osoby przygotowującej do egzaminu na certyfikat. Spotkanie zapoczątkowałam przywitaniem się oraz ponownym wyłożeniem sprawy. W kilku konkretnych zdaniach powiedziałam, czego oczekuję. Facet chyba poczuł się lekko niepewnie. Nie wywarł na mnie zbyt dobrego wrażenia. Wyglądał i zachowywał się jak wypłosz, a nie dyrektor. Nigdy jednak nie kieruję się pierwszym wrażeniem, które jak wiem z doświadczenia – bywa złudne. Umówiłam się na kolejną rozmowę, tym razem również w towarzystwie proponowanej lektorki. Na szczęście pani germanistka okazała się być dobrze zorientowana w temacie i żywię nadzieję, że nasza współpraca będzie owocna, a dokładniej zaowocuje zdaniem przeze mnie egzaminu.


            Nic nie poradzę na to, że nie lubię strzępić języka i marnować czasu na rzeczy, które można sprawnie załatwić zamiast dzielić włos na czworo. Dlatego nie cierpię bezowocnych, nudnych szkoleń, spotkań służbowych, rozmów na głupie tematy typu „jak ktoś wygląda”, co powiedział, a że się lansował i gwiazdorzył na spotkaniu w pracy, „że ktoś upasł się jak dzika świnia i jak tak można doprowadzić się do tego stanu...”, „że ta ma romans z tamtym i do tego zaliczyła wpadkę, a poza tym jest zwykłą zdzirą, bo...”, „że kogoś coś ciągle boli, jak nie głowa, to ręka, noga, paznokieć i dupa”... Litości... Lubię snuć długie rozprawy o prawdziwych dylematach i problemach, lubię słuchać opowieści o życiu, pośmiać się przez łzy i od czasu do czasu pożartować. Bo tak w ogóle mam duże poczucie humoru, które ratuje mnie przed szaleństwem zupełnym w trudnej nieraz codzienności. Kocham czytać, podróżować, poznawać ludzi, kultury, zwyczaje, osobiste przeżycia, czuć podmuch wiatru na szczytach gór i oddychać pełną piersią takim górskim, rześkim powietrzem. Uwielbiam słuchać muzyki, śpiewać, gdy nikt nie słucha, pisać, pobyć w samotności, niespiesznym krokiem spacerować, jeść i popijać dobre winko lub piwko w miłym towarzystwie. Lubię też zabawić się tak, że następnego dnia mam zakwasy,  wydzierać się na koncercie i gibać się w rytm ostrej muzyki, wygrzewać się jak salamandra, by nabrać energii do szwendania się po nieznanych zakamarkach. Ale nie znoszę marnotrawstwa czasu.


            Zupełnie nie pojmuję tego, jak można zawracać sobie i innym dupę z powodu jakichś pierdoł. Jednak żeby było jasne – i ja niegdyś byłam drobiazgowa, małostkowa, czepialska, buńczuczna i harda, często niepotrzebnie. Ostatnio dwie koleżanki z pracy zapytały mnie, jak to się robi, że ma się taki dystans i spokój w sobie? Odpowiedziałam krótko: życie uczy nas pokory, wskazuje co jest ważne, a co nie i tylko od nas zależy, czy wyciągniemy wnioski z wielu lekcji, przez które musimy przebrnąć. Teraz mogłabym dodać jeszcze to, że pouczające są liczne pręgi, blizny, trudne przeżycia, choroby własne i bliskich. Nie jest to żaden powód do dumy, że jest się poranionym człowiekiem, bo to wcale nie ułatwia egzystowania w brutalnej nieraz rzeczywistości. Lecz nabywając doświadczeń, zauważam, że niektóre „problemy” w ogóle mnie nie dotykają i nie wzbudzają silnych emocji. Do wielu spraw podchodzę spokojniej i z rozwagą. I często zadaję sobie pytanie zasłyszane od innej koleżanki z pracy: „A jak to się ma do wieczności?”. Zawsze się uśmiecham, gdy sobie przypominam te słowa. Teraz też.




Czy dobrze tak sobie żyć? 2018-04-19 15:49

            Niespodzianek ciąg dalszy. Mój facet miał wypadek komunikacyjny. Na szczęście wyszedł z tego bez większego szwanku. Jego facjata będzie ozdobiona blizną na łuku brwiowym. Ale podobno to takie męskie – mieć blizny. Kobiece zresztą też. Jestem stuprocentową kobietą – mam wiele blizn. Nie będę pisać w jakich miejscach. Oprócz tych widocznych  posiadam mnóstwo blizn niewidzialnych. Czasami jestem zmęczona ich mimowolnym kolekcjonowaniem. Lecz jak bez nich żyć? Jak wyhodować swoje wewnętrzne piękno, swoją harmonię i dystans oraz zdrowy rozsądek bez tych blizn? Es ist unmöglich. Blizny przypominają o potrzebie zachowania spokoju.


            Czy to dobrze być nieco zblazowanym? Takim niezagonionym, niezapętlonym w konieczności i obowiązki, które muszą być wykonane i już. Takim człowiekiem, który nie wybiega zanadto w przyszłość, a jednocześnie jest przezorny i nie zaciąga kredytów na kosmiczne 20, 30 lat. Oprócz tego nie trwoni ciężko zarobionych pieniędzy na rzeczy materialne, które cieszą oko przez ułamek sekundy, a potem powszednieją. Kimś, kto nie równa do innych, chociaż mógłby epatować tym czy tamtym. I na dodatek myśli o tym, by mu było dobrze, by ukraść światu odrobinę ciszy, raz na jakiś czas uciec daleko stąd, pobyć, pożyć gdzieś indziej… Nie przejmuje się bzdurami w pracy, robi swoje i hasta la vista. No czy dobrze tak żyć? Tak sobie po prostu żyć?


            O tym, że wszystko, łącznie z moimi bliskimi, jest ulotne i może zniknąć z dnia na dzień, przekonałam się już nieraz. Wczoraj ponownie. Jest człowiek, a za chwilę może go nie być. Masz tak wiele, lecz niebawem możesz zostać żebrakiem. Wiedzie ci się, a tu nagle niespodziewane okoliczności powodują, że zostajesz sam na lodzie. Zastanawiam się nieraz, czy nie lepiej byłoby być współczesnym nomadem. Swój majątek móc zmieścić w jednej walizce. Ile zmartwień przestałoby istnieć, ile trosk o zgromadzone dobra odeszłoby w niepamięć. Człowiek mógłby skupić się na przeżywaniu, a nie posiadaniu. Ostatecznie i tak niczego nie zabierzemy ze sobą odchodząc stąd na zawsze.


            Wczoraj oglądałam program o kupowaniu i remontowaniu starych domów. Nie mogłam się nadziwić kilku rzeczom m.in. zakładaniu przez kupujących pewnego budżetu, by potem rozdąć go o kolejną kosmiczną sumę pożyczoną od rodziny, robieniu podczas remontu tylu niepotrzebnych, drogich przeróbek tylko ze względu na jakieś widzimisię, kupowaniu domu o niewyobrażalnie dużym metrażu dla zaledwie dwojga ludzi. Oczywiście inwestorzy zakładają powiększenie rodziny, ale czy rodzina dajmy na to – czteroosobowa, naprawdę potrzebuje 200 czy 250 m2 powierzchni mieszkalnej??? Dla przeciwwagi lubię oglądać programy o malutkich domkach budowanych na zamówienie. Domkach na kółkach, które można przewieźć dokądkolwiek. Znajduje się w nich wszystko, czego potrzebują mieszkańcy. Przede wszystkim nie są drogie, nie trzeba brać na nie absurdalnych kredytów, można mieszkać w różnych zakątkach kraju czy świata i… żyć.


            Tak sobie myślę, że człowiek to wiecznie nienasycone, głupie bydlę, któremu się tylko wydaje, że znajduje się na szczycie drabiny stworzeń ziemskich.


PS Przepraszam bydlęta za to porównanie.




Nigdy nie chciałam być kimś 2018-04-09 17:25

Nigdy nie usiłowałem stać się kimś. Po prostu pozwalałem życiu zabierać mnie tam, dokąd chciało (…). Nie sprzeciwiałem się. Nawet nie próbowałem pływać, bo kiedy pływasz, odpychasz się rękami. Po prostu poddawałem się nurtowi rzeki, przemieszczałem się wraz z nim.                                                                                                


 Osho, Życie jako podróż


            Czytam ostatnio książkę, z której pochodzi ten cytat. Średnio co kilka stron natrafiam na słowa, które wywołują we mnie żywsze bicie serca. Myślę sobie: „Ja też tak uważam, też tak odczuwam. On wyjął mi to z ust”. Oprócz tego niespodziewanie mój los zsynchronizował się z powyższym cytatem do tego stopnia, że naprawdę zupełnie już odrzucam zjawisko przypadku. Jestem przekonana, że to, co nas spotyka w życiu nie jest dziełem przypadku. Owszem, zdarzają się rzeczy kompletnie przez nas nieplanowane, nieprzewidziane i totalnie zaskakujące. Ale sądzę, że otacza nas zawiły splot okoliczności, które nachodzą na siebie nawzajem w taki sposób, iż powstaje pewnego rodzaju kula śniegowa tocząca się nieraz bardzo wolno, lecz nieuchronnie doprowadzająca do określonych zdarzeń. Początkowo losy różnych ludzi toczą się symultanicznie, osobno, jednak przychodzi moment, kiedy przecinają się i wywołują na siebie wpływ.


Moje różne perypetie życiowe stanowią dla mnie dowód na to twierdzenie. Niby tam sobie tworzę własny mikrokosmos, żyję w swojej bańce, a tu nagle pojawia się ktoś lub coś, kto tę bańkę przebija szpilką i każe mi stanąć twarzą w twarz z kolejnym wyzwaniem. Nieraz staram się coś osiągnąć, poświęcam na to masę czasu i nic. Proszę, wydeptuję ścieżki, myślę o tym często i… nic. Aż w końcu przychodzi odpowiednia chwila, moje pragnienie dojrzeje i staje się rzeczywistością. A ja tymczasem albo już porzuciłam wszelkie nadzieje na jego spełnienie lub obrałam inny kurs. Najczęściej moje marzenia realizują się w najmniej spodziewanym momencie. Zdążyłam pogodzić się z ich nierealnością, a tu one zaskakują mnie. Nauczyłam się przyjmować rzeczy takimi, jakimi są. Owszem, nieraz czuję w środku frustrację, żal, bunt, ale dość szybko odrzucam te emocje, bo one nie przynoszą mi ulgi, lecz pogrążają w niemocy. Myślę wówczas według algorytmu przekazanego mi przez moją babcię – „Widocznie tak miało być”. Wierzę głęboko, że coś dzieje się po coś. Staram się zatem zastanowić nad tym, czego dana lekcja ma mnie nauczyć. Notuję w głowie wnioski i idę dalej.


Nigdy nie chciałam być kimś. Kimś w szerokim tego słowa znaczeniu. Ani kimś – tak zwanym człowiekiem sukcesu, ani kimś konkretnym, zdefiniowanym przez zawód, rolę społeczną, wiek, grupę społeczną itp. Całe swoje dotychczasowe życie poszukuję siebie taką, jaką jestem. Nadal szukam. Poddaję się nurtowi życia, obserwuję siebie w tym nurcie. Niekiedy ten nurt zabiera mnie w ciemną otchłań i wtedy cierpię, ale są też chwile szczęścia, kiedy nurt wypycha mnie w górę i wreszcie widzę przez taflę wody promienie słońca, piękną przyrodę, świeże powietrze i nowe możliwości. Jestem cierpliwa, z wiekiem coraz bardziej. Tak długo czekam, tak długo wędruję, uczę się, przygotowuję na różne ewentualności, aż w końcu pojawia się radość, bo jedna z nich otwiera przede mną swoje drzwi.


Chciałabym się oficjalnie pochwalić, ale nie tak pyszałkowato, lecz radośnie jak dziecko, że za kilka miesięcy zmieniam pracę! Będę w tej samej branży i w tym samym zakładzie pracy, ale w innym budynku, na innym, spokojniejszym stanowisku. Będę wykonywać zupełnie inne obowiązki i już czuję powiew tej nowości! Niedługo spakuję swoje szpargały, zniosę do bagażnika samochodu, przewiozę w nowe miejsce. Potem zacznę urządzać swoje gniazdko. Jednak podkreślam, że nie spoczywam na laurach. Nadal będę się kształcić, zdobywać certyfikaty, zaświadczenia i inne dowody moich kompetencji. Bo nigdy nic nie wiadomo. Eldorado nie trwa wiecznie, a przyszłość jest nieprzewidywalna, dlatego jestem otwarta na to, co życie mi przyniesie. Z wiosennym pozdrowieniem, Frau…



e-szablony
  e-blogi.pl  [Załóż blog!] rssSubskrybuj blogi
[Zamknij reklamy]