Frausuchen - blogerka


Do Elvenoora - kilka słów odniesienia... 2018-11-16 08:46

Muszę przyznać Drogi Elvenoorze, że Twoje ostatnie notki są po prostu świetne. I nie ma w tym żadnego lizusostwa. Fajnie, że podjąłeś się takiej niecodziennej pracy. Szacuneczek. No a ta notka o jeździe pociągiem do domu to istna petarda :D Sama pamiętam te czasy, kiedy jechałam pociągami jeszcze gorszymi, w których również doznawałam silnych emocji (bardzo delikatnie rzecz ujmując) i poznawałam znaczenie słów: "od zajebania". Pamiętam swoje czasy studenckie, wyjazdy z przyjaciółmi na różne zloty, w góry, gdziekolwiek, podczas których poruszaliśmy się głównie pociągami PKP. Standardem były opóźnienia. To nieprawda, że za komuny nie było opóźnień. Załapałam się na końcówkę tego sławetnego okresu i dobrze wiem jak było. Gość, który twierdził, że za komuny pociągi jeździły w miarę punktualnie, czuje chyba szczególny sentyment do tamtych czasów. Standardem był jeszcze większy syf w środku niż dzisiaj, zajebiste kolejki do kas (nie było możliwości kupienia biletu przez neta), niemiłe panie w okienkach, w wagonach kible bez grama papieru, skrawka zapyziałego mydełka i kropli wody w kranie, korytarze równie wąskie i przepełnione jak w Twoim opisie (porównanie do penisa było bezbłędne;), w poczekalniach smród, w dworcowych barach czy pseudokawiarniach strach było cokolwiek zamówić. Sama jazda niestety również pozostawiała wiele do życzenia - głośny stukot starych klekotów śnił się potem, gdy człowiek wreszcie po wyczerpującej podróży legł w jakimś milutkim łóżeczku (najlepiej swoim).


Dzisiaj, gdy od czasu do czasu również wybieram się w podróż pociągiem, z góry zakładam, że będą opóźnienia, więc zostawiam sobie spory margines czasu na ewentualne przesiadki. Kupuję coś do picia i jedzenia na wypadek różnych wypadków - np. samobójczy akt, kolizja z samochodem itp. Poza tym zawsze biorę ze sobą książkę, materiały do nauki języka niemieckiego i słuchawki, aby nie marnować czasu i w miarę możliwości go sobie umilić. Przyznam - czasem też się wkurwiam. Na przykład kiedyś miałam wyjątkowego pecha. Jechałam w delegację z pracy na Węgry. Najpierw pociąg jadący z mojego miasta do innego zatrzymał się, gdyż właśnie rzucił się pod niego jakiś desperat i niestety pociąg rozciął jego ciało na pół. Widok jego korpusu leżącego nieopodal nie należał do przyjemnych. Wszyscy podróżni myśleli, że czeka nas właśnie długa procedura - wiadomo - prokurator, pogotowie, policja itp. Konduktor latał jak kot z pęcherzem i zbierał informacje, kto, dokąd i o której musi dotrzeć. Załatwiono transport zastępczy. W związku z tym, że wzięłam pod uwagę duży margines czasowy, nie martwiłam się, że nie zdążę na mój samolot z Warszawy do Budapesztu. Spokojnie mogłam dojechać tym transportem zastępczym do kolejnego miasta i na luzie zdążyć na następny pociąg. Tak myślałam. Jednak nasz nowy środek lokomocji to był stary klekot pamiętający właśnie czasy komuny, więc jechał tak wolno, że lepiej było chyba dać podróżnym rowery, którymi szybciej dotarliby do celu. W końcu dojechaliśmy już naprawdę sporo spóźnieni. Mój nawet najbardziej pesymistyczny margines czasu tego nie przewidywał. Biegiem udałam się na właściwy peron, wsiadłam do pociągu i w stanie przedzawałowym klapnęłam na zarezerwowanym miejscu. Korytarza wąskiego jak penis chyba bym nie przeżyła. Gdy już wyrównałam oddech, usłyszałam, że ów pociąg... ma opóźnienie. I wtedy rzucałam pod nosem brzydkie słowa na "k", "ch" i inne tego typu.


Pociąg ruszył. Mknął jak strzała do naszej pięknej stolicy. Nie zdołał jednak nadrobić spóźnienia. W Wawie oczywiście wysiadłam żwawo i... rura na kolej podmiejską, która na szczęście rusza z jednego z peronów dworca PKP. "Boże" - pomyślałam - "Może jednak zdążę przed odprawą. Spraw, żeby stał się cud i żebym zdążyła". I zdarzył się kolejny cud tego pamiętnego dnia. Kolejka zatrzymała się w szczerym polu. Przyczyna niewiadoma, czas postoju nieznany. Wtedy  to już naprawdę nie przebierałam w słowach. Jak zresztą i inni pasażerowie. Zrobiło mi się gorąco, a kurwowanie bynajmniej nie studziło emocji. Po kilkunastu jakże cennych minutach kolejka ruszyła. Spocona i wściekła wbiegłam na lotnisko.  Było już po odprawie. Ubłagałam panie z obsługi, by sprawdziły, czy załapię się na mój samolot. Zadzwoniły i okazało się, że szybciutko mogą zrobić mi odprawę i lotem błyskawicy znalazłam się w samolocie. Stewardesy znacząco spojrzały na mnie. Jaki wstyd! Na lotnisku moje nazwisko pewnie było odczytywane przez głośniki z milion razy. Nigdy nie zapomnę tej podróży. Z powrotem również nie było lekko. Pieprzona kolejka podmiejska spóźniła się, w wyniku czego ja spóźniłam się na pociąg. Musiałam czekać na kolejny, który uff... w drodze wyjątku wyruszył i dotarł na miejsce punktualnie.


Takie to ci przygody mam na swoim koncie. Jest co wspominać. Te wszystkie podróże młodzieńcze z kolegami pchającymi się do pociągu przez okno, dzięki czemu mieliśmy zajęte miejsca... To siedzenie na grzejniku na korytarzu, co było i tak awansem po kilkugodzinnym staniu w tłoku... Te korowody do kibelka już w ostateczności, kiedy pęcherz naprawdę nie wytrzymywał i człowiek decydował się na karkołomne przeciskanie się między ściśniętymi i wściekłymi ludźmi... To były czasy... Także w sumie, jak o tym sobie pomyślę, to fajnie było. Mimo wszystko. Ale swoją drogą po tych męczarniach przydałoby się odszkodowanie. Więc i ja z niecierpliwością czekam na wiążącą dyrektywę unijną, która nakazuje wypłatę odszkodowania za spóźnienia i to nie tylko powyżej godziny, gdyż nieraz od kilku, kilkunastu minut może zależeć dalszy ciąg podróży. Albo i życie.




Historia pewnego Narcyza - studium przypadku 2018-11-15 19:24

To nie wyobraźnia. To fakt, który już jakiś czas temu uderzył mnie tak, jakbym dostała obuchem w łeb. Od dawna zastanawiałam się, co z nim jest nie tak. A że toczy go jakiś wewnętrzny mol, nie miałam żadnych wątpliwości. Dziwne zachowanie, które przejawiało się u niego od początku dorosłego życia, zaczęło mnie nurtować, kiedy odłamki jego agresji zaczęły uderzać we mnie.


   Któż to jest? To ktoś, kto chce być Kimś. Nie jest - chce nim być. Choć jemu wydaje się, że jest Kimś i takim powinni go postrzegać inni. Lubi przedstawiać się jakimś ważnym tytułem, na przykład: "Byłem kierownikiem", "Byłem członkiem zarządu", "Byłem dyrektorem". Dlaczego "byłem"? Ano dlatego, że z racji swoich zaburzeń nie był i nie jest w stanie wytrwać na jednym stanowisku i w jednym miejscu pracy dłużej niż rok, półtora. Przez ten czas jakoś udaje mu się wywierać dobre wrażenie i złudzenie posiadania niezwykłych kompetencji. Potem idealistyczny obraz rozpada się, gdyż Ktoś nie potrafi funkcjonować w grupie ludzi, zwłaszcza takich, którzy nie dostrzegają jego wyjątkowości lub nie zamierzają poddać się jego apodyktycznej naturze. I Ktoś wylatuje z pracy ku uldze innych, lecz w najbliższym otoczeniu swoją porażkę ukazuje w zupełnie innym świetle. Bo to wina innych, to oni mu podłożyli świnię, to przez zazdrość, a tak właściwie to on sam odszedł, a nie został wyrzucony. Ta praca nie spełniała jego oczekiwań, była poniżej jego możliwości i kwalifikacji.


   Ktoś uwielbia być uwielbianym. Nawet, gdy jego osiągnięcia są tylko rzekome. Potrafi na fejsa czy insta wrzucać masę fotek ze znanymi ludźmi. Robi sobie zdjęcia z dyplomami czy statuetkami w ręku, których to nagród tak naprawdę nie otrzymał, tylko pożyczył na chwilę, aby właśnie pstryknąć sobie fotkę. Tak właśnie chce być postrzegany - jako człowiek sukcesu. Ktoś, a nie byle kto. Poza tym jest przekonany o niezwykłym talencie, czymś, co jego zdaniem wyróżnia go z tłumu i dlatego żąda podziwu oraz uznania. Bez tego jest jak ryba wyjęta z wody, jak usychająca roślina. W chwilach klęski wpada w głębokie doły, w chwilach sukcesów (prawdziwych bądź lekko podkoloryzowanych) rośnie jego ego jak drożdżowy placek w piekarniku. Nie ma stanów pośrednich - albo depresja, albo euforia.


   Ludzie otaczający go mają przerąbane na całej linii. Ktoś jest sprawnym manipulantem. Potrafi tak odwrócić kota ogonem, że człowiek nawet nie wie, iż poczucie winy, które właśnie odczuwa, jest nieusprawiedliwione. Ktoś nie znosi istnienia w czyimś cieniu, dlatego sytuuje swoją osobę i własne osiągnięcia na Czomolungmie, a sukcesy bądź ogólny dobrostan tych, którzy mu niby zagrażają, deprecjonuje oraz lokuje w Rowie Mariańskim. Rozpuszcza plotki, snuje domysły, opowiada różne historie po kilka razy, za każdym dodając jakiś inny, kompromitujący szczegół. Tę samą sytuację, w której uczestniczyli również inni, potrafi tak przedstawić i zinterpretować, że jej uczestnicy zaczynają się zastanawiać, czy aby na pewno byli świadkami tego samego zdarzenia. Jego ogląd rzeczywistości jest przefiltrowany przez jego potrzebę uznania, usprawiedliwienia jego niewłaściwego zachowania, wytłumaczenia porażek. Ktoś doskonale tworzy rzeczywistość wirtualną w realu.


   Najgorsze jest to, że Ktoś kieruje się zawiścią i chorobliwą zazdrością. Nieustannie porównuje siebie do innych. Chce żyć tak, jaki ci, którym zazdrości i chce dla osiągnięcia  idealnego obrazu siebie zdobyć rozmaite atrybuty sukcesu - żonę, męża, dzieci, dom z ogrodem, pieniędzy, wypasionego auta itp. Od partnera lub partnerki wymaga poświęcenia, bezgranicznego uwielbienia i... posłuszeństwa. Dlatego poluje głównie na jednostki w jego mniemaniu słabsze psychicznie od niego, takie które można zdominować. Jeśli partner lub partnerka zaczyna się buntować, stawiać jakieś wymagania, mówić o swoich oczekiwaniach lub zranionych uczuciach, Ktoś po pewnym czasie traci cierpliwość i już bez zbędnego certolenia się pokazuje, że oto nadchodzą rządy Nerona. Nie przebiera wówczas w środkach i ostatecznie doprowadza do rozstania. Jednak, co istotne, nie zauważa swojego wkładu w rozpad związku, lecz całą winą obarcza tę drugą osobę. Oczernia ją, przykleja rozmaite łatki - fleja, niedojrzała/y smarkula/kacz, egoista/ka, nieuk, darmozjad, córunia tatunia lub synalek mamuni. Wszystko po to, aby wybielić się w oczach innych i zrobić z siebie cierpiętnika. Czasami Ktoś strzela do bliskich lub znajomych z ostrej amunicji. Jest niezrównoważony psychicznie - raz mówi, że kocha, innym razem obrzuca błotem tak solidnie, że ciężko je strzepnąć i iść dalej z podniesioną głową.


   Ja na szczęście nauczyłam się izolować od takich osób i nie wpuszczać ich za głęboko do swojego życia. Nie dopuszczam do informacji o sobie, nie pozwalam na podkładanie ognia w moim domu ani nie pozwalam sobie na jakiekolwiek bliższe relacje, gdyż po nich pozostają tylko zgliszcza. Jest to jednak dla mnie przykre, współczuję ludziom, o których piszę. Zwyczajnie żal mi Narcyzów, bo o nich mowa. Opisałam jednego z nich. Widzę nieraz, jak bardzo się miota. Proponowałam mu pomoc w postaci namiarów na terapeutę. Odrzucił ją, gdyż uznał, że nie jest mu potrzebna. Cóż mogę więcej zrobić? Nic. Tylko czasami czuję ukłucie w sercu, bo on nie zawsze taki był i ciągle dostrzegam w nim małe, zakompleksione dziecko, które pragnie miłości i akceptacji. Jednak bez pomocy specjalisty, który pomógłby mu otworzyć się na szczere uczucia, nigdy nie otrzyma ciepła, jakiego potrzebuje.



e-szablony
  e-blogi.pl  [Załóż blog!] rssSubskrybuj blogi
[Zamknij reklamy]